Reklama

W trakcie pisania oddychałem głębiej – rozmowa z Markiem Bieńczykiem

Grzegorz Przepiórka
27.09.2019

Do Chandlera burgund? Do Prousta szampan? Hmm… ale co właściwie łączy wino i książki? W tej rozmowie nie będzie jednak tylko frywolnie, będzie też poważnie. Skąd chęć do życia? Jaką moc ma literatura w obliczu śmierci? I jak ułożyć w sobie śmierć innych? Przed lekturą rozmowy z autorem m.in. „Kontenera” oraz „Wszystkich kronik wina” – który nie dziwne, że został pisarzem, skoro już w ósmym roku życia przejął od rodziców maszynę do pisania – koniecznie weźcie głębszy oddech.

Grzegorz Przepiórka: Zacznijmy od końca, czyli jednego z finałowych fragmentów „Kontenera”: „Pokiwała głową, raz jeszcze zamieszała starannie w misce, podsunęła mi sałatkę. – Tak. Wszystko dlatego, że tak bardzo chcemy żyć – powiedziała”. Dlaczego tak bardzo chcemy żyć? Jak umotywowana jest u pana chęć życia? Co napędza, nakręca, pobudza życie Marka Bieńczyka?

Marek Bieńczyk: Scena, z której pan wziął cytat, jest też trochę ironiczna, bohaterka powtarza słowa bohatera opowiadania Faulknera, niewolnika, który ucieka i za chwilę zginie… no, nie będę tego streszczał, ale chętnie bym coś jeszcze dogadał do tego fragmentu, żeby odwlec odpowiedź na tak zasadnicze pytanie. Zna pan słynną scenę z „Manhattanu” Woody'ego Allena, kiedy bohater wypowiada parę rzeczy, „dla których warto żyć”? Nie pamiętam dokładnie, niemniej jednak jest coś o koszykówce, jakaś lektura, coś jeszcze. Mógłbym panu podobny katalog przedstawić: wieczór nad zatoką na Peloponezie, kieliszek burgunda o zachodzie słońca, uśmiech kobiety, tej kobiety, mecz pingpongowy z kumplem, wiersz Nervala, blues tańczony nad ranem itd. Ale to nie byłaby prawdziwa odpowiedź, bo prawdziwej nie znam. Jestem zwierzęciem, chcę żyć.

Czy pisanie jest dla pana manifestem życia?

Poniekąd tak. Manifest to mocne, ideologiczne słowo. Niewątpliwie są chwile podczas pisania, gdy układając zdanie, dobierając taki a nie inny przymiotnik, wybierając taki szyk a nie inny, czuję coś jak puls życia, jawny docisk bytu, że tak powiem. Ale nie mógłbym oświadczyć na przykład czegoś takiego: „pisaniem manifestuję swój stosunek do życia, gdyż uważam, że w pisaniu wyraża się jego siła, godność i obowiązek” czy coś w tym stylu. No nie. W każdym razie bez pisania dość trudno mi sobie wyobrazić moje własne życie. Piszę dużo, na wiele tematów, dzień bez komputera wydaje mi się dziwny, nie całkiem mój. Jest to zapewne nieco neurotyczne. W dzieciństwie też już pisałem, no, trochę, miałem do dyspozycji maszynę do pisania rodziców, przejąłem ją w ósmym roku życia i do dziś pamiętam dotyk klawiszy i brzęk dzwonka, gdy kończyła się linijka.

A propos pisania książek oraz różnego rodzaju tantiem z nimi związanych, to podejrzewam, że jako enologa nie zasmuciła pana informacja o niezakwalifikowaniu się do finałowej siódemki Nike i konieczności stawienia się na uroczystości. Tak można by wywnioskować po pewnym fragmencie z „Wszystkich kronik wina”: „Właśnie wróciłem z gali Nike; ubiory piękne, książki wysublimowane, catering właściwie pierwsza klasa, IQ na twarzach równie wysokie jak obcasy i równie lśniące jak lakierki, wina jak zawsze wyjątkowo podłe, ale tym razem w wystarczającej ilości, i wszyscy przyjemnie podchmieleni, jeśli nie napici w trzy trąby”. Pójdźmy jednak w tym kierunku i załóżmy, że na gali Nike, zamiast statuetki, wręczane byłyby najlepsze wina świata. O jakim marzyłby pan jako potencjalny laureat? Burgund Romanée-Conti? Czy to raczej zostawiłby pan na galę w Sztokholmie?

Ależ pan wyciągnął mi cytat! To pisałem jednak przed dostaniem Nike. (śmiech) Rozumiem, że pan pyta po prostu, jakiego wina chciałbym się jeszcze w życiu napić. Mogę powiedzieć: innego burgunda, musigny, z ręki pani Lalou-Bize Leroy. Romanée-Conti zostawiam na Nagrodę Mediów Publicznych. (śmiech)

„Im bardziej pragnie się wina, tym bardziej pragnie się czytać. Jest to tak zwane drugie prawo Bieńczyka”, pisze pan we wspomnianych „Kronikach…”. Jakie wino i w jakiej ilości polecałby pan do czytania? A skoro już pytam enologa, to nie zgrzeszę nadmiarem precyzji, drążąc: jakie rodzaje win do klasyki, jakie do kryminału, i może jeszcze coś, co najlepiej pasowałoby do poezji?

Najpierw mała korekta. Nie jestem enologiem, bo enolog to specjalista od chemicznej strony wina. A ja z chemii byłem cienki. Mówię o sobie raczej krytyk winiarski. Są krytycy literaccy, to mogą być również winiarscy. Ewentualnie kiper, ale kiper nie musi pisać. A co do doboru win do innych ważnych spraw. Wie pan, to jest płocha zabawa. Są nawet takie strony w necie czy blogi, które się zajmują na przykład dobieraniem wina do filmów albo do bramek Lewandowskiego czy coś podobnego. To nie ma większego sensu, zabawa szybko się wyczerpuje. Natomiast, istotnie, gdy degustuję z kumplami wino, to niekiedy bawimy się w takie porównania, bo to część przyjemności spożywania wina, co znaczy: rozmowy o winie. Gadanie, właśnie porównywanie, jest fundamentalną częścią tej przyjemności. Do tego burgunda taka, a nie inna sonata Chopina, do tamtego wybitnego bordeaux ta, a nie inna część takiej a nie innej sonaty Beethovena. Czytałem zresztą teksty filozofów francuskich szukających takich analogii estetycznych, „korespondencji”, jak pisał w słynnym sonecie „Odpowiedniki” Baudelaire opowiadający o tym, że dźwięki, zapachy i kolory sobie odpowiadają. Gdyby mnie pan przyparł do muru, to może powiedziałbym: do Chandlera burgund, do Prousta szampan. To wszystko jednak nie spędza mi snu z powiek.

„Oto w winie jest coś, co prowadzi nas do doznania prawdy. Już nie tylko prawdy tego zakątka na ziemi, lecz prawdy bytu”. Czy picie wina rzeczywiście może być doznaniem metafizycznym? Czy zdarzyło się panu takowe? A jeśli tak, to jak takie doznanie smakuje?

Zdarzało się chwilami i raczej nie jest do opisania inaczej jak z kolei słowami Mickiewicza z sonetu krymskiego: „a ja widziałem”. Przy czym to są rzadkie momenty, do których coś musi być w nas przygotowane: musi nastąpić wewnętrzne wyciszenie, zapomnienie o sobie. Albo musi się coś w nas otworzyć, jakaś zasypana otchłań. Dzień musi być odpowiedni, kolory na zewnątrz, godzina. No i wino odpowiednie – co się tak naprawdę zdarza wyjątkowo. Jednak kiedy już się zdarza, to rzeczywiście chwila jest niezwykła. Nieco melancholijna, bo ten dotyk bytu, o którym mowa w cytacie, jest niejasny, nieokreślony, tak jakby na chwilę skropliła się tęsknota za czymś.

„Kolega – zważywszy jego pasje, pozwolę sobie na taką poufałość – Ambroży Grabowski był jednym z bardziej znanych krakowskich księgarzy w pierwszej połowie XIX wieku, więc lubił wino – czy też odwrotnie: lubił wino, więc kochał książki”. Czy to oczywisty związek? Jakie jeszcze można dostrzec relacje między winem i książkami, lub, jak kto woli, między książkami a winem?

Mniej więcej oczywisty, choć i ten cytat przez pana dobrany jest nieco żartobliwy. Od starożytnych pisze się o związku wina, atramentu i czarnej żółci, trzech substancji, które przeglądają się we własnych lustrach. A tak codziennie rzecz biorąc: nie spotkałem ludzi, którzy umieją pić wino i o nim mówić, i którzy by jednocześnie nie byli czytelnikami. Wino, jak książka, stwarza miejsce do interpretacji. Jest w sposób naturalny napojem głębokim, to znaczy ma swoją budowę, głębię, otwiera zmysły nie dlatego, że jest alkoholem, lecz dlatego, że wyzwala słowo. Więc to jest fajne połączenie, idealne na wieczór, świetna książka i kieliszek świetnego wina. Natomiast – nie wiem, czy pana nie rozczaruję – do pisania właściwie nie używam wina i nie lubię tak zwanej literatury etylicznej. Chyba że są to „Moskwa-Pietuszki”, ewentualnie Lowry.

„Kroniki wina” stanowią dla mnie rewers pana ostatniej książki, gdyż w odróżnieniu od „Kontenera” tchną życiem, nie spowija ich śmierć. Skoro już jednak wywołałem ten temat, to zapytam wprost – jaki ma pan stosunek do śmierci? Chyba pan nie wierzga jak przywoływany w „Kontenerze” Canetti, ale też nie traktuje pan śmierci jak leci, na sposób Knausgarda?

Ja bym tych książek tak ostro sobie nie przeciwstawiał. Kroniki są bardziej melancholijne, niż można sądzić, a „Kontener” nie jest aż tak owinięty śmiercią i jest mniej melancholijny, niż się wydaje. No ale pyta pan wprost o śmierć. Nie, nie wierzgam, ale rozumiem to wierzganie, gdy śmierć dotyka ludzi nam bliskich. Jednym z podstawowych problemów w naszym istnieniu – dla niektórych, na przykład dla kogoś takiego jak Georges Perec, by zostać przy literaturze (Perec to tylko skrajny przykład, ale jest takich pisarzy legion), problemem fundamentalnym – jest ułożenie w sobie śmierci innych. Oni są w nas, jesteśmy ich kryptą, czy, jak pan woli, kontenerem, w którym spoczęli, i to jest dla nas, dla naszej wyobraźni, dla naszej psychiki, duże wyzwanie.

Czy w czasach przesytu (konsumpcjonizmu) jedynie świadomość śmierci, jej bliskość, ocieranie się o nią, może wyostrzyć nasz apetyt i uwrażliwić kubki smakowe na życie?

Nie wiem. Sądzę, że tak, że w dużej mierze tak. Niekoniecznie w sytuacji „przesytu”, także wówczas, gdy żyjemy nieuważnie, lekceważymy smaki życia. Wystarczy, że się dowiemy o śmierci czy chorobie ludzi, których znamy, a apetyt na życie od razu rośnie. Rośnie wręcz histerycznie.

Kontener jako narzędzie służy do transportu, ale i do zabezpieczania ładunku. Co pan chciał uchronić, zabezpieczyć, pisząc tę książkę? Matkę czy siebie?

Kontener jest tutaj bardzo wieloznacznym pojęciem. Tak, oczywiście, kryję w nim matkę czy szerzej zmarłych, kryję jakby przed ostatecznym rozpadem, odejściem. Grzebię i chronię zarazem, jak pan to ładnie ujmuje. Kontener jest niejako śmietnikiem, ale też zbiornikiem, i jest w tej książce także określeniem na formę literacką: zbieram w niej literackie niejako odpadki, fragmenty, cytaty, lecz zarazem chronię literaturę, to znaczy opiewam jej konieczność, jej moc w obliczu śmierci. I jako zbiornik kontener jest też miejscem, w którym zbierają się w tej książce oddechy, łączą się utopijnie w jednej wspólnocie, bo, jak pan wie, jest to też książka o oddychaniu.

Czy pisanie było czymś w rodzaju sztucznego oddychania bądź łapania drugiego oddechu? Co wyznaczało jego rytm?

Sztuczne oddychanie to bardzo dobre określenie. Tak, było to na początku niejako sztuczne oddychanie, ale sztuczne oddychanie w pewnej chwili przywraca normalny oddech. A tak bardziej konkretnie: do głowy uderzają pewne obrazy, pewne zdania, niektóre wyniesione ze snów, i to od nich się zaczyna. Rzeczywiście miałem poczucie, że pisząc tych sto cząstek, fragmentów, które składają się na książkę, oddychałem głębiej. Ale to jest odczucie, które często się przy pisaniu zdarza. W tym przypadku doznanie było może silniejsze.

Barthes wie, że pisze, tak to nazwę, nieksiążkę i pilnuje się, by nie popaść w literackość, by pod jego piórem nie powstała literatura żałobna”. Pan też się pilnował? Czy „Kontener” to nieksiążka?

Tak i nie. Oczywiście to jest książka, Barthes wie, że choćby ze skóry wychodził, nie uchroni się przed literackością. Zresztą w pewnej chwili postanowił włączyć swój niby nieliteracki, nieksiążkowy „Dziennik żałoby” do przyszłej, planowanej przez siebie powieści. Napisałem książkę, jasne, tyle że w jej trakcie droczyłem się – na poważnie – z ideą pisania poza literaturą.

Barthes, Canetti, Proust, Knausgård. Dlaczego akurat takie towarzystwo w tej książce pan wybrał? I czy lektura w stanie bardzo głębokiego zmartwienia może być lekarstwem?

Lektura może być lekarstwem, ale nie zawsze pomoże. Nie ma cudów. Czasami nic człowiekowi nie pomoże. Jednak nic lepszego, jak sądzę, nie mamy. Miałem trochę spotkań związanych z „Kontenerem”. Niektórym osobom, które zechciały przeczytać książkę, a które przechodziły żałobę, na jej malutką skalę książka jednak pomogła. Wydawało mi się, że piszę książkę bardzo zamkniętą, dla paru osób, ale okazało się, że jest może najbardziej „społeczna” z wszystkiego, co napisałem. A co do wielkich nazwisk, które pan wymienia. Zawsze traktowałem literaturę jako miejsce wspólnoty. Nawet za cenę pewnej naiwności czy łatwowierności. Kiedy przytaczam innych, czuję ich bliskość. Nie chodzi o erudycję, o to, że się naczytałem różnych autorów. Chodzi, rzekłbym, o przyjazne spotkanie, o wspólną sprawę, którą oni rozpoznali lepiej przede mną. Raz jeszcze wspomnę Pereca: ileż u niego, dotkniętego depresjami, kopiowania innych, kryptocytowania, paracytowania.

Wielokrotnie w swoich książkach przywołuje pan Prousta, to jest już niemal jak znak firmowy. Zaczął się rok szkolny, więc takie pytanie wydaje się na miejscu: gdyby Proust był na liście lektur, to jak zachęciłby pan uczniów do lektury tego wielotomowego dzieła? Który to będzie raz, jeśli znów postanowi pan przeczytać „W poszukiwaniu straconego czasu”?

Nie, bez przesady, kiedy wracam do Prousta, to wyrywkowo, do takich czy innych fragmentów. A zachęta? Czeka was rok niebezpiecznego życia. Chyba nie chcecie przeżyć całego życia tak samo?!

W „Kontenerze” pisze pan o oddechu, w tym o trudnościach z oddychaniem, choć nie tylko o tych spowodowanych dolegliwościami fizycznymi. Jest panu duszno w dzisiejszych czasach? A jeśli tak, to z jakich powodów najbardziej?

Wie pan, ja reaguję dość szybko, niemal panicznie, więc duszno było mi zawsze. Teraz oczywiście coraz bardziej, z różnych względów. Łatwo się domyślić: sytuacja w Polsce i także na świecie. Wszechpotężny kicz wszędzie, od polityki począwszy. A ofiarą kiczu nie pada tylko estetyka. Kicz upowszechniony w dłuższej perspektywie przynosi zagrożenie dla życia całego społeczeństwa czy narodu.

W łapaniu oddechu pomaga sport, z pana zaś prawdziwy sportsmen. W dzieciństwie grał pan w piłkę nożną. Kiedy parę lat temu przypadkowo pana spotkałem, opowiadał pan, że wyżywa się przy stole do tenisa, rozpraszając melancholię. W „Kontenerze” też pan jest w ruchu. Czy gdyby nie został pan pisarzem, byłby pan zawodowym sportowcem? I czy w tak fizycznej dziedzinie, jak sport, można dostrzec metafizyczny wymiar, czy lepiej nie przeginać?

Niestety, na bycie zawodowcem ciało było zbyt słabe. Z boiska biegłem czytać zamiast do sali treningowej. Sportowi przypisuję wiele dobrych rzeczy, zawdzięczam mu wiele wspaniałych przeżyć, wiele radości, wręcz poczucia szczęścia, ale to wszystko raczej na poziomie amatorskim: gram w ping-ponga sporo, spotykam się z ludźmi, natychmiast rodzi się poczucie wspólnoty, to bardzo przyjemne. Nie ma pieniędzy, to nie ma świństw. Z takich spotkań mógłbym wyciągać metafizykę, z wielkiego sportu coraz rzadziej. Choć zdarzają się takie chwile, w tenisie chociażby.

*Grzegorz Przepiórka – ukończył filologię polską (edytorstwo), kulturoznawstwo (Instytut Badań Literackich) oraz Polską Szkołę Reportażu. Pasjami czyta, podróżuje i przeprowadza wywiady. Autor artykułów – na temat książek, filmów, miejsc – oraz nielicznych wierszy. Zastępca redaktora naczelnego w periodyku architektoniczno-budowlanym.

 

Reklama

komentarze [2]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

206
0
26.09.2019 11:50

Zapraszam do dyskusji.


1914
1211
29.09.2019 07:20

Kontener i literatura kojarzą mi się z dramatami Becketta. Pewnie aluzja jest celowa.


zgłoś błąd