Lubimy wierzyć w to, że zbrodnia zawsze zostanie ukarana

Adam Jastrzębowski
26.09.2019

O przygotowaniach do pisania powieści „Mara”, o swoim stosunku do mediów i oczekiwaniach wobec nich oraz o tym, że po prostu kochają pisać wspólnie – opowiedzieli w rozmowie z nami Małgorzata i Michał Kuźmińscy.

Lubimy wierzyć w to, że zbrodnia zawsze zostanie ukarana

„Mara”

[Opis wydawcy]

Zatuszowane zabójstwo. Wyparta przeszłość. I szkielet pod twoim domem.
Dąbrowa Tarnowska. Przed wojną połowę jej mieszkańców stanowili Żydzi. To tu, do pustego rodzinnego domu wraca dziennikarz po przejściach Sebastian Strzygoń, szukając równowagi. Ale nic z tego – w sadzie jego dziadków budowlańcy odkopują szkielet.

Czy, jak podejrzewa doktor Anna Serafin, są to kości ofiary Judenjagd – polowania na ukrywających się w czasie wojny Żydów? Równocześnie śmiertelny wypadek na peryferiach Dąbrowy okazuje się zabójstwem. A na synagodze i grobie ofiary pojawiają się antysemickie graffiti.

Bastian mierzy się z przeszłością miasteczka i własnej rodziny. Ale jak dotrzeć do prawdy, gdy świadkowie wydarzeń nic nie pamiętają, nic nie wiedzą? Albo tylko tak twierdzą? Czy można żądać wyjaśnień, gdy to pod twoim domem leży szkielet? Czy da się żyć pod jednym dachem z marą?
I czy to pytanie tylko do Bastiana?

W epilogu „Mary” kierują państwo słowa podziękowania do babci Stanisławy. Stąd moje pytanie o uchylenie drzwi do pisarskiej kuchni – czy pierwszy był pomysł na osnucie intrygi wokół wątku dotyczącego Judenjagd, czy rozmowa z panią Stanisławą, jak mniemam, o wojnie?

Małgorzata Fugiel-Kuźmińska, Michał Kuźmiński: Było jeszcze inaczej. Kiedy w 2011 roku ukazała się książka prof. Jana Grabowskiego pt. „Judenjagd” – studium trzeciej fazy Zagłady w powiecie Dąbrowa Tarnowska, sami doświadczyliśmy tego, czego w „Marze” doświadcza Bastian: że takie miejsca, jak Dąbrowa, które dla naszego pokolenia były archetypem poczucia bezpieczeństwa, domem, azylem, dziecięcą arkadią, kryją niewypowiedzianą – bo nieopowiedzianą – grozę. Że wydarzenia opisane w tej książce nie działy się gdzieś tam, w przykładowym Jedwabnem, ale tu, w miejscach, które są nasze, które się zna. Zaczęliśmy sobie zadawać pytania: co taka podskórna groza robi z naszym poczuciem bezpieczeństwa? Jak bardzo jest ono zafałszowane? Zmitologizowane?

Zaczęliśmy też szukać świadectw. Okazywało się wtedy, że to nie tak, że ludzie nie chcą o tym mówić. Przeciwnie. Ludzie tacy jak pani Stanisława chcą opowiadać. To nie tylko nasze doświadczenie – przytrafiło się to też reporterowi Markowi Osiecimskiemu, który pojechał po publikacji książki prof. Grabowskiego do Dąbrowy i z miejsca usłyszał nieopisaną dotąd historię mordu. Tak jakby ci, co wiedzą, czekali, aż ktoś ich zapyta. A nikt ich nie chciał słuchać i powszechnie uznano, że o tym się nie mówi.

Co więcej, to też nie tak, że mówić zaczyna się dopiero teraz. W filmie, literaturze i badaniach historycznych wątek udziału – rzadziej czynnego, częściej polegającego na bądź to wrogiej, bądź współczującej obojętności – polskiej ludności w trzeciej fazie Zagłady pojawia się w zasadzie tuż po wojnie i powraca nieustannie. Po to, żeby być raz za razem wypieranym i zapominanym. Seryjnie zapominanym.

Więc wiele się musiało wydarzyć, zanim napisaliśmy „Marę”. W 2011 roku Anki ani Bastiana nie było jeszcze na świecie…

To kolejna książka, w której widać u Państwa zainteresowanie tematyką zbrodni na narodzie żydowskim. Skąd ta – w naszym kraju nierzadko przemilczana – tematyka?

Naszą przygodę z pisaniem zaczynaliśmy od „Sekretu Kroke” (2009) i „Klątwy Konstantyna” (2011) – powieści sensacyjnych, których akcja rozgrywa się w żydowskiej dzielnicy Krakowa tuż przed wojną i tuż po wojnie. Teraz, po latach, znowu wracamy do sztetla. Ale jest to już inny sztetl, pusty.

Kiedy zaczynaliśmy pisać „Sekret Kroke”, mieszkaliśmy w sąsiedztwie krakowskiego Kazimierza, gdzie często zdarzało nam się spacerować, snuć po uliczkach. Za każdym razem uderzało nas wyczuwalne napięcie między imprezowym klimatem tego miejsca (Kazimierz jest dziś wręcz oblegany przez turystów, a knajp tu co niemiara) a przejmującą nieobecnością jego żydowskich mieszkańców. Wtedy próbowaliśmy tę nieobecność wypełnić opowieścią o tym, co było. Dzisiaj to właśnie tę pustkę uczyniliśmy głównym bohaterem naszej powieści.

Andrzej Leder o zniknięciu Żydów z naszych miast, wsi i miasteczek pisze jako o jednym z elementów owej „prześnionej rewolucji”, która ukształtowała polskie społeczeństwo drugiej połowy XX wieku. Prześnionej – czyli wypartej, świadomie zapomnianej, zepchniętej w nieświadomość. Traumatycznej, niezintegrowanej. Psychoanaliza uczy, że treści nieświadome mają niebagatelny wpływ na to, kim jesteśmy. Więc jeśli chcemy zrozumieć, kim jesteśmy, musimy w takie rejony zaglądać, mimo lęku o to, co tam znajdziemy. Dokładnie to spotyka Bastiana, który nagle na podwórku swojego rodzinnego domu wykopuje szkielet. I zamiast cieszyć się z umorzenia sprawy z powodu przedawnienia, zaczyna drążyć.

Gdy Anna Serafin przegląda w kolejnych instytucjach dokumenty, to odnoszę wrażenie, że nie do końca wie, czego szuka. Czy gdy przygotowywali się państwo do pisania książki, to przeprowadzany przez państwa research też polegał na lepieniu spójnej historii ze strzępków zachowanych informacji?

Anka wie, czego szuka, ale metoda, którą próbuje zastosować, okazuje się niemożliwa do zastosowania. Anka musi zmierzyć się z pytaniem o granice swoich możliwości. Co nie znaczy, że nic się nie da ustalić. Przeciwnie – i paradoksalnie – dostępne jest mnóstwo wiedzy i źródeł na temat Judenjagd. Ustalić można naprawdę dużo. Jeśli nawet efekt nie będzie – jak początkowo chciała Anka – całkowity, to na pewno niewątpliwy. Przesądzający.

Studiowaliśmy więc literaturę, ale też przeglądaliśmy wybrane akta procesów sierpniowych z Dąbrowy Tarnowskiej. Byliśmy w tarnowskim oddziale archiwum narodowego, żeby zajrzeć do akt stanu cywilnego pozostałych po dąbrowskiej gminie żydowskiej i do arkuszy ocen dąbrowskiego gimnazjum. Wreszcie – rozmawialiśmy zarówno ze świadkami, jak i z badaczami. Więc owszem, jak zwykle układaliśmy naszą opowieść z fragmentów. Ale to nie były strzępki, lecz solidna materia.

Czy możliwe są w Polsce rzetelne i obiektywne badania nad Judenjagd? Czy jeszcze jest na to za wcześnie, bo „nie ma po co o tym gadać”?

Ależ rzetelne i obiektywne badania nad trzecią fazą Zagłady prowadzone są w Polsce już od dawna, m.in. przez historyków z Centrum Badań nad Zagładą Żydów PAN. Ukazał się szereg pozycji, które te badania dokumentują i popularyzują. Tylko ich treść nie przedostaje się jakoś do szerszego grona odbiorców. Dlaczego? Czy to owo wyparcie, aktywne zapominanie, które wciąż sprawia, że kiedy temat zbrodni na Żydach pojawia się przy okazji filmu, książki czy – ostatnio – nowelizacji ustawy, to wybucha gwałtowne poruszenie, że jak to możliwe, skoro przecież nigdy o tym nie słyszeliśmy?

Siedząc na rynku w Dąbrowie Tarnowskiej, Anka zauważa, że to jedyne znane jej miasteczko, gdzie na środku stoi nie kościół, ale synagoga, że przed wojną połowę tego miasteczka stanowili Żydzi. Zastanawia się, jak można tak wyparować z ludzkiej pamięci. Potem łapie się na tym, że przecież w Krakowie mieszka na terenie byłego getta. Że mieszka na cmentarzu, w ogóle się nad tym nie zastanawiając. I czy może tylko tak, bez zastanowienia, da się tam mieszkać. To uniwersalne pytanie o traumę i zapomnienie – czy da się mieszkać na cmentarzu? – dotyczy nie tylko Krakowa czy Dąbrowy, ale wielu miast i miasteczek Polski, w tym również zrównanej z ziemią Warszawy, która wciąż leczy rany po Powstaniu. W siedemdziesiąt lat po wojnie to pytanie dalej jest aktualne.

Czy jest za wcześnie? Obawiamy się, że powoli może być za późno. Odchodzi pokolenie, które dobrze pamięta wojnę, osoby, które w tamtych czasach były dziećmi, dzisiaj mają po dziewięćdziesiąt lat. Wraz z nimi odchodzi bezcenna wiedza, zostaną nam tylko pisemne wspomnienia, świadectwa, akta procesów sierpniowych. Te wszystkie dokumenty, od których tak bezradnie odbija się Anka Serafin.

Jeśli nie teraz, to kiedy?

Z „Mary” bije uszczypliwy stosunek do mediów. Strzygoń, reporter śledczy, początkowo nie chce, by Dawcio filmował znalezione u dziennikarza kości, sam Wojciechowski interesuje się tylko tymi tematami, które można „grzać na lajfie”, a dziennikarka ogólnopolskiego portalu Róża Wiśniewska daje się złapać w pułapkę i nie weryfikuje newsa sprzedanego jej przez panią antropolog. Skąd u państwa taki brak wiary w media?

Ogromnie wierzymy w media. Trudno złożyć większe wyznanie wiary w sens dziennikarstwa, niż poprzez poprowadzenie postaci Bastiana tak, jak w „Pionku”, „Kamieniu”, a teraz „Marze”. Nawet w „Ślebodzie” Bastian nie jest całkowicie tabloidowy – tam też, co by nie mówić, chodzi mu o prawdę.

Bastian nie chce się zgodzić na filmowanie miejsca odnalezienia kości z innego powodu – bo mierzy się z tym, jak to jest znaleźć się po drugiej stronie kamery. Gdy prawdy nie poszukuje się już gdzieś na zewnątrz, lecz u siebie.

Wierzymy w media, dlatego mamy wobec nich wysokie oczekiwania. Kopiuj–wklej to jeszcze nie dziennikarstwo.

Akcja państwa książek dzieje się na południu Polski. Czy jest to związane z państwa miejscem zamieszkania?

Nie stosujemy przy wyborze lokalizacji ani lokalnych sentymentów (mieszkamy na południu, to prawda), ani geograficznych parytetów. Słuchamy historii i idziemy za tymi, które poruszają nas najbardziej. Tak się złożyło, że do tej pory były to historie z południa, może dlatego, że po prostu słyszeliśmy ich więcej. Ale nie wykluczamy, że wkrótce możemy zawędrować gdzieś dalej.

„Mara” jest dwutorowym kryminałem, próbujemy rozwikłać wraz z bohaterami dwie zagadki na raz. Który wątek jest dla państwa ważniejszy?

Bastian angażuje się w sprawę z przeszłości, bo dotyka ona bezpośrednio jego i jego rodziny. To ona nie daje mu spać i doprowadza go do emocjonalnej huśtawki. Sprawa, która dzieje się współcześnie, interesuje go mniej – tajemnicza śmierć miejscowego wyrzutka wydaje się banalna, policja powinna szybko ją rozwiązać. Ale tak się nie dzieje, mnożą się tajemnice, a Bastianowi zaczyna grozić niebezpieczeństwo.

Bez zrozumienia tego, co się działo w przeszłości, nie da się zrozumieć teraźniejszości. Ale ostatecznie żyjemy tu i teraz. Tak więc oba wątki są dla naszych bohaterów ważne, przeplatają się i dopiero razem tworzą całość. Wszystko, co znajduje się w książce, jest po coś. Jeden wątek odpowiada, kontrapunktuje inny.

Kazik Staszewski (którego cytują państwo w książce) w utworze „Melasa” wyśpiewał taki wers: „Zbrodnia to nie zbrodnia, kiedy nie jest ukarana”. W „Marze” starsi mieszkańcy Dąbrowy, chociaż pamiętają czasy wojny i polowań na Żydów, to nie wydają się traktować ich w kategoriach „zbrodni”. Machają ręką i starają się nie wracać do tamtych czasów. Dlaczego?

To, że starsi mieszkańcy Dąbrowy sami z siebie nie mówią o czasach wojny i okupacji, nie znaczy, że machają ręką. Ich milczenie nie jest znakiem zapomnienia ani bagatelizowania tamtych wydarzeń, ale właśnie traumy. Bastian, myśląc o swoich dziadkach, zauważa, że byli młodzi w najgorszym możliwym czasie. Gdy przemoc, gwałt i mordy były na porządku dziennym. Dzisiejsi dąbrowscy staruszkowie widzieli pewnie takie rzeczy, które nam nie pomieściłyby się w głowach. Nie sposób przykładać kategorii czasów pokoju do czasów wojny, kiedy życie jest tanie, kiedy można zginąć za „zły wygląd”; zawieszeniu ulegają podstawowe normy, bo liczy się tylko przetrwanie. Jeden ze starszych mieszkańców Dąbrowy w rozmowie z Bastianem mówi, że Niemcy robili takie rzeczy, że ludzie patrzyli i wierzyli, że skoro tak, to wszystko wolno.

To, co dzisiejsi staruszkowie widzieli, zostanie z nimi do końca. Dziadek Bastiana na łożu śmierci też wraca do tamtych wydarzeń. To, że schowali oni swoje wspomnienia bardzo głęboko, świadczy o tym, jakie to dla nich ważne.

Lubimy wierzyć w to, że zbrodnia zawsze zostanie ukarana. To obiecuje nam społeczeństwo, którego kontroli się poddajemy w zamian za poczucie bezpieczeństwa. Czytelnicy kryminałów biorą to za pewnik – że zawsze na końcu przeczytanej książki dowiedzą się, kto zabił i jaka kara go spotkała. W ten sposób porządek świata zostaje potwierdzony, a zmarły bezpiecznie odesłany w zaświaty. A co jeśli zbrodnia nie zostanie ukarana? Zostaje z nami upiór. Mara. Zaś świat już nigdy nie będzie taki jak przedtem.

Żeby się przed tym bronić, wymyślamy sobie przeszłość zastępczą. Taką, która pozwala się nam czuć dobrze. Ale taki mit zawsze będzie podszyty lękiem.

Przy tym wszystkim pojawia się szereg ważnych pytań o winę bądź usprawiedliwienie ludzi żyjących w ekstremalnych czasach. Jedno z nich zadaje w książce mała dziewczynka, bo w gruncie rzeczy jest ono naiwne: a co by było, gdyby ludzie zawiązali wtedy „dobrą zmowę milczenia”? Sprzysięgli się jak jeden mąż nie wydawać ukrywających się w ich wsi Żydów? Inne pytanie zada sobie Bastian: czy to, że ktoś nie zrobił nic, znaczy, że nic nie zrobił? Czy bierny jest niewinny? I dalej: czy winę się dziedziczy? A traumę?

Co jest urzekającego (a może raczej przerażającego?) w mniejszych miastach, że tak chętnie wybierane są na miejsce akcji kryminałów?

Mieszkając w dużym mieście, często ulegamy złudzeniu, że wszyscy żyją tak samo jak my. Ale to tylko złudzenie. Codzienność większości mieszkańców Polski toczy się w mniejszych miejscowościach. To tam, a nie w biurowcach czy centrach metropolii, toczy się prawdziwe życie. I nie jest ono sielankowe jak w serialu. Ludzie żyją blisko siebie, znają się, wikłają się w sieci zależności i wzajemności, lokalne układy sił. Buzują emocje i namiętności. Kiedy w powiatowym mikroświecie wydarza się zbrodnia, jej fala uderzeniowa rozchodzi się po tych wszystkich układach wzajemnych powiązań, zatacza szerokie kręgi. Dotknięta zostaje cała społeczność. A to, co dzieje się w społeczności dotkniętej zbrodnią, jest dla nas, jako dla autorów powieści kryminalnych, najciekawsze.

Skądinąd to znamienne, że ludzie z dużych miast – co wyczuwa się w książkach, mediach, komentarzach politycznych, a nawet niektórych badaniach socjologicznych – myślą o życiu w małym miasteczku jak o czymś egzotycznym, fascynującym i przerażającym zarazem, operując całą paletą stereotypów, z których wiele jest pogardliwych i nieprawdziwych. Znamienne, bo przecież wszyscy pochodzimy z takich małych miasteczek i wsi. Jest w tym coś psychologicznie intrygującego, prawda?

Gdzie szukają państwo inspiracji do opisywanych w książkach intryg? Czy są to inni pisarze, kino lub seriale, czy raczej akta sądowe i artykuły z prasy lokalnej?

Dla nas najbardziej inspirujące są prawdziwe historie. Dlaczego? Bo są prawdziwe. W naszym założeniu literatura kryminalna jest literaturą realistyczną, dlatego powinna opisywać rzeczywistość, trzymając się jak najbliżej prawdziwego życia. Powieści, filmy i seriale kryminalne filtrują tę rzeczywistość, przekształcają, modelują, żeby historie w nich opowiedziane były zajmujące, trzymały się konwencji, „mroziły krew w żyłach” w sposób dokładnie taki, jak oczekują tego czytelnicy. Inspirowanie się popkulturą kryminalną niesie ze sobą niebezpieczeństwo wpadnięcia w pętlę autoreferencyjności. Odbicie odbicia to już prawie krzywe zwierciadło, a rzeczywistość opisana w kryminałach często jest – zajmującym i trzymającym w napięciu – symulakrum, odwzorowaniem rzeczywistości… opisanej w kryminałach.

Dla nas nieustannym źródłem inspiracji są rozmowy z ludźmi, prawdziwe historie, miejsca. Stąd też nasze zaangażowanie w projekt „Opowiem ci o zbrodni”, który pozwala głęboko wejść w historię kryminalną sprzed lat, zanurzyć się w akta, podjąć własne śledztwo i dokonać własnej interpretacji. Zetknięcie z prawdziwą zbrodnią uczy pokory, pozwala ukierunkować pracę wyobraźni tak, żeby nie zbłądziła na manowce.

Prawdziwa zbrodnia nie jest „trzymająca w napięciu”. Jest przeraźliwie banalna i smutna. Ale dopiero to wszystko, co się za taką zbrodnią kryje, jest warte opisania.

Anna Serafin mówi, że nie istnieje zbrodnia doskonała. Czy nie kusiło państwa, by stworzyć opis takiego niewykrywalnego przestępstwa?

Nie. Za każdą nierozwiązaną zagadką kryminalną czy niewykrytą zbrodnią stoi nie genialny umysł przestępcy, który stworzył „zbrodnię doskonałą”, ale nieudolność czy zła wola organów ścigania. Tak jak wspominaliśmy, interesuje nas rzeczywistość, a doskonałość w naturze nie występuje. Poza tym doskonałość jest nudna, to w skazach, ranach i rysach jest napięcie (a przecież czytelnicy kryminałów tak bardzo lubią być trzymani w napięciu).

Jak sami państwo mówią, jesteście swoimi pierwszymi czytelnikami, krytykami i redaktorami. Czy w trakcie wspólnej pracy nad książką jest możliwe, aby się zdystansować, pójść na kolację czy do kina i nie myśleć o kolejnych rozdziałach i wątkach do napisania? Czy gdzieś w tyle głowy Małgorzaty Fugiel-Kuźmińskiej jest zawsze Sebastian Strzygoń, a Michał Kuźmiński ma przed oczami Annę Serafin?

To jest nie tylko możliwe, ale i konieczne. Oboje poza pisaniem mamy swoje prace i prowadzimy w gruncie rzeczy bardzo zwyczajne życie, w którym jest miejsce i na kolację, i na film – bo na kino często brakuje już czasu. Pisanie bardzo nas angażuje, ale bez złapania do niego dystansu można by zwariować. To prawda, że kiedy jesteśmy w pisarskim ciągu, gdzieś nieustannie w tyle głowy pracuje myślowy „proces w tle”. Anka i Bastian to nasi bohaterowie, ale nie możemy się z nimi zidentyfikować, zamieszkać w uniwersum naszej serii, bo byłoby to bardzo niezdrowe – i dla nas, i dla serii, i dla czytelnika. Musimy nad tym uniwersum panować i je świadomie kształtować, a do tego potrzebny jest dystans.

Czy wyobrażają sobie państwo pracę w duecie – ale z kimś innym?

Praca w zespole jest dla nas oczywista. Bo pisanie to w końcu praca – kreatywna, ale praca. Teksty dziennikarskie czy naukowe bardzo często mają więcej niż jednego autora, literackie rzadziej, ale nie jest to niemożliwe. Pewnie wymagałoby to dotarcia – po szóstej książce i dwóch opowiadaniach mamy już wypracowane sposoby radzenia sobie z konfliktami, metody na burzę mózgów, czasem rozumiemy się bez słów – ale nie mówimy nie. Z drugiej strony przy tekstach literackich między piszącymi musi być chemia, rodzaj współmyślenia, które sprawia, że ostatecznie tekst jest spójny.

Czy byśmy potrafili, to jedno. Ale czy byśmy chcieli pisać z kim innym, to kompletnie inna sprawa. Bo my po prostu kochamy pisać ze sobą.

* rozmawiał Adam Jastrzębowski

Reklama

komentarze [12]

Sortuj:
2664
671
01.10.2019 09:33

Za mną "Śleboda" oraz "Pionek" plus spotkanie z autorami. Chyba nigdy tego nie zapomnę, a aktualnie próbuję wygospodarować czas na "Kamień" oraz "Marę". Jako że przede mną jeszcze te dwie książki to aż tak czekać na kolejną nie będę, ale na pewno nią nie pogardzę :D


3863
273
30.09.2019 16:32

W naszym kraju nikt nie pisze lepszych kryminałów niż Państwo Kuźmińscy. Potem jest Pan Zajas, Pan Krajewski a potem długo ... długo nikt.


741
580
06.10.2019 16:57

Z tym, że przed nimi wszystkimi jest pan Górski :-)


3863
273
06.10.2019 19:07

Według mnie nie jest :)


720
124
30.09.2019 15:10

Z Kuźmińskimi miałam styczność tylko przy okazji "Opowiem Ci o zbrodni" i jakiegoś fragmentu książki, którego słuchałam na Lecton. Chętnie zapoznałabym się bliżej z ich twórczością, ale zawsze jakoś brakuje czasu.


554
456
27.09.2019 19:24

Najnowszą zamówiłem i już niedługo zagości w moim domu. To będzie czwarte spotkanie z Kuźmińskimi, jak dotąd mnie nie zawiedli. Piszą naprawdę ciekawie. ,,Pionek '' po prostu wymiata. Bardzo dobra skonstruowana opowieść....o ludziach. W sumie oni - Państwo Kuźmińscy zawsze piszą o ludziach. O nas samych. O sobie, o mnie, o Tobie. O nas. Stereotypy. Wierzenia. Marzenia....

więcej

1005
290
28.09.2019 09:39

Też myślałam, że „Pionek” wymiata. Aż przeczytałam „Marę” :) Zazdroszczę, że jesteś jeszcze przed.


554
456
28.09.2019 09:50

Trzeba mieć nadzieję, że Kuźmińscy będą pisać jeszcze lepsze książki. I jeszcze lepsze od poprzednich. Chociaż już po trzech spotkaniach mogę stwierdzić , że piszą naprawdę bardzo dobrze. Piszą o tym samym co inni, ale w jakże indywidualny, niepowtarzalny sposób. Piszą pełniej. Piszą realniej. Nie bujają / jak na razie/ w obłokach i mam nadzieję, że to się nie zmieni. I tak...

więcej

4041
3801
26.09.2019 20:24

Ja mieszkam w małym mieście.Według sterotypów.W moim mieście ,mamy bezrobocie 70 %,rządzi mafia.Ludzie są antysemitami.Ciemnota jest i ludzie w 100 % są za PIS.Co jest nieprawdą.

Co to książki.To nie wiem.Kiedy przeczytam.Mam teraz inne plany.


1005
290
26.09.2019 14:44

Na Państwa Kuźmińskich trafiłam przypadkiem i przepadłam. To naprawdę kryminał w najlepszym wydaniu. Aż mi szkoda, że już skoczyłam. Mam tylko nadzieję, że nie skończyli jeszcze Sebastian i Ania.


496
391
26.09.2019 13:22

Dobrze się czyta książki Państwa Kuźmińskich.
Próbują tak skonstruować bohaterów, aby Czytelnik zrozumiał na swój sposób postrzeganie dwóch sobie odmiennych charakterów Anny i Sebastiana. :)


95
30
25.09.2019 11:10

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd