Abrakadabra. Burzliwe losy Johna Constantine’a

Bartek Czartoryski
21.03.2020

Ma twarz Stinga, nigdy nie rozstaje się z papierosem, po zobaczeniu Sex Pistols założył swój punkowy band, wygrażał pięścią Margaret Thatcher i wojował z samym Nergalem (demonem, nie muzykiem). No i jest potężnym magiem, który zgłębił arkana okultyzmu. A przy tym niereformowalną szują. John Constantine ponownie gości na sklepowych półkach.

Abrakadabra. Burzliwe losy Johna Constantine’a
Reklama

Choć z tymi półkami to drobna przesada, a raczej metafora, bo przecież, zgodnie ze zdroworozsądkowym zaleceniem, lepiej kto może nie wyścibiać nosa z domu. Ba, nawet jeśli okutani od stóp do czubka głowy wychynęlibyśmy na zewnątrz, to i tak chyba nigdzie nie da się komiksu o zblazowanym liverpoolczyku kupić, bo wszystko zamknięte na cztery spusty. Pozostaje internet i oczekiwanie na kuriera tudzież listonosza, ale to i tak komfortowa myśl, że od znakomitej lektury dzieli nas zaledwie krok. A może raczej kilka szybkich kliknięć touchpada.

60-letni Constantine

Aktualnie jesteśmy na półmetku sześciotomowego wydania wycinka serii o przygodach brytyjskiego maga okultysty; dopiero co ukazała się pierwsza część runu Gartha Ennisa. Za nami już kilkaset stron napisanych przez Briana Azzarello, na dalekim horyzoncie majaczy krótszy, acz równie dobry finał autorstwa Warrena Ellisa. Ale niech moje słowa nikogo nie zmylą. Poszczególne runy są całkowicie autonomiczne, niepowiązane ze sobą bezpośrednio. Ba, wydaje się je nawet niechronologicznie, z wyzerowaną numeracją przy każdym sezonie. Korzystam nieprzypadkowo z nomenklatury telewizyjnej, bo Constantine to postać iście przechodnia, wędrująca przez lata z rąk do rąk, ale mająca niebywałe szczęście do scenariuszy. Dość powiedzieć, że, inaczej niż zwykłe – a raczej niezwykłe, gdyż myślę o superbohaterach – postacie komiksowe, John starzeje się razem z czytelnikiem. Urodzony w 1953 roku dobił mniej więcej do sześćdziesiątki. I kiedy już obejrzy się jeden odcinek, tfu, przeczyta którykolwiek zeszyt, trudno oprzeć się binge-readingowi.

Potwór z bagien

Alan Moore Potwór z bagienLecz cofnijmy się o zaledwie trzydzieści pięć lat, kiedy to Alan Moore, pisząc serię o Potworze z bagien, zapytał pracujący przy tym tytule duet rysowniczo-kolorystyczny – Stephena Bissette’a i Johna Totlebena – kogo chciałby zobaczyć na kartach komiksu. Tamci odparli jednogłośnie, że nikogo innego jak Stinga. I tak też się stało. Moore wymyślił cynicznego maga o twarzy brytyjskiego muzyka. Choć wydawnictwo DC zapewne drżało przed pozwami, Stingowi pomysł ten spodobał się na tyle, że po latach, przebrany za Constantine’a – czy można być cosplayerem samego siebie? – zaskoczył wszystkich chęcią napisania przedmowy do specjalnego wydania przygód swojego sobowtóra. Kto chciał dowód na kultowy status Johna, niech nie szuka dalej.

Swój komiks Constantine otrzymał kilka lat później. Pierwotnie miał on nosić tytuł „Hellraiser”, ale jako że na ekranach kin tryumfy święcił słynny filmowy horror Clive’a Barkera, serię na szybko przechrzczono na „Hellblazer”. Za sterami stanął wywodzący się z brytyjskiej sceny komiksowej scenarzysta Jamie Delano, który z miejsca wykorzystał wyjątkowy status Constantine’a, maga żyjącego na uboczu całego uniwersum DC, jako fundament do stworzenia komiksu zaangażowanego społecznie, niebojącego się otwartej krytyki rządu Margaret Thatcher i oblepionego neurozami angielskiego społeczeństwa. Delano, jak pisał potem Moore, udowodnił dobitnie, że groza na Wyspach nie rozwiała się razem z mgłą zalegającą nad wiktoriańskim brukiem. Powiedzieć, że Constantine nie przypominał żadnego bohatera ze stajni DC, to za mało.

Nihilistyczny Constantine

Kaznodzieja Garth EnnisCiągle podgryzany przez poczucie winy – jego matka zmarła przy porodzie – nieustannie kopany przez los i prześladowany przez pecha, Constantine oddzielił się od świata swoim nihilizmem, ale i przezeń przezierały nieraz empatyczne uczucia. Tyle że nawet jeśli chciał dobrze, częstokroć wychodziło źle. John zwykle przypominał nie maga zawieszonego między niebem a piekłem, lecz zwyczajnego szulera, cyrkowego magika, prestidigitatora o gębie nieprzerwanie wykrzywionej sarkastycznym uśmieszkiem, który prędzej wyciągnie królika z kapelusza, niż wyczaruje ognistą kulę. Co pasowało zresztą Garthowi Ennisowi, który na początku lat dziewięćdziesiątych przejął pałeczkę po Delano i pchał ten wózek prawie do końca dekady. Irlandzki scenarzysta przefiltrował przez Johna interesujące go tematy religijne które później rozwinie zresztą na kartach swojego znakomitego „Kaznodziei” – i między innymi napięcia polityczne na Wyspach. Nie oszczędzając przy tym Constantine’a. To u niego John zachorował na raka i tułał się, bezdomny, po ulicach.

Reklama

Zanim serię na krótko przejął Warren Ellis, rezygnując, kiedy wydawnictwo nie chciało opublikować napisanej przez niego historii o szkolnej strzelaninie – choć ukończył ją jeszcze zanim doszło do tragicznych wydarzeń na korytarzach liceum w Columbine – scenariusze przez dłuższy czas pisał Paul Jenkins, który wyprowadził Constantine’a na płaszczyznę meta. Ale nie tylko. U Jenkinsa istotną rolę odgrywa kultura i literatura brytyjska, z której czerpie całymi garściami. A Constantine spotyka… samego Boga. Czy można to przebić? Potrzeba było do tego nowej krwi, amerykańskiej. Brian Azzarello z serii uczynił komiks drogi, nie stroniąc przy tym od kontrowersji. John spotyka bowiem jedynie socjopatyczne męty, choć i tak najgłośniej mówiło się o ujawnieniu jego biseksualizmu. Tak czy inaczej, run Azzarello to skok na główkę do rynsztoka.

Wszyscy autorzy komiksu o Johnie Constantinie

Do końca zeszłej dekady komiks przejmowali kolejno: Mike Carey (na dłużej), Denise Mina i Andy Diggle (oboje na krócej) oraz Peter Mulligan (na najdłużej), aż seria domknęła się na trzysetnym numerze. Umyślnie nie relacjonuję wydarzeń z owych opowieści, gdyż nie mają one zbytniego znaczenia dla wydawnictw dostępnych na naszym rynku, i jednocześnie zostawiam sobie furtkę do kolejnej części tego tekstu, gdyby kiedyś miały się one u nas pojawić. Lecz DC nie dało umęczonemu magowi spokoju, bynajmniej, powrócił niedługo potem na łamach serii zatytułowanej, uwaga, „Constantine”, która była okropnym rozczarowaniem.

Reklama

Postaci odebrano tożsamość, każąc jej funkcjonować zgodnie z zasadami superbohaterskiego uniwersum. Niby DC Comics po części zrehabilitowało się przy okazji restartu całej swojej linii wydawniczej, znanego jako Odrodzenie, lecz odświeżony „Hellblazer”, choć mający ambicje powrotu do korzeni, był napakowany akcją i próżno tam szukać dobijającego pesymizmu emanującego z oryginalnej serii.

Bo ten „prawdziwy” John Constantine ani trochę nie przypomina czarującego maga z efemerycznego serialu telewizyjnego ani tym bardziej Keanu Reevesa o sarnich oczach – ktoś pamięta film z 2005 roku? – to zmęczony facet przygnieciony kłopotami tak, że nosem szoruje o ziemię. A przy tym jedna z najlepszych komiksowych postaci, jakie wymyślono. Abrakadabra.

Grafika otwierająca: Hellblazer. Tom 1, Brian Azzarello, Dave V. Taylor, Marcelo Frusin, Steve Dillon, Richard Corben, wyd. Egmont Polska

Reklama

komentarze [3]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

40
0
20.03.2020 12:04

Zapraszam do dyskusji.


195
0
22.03.2020 16:58

Tak się akurat złożyło, że dziś przeczytałem I tom Azzarello. Wspanialy komiks, niezwykle ciekawy główny bohater. Jestem zachwycony i z pewnością sięgnę po kolejne tomy.


101
3
23.03.2020 15:50

Hellblazera uwielbiam i to jeden z najlepszych brytyjskich komiksów. Moja uwaga do tekstu: Autor wspomina ze runy sa wydawane niechronologicznie i że to żadna krzywda - nie zgadzam się. To co napisał Ennis znalazło świetną kontynuację u Jenkinsa. Jego era to wręcz bezpośrednia kontynuacja ennisowych przygód. Potem był Ellis z runem dobrym, ale krótkim, odpoczynek od długich...

więcej

zgłoś błąd