Hersus 
comysleo.pl
Mól książkowy zaczytany w fantastyce :)
30 lat, mężczyzna, Wyszków, status: Czytelnik, dodał: 3 książki i 1 cytat, ostatnio widziany 4 godziny temu
Teraz czytam
  • Czarny Horyzont
    Czarny Horyzont
    Autorzy:
    Książka nominowana do Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego 2011 Szukaliśmy życia w Kosmosie. Zagłada przyszła z innego wymiaru Czas Gehenny. Europa jest trupem. Świat dogorywa. Jegrów nie wo...
    czytelników: 446 | opinie: 28 | ocena: 6,61 (248 głosów)
  • Próby ognia
    Próby ognia
    Autor:
    Próby Ognia to długo oczekiwany drugi tom bestsellerowej trylogii Więzień Labiryntu. Znalezienie wyjścia z Labiryntu miało być końcem. Żadnych więcej niespodzianek, żadnych puzzli. I żadnego uciekania...
    czytelników: 11449 | opinie: 423 | ocena: 7,76 (5505 głosów) | inne wydania: 1

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-07-26 23:06:15
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Mercedes Thompson (tom 8)

Zawsze trochę dziwnie patrzyłem na osoby, które mówiły, że kochają jakiegoś bohatera z książki. Przyznam, iż wydawało mi to się bardzo surrealistyczne i niemożliwe. W końcu miłość to uczucie zarezerwowane dla drugiej osoby, a nie postaci wykreowanej tylko i wyłącznie w głowie pisarza. Na szczęście każdy kolejny rok życia uczy mnie czegoś nowego. Dlatego od naprawdę niedawna zacząłem na to... Zawsze trochę dziwnie patrzyłem na osoby, które mówiły, że kochają jakiegoś bohatera z książki. Przyznam, iż wydawało mi to się bardzo surrealistyczne i niemożliwe. W końcu miłość to uczucie zarezerwowane dla drugiej osoby, a nie postaci wykreowanej tylko i wyłącznie w głowie pisarza. Na szczęście każdy kolejny rok życia uczy mnie czegoś nowego. Dlatego od naprawdę niedawna zacząłem na to uczucie patrzeć w nieco inny sposób, ponieważ miłość ta to tak naprawdę wyższy stan uwielbienia. W końcu nawet ja przywiązuje się do jakiegoś bohatera albo bohaterki, kibicuje mu od pierwszej części serii oraz razem z nim cieszę się z wzlotów, a smucę z każdym kolejnym upadkiem. Wzorowym przykładem tego jest nie, kto inny jak Mercedes Thompson wykreowana przez Patricię Briggs. Zapraszam na recenzję najnowszej książki z jej przygodami zatytułowanej „Zamęt nocy”.

Mogłoby się wydawać, że życie Mercy to sielanka. Pracuje jako mechanik samochodowy i to we własnym warsztacie, ma męża oraz grupę przyjaciół na których zawsze może liczyć. Niestety nie zawsze tak było. Wielokrotnie stawała w szranki z nadprzyrodzonymi istotami najróżniejszej maści. Jednakże to, z czym będzie musiała się zmierzyć tym razem może przerosnąć nawet ją. Na horyzoncie pojawi się Christy eksżona Adama. Zwłaszcza, że ucieka ona przed swoim byłym chłopakiem, który okazuje się nie do końca człowiekiem. Trupy zaczynają się ścielić naprawdę gęsto, a to oznacza tylko jedno. Kłopoty. Na domiar złego jeden z Szarych Panów zażąda zwrotu potężnego artefaktu, którego niestety Mercy nie posiada. Myślicie, że to już wszystko? Oj nie znacie autorki.

Patricia Briggs z każdą kolejną książką zaskakuje mnie coraz bardziej. Manewruje słowem równie wspaniale, co Michał Anioł pędzlem. W jej opowiadaniach nawet zwykłe codzienne obowiązki stają się czymś niesamowitym. Skoro już przy tym jestem to dopiero przy okazji tej części zauważyłem, że fabuła nie jest budowana tylko i wyłącznie na walkach oraz czasie między nimi. Dostrzegamy tutaj bohaterów, jako zwykłych ludzi z codziennymi problemami. Wielokrotnie bardzo błahymi. Takimi jak chociażby zmywanie po obiedzie. Niby nic niewielkiego, ale jednak dopełnia całości. Tak samo mają się jej subtelne opisy miejsc i ludzi nieźle działających na wyobraźnię.

Mamy również szanse zobaczyć jak pełnymi garściami czerpie z różnych kultur zgłasza, jeżeli chodzi o poszukiwania antagonistów. Tym razem mamy szansę lepiej przyjrzeć się wierzeniom z Wysp Kanaryjskich, a dokładniej z Teneryfy. Jak sami się przekonacie to nie tylko miejsce na urlop.

Bardzo dużo uwagi autorka poświęca również relacjom między bohaterami, których jest tu naprawdę sporo. Jednakże w żaden sposób się nie gubi i nie plącze w tej kwestii. Dość jasno mamy przedstawione, kto dla kogo jest kim i nie ma zabawy w żadne podchody. Może nad Christy można by było się zastanowić trochę, ale nawet ona staje się tu istotnym elementem. Gdzieś czytałem, w jakiejś recenzji, że jest zbędna i strasznie irytująca. Zgodzić mogę się tylko z tym drugim. Naprawdę potrafiła mnie i to nie raz wkurzyć do tego stopnia, że tylko czekałem, kiedy Mercy da jej w pysk. Niemniej jednak to właśnie to, co w niej najgorsze staje się tutaj najcenniejsze. W końcu wróg mojego wroga staje się moim przyjacielem. Po przeczytaniu książki będziecie wiedzieli, o co mi chodzi.

I oczywiście moja ulubiona pani mechanik. Jak jej nie lubić? Jak jej nie uwielbiać? Łączy w sobie wszystko to, co najlepsze. Delikatność, charyzmę, inteligencję, zaradność oraz niezwykły upór. Dodatkowo autorka pozwalała nam niejednokrotnie zagłębić się w jej psychikę i poznać, co nią tak naprawdę kieruje. Ma złote serce i naprawdę twardy tyłek. Potrafi walczyć o swoje szczęście oraz o tych, na których najbardziej jej zależy. Mercy rządzi.

Przyznam, że ciężko mi jest się do czegokolwiek przyczepić. Prawie wszystko zostało tu dopracowane i zapięte na ostatni guzik. No właśnie. Słowem kluczek na dzisiaj jest „prawie”. Ostateczne starcie z wrogiem nieco mnie rozczarowało. Nie żeby było nudne, ponieważ nie mogłem się przy nim oderwać od książki nawet na minutę, ale czegoś mi w nim brakowało. To tak jakbyście kupili najdroższego hamburgera na świecie, a smakowałby on jak zwykła kanapka z kotletem. Ja to mam dopiero porównania. W ogólnym rozrachunku chodzi o to, że spodziewałem się większego „ŁAŁ”. Czegoś epickiego ciągnącego się przez wiele stron, a tu wszystko zakończyło się zaskakująco szybko. Niestety.

Na zakończenie mogę powiedzieć tylko jedno „Zamęt nocy” to powieść idealna. Zrównoważona, trzymająca w napięciu i niezwykle interesująca. Wciągająca od pierwszych stron i puszczająca dopiero na słowie „Koniec”. Już nie mogę się doczekać następnych części. Mam nadzieję, że pojawią się w księgarniach jak najszybciej.

Więcej recenzji na moim blogu. Link znajdziecie na profilu.

pokaż więcej

 
2018-07-16 21:11:58
Ma nowego znajomego: modli
 
2018-07-16 21:11:47
Ma nowego znajomego: Emilybooks
 
2018-07-09 21:32:38
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Cykl: Więzień Labiryntu (tom 2)
 
2018-07-09 21:31:28
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Cykl z Wampirem (tom 3)

Mało kto lubi zmiany. Najgorzej, jeżeli jest się wampirem na Pradze, a swoje ostatnie kilkadziesiąt lat „życia” spędziło się na uczciwej pracy oraz sporadycznym spijaniu cudzej krwi. Pewnie już się domyślacie czyją książkę tym razem wziąłem na warsztat. To najnowsze dzieło Andrzeja Pilipiuka zatytułowane „Wampir z KC”. Jak zawsze jest to zbiór opowiadań. Tym razem otrzymujemy aż dziewięć... Mało kto lubi zmiany. Najgorzej, jeżeli jest się wampirem na Pradze, a swoje ostatnie kilkadziesiąt lat „życia” spędziło się na uczciwej pracy oraz sporadycznym spijaniu cudzej krwi. Pewnie już się domyślacie czyją książkę tym razem wziąłem na warsztat. To najnowsze dzieło Andrzeja Pilipiuka zatytułowane „Wampir z KC”. Jak zawsze jest to zbiór opowiadań. Tym razem otrzymujemy aż dziewięć historii, a na deser mały bonusik.

Jak już wspomniałem w życiu Marka i Igora nadchodzą wielkie zmiany. Najlepiej by było powiedzieć, że czarne chmury, ponieważ spokojne do tej pory życie zaczyna się walić i to konkretnie. Czasy komuny się kończą, nadchodzi krwawy kapitalizm. Pora dostosować się do nowych warunków i nowego ustroju, ale jak to zazwyczaj bywa w takich przypadkach nie jest to takie proste.

Zanim jednak zacznę wypisywać wszystko, co mi na sercu leży pora wspomnieć, z czym tym razem tak konkretnie będą musiały się zmierzyć nasze wampiry. Tutaj trzeba przyznać czeka ich masa atrakcji. Zaczynając od niezwykle interesujących wczasów pracowniczych, na których pokażą swoją prawdziwą naturę pracoholika, przez nieuczciwe starcie z uzbrojonymi po zęby łowcami z Fundacji Van Helsinga po pazernego właściciela przedwojennej kamienicy. Prócz tego będą poszukiwali niezwykle cennego jak na tamte czasy skarbu oraz udowodnią, że jak się chce to można nawet w styczniu zbierać grzyby.

Po przeczytaniu tej książki przez głowę przeszła mi pewna myśl. Czy na polskiej scenie fantastycznej ktoś jeszcze pisze opowiadania? Pewnie każdy szanujący się pisarz zaliczył jedną albo dwie tego typu krótkie opowieści głównie pojawiające się w różnego typu antologiach. Jednakże tylko Andrzej Pilipiuk właśnie z nich zrobił swój znak rozpoznawczy. I trzeba przyznać, wychodzą mu one rewelacyjnie.

Ciężko naprawdę się do czegokolwiek przyczepić, ale jak to bywa w tego tupu dziełach często znajdzie się lepsze lub gorsze opowiadania. Nie będę tutaj wytykał, które mi nie podeszły do gustu, ale nie odpasowała mi pewna zmiana w nich. Zazwyczaj przepełnione one były humorem, oryginalnym pomysłem i pewnego rodzaju lekkością. Tym razem sporo w nich brutalności i to takiej niepasującej mi do Pilipiuka. Niemniej jednak przy takiej ilości słodyczy nawet ziarenko soli przestaje być wyczuwalne.

Bardzo ciekawym pomysłem jest również wplątanie innych bohaterów znanych z jego twórczości. Prócz dobrze wszystkim znanego Wędrowycza, którego nie mogłoby zabraknąć w przypadku spotkania wampirów to swój mały udział ma również Storm, poszukiwacz prawdy sprzed lat.

„Wampir z KC” to kolejny zbiór opowiadań udowadniający, że Wielki Grafoman przy takiej właśnie formie twórczości niema sobie równych. Ponownie w sposób prześmiewczy przedstawił nam czasy PRLu i pokazał jak się wtedy żyło. Spokojnie mogę go nazwać naszym własnym polskim Pratchettem. Mam tylko nadzieję, że nikogo tym stwierdzeniem nie urażę.

Więcej recenzji na moim blogu. Link znajdziecie na profilu.

pokaż więcej

 
2018-06-27 20:09:17
Ma nowego znajomego: Aneta Wiola
 
2018-06-26 20:44:07
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Zastanawialiście się kiedyś czy literatura młodzieżowa doprawiona fantastyką może spodobać się dorosłym? Ja uważam, że tak. Musi się jednak za nią wziąć odpowiednia osoba. Kimś takim jest Anna Kańtoch tworząca dość specyficzny podgatunek literacki. Łączy on elementy horroru, thrillera oraz opowieści kryminalnej. Co jednak najlepsze autorka potrafi trzymać bardzo równy poziom niezależnie od... Zastanawialiście się kiedyś czy literatura młodzieżowa doprawiona fantastyką może spodobać się dorosłym? Ja uważam, że tak. Musi się jednak za nią wziąć odpowiednia osoba. Kimś takim jest Anna Kańtoch tworząca dość specyficzny podgatunek literacki. Łączy on elementy horroru, thrillera oraz opowieści kryminalnej. Co jednak najlepsze autorka potrafi trzymać bardzo równy poziom niezależnie od tego ile tomów napisze. Najwyższa jednak pora przedstawić najnowsze jej dziecko zatytułowane „Tajemnica godziny trzynastej”. Teraz powinniście usłyszeć charakterystyczny początek 5 symfonii Ludwiga Van Beethovena. W takim momencie znakomicie wywołuje ciarki na plecach.
Po tym, co Nina ostatnio przeżyła mogłoby się wydawać, że w pełni zasługuje na chwilę odpoczynku. Dlatego też, gdy wraz z trójka przyjaciół zostaje zabrana na ferie do niewielkiego miasteczka staje przed nią wizja raju na ziemi. Z dala od magii i nadprzyrodzonych istot zagrażających ich życiu gdzie mogą być po prostu dziećmi. Niestety los planuje dla niej coś całkowicie odwrotnego. Zwłaszcza, gdy budzi się ona całkowicie sama na piętrze tajemniczego budynku w całkowicie opuszczonym mieście. Nie byłoby w tym nić złego gdyby nie fakt, że nie pamięta jak się tam znalazła.
Przyznać muszę, że Anna Kańtoch potrafi zaskakiwać i to konkretnie. Sięgając po tę książkę sam nie wiedziałem, czego się spodziewać. Ciągłe wałkowanie tych samych tematów wielokrotnie okazuje się strzelaniem sobie w stopę. Dla pisarza to nic przyjemnego. Dla czytelnika jeszcze gorzej. Dlatego też nie małym zaskoczeniem było dla mnie zmienienie formy opowieści. Autorka działa, bowiem na dwóch frontach, a dokładniej w dwóch czasach. Pokazuje nam naprzemiennie poczynania bohaterów jak i ich skutki. Przez co czasami możemy się nieźle pobłąkać w samej opowieści, ale jak już zrozumiemy zamysł docenimy to, co otrzymamy.
Podoba mi się również zachowanie dziecięcej niewinności u Niny, Jacka, Tamary oraz Huberta. Mają w końcu naście lat. Nie ważne, że mają być tajną komunistyczną grupą uderzeniową. Nadal jednak są dziećmi. Dlatego na feriach zamiast tylko walczyć powinni bawić się, weselić i cieszyć odpoczynkiem. Prócz tego powinni przeżywać swoje pierwsze miłości. Nie są w końcu maszynami do zabijania, a zwykłymi ludźmi, którzy czasami ciężko radzą sobie z tłamszeniem emocji.
Samo miejsce też bardzo mi się podoba. Oddalone od świata miasteczko. Ponure, tajemnicze skrywające więcej niż widać to na pierwszy rzut oka. To idealne tło dla tej opowieści. Tym bardziej, że napięcie dawkowane jest już od pierwszych stron. I to w sposób subtelny i łagodny. W mojej głowie z każdym następnym rozdziałem pojawiało się coraz więcej pytań. Na kilka samemu udało się przed czasem odpowiedzieć na inne musiałem jednak cierpliwie poczekać.
„Tajemnica godziny trzynastej” to znakomita kontynuacja. Zrównoważona, ciekawa i nad wyraz dobrze przemyślana. W końcu to dość niezwykłe uniwersum. Czasy PRLu, komuna oraz tajne służby dbające o to, żeby nic, co wybiega poza normy nie ujrzało światła dziennego. Samo to potrafi wywołać niezłe ciarki, a jeżeli dorzucimy istoty nie z tego świata oraz nadprzyrodzone moce mamy naprawdę kawał dobrej opowieści.

Więcej recenzji na moim blogu. Link znajdziecie na profilu.

pokaż więcej

 
2018-06-23 00:06:09
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Marta Kisiel dała się poznać, jako pisarka nietuzinkowa. Posiadająca wielki dystans do życia i nieograniczone niczym poczucie humoru. Widać to chociażby w „Nomen Omen” jak i również w obu częściach „Dożywocia”. Jednak jej najnowsza książka miała być inna. Wiedziałem to już od samego początku, kiedy na facebooku pojawiła się grafika, która miała zagościć na okładce. Bardziej poważna, stonowana,... Marta Kisiel dała się poznać, jako pisarka nietuzinkowa. Posiadająca wielki dystans do życia i nieograniczone niczym poczucie humoru. Widać to chociażby w „Nomen Omen” jak i również w obu częściach „Dożywocia”. Jednak jej najnowsza książka miała być inna. Wiedziałem to już od samego początku, kiedy na facebooku pojawiła się grafika, która miała zagościć na okładce. Bardziej poważna, stonowana, momentami nawet mroczna. Sam tytuł też zbyt wiele nie mówił. Cała powieść była dla mnie nie lada zagadką, ale jak przystało na starego wyjadacza kreskówek kryminalnych wiedziałem, że muszę ja rozwiązać. Wynikiem tego mojego maleńkiego śledztwa jest oczywiście dzisiejsza recenzja.

Dżusi Stern przyjeżdża do rodzinnego Wrocławia by pomóc siostrze opiekować się mieszkaniem i kotem ciotki, która wyjechała sobie na urlop. Niby zadanie nie wydaje się zbyt trudne, wszystko jednak psuje wizyta tajemniczego antykwariusza. Moment ten staje się początkiem fali wydarzeń, które sprowadzą na siostry ogromne niebezpieczeństwo. Zwłaszcza, że historia rodziny Sternów pełna jest tajemnic, które tylko czekają aż ktoś je odkryje.

Przyznam szczerze, że na samym początku powieść ta jakoś mną nie wstrząsała. Nawet prolog, który miał być taką pierwsza zagadką do rozwikłania olałem i to kompletnie. Poznanie samej Dżusi wyglądającej jak seksbomba z czasopisma zdołował mnie doszczętnie. Nie mam pojęcia, czemu tak było, ale dosłownie modliłem się o to, żeby to nie była ona główną bohaterką. Nie wyglądała mi na kogoś, kto ma zbyt wiele do zaoferowania. Brakuje tylko małego Chihuahua i dostajemy plakat „Legalnej blondynki”. Uwierzcie mi, nadal bije się w pierś, iż tak stereotypowo podszedłem do tematu i nie zawierzyłem ałtorce oraz jej talentowi.

Na powieść tę najlepiej patrzy się z perspektywy całości, ponieważ dopiero wtedy nabiera prawdziwego wydźwięku i barw. Właśnie wtedy zaczniemy rozumieć najwięcej. Wystarczy jednak, że przeczytamy kilka pierwszych rozdziałów i zaczyna nam się klarować niezwykle barwny i ciekawy świat zaprezentowany przez ałtorkę. Niby taki zwykły dobrze nam znany. W końcu akcja dzieje się w jakiejś poniemieckiej kamienicy, w której spotkamy naprawdę dziwnych sąsiadów. I właśnie to lubię najbardziej. Mały promyczek magii zamknięty w szarym pudełku. Jak już wiele razy mówiłem nie jest trudno stworzyć coś od zera. Magiczną krainę rządzącą się swoimi prawami, w których my jesteśmy bogami. Najtrudniej opisać nasze otoczenie. Zwyczajną niczym niewyróżniającą się rzeczywistość i tchnąć w nią życie, kolor, smak, a nawet zapach. Może trochę przesadziłem, ale w książce wole czuć się jak gość oprowadzany po przyjacielsku, a nie członek gigantycznej grupy turystów wsłuchującej się w nudny głos przewodnika. Tym razem zostałem przywitany chlebem i solą.

Ciężko jest określić gatunek tej powieści, ponieważ akcja dzieje się na bardzo wielu frontach. Przede wszystkim to naprawdę dobrze wyważony kryminał, który przez długi czas trzyma w napięciu i namnaża w głowie czytelnika tysiące pytań. Dodatkowo to historia o życiu. Częściowo biografia bohaterów, którzy muszą się zmierzyć ze swoimi demonami przeszłości. Przepełniona bólem i cierpieniem opowieść o rodzinie, z którą wychodzi się najlepiej na zdjęciach, o przyjaźni oraz o tym, co tak naprawdę istotne jest w życiu.

Proszę Was tylko o jedno. Nie myślcie sobie, że to łzawa książka, do której nie powinno się podchodzić bez kilku opakowań chusteczek. W końcu napisała ją Marta Kisiel. Dlatego też nie mogło tutaj zabraknąć tutaj humoru. Jest on jednak subtelniejszy, bardziej ukryty niż ten, który poznałem w poprzednich jej dziełach. Znajdziemy go w samych postaciach, ale dopiero wtedy, gdy zauważymy kontrasty między nimi. Co najlepiej widać na przykładzie chociażby Dżusi i jej siostry Eleonory. Same relacje między siostrami też nieźle mogą czytelnika rozbawić tak jak i zasady narzucone przez ciotkę. Nie wolno zapomnieć o innych bohaterach, którzy też dołożą swoje cztery grosze w tej kwestii. Zwłaszcza, że zostali oni naprawdę dobrze wykreowani. Musicie jednak sami dostrzec, co tak naprawdę trafi do waszych serc.

Sam nie wiem, co mógłbym więcej napisać o tej książce. Jest naprawdę niezwykła. Może nie od początku się do niej przekonałem, ale z czasem pozwoliłem się wciągnąć w nurt opowieści i dosłownie zacząłem tonąć. Jednakże to nie powietrza potrzebowałem, a kolejnych zdań, kolejnych stron, kolejnych rozdziałów. I taka mała niespodzianka. Nie jest to uniwersum wyssane z palca, ponieważ pojawiają się tutaj osoby dobrze nam już znane, a zwłaszcza jedna z nich odgrywa bardzo istotną rolę. Czas jednak przeciąć tę dzisiejszą nić spoilerów i zaprosić serdecznie wszystkich do lektury tego niezwykłego dzieła. Niby różni się ono od poprzednich książek ałtorki, ale jest również powiewem świeżości w jej twórczości. Tak jak Aneta Jadowska zaprezentowała się z innej strony tworząc Magdę Garstkę tak i Marta Kisiel pokazała swoje inne oblicze przy pomocy sióstr Sternówek (obym tylko dobrze odmienił nazwisko).

Więcej recenzji na moim blogu. Link znajdziecie na profilu.

pokaż więcej

 
2018-06-20 00:59:04
Ma nowego znajomego: Angelic
 
2018-06-14 00:30:12
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Zastępy Anielskie (tom 6)

Czy zdarzyło Wam się kiedyś po przeczytaniu książki zastanawiać się czy to, aby nie jakiś żart na prima aprilis. Muszę przyznać, że dwukrotnie zajrzałem do kalendarza czytając najnowsze dzieło Mai Lidii Kossakowskiej. Dlatego już na początku recenzji informuję wszystkich, że naprawdę trudno było mi ją napisać. Od lat uważam się za wielkiego wielbiciela „Siewcy Wiatru”, który okazał się do tej... Czy zdarzyło Wam się kiedyś po przeczytaniu książki zastanawiać się czy to, aby nie jakiś żart na prima aprilis. Muszę przyznać, że dwukrotnie zajrzałem do kalendarza czytając najnowsze dzieło Mai Lidii Kossakowskiej. Dlatego już na początku recenzji informuję wszystkich, że naprawdę trudno było mi ją napisać. Od lat uważam się za wielkiego wielbiciela „Siewcy Wiatru”, który okazał się do tej pory najlepszą częścią serii. Tutaj niestety moje zachwyty uleciały równie szybko, co bociany widząc pierwsze przymrozki.

W drugim tomie „Bram Światłości” znajdujemy dalsze losy ekspedycji do Stref Poza Czasem gdzie Sereda, niezwykła podróżniczka i odkrywczyni wyczuła obecność Pana. Niestety wszyscy członkowie tej wyprawy na własnej skórze przekonują się, że tereny te przepełnione są niebezpieczeństwami najróżniejszej maści. Najbardziej jednak oberwie się samemu Daimonowi, czyli Tańczącemu na Zgliszczach, któremu nawet Gwiazda Zagłady nie pomoże. Jak sami widzicie będą to problemy nie w kij dmuchaj zwłaszcza, że do tej pory wszystkie udało mu się poszatkować swoim niezwyciężonym orężem. Całe szczęście, że nie wie, co się dzieje w Królestwie, bo to już kompletnie by go dobiło. A niestety tam dzieje się równie kiepsko. Gabriel coraz trudniej radzi sobie z odpowiedzialnością, jaka spadła na jego barki. Zwłaszcza, że dodatkowo ma na głowie również dość trudną sytuację w Otchłani. Jeżeli teraz to wszystko rypnie mamy gwarantowany Koniec Świata.

Zanim jednak zacznę marudzić warto wspomnieć o tym, co przyjemne. Autorka jak zawsze zachwyciła mnie swoim niezwykle barwnym językiem oraz umiejętnością kreatorską. Cudowni przy pomocy słów przenosi nas w niezwykle kolorowy i barwny świat, w którym religie pokazują swoje nieznane do tej pory oblicze. Tym razem odchodzimy nieco od hinduskich wierzeń na rzecz Azteckich praktyk religijnych. Mamy niewątpliwą „przyjemność” zapoznać się z rytuałami, panteonem pełnym bóstw o imionach trudnych do wymówienia i ogólnie całą duchową otoczką.

Niestety cała powieść całkowicie zmienia formę. Przestaje to być jeden konkretny nurt oraz obserwowanie wydarzeń budujących napięcie przed kulminacyjnym finałem, ponieważ odchodzimy z czasem od samej ekspedycji. Zostaje ona niestety odsunięta na boczny tor. Całość przeobraża się w opowieść przygodową, która niestety zalatuje nieco goryczą. Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie wydawała się ona istnym zapychaczem niewnoszącym nic a nic do samej fabuły. Może z czasem to jakoś się powiąże, ale jak na razie prezentuje się niezwykle słabo.

Teraz nieco słodyczy. Zaraz będzie się Wam wydawać, że wszystkie istoty, które spotkają na swej drodze nasi podróżnicy będą chciały ich zabić albo zjeść, ale na szczęście spotkają również nowych przyjaciół. Najbardziej interesujący wydaje mi się Sinaa o którym nie będę się rozpisywał zbyt wiele, wole żebyście sami go poznali. Mogę jednak powiedzieć, że jest całkowitą odwrotnością Daimona. W tej części poznajemy lepiej również niejakiego Algiviusa, potępionego maga, który dosłownie rozbroił mnie swoim ciętym językiem i wspaniałą osobowością.

Całe szczęście, że autorka postanowiła zrobić małą roszadę, jeżeli chodzi o same postacie. Ciągłe obserwowanie tych samych bohaterów dość szybko mogłoby się znudzić zwłaszcza, że większość z nich jest ciekawa jak obrady sejmu. I właśnie tutaj zaczyna się pojawiać moja kolejna bolączka, ponieważ nie tylko fabuła kuleje, co również budujące ją trybiki. Daimon, Lucyfer, Asmodeusz, Gabriel oraz Razjel stają się cieniami samych siebie, których poznałem w poprzednich tomach. Całkowicie wyprani nie tylko z inteligencji, co również z ogólnie rozumianego jestestwa nie potrafią już mną wstrząsnąć. Spoglądając na nich nie czułem ból i rozgoryczenia. Gdzie się podziali Ci potężni Świetliści oraz przerażający Mroczni. Dla mnie to na chwile obecną zwykłe dupy wołowo. Bez urazy dla szynki.

„Bramy Światłości” Tom 2 to moim zdaniem jedna wielka zagadka. Niby długo oczekiwana, ale moim zdaniem niedopracowana, momentami zbyteczna, aż nazbyt przeładowała informacjami, które zajęły miejsce prawdziwej akcji. Krótko mówiąc jedno wielkie fiasko zwłaszcza, że na koniec podróży i tak musimy jeszcze poczekać. Właśnie tutaj leży cały problem. Gdyby ograniczy całość do dwóch tomów wszystko byłoby w porządku. Pierwszy tom nie był rewelacyjny, ale trzymał poziom, nastrajał. Miałem nadzieję, że będę tu miał powtórkę ze „Zbieracza burz”, w którym zakończenie jest kwintesencją całej opowieści. Tym razem jednak nie ważne jak bardzo autorka będzie się starała zostanie pewnego rodzaju gorzki posmak. Uważam, że lepiej by było zastąpić ten tom zbiorem opowiadań pozwalającym nam lepiej poznać niektórych pobocznych bohaterów oraz Strefę Poza Czasem nawet z perspektywy jej mieszkańców. Tak jak to było z „Żarnami niebios”. Nie zrozumcie mnie źle tamten układ był rewelacyjny.

A teraz chwila szczerości. Nie ważne ile złych słów napisałem i ile żalu wylałem w tych kilkunastu akapitach „Zastępy Anielskie” to naprawdę niezwykłe uniwersum, które ma wiele do zaoferowania nie tylko w postaci dobrze nam znanej zgrai zadufanych w sobie typków. Uwielbiam je i ze szczerego serca oczekuję zakończenia tej historii.

Więcej recenzji na moim blogu. Link znajdziecie na profilu.

pokaż więcej

 
2018-06-14 00:29:35
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Joanna Chyłka (tom 1)

Chyłka i Zordon. Brzmią trochę jak para bohaterów z jakiejś kreskówki, ale na szczęście są oni bardziej pełnokrwiści, mimo że całkowicie wymyśleni. Ich twórcą jest jeden z bardziej płodnych i poczytnych pisarzy ostatnich czasów, czyli Remigiusz Mróz, który niczym lodołamacz wbił się w nasz polski rynek wydawniczy. Zanim jednak powiem o nich coś więcej czas powiedzieć gdzie ich spotkamy. Dla... Chyłka i Zordon. Brzmią trochę jak para bohaterów z jakiejś kreskówki, ale na szczęście są oni bardziej pełnokrwiści, mimo że całkowicie wymyśleni. Ich twórcą jest jeden z bardziej płodnych i poczytnych pisarzy ostatnich czasów, czyli Remigiusz Mróz, który niczym lodołamacz wbił się w nasz polski rynek wydawniczy. Zanim jednak powiem o nich coś więcej czas powiedzieć gdzie ich spotkamy. Dla mnie pierwsze spotkanie z Chyłką miało jeszcze miejsce w czasie przygody z Komisarzem Forstem, ale tam dostała ona tylko mały epizodzik. Dlatego też z taką wielka przyjemnością sięgnąłem po „Kasację” rozpoczynającą cykl o niezwykle interesującej i charyzmatycznej pani adwokat.

Kordian Oryński może powiedzieć, że złapał Pana Boga za nogi, ponieważ trafił, jako aplikant do jednej z najlepszych warszawskich kancelarii prawnych, Żelazny & McVay. Jego radość jest przedwczesna, ponieważ trafia pod skrzydła Joanny Chyłki. Prawdziwej żylety w prawniczym półświatku. Jednakże nie taki diabeł straszny, jak go malują. Zwłaszcza, że już na samym początku ta para trafia na nie lada sprawę. Muszą wybronić człowieka oskarżonego o podwójne zabójstwo i przesiedzenie z trupami w jednym mieszkaniu aż dziesięć dni. Niestety wszystkie dowody mówią tylko jedno. Winny.

Muszę przyznać, że spodziewałem się czegoś innego. Chyłka może okazała się kobietą z jajami jedzącą mięso i palącą jak smok, ale liczyłem na prawniczą wersję Lary Croft. Sam nie wiem jak miałaby wyglądać, ale miała mieć pazur, miała być groźna i niebezpieczna. Ona jednak okazała się tylko kobietą z charakterem. Nie powiem żeby było to złe, bo znakomicie kontrastuje z rozpoczynającym swoją karierę Kordianem. To jednak nie to.

Mróz chciał stworzyć bohaterkę nietuzinkową takie połączenie powagi z odrobiną humoru. Nadawanie wszystkim ksywek oraz chorobliwa niechęć do rapu miało nadać jej łagodności, ale mnie czasami irytowało. Wolałbym chyba żeby była jak żyleta do ostatniej chwili.

Opowiedzmy jednak, co nieco o fabule. Nie jest ona zbyt prosta, mimo iż autor jak na razie dość schematycznie buduje napięcie. Nagle pojawia się postać, o której nic nie wiemy, a wszelakie tajemnice są sprzed nami odkrywane z czasem. To samo było w Forscie. Nie wiem czy jestem odpowiednia osobą, żeby oceniać to w ten sposób zwłaszcza, że to dopiero mój drugi cykl spod jego pióra, ale zauważam pewne podobieństwa.

Ogólnie jednak wszystko prezentuje się tutaj dobrze. Czytelnik trzymany jest w napięciu, które bardzo wolno jest dawkowane. A biorąc pod uwagę, iż Mróz naprawdę jest prawnikiem nie mamy, co liczyć na całkowicie wymyślony bełkot. Chwała mu za to. Oczywiście w takich momentach zaczyna się problem. Niewiele osób orientuje się w kodeksie kryminalnym do tego stopnia, żeby znać na pamięć wszelakie ustawy, a nikomu nie chce się odpalać komputera w celu zrozumienia, o czym mówią bohaterowie. Na szczęście tutaj autor wyszedł obronną ręką. Wszystko zostaje dość jasno opisane, przez co nie czujemy się jakbyśmy to my zostali skazani i to na dożywocie.

„Kasacja” wydaje mi się najlepszym początkiem na przygodę z Mrozem. Dość spokojna, stonowana i na pewno mniej brutalna niż seria z Forstem. Czyta się ją naprawdę przyjemnie, bo pokazuje nam świat, którego nie chcielibyśmy poznać z bliska. Zwłaszcza siedząc na ławie oskarżonych. Pokazuje nam, z czym musi zmierzyć się prawnik oraz jaka pracę musi wykonać. Poszukiwania dowodów, rozmowy ze świadkami różne sposoby pozyskiwania informacji. Najbardziej mnie jednak cieszy, że mogłem w końcu dowiedzieć się nieco więcej o Kormaku będącym taką cichą eminencją w „Trawersie”. Widzę, że autor lubi przeplatać ze sobą różne serie. Ciekawe, kogo jeszcze będę miał szansę poznać w następnych tomach, bo to, że po nie sięgnę jest bardziej niż pewne.

Więcej recenzji na blogu: www.comysleo.pl

pokaż więcej

 
2018-06-14 00:26:20
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Wojny alchemiczne (tom 3) | Seria: Imaginatio [SQN]

Pamiętacie może film „Jumanji”? Chodzi mi o tę wersję z 1995 roku, z Robinem Williamsem w roli głównej. W kilku scenach, gdy bohaterowie otwierali grę znikąd pojawiał się dźwięk bębnów. Muszę przyznać, że nieźle to na mnie działało. Najdziwniejsze jednak jest to, że coś podobnego przeżyłem ostatnio. Spokojnie, nie trafiła w moje ręce dziwna, magiczna gra, przez którą nagle w całym mieście... Pamiętacie może film „Jumanji”? Chodzi mi o tę wersję z 1995 roku, z Robinem Williamsem w roli głównej. W kilku scenach, gdy bohaterowie otwierali grę znikąd pojawiał się dźwięk bębnów. Muszę przyznać, że nieźle to na mnie działało. Najdziwniejsze jednak jest to, że coś podobnego przeżyłem ostatnio. Spokojnie, nie trafiła w moje ręce dziwna, magiczna gra, przez którą nagle w całym mieście zapanuje totalny chaos. Znalazłem coś o wiele lepszego. Książkę pobudzającą moją wyobraźnię na poziomie, który wydawał mi się do tej pory niemożliwy. Otwierając ją zamiast bębnów słyszę klekotanie mechanizmu zegarowego oraz zgrzytanie przekładni i kół zębatych. Tak, nie mylicie się. Ponownie zapraszam Was do świata „Wojen Alchemicznych”, a dokładniej ich ostatniego tomu zatytułowanego „Wyzwolenie”.

Po tym jak Daniel (niegdyś Jax) uwolnił swoich braci spod holenderskiej niewoli mogłoby się wydawać, że teraz wszystko pójdzie z górki. W końcu będzie mógł przestać uciekać. Niestety los szykuje dla niego coś całkowicie innego. Zwłaszcza, gdy na horyzoncie pojawia się kolejny wróg. Tym razem gorszy niż zbrojne ramię Świętej Gildii Horologów i Alchemików, zwane Nadleśnictwem.

Jestem świadom, że wstęp wygląda na nieco wyolbrzymiony, że aż nazbyt zachwyciłem się ostatnim tomem tej niezwykłej serii. Jednakże wszystko, co napisałem wyżej to czysta prawda. Autorowi udało się w rewelacyjny sposób zamknąć między stronami coś więcej niż samą historię. Ukrył tutaj prawdziwa magię. Dzięki której przeniosłem się do niesamowitego świata pełnego mechanicznych istot. Ian Tregillis to prawdziwy mistrz pióra, który potrafi rozbudzić wyobraźnię jak mało kto.

Ciężko mi jednak napisać o tej części coś nowego. Trzyma ona naprawdę wysoki poziom fabularny, jednakże jak już w drugim tomie historia odbiega nieco od filozoficznego wydźwięku tak tutaj prawie całkowicie od niego odchodzimy. Napisałem prawie, ponieważ zaczynamy spoglądać na duszę w sposób dwuznaczny. Dusza to połączenie najlepszych i najgorszych cech, a tylko od nas zależy, po której stronie barykady staniemy. Brzmi to trochę jak złota myśl z Gwiezdnych Wojen żeby stanąć po jasnej stronie mocy, ale taka jest prawda.

Mam nadzieje, że zbyt wiele nie zdradziłem, a tylko zaintrygowałem do dalszej lektury. Chciałem jeszcze chwile zwrócić uwagę na bohaterów. Przechodzą oni pewnego rodzaju metamorfozę. Stają się nie tyle dojrzalsi, co po prostu pokazują nam oblicze, którego do tej pory nie mieliśmy szansy zobaczyć. Przyznam, że nawet Anastazja Bell staje się momentami bardziej ludzka.

„Wojny Alchemiczne” to jedna z lepszych serii, z jakimi się spotkałem. Nie wystarczy, że od pierwszych stron zachwyca i wciąga to dodatkowo zawsze czymś zaskakuje. Świat stworzony przez autora to dla mnie istny fenomen tak różnych od krain pełnych elfów, magów i bestii najróżniejszej maści. To nowatorskie spojrzenie na niewolnictwo, życie oraz nasze jestestwo. Mimo coraz większego odbiegania od tych haseł ogólna forma i przekaz zostają zachowane.

Więcej recenzji na blogu: www.comysleo.pl

pokaż więcej

 
2018-05-24 00:45:08
Ma nowego znajomego: Sylwka
 
Moja biblioteczka
465 203 1620
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (54)

Ulubieni autorzy (15)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (13)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd