-
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać11 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać10 -
Artykuły
Umrę, jeśli tego nie polubisz - weź udział w konkursie i wygraj wspomnienia influencerki
LubimyCzytać35 -
Artykuły
Dlaczego poziom czytelnictwa w Polsce nie rośnie? Raport Biblioteki Narodowej
Iza Sadowska169
Biblioteczka
2026-02-03
Stare przysłowie głosi, że każdy musiał od czegoś zacząć. A że od jakiegoś czasu Magdalena Kubasiewicz stała się jedną z moich ulubionych pisarek fantasy, to sięgnęłam po jej debiut, czyli Spalić wiedźmę. Nie ukrywam, że byłam zaciekawiona, czy ta książka będzie bardzo odstawać od późniejszej twórczości autorki.
Trafiamy do Królestwa Polanii, jednego z największych magicznych państw na świecie, i do jej stolicy, Krakowa. Śledzimy tam losy Pierwszej Czarownicy Polanii, Sary Weroniki Sokolskiej, zwanej Saniką. Od razu zaznaczę za autorką, że kolejność czytania książek o Sarze jest dowolna – można, tak jak ja, zacząć od Spalić wiedźmę, czyli według kolejności wydania. Można też czytać według kolejności wydarzeń, wówczas będzie to drugi tom, a wcześniej czytelnik powinien zapoznać się z Przeminęło z wiedźmą. Obie kolejności pozwalają na zrozumienie wydarzeń przedstawionych w Spalić wiedźmę, aczkolwiek miałam wrażenie, że przy odwołaniach do przeszłości Sokolskiej coś mi umyka, więc rekomendowałabym jednak czytanie od Przeminęło z wiedźmą.
To, czym ta seria zaskarbiła sobie moją sympatię, to przede wszystkim charakterna bohaterka. Sary Sokolskiej niemal nie sposób przestraszyć, jest odważna i butna. Nie umie przyznać się do porażki, prosić o pomoc. Jest wredna, arogancka, pyskata, o wszystkim i wszystkich ma swoje zdanie, i zawsze chadza własnymi ścieżkami. Nie zależy jej na niczyjej sympatii, a zdanie innych o sobie ma w bardzo głębokim poważaniu, liczy się dla niej tylko to, by dali jej wykonywać w spokoju jej robotę. Wydawać by się mogło, że to mało sympatyczna bohaterka, a jednak Magdalena Kubasiewicz tak potrafiła ją przedstawić, że wzbudza w czytelniku pozytywne uczucia. Bo oprócz tego wszystkiego, Sokolska potrafi też kochać – kocha Kraków, swoje miasto, na swój dziwny, nieco pokrętny sposób, ale jest gotowa dla stolicy Polanii wiele poświęcić, włącznie z własnym życiem. Swoim charakterem Sara przypomina mi późniejszą bohaterkę stworzoną przez Magdalenę Kubasiewicz, czyli Jagodę Wilczek – jedna i druga na pierwszy rzut oka są mało sympatyczne i obie myślą przede wszystkim o sobie, a dopiero potem o wszystkich innych, ale przy bliższym poznaniu obie zyskują.
Drugim ogromnym plusem książki są legendy krakowskie, przekształcone na potrzeby fabuły, oraz nawiązania do mitologii słowiańskiej. Sama mi się gęba uśmiechała, gdy czytałam o Smoku Wawelskim który przeżył podstęp Dratewki i żyje pod Wawelem. Albo o lustrze Mistrza Twardowskiego. Poznałam przy okazji też legendy, których wcześniej nie znałam, jak chociażby tą o dwóch braciach czy o gołębiach z krakowskiego rynku. Książka, która pozornie miała być dla mnie tylko lekką rozrywką, dostarczyła mi jeszcze dodatkowej wiedzy, więc czegóż mogłabym chcieć więcej?
Spalić wiedźmę to nie literatura, która odmieni wasze życie, ale kawał solidnie napisanej urban fantasy. Jak na debiut, to naprawdę nie mam się do czego przyczepić, choćbym chciała. Nowa redakcja i poprawionych kilka scen przez autorkę robią robotę, bo książkę czyta się naprawdę przyjemnie. Za drobny minus poczytałabym tylko to, że prolog był dla mnie trochę z czapy i myślę, że wprowadzona w nim postać Mareny mogła mieć swoje wejście w innym momencie historii, ale to taka drobnostka, że nie rzutuje na całą książkę.
Magdalena Kubasiewicz potrafi stworzyć powieść o rewelacyjnym klimacie i świetnych bohaterach, w którą czytelnik wsiąka strona po stronie. To książka do przeczytania na jeden wieczór i aż żal ściska serce po ostatniej stronie, że jest ich tak mało. Gorąco polecam ją fanom urban fantasy i miłośnikom słowiańskich nut w literaturze. Na mnie czekają jeszcze dwa tomy historii o Sanice, których lektury nie mogę się doczekać, a wam zalecam nadrabianie zaległości, jeśli jeszcze nie spotkaliście Pierwszej Czarownicy.
Po więcej zapraszam na:
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
Stare przysłowie głosi, że każdy musiał od czegoś zacząć. A że od jakiegoś czasu Magdalena Kubasiewicz stała się jedną z moich ulubionych pisarek fantasy, to sięgnęłam po jej debiut, czyli Spalić wiedźmę. Nie ukrywam, że byłam zaciekawiona, czy ta książka będzie bardzo odstawać od późniejszej twórczości autorki.
Trafiamy do Królestwa Polanii, jednego z największych...
2026-02-21
2026-02-16
2026-01-27
Lubię sięgać po młodych autorów, śledzić ich twórczość i dopingować. Motywowana takimi pobudkami zdecydowałam się przeczytać Stalowe skrzydła Angeliki Grajek. Skusił mnie też centaur jako jeden z głównych bohaterów i obiecany steampunkowy klimat. Jak się okazało: obietnice jedno, a rzeczywistość drugie.
Trafiamy do ponurej rezydencji Ynys Grug, gdzie wychowuje się hrabianka Edlynne Valeris. Młoda dziewczyna, stłamszona przez ojca stosującego przemoc fizyczną i psychiczną, nie potrafi mu się przeciwstawić ani wyrwać się z tego horroru, jakim jest jej rodzinny dom. Jedynym promykiem dla niej jest centaur zniewolony przez hrabiego Valerisa, Karhu, który żyje w stajni i zaprzyjaźnia się z młodą hrabianką, by potem pomóc wyrwać jej się z matni.
Ten tom to dla mnie jeden wielki prolog z motywem drogi. Pierwsze pół książki to ciągłe kręcenie się w kółko po rezydencji i obserwowanie, jak ojciec znęca się nad Edlynne lub jak katuje Karhu. Problemem tej części historii było to, że nic z niej tak naprawdę nie wynikało, ba, sceny przemocy były dla mnie tak nijakie, tak wyzute z wszelkich emocji, że nie bardzo mnie obchodziło, co stanie się z Karhu albo samą hrabianką. Tak samo Edlynne – stłamszona, wiecznie przerażona i nieustannie samobiczująca się za śmierć brata. Cały czas odnosiłam wrażenie, że jej emocje są bardzo powierzchowne, brakowało mi w nich głębi. Może gdyby bardziej podkreślić, że hrabia Valeris robi coś złego, że Edlynne bardziej to przeżywa, wówczas mocniej zżyłabym się z bohaterami i im kibicowałam.
Druga połowa tej historii to droga z rezydencji do stolicy, Labelie, okraszona przygodami. Oczywiście, wszystkie w imię zasady deus ex machina kończą się dobrze dla Edlynne i Karhu, chociaż czasami bohaterom zdarzają się małe potknięcia. Brakowało mi bardziej rozbudowanego przedstawienia świata, w którym obracają się postaci, jak również tego steampunkowego klimatu. Wspomniano tylko, że Karhu lubił składać drobne mechanizmy ze znalezionego w domu złomu i to by było na tyle. Ogromna szkoda, bo książek w tym klimacie nie mamy na polskim rynku zbyt dużo, więc byłaby to wielka zaleta tego tytułu. Na sam koniec znikąd pojawia się wątek jakiejś rewolucji gwahanol, czyli magicznych istot zamieszkujących tę krainę, przeciwko ludziom, którzy próbują ich stłamsić i wytępić. Jeśli już Angelika Grajek chciała wprowadzić konflikt na tle rasowym, to powinna zrobić to dużo wcześniej, a nie na ostatnich stu stronach. Co prawda sugeruje to powstanie kolejnego tomu, ale jak dla mnie było to za późno i nie pozwoliło się temu motywowi odpowiednio rozwinąć.
Wszystko to mogło być efektem zbyt wydumanego moim zdaniem stylu autorki. Rozbudowane, poetyckie porównania nie ułatwiały lektury. Na dodatek Angelika Grajek ma tendencję do powtarzania mnóstwo razy jednej i tej samej informacji. Po entym razie czytelnik naprawdę ma zakodowane, że Edlynne ma szare włosy, szare oczy i ubiera się w stonowane kolory. Dochodzą do tego także bardzo dokładne opisy strojów hrabianki, które absolutnie niczego nie wnoszą do fabuły książki. W przyszłości dobrze by było to ograniczyć, a skupić się bardziej na opisie świata przedstawionego, żeby czytelnik bardziej wsiąknął w klimat książki.
Moim zdaniem Stalowe skrzydła to young adult, ledwo muśnięte steampunkowym klimatem. Dla starszego czytelnika raczej nie będzie to odpowiednia lektura, bo brakuje jej choćby rozwinięcia świata przedstawionego, ale młodszym powinna się spodobać. Na plus mogę policzyć odwołania do irlandzkiej mitologii, co było interesującym posunięciem, ale to niestety za mało, żebym postawiła tej książce wysoką ocenę.
Po więcej zapraszam na:
https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
Lubię sięgać po młodych autorów, śledzić ich twórczość i dopingować. Motywowana takimi pobudkami zdecydowałam się przeczytać Stalowe skrzydła Angeliki Grajek. Skusił mnie też centaur jako jeden z głównych bohaterów i obiecany steampunkowy klimat. Jak się okazało: obietnice jedno, a rzeczywistość drugie.
Trafiamy do ponurej rezydencji Ynys Grug, gdzie wychowuje się...
2026-01-02
Po genialnym Śmiałym nie mogłam doczekać się kontynuacji losów Bolesława II, czyli Szczodrego. Nie powinno więc dziwić, że gdy tylko książka wpadła w moje ręce, od razu usiadłam do lektury. I po raz kolejny nie zawiodłam się nawet w najmniejszym stopniu.
Fabuła rozpoczyna się zaraz po zakończeniu tomu pierwszego, a jej koniec to śmierć Bolesława II. Opisując ten fragment historii Polski, autorka postawiła na krótkie, rwane rozdziały, co z jednej strony nadawało opowieści szybkie tempo, a z drugiej wolałabym trochę wolniejszą akcję, lecz z większą ilością szczegółów. Czytałam ten tytuł prawie miesiąc mimo wartkiej fabuły, ale wynikało to po prostu z tego, że bardzo nie chciałam rozstawać się z bohaterami i wręcz bałam się zakończenia, chociaż wiedziałam, jakie ono będzie.
Spotkałam się z określeniem Elżbiety Cherezińskiej jako cesarzowej powieści historycznej i jest to tytuł całkowicie zasłużony. Autorka potrafi znakomicie oddać klimat minionych lat i prowadzić swoją opowieść tak, że czytelnik ma wrażenie, jakby obserwował te zdarzenia własnymi oczami. Pochyla się z niesamowitą empatią nad swoimi bohaterami. Jej historia o Bolesławie II Szczodrym, do którego przylgnęła czarna fama związana z procesem biskupa Stanisława, nie wybiela króla, ale daje pole do reinterpretacji tamtych zdarzeń. Przez niemal każde zdanie autorki przebija pełne zrozumienie dla królewskich poczynań i samej osoby Bolesława. Nie ocenia, nie krytykuje, a przedstawia wydarzenia tak, że zaczynamy zastanawiać się, czemu potomni wystawili tak negatywną opinię królowi. Jej Bolesław jest królem-wojownikiem, ale przede wszystkim dyplomatą, bo jego największe zwycięstwa, jak ponowne przyłączenie do Polski Grodów Czerwieńskich, zostały odniesione przy pomocy zręcznej polityki. To człowiek z krwi i kości, którego po lekturze tej książki z całą pewnością da się lubić.
Największą odmianą w stosunku do klasycznej historii, jaką znamy ze szkolnych ław, jest to, że Elżbieta Cherezińska przedstawia również kobiety, które miały wpływ na prowadzoną przez nią opowieść. Pokazuje nam postać Astrydy, żony Bolesława (nie historycznej, bo o tej niewiele wiadomo), i jej wyobcowanie na polskiej ziemi, brak zainteresowania ze strony męża, ale też zupełny brak chęci Astrydy do wpływu na króla i na polską politykę. Pojawia się również księżna Gertruda, Piastówna z krwi i kości, wydana za mąż za kniazia kijowskiego, Izjasława. Gertruda jest zupełnym przeciwieństwem Astrydy – walczy jak lwica o swoją pozycję kniahini, o to, by jej syn, Jaropełk, otrzymał należny mu tron. Do tego Rzepichy, których rola w tym tomie została bardzo zmarginalizowana, a które przyjmują na świat dzieci Piastów. Wszystkie te postaci są wyraziste, przekonujące i wzbudzają w czytelniku masę emocji, począwszy od sympatii, przez wzruszenie, empatię, aż po gniew i nienawiść.
Autorka tworzy zajmującą i porywającą historię, zręcznie mieszając w jednym kotle fakty, jak i stworzone przez siebie intrygi i postaci. Bez wahania i z wielkim poszanowaniem historii uzupełnia jej białe plamy, nie bojąc się sięgnąć po słowiańskie i pomorskie wierzenia. Jej opowieść jest pełna odcieni szarości jak życie każdego z jej bohaterów. Nic tu nie jest biało-czarne. A mnie najbardziej cieszy fakt, że w posłowiu Elżbieta Cherezińska obiecała tryptyk z historii trzech polskich królów: Śmiały, Herman i Krzywousty, więc czekam już niecierpliwie na opowieść o Władysławie Hermanie.
Po więcej zapraszam na:
https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
Po genialnym Śmiałym nie mogłam doczekać się kontynuacji losów Bolesława II, czyli Szczodrego. Nie powinno więc dziwić, że gdy tylko książka wpadła w moje ręce, od razu usiadłam do lektury. I po raz kolejny nie zawiodłam się nawet w najmniejszym stopniu.
Fabuła rozpoczyna się zaraz po zakończeniu tomu pierwszego, a jej koniec to śmierć Bolesława II. Opisując ten fragment...
2025-08-22
Po pierwszym tomie serii Szepty Ciemności byłam nieco sceptyczna i zastanawiałam się dłuższy czas, czy sięgać po kolejną część. Ostatecznie zabrałam się za lekturę Rozbłysków Ciemności, ciekawa, jakimi tym razem zawirowaniami i przygodami uraczy mnie i swoich bohaterów autor.
Wracamy do Warszawy lat dwudziestych. Akcja drugiego tomu rozpoczyna się rok po wydarzeniach zamykających poprzedni. Jerzy Kowalski prowadzi dalej swoją agencję detektywistyczną, teraz jednak ma wspólniczkę – pannę Barbarę Maciejewską, która to popchnęła w Szeptach Ciemności jego życie na zupełnie nowe tory. Problem w tym, że jak na wspólników, mają całkowicie rozbieżne pomysły na prowadzenie działalności, a ich kontakty sprowadzają się w większości przypadków do kłótni aż do momentu, gdy Barbara znika. A wtedy w życie Jerzego wchodzi nowa przedstawicielka płci pięknej, dziewczynka imieniem Zofia. Jej historia spowoduje, że Kowalski po raz kolejny uwikła się w polityczne rozgrywki i bardzo zagmatwaną historię rodzinną.
Tym razem do samej fabuły nie mogę się przyczepić. Co prawda jest zakręcona jak słoik babci Józi, a wątki polityczne przeplatają się z tymi fantastycznymi i kryminalnymi, co wymusza uważną lekturę, ale nie ma aż takiej przepaści w akcji, jaka była w pierwszym tomie. Całość jest spójna i logiczna, a także prowadzona w dość dobrym tempie, bez zbędnych dłużyzn i przynudzania. Cały czas coś się dzieje, jeśli nie śledzimy historii małej Zosi i wątku rosyjskich worów, to przeskakujemy do Jerzego i jego pobytu na farmie poprawczej, gdzie prowadzone są tajemnicze badania nad Innymi, czyli osobami, które mogą opuszczać swoje ciało jako awatary i poruszać się w niematerialnym świecie.
Chociaż autor rozszerza świat przedstawiony, bo tym razem trafiamy też do Lwowa i na farmę poprawczą, to jednak schemat uniwersum jest dokładnie taki sam, jak w pierwszym tomie. Wiele informacji dotyczących działania Innych, Ciemności i układów politycznych w tym alternatywnym świecie powtarza się z poprzedniej części, ale są też one uzupełniane o dodatkowe detale, które tworzą pełniejszy obraz. Dalej nie wiadomo, skąd wzięła się Ciemność, ale mam nadzieję, że w ostatnim tomie trylogii wreszcie ta tajemnica zostanie ujawniona.
Widzę jednak pewną niekonsekwencję, jeśli chodzi o kreowanie głównego bohatera. Pupin usiłuje zrobić z Kowalskiego detektywa noir, ale chyba trochę boi się, że czytelnik nie polubi tak szarej moralnie postaci. Dlatego pomimo wspominania traum wojennych i dawnych wydarzeń, w trakcie których Jerzy odznaczył się bohaterskimi czynami na polu bitwy, autor wciąż robi z niego życiową pierdołę. Jak na byłego pracownika kontrwywiadu, Kowalski powoli łączy fakty i układa z nich logiczną całość, a przy tym jest jedyną osobą w całym kraju, która jest w stanie rozwiązać sprawy kryminalne o znaczeniu niemal międzynarodowym. Szczytem była dla mnie scena, gdy nasz detektyw wpadł w sam środek rosyjskiej siatki handlarzy ludźmi, obezwładnił jednego z przeciwników, a drugi bez mrugnięcia okiem wyśpiewał wszystko, co wiedział o działalności organizacji. Ludzie, no, odrobinę wiarygodności w tym wszystkim, czy ja tak wiele wymagam?
Ta seria nie jest niczym odkrywczym w polskiej fantastyce. Jej mocną stroną jest bez wątpienia świat przedstawiony i jego działanie – pomysł na stworzenie tajemniczej Ciemności, przez którą ludzie wpadają w morderczy szał jest bardzo ciekawy. Niestety, te książki wiele tracą przez głównego bohatera, któremu bardzo daleko do Sam Spade'a, na którego próbuje go wykreować autor. Nie jest to zła lektura, nie jest też wybitna, jako rozrywka nadaje się idealnie na jeden wieczór, by przy niej odpocząć.
Po więcej zapraszam na:
https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
Po pierwszym tomie serii Szepty Ciemności byłam nieco sceptyczna i zastanawiałam się dłuższy czas, czy sięgać po kolejną część. Ostatecznie zabrałam się za lekturę Rozbłysków Ciemności, ciekawa, jakimi tym razem zawirowaniami i przygodami uraczy mnie i swoich bohaterów autor.
Wracamy do Warszawy lat dwudziestych. Akcja drugiego tomu rozpoczyna się rok po wydarzeniach...
2026-01-07
2025-08-10
Fabryka Słów przyzwyczaiła swoich czytelników, że wydaje dużo, stosunkowo dobrej jakości fantastyki. Ufam im, nawet jeśli chodzi o książki debiutantów, co do których moje podejście jest dość zachowawcze, więc zdecydowałam się sięgnąć po lekturę Szeptów Ciemności Andrzeja Pupina i jestem całkiem pozytywnie zaskoczona, nawet biorąc pod uwagę fakt, że to debiut autora.
Autor zabiera nas do Warszawy okresu międzywojennego w alternatywnej rzeczywistości. Całą Ziemię opanowała Ciemność – dziwne, niespotykane zjawisko, którego natury nikt nie potrafi wytłumaczyć. Każdy, kto wejdzie w Ciemność w nocy traci rozum i zabija wszystkich napotkanych na swojej drodze, by na koniec popełnić samobójstwo. Jedynym ratunkiem jest przebywanie w świetle. Miasta stały się pojedynczymi enklawami życia, zaludnionymi do granic możliwości – poza ich murami przetrwanie jest niemal niemożliwe. W ciągu dnia można żyć względnie normalnie, ale zmierzch przynosi ludziom i zwierzętom lęk przed nieznanym. Obok tego mamy dokładnie to, co znamy z historii – wspomnienia o Wielkiej Wojnie i tej z bolszewikami, prohibicję lat dwudziestych, paserstwo, szmuglowanie alkoholu. Ta mieszanka znanej i alternatywna wersji świata wciąga od pierwszej chwili, chociaż za największy minus uważam to, że autor nie rozwiewa przed nami wielu wątpliwości, w tym jednej, bodaj największej: skąd właściwie wzięła się Ciemność?
Nasz główny bohater, kapitan Jerzy Kowalski, to były żołnierz Armii Polskiej, pracownik kontrwywiadu wojskowego, a obecnie prywatny detektyw. I tu mam dwa zarzuty – bardziej oryginalnego imienia i nazwiska już naprawdę nie dało się wymyślić? To się aż prosi o to, żeby mówić o tej postaci statystyczny Kowalski. Drugi zarzut to stworzenie tak generycznego bohatera, że aż zęby bolą. Prywatny detektyw i lata dwudzieste, więc, oczywiście, alkoholik, mierzący się z traumatyczną przeszłością, jaką jest udział w dwóch wojnach, samotnik. Pierwsze moje skojarzenie po przeczytaniu pierwszego rozdziału brzmiało – Sokół maltański Dashiella Hammetta i stworzony przez niego Sam Spade. Jednak w porównaniu do tego detektywa noir nasz Jerzy Kowalski nie jest aż tak twardym i cynicznym gościem. Po jego zachowaniu widać, że męczą go nieustannie wyrzuty sumienia wywołane trauma wojenną, próbuje grać fair nawet wtedy, gdy przeciwnicy nie zawahają się użyć brudnych sztuczek i, jak na swoją wojskową i szpiegowską przeszłość, bywa zaskakująco naiwny i ma zadziwiająco miękkie serce. Gdyby nie to, byłby z niego świetny detektyw noir, a tak jest tylko bardzo blisko tej estetyki.
Autor nie ustrzegł się też przed klasycznym błędem debiutantów, czyli nadmierną ekspozycją świata. Pierwsze sto stron książki to jedno wielkie przedstawienie bohaterów i ich historii oraz relacji, a także świata przedstawionego. Lubię wiedzieć, kto z kim i jak działa otoczenie, ale z drugiej strony, nie bardzo przepadam za czytaniem o tym przez większość czasu i to w długich akapitach prowadzonych przez narratora. Dużo lepszym wyjściem, według mnie, byłoby wplecenie przynajmniej części z tych informacji w rozmowy bohaterów, co znacznie ułatwiłoby ich przyswojenie przez czytelnika i uatrakcyjniło fabułę.
Pierwsza połowa książki była świetna – wojna wywiadów, siatka szpiegowska i w to wplątany wbrew swojej woli Jerzy. Czytałam o tym z ogromną ciekawością, fabułę śledziłam bardzo dokładnie i z wypiekami na twarzy. Jednak gdy rozpoczęłam lekturę drugiej połowy książki, to odniosłam wrażenie, że mam w rękach zupełnie inny tytuł. Wątek porwanej dziewczyny, którą ma odnaleźć Jerzy, przeradza się w coś groteskowego i absurdalnego. Pedofilia, dosadne opisy psychicznych i fizycznych tortur, kazirodztwo, dziwne religijne rytuały – jest tego za dużo, robi się niesmaczne i odbiera przyjemność z czytania książki. Nachodziły mnie myśli, że autor epatuje przemocą dla samej przemocy, by wstrząsnąć czytelnikiem, ale niekoniecznie dla logicznego rozwoju fabuły.
Trochę wygląda to tak, jakbym na początku napisała, że książka jest nawet dobra, a potem miała wobec niej same zarzuty i wytykała błędy. Całość ratuje pierwsza połowa i fabuła budowana w oparciu o wojnę wywiadów, a także alternatywny świat przedstawiony. Bardzo podobał mi się pomysł wprowadzenia wątku nadnaturalnego, jakim była Ciemność, i jestem zaintrygowana, jak autor rozwinie dalej tę historię w kolejnych tomach cyklu. Jak na debiut, to nie jest zła pozycja, i uważam, że powinna spodobać się fanom powieści postapokaliptycznych i alternatywnych historii świata. Mam nadzieję, że auto popracuje przy kolejnym tomie nad spójnością fabuły i wątków, dzięki czemu jego kolejne książki będą znacznie lepsze w odbiorze.
Po więcej zapraszam na:
https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
Fabryka Słów przyzwyczaiła swoich czytelników, że wydaje dużo, stosunkowo dobrej jakości fantastyki. Ufam im, nawet jeśli chodzi o książki debiutantów, co do których moje podejście jest dość zachowawcze, więc zdecydowałam się sięgnąć po lekturę Szeptów Ciemności Andrzeja Pupina i jestem całkiem pozytywnie zaskoczona, nawet biorąc pod uwagę fakt, że to debiut autora.
Autor...
2025-08-03
Są takie serie i bohaterowie, z którymi człowiek za nic nie chce się rozstawać. Tego rodzaju postacią w moim czytelniczym życiu okazała się Ida Brzezińska, więc po ostatni tom serii sięgałam z jednej strony z wielką niecierpliwością, a z drugiej z ogromnym smutkiem, że to chwilowy (mam taką przynajmniej nadzieję) koniec.
Ida ma wyjątkowego Pecha. Albo to Pech ma ją, bo co dziewczyna wykaraska się z jednej kabały, to zaraz wpada w drugą. Tym razem Joanna, harpia mieszkająca w ogrodzie Idy, wieszczy apokalipsę i jedynymi osobami mogącymi powstrzymać ten koniec świata są Brzezińska i Kruchy. Ona, ponura żniwiarka, która ma zdolność kończenia ludzkiego życia, i on, przędzarz gwiazd, który je rozpoczyna. Co gorsza, okazuje się, że Ida nie tylko jest szamanką od umarlaków słyszącą Pieśni Umarłych, ale jest też Pieśniarką, która swoimi snami prorokuje czyjąś śmierć. A Pieśni Umarłych w złych rękach oznaczają prawdziwy kłopot i rzeczywisty koniec świata.
Bez dwóch zdań jestem zachwycona tą trylogią. Ida jest przesympatyczną bohaterką, która ma swoje zdanie, potrafi myśleć i postawić na swoim. Niestety, ma też Pecha, więc powinna bardzo uważać, czego sobie życzy – gdy jej życzenie o braku snów staje się rzeczywistością, to dla świata oznacza bardzo duży kłopot. Brzezińska naprawdę ma łeb na karku i nie jest melodramatyczną bohaterką, którą trzeba raz po raz wybawiać z opresji ani taką, której wszystko udaje się bez mrugnięcia okiem. Popełnia błędy, ma chwile zwątpienia i bardzo chciałaby żyć po swojemu, ale wredny Los jej to skutecznie uniemożliwia.
Pomimo tego, że chemia między Kruchym a Idą jest wyczuwalna już od pierwszego tomu, to romans nie dominuje całej fabuły i autorka skupia się na historii od strony kryminalnej i fantastycznej, nie wątku miłosnego. Dla mnie to był ogromny plus, bo ciężko teraz w dobie romantasy znaleźć tytuł, gdzie życie uczuciowe bohaterów nie jest głównym motywem. Zakończenie i scena w kaplicy są może trochę zbyt melodramatyczne, ale całkiem nieźle wpisują się w dynamikę postaci i ich zachowania na co dzień, więc nie uznałabym tego za wielki problem.
Fabuła tej części nie jest wcale taka prosta i łatwa. Anonimowy grób w ogrodzie Kusiciela, czarnomagiczne samobójstwa i trupy powracające do żywych w całym Wrocławiu komplikują sprawę Demona Luster. Ida z Kruchym będą musieli się mocno napracować, by rozwiązać wszystkie te zagadki. Na dodatek do Kruchego powraca jego przeszłość w najmniej przyjemnym wydaniu, a Ida wciąż jest prześladowana przez widmo domu rodzinnego i tego, jak była traktowana przez rodzinę. Osobiste traumy i wątek kryminalny splatają się w tej opowieści w bardzo zgrabnie skonstruowaną całość, dzięki czemu czytelnik jest zaangażowany cały czas w opowiadaną historię.
Fałszywy Pieśniarz to bardzo dobre zamknięcie trylogii, chociaż mam nadzieję, że nie samej historii Idy, a młoda panna Brzezińska jeszcze nie raz i nie dwa namiesza na kartach jakiejś powieści. Wydaje mi się, że autorka zostawiła sobie pewną furtkę na kontynuację, nie domykając wątku z przeszłością Idy i jej rozliczenia się z traumą z dzieciństwa. Jakby jednak nie było, wszystkie trzy tomy gorąco polecam, a Martynę Raduchowską zaliczam od tej pory do grona moich ulubionych pisarek fantasy.
Po więcej zapraszam na:
https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
Są takie serie i bohaterowie, z którymi człowiek za nic nie chce się rozstawać. Tego rodzaju postacią w moim czytelniczym życiu okazała się Ida Brzezińska, więc po ostatni tom serii sięgałam z jednej strony z wielką niecierpliwością, a z drugiej z ogromnym smutkiem, że to chwilowy (mam taką przynajmniej nadzieję) koniec.
Ida ma wyjątkowego Pecha. Albo to Pech ma ją, bo co...
2025-06-28
Moja teoria brzmi: polska fantastyka jest kobietą. I nic nie jest w stanie zmienić mojego zdania. Każdy, kto czyta ten gatunek kojarzy Martę Kisiel, Anetę Jadowską czy Magdalenę Kubasiewicz. No to teraz proszę dopisać kolejne nazwisko – Martyna Raduchowska.
Tytułowa szamanka od umarlaków to niejaka Ida Brzezińska, lat osiemnaście. Urodzona w magicznej rodzinie – czy raczej familii – Brzezińsich, sama jest całkowicie pozbawiona magii. Przynajmniej w tym konwencjonalnym sensie, bo Ida od dzieciństwa... widzi zmarłych. Tylko bardzo skrupulatnie ukrywa ten dar, chcąc żyć po swojemu, a nie być tylko marionetką w rękach matki, Irminy Brzezińskiej, której życiowym celem jest dobre zamążpójście jedynej córki i podtrzymanie wysokiej pozycji rodu Brzezińskich między magicznymi familiami. Łatwo Ida na początku dorosłego życia nie ma, oj nie ma...
Martyna Raduchowska szturmem podbiła moje serce pierwszym tomem przygód Idy. Młoda panna Brzezińska to dziewczyna rezolutna, która wie, czego chce od życia i zrobi wszystko, co w jej mocy, byleby postawić na swoim. Inna sprawa, że Ida ma Pecha... albo to Pech ma ją i z tego powodu nic w jej życiu nie idzie tak, jakby tego chciała. Gdy okazuje się być szamanką od umarlaków, czyli kimś, kto potrafi wyśnić czyjąś śmierć i musi potem przeprowadzić duszę nieboszczyka na drugą stronę, trafia pod opiekę Tekli, siostry Irminy. To pod jej okiem Ida rozwija swoje niecodzienne umiejętności, nie mogąc już dalej uciekać przed nieuniknionym.
Do nowego wydania Szamanki..., które ukazało się sumptem wydawnictwa Mięta, jest dołączone opowiadanie Maszkarada. Jeśli mam być szczera, to ta historia sprawiła, że od pierwszej chwili patrzyłam na Idę z szacunkiem. Bo Maszkarada opowiada o tym, jak najbliżsi manipulują Idą, próbują zmienić jej życie, by całkowicie dopasować je do swoich własnych wyobrażeń. A młoda panna Brzezińska potrafi wyrwać się z tego, obrócić te plany wniwecz i nadal jednak nie dać się stłamsić rodzinie. To smutna opowieść o dorastaniu młodej dziewczyny, o odarciu jej ze złudzeń i o tym, jak bardzo wygórowane i niespełnione ambicje rodziców potrafią zniszczyć dziecko. Ten motyw będzie obecny przez wszystkie tomy historii o Idzie, co nie powinno dziwić – niełatwo jest uciec od tak ogromnej traumy, którą dziewczynie zafundowali rodzice.
Autorka zabiera nas do Wrocławia (swoją drogą, co te polskie autorki mają z tym Dolnym Śląskiem, że wspomnę też Martę Kisiel) pełnego tajemnic, trupów i dusz, które trzeba uchronić przed niebytem. Jej pióro jest lekkie, a przygody Idy czyta się po prostu piorunem. Fabuła jest skonstruowana bardzo zgrabnie i prowadzi główną bohaterkę ku wyjaśnieniu tajemnicy związanej z jej profesją i nieuchronnemu spotkaniu z Losem. To wszystko z kilkoma niezłymi plot twistami, a na dokładkę dostajemy humor balansujący momentami na granicy absurdu. No i postaci drugoplanowe, które wspierają Idę w jej trudzie poradzenia sobie z Pechem, a czasem, dla odmiany, podkładają dziewczynie nogę. W tym momencie nie sposób wspomnieć o ciotce Tekli: wrednej, zrzędliwej i ciągle się czepiającej mentorce Idy, która na dodatek zwraca się do wszystkich w trzeciej osobie. Uwielbiam kobietę za jej zachowanie, jej zgryźliwość wobec całego świata i stoicki spokój w obliczu każdej, nawet największej przeciwności losu.
Szamanka od umarlaków to solidnie napisany pierwszy tom serii o tym samym tytule, wprowadzający czytelnika w losy Idy Brzezińskiej. Dostajemy porządne, choć lekkie urban fantasy, które na pewno spodoba się fanom książek Marty Kisiel i Anety Jadowskiej. I pasujące swoim ciepłym, otulającym humorem do obecnej już za naszymi oknami jesieni.
Po więcej zapraszam na:
https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
Moja teoria brzmi: polska fantastyka jest kobietą. I nic nie jest w stanie zmienić mojego zdania. Każdy, kto czyta ten gatunek kojarzy Martę Kisiel, Anetę Jadowską czy Magdalenę Kubasiewicz. No to teraz proszę dopisać kolejne nazwisko – Martyna Raduchowska.
Tytułowa szamanka od umarlaków to niejaka Ida Brzezińska, lat osiemnaście. Urodzona w magicznej rodzinie – czy raczej...
2025-07-19
Serią o Idzie Brzezińskiej Martyna Raduchowska przebojem wdarła się na listę moich ulubionych autorów fantasy. Pierwszy tom o charakternej dwudziestolatce, która widzi duchy zmarłych i musi ich przeprowadzać na Drugą Stronę, okazał się być świetnym wprowadzeniem do trylogii.
W drugim tomie Ida musi rozwiązać do końca sprawę Demona Luster. Łatwo nie jest, bo dziewczyna po wydarzeniach z końcówki pierwszego tomu musi pozbierać się psychicznie. Przypadkowe morderstwo, jakie popełniła, odcisnęło na niej znaczne piętno, a co więcej Ida złożyła wieczystą przysięgę, której niedotrzymanie będzie równoznaczne z rozpłynięciem się w nicości. Na szczęście Ida nie jest sama, ma przy sobie Kruchego, który pilnuje, by dziewczyna wzięła się w garść, a w tle wciąż plącze się nieżywa (chociaż powracająca do żywych) ciotka Tekla.
Ponowne spotkanie z bohaterami znanymi z poprzedniej części Szamanki od Umarlaków to wspaniała przygoda. Wszyscy zyskują więcej barw i poznajemy ich przeszłość, a relacje między nimi się pogłębiają. Autorka postawiła na rozwój znanych już nazwisk, szczególnie duży akcent kładąc na stosunki łączące Kruchego i Idę. Ich relacja rozwija się powoli i mimo tego, że czytelnik świetnie się domyśli, dokąd to wszystko zmierza, to i tak sceny z nimi czyta się z ciekawością i z uśmiechem. W tej części pojawiają się też nowe postaci, jak choćby Kornelia Kwiatuszek, zwana Skittles, czyli jedna z sekretarek biura Wydziału Opętań i Nawiedzeń (w skrócie: WON) w Warszawie, która ma wprost niesamowitą inteligencję i zdolność wynalezienia każdej informacji, o jaką tylko się ją poprosi. W dodatku jest to osobowość wielce barwna (nie tylko charakterem, ale też wyglądem), która kradnie całe show, gdy już pojawia się na kartach powieści.
W porównaniu do pierwszego tomu w tym jest mniej zabawnej fabuły, a więcej poważnej atmosfery, ale wciąż przy lekturze towarzyszy nam błyskotliwy humor bohaterów. Zresztą ten nastrój to nic dziwnego, bo w końcu Ida musi dostać się na drugą stronę lustra, by odnaleźć zabłąkaną duszę zamordowanego maga i przy okazji uratować też swoją duszę od niebytu. Cała druga część historii młodej Brzezińskiej jest o problemach rodzinnych, które ciągną się za główną bohaterką jak cień i drażnią jak drzazga wbita w palec. Jest to też opowieść o podźwiganiu się z niepowodzeń, nie poddawaniu się i walce o lepsze jutro. Również dodatkowe opowiadanie Gdy zapłacze rajski ptak umieszczone w nowym wydaniu od wydawnictwa Mięta, które przedstawia szerzej historię harpii Joanny, znanej nam z pierwszego tomu Szamanki, dotyka trudnej tematyki depresji. Opisane to wszystko jest w sposób nieprzytłaczający, ale z pełnym szacunkiem do poruszanych tematów i uczuć bohaterów, co jest ogromną zaletą pióra Raduchowskiej.
Muszę też pochwalić wydawnictwo Mięta za wygląd książki. Szczerze powiem, że to chyba najładniej wydany egzemplarz w mojej biblioteczce. Ciemna okładka z błyszczącymi zdobieniami i pomalowane na czarno brzegi kartek, ozdobione białym motywem róż skradły moje serce od pierwszej chwili, idealnie wpasowując się w lubianą przeze mnie estetykę. Te zdobienia świetnie oddają fabułę i klimat opowieści, nie są tylko bezzasadną ozdobą w imię idei. Jeśli Mięta utrzyma ten poziom, to prawdopodobnie stanie się moim ulubionym wydawnictwem, jeśli chodzi o estetykę wydawanych przez nich książek, które będą dekoracją moich półek.
Demon luster to urban fantasy, które ma w sobie wszystko, czego potrzebuje czytelnik do dobrej lektury – lekki humor, wątek kryminalny i barwne postaci. Z całą pewnością ta seria przypadnie do gustu tym, którzy lubią książki Marty Kisiel czy Magdaleny Kubasiewicz – podobnie lekkie pióro, błyskotliwy dowcip i fabuła, która zaciekawia czytelnika od pierwszych stron.
Po więcej zapraszam na:
https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
Serią o Idzie Brzezińskiej Martyna Raduchowska przebojem wdarła się na listę moich ulubionych autorów fantasy. Pierwszy tom o charakternej dwudziestolatce, która widzi duchy zmarłych i musi ich przeprowadzać na Drugą Stronę, okazał się być świetnym wprowadzeniem do trylogii.
W drugim tomie Ida musi rozwiązać do końca sprawę Demona Luster. Łatwo nie jest, bo dziewczyna po...
2025-09-14
2025-06-11
Wszystkie początki bywają trudne – czy to zaczynając szkołę, czy stawiając pierwsze kroki w zawodzie. Znając twórczość jakiegoś autora, interesująco jest cofnąć się do jego początków. Książki Jacka Piekary znam, czytałam niemal cały Cykl Inkwizytorski, więc z ciekawością sięgnęłam po Witajcie w Zaklętej Krainie, czyli zbiór opowiadań z początków kariery pisarskiej autora.
Na pierwszy ogień dostajemy mikropowieść o Conanie Barbarzyńcy – i na miejscu autora wcale bym się nie przyznawała, że pisał tę historię, nie znając dzieła Roberta E. Howarda. Czytałam oryginalnego Conana na początku tego roku i, szczerze mówiąc, ten Piekary to słaba podróba z AliExpress. W postaci, którą wykreował, brakuje pierwiastka pierwotnego Conana – ten z Witajcie w Zaklętej Krainie jest osiłkiem, który rzadko używa głowy, każdy potrafi go wyprowadzić w pole, a jedyne, co ma we łbie, to kobiety i wino. Nie tego należałoby się spodziewać po dojrzałym, wiekowym już Conanie, który powinien mieć więcej rozumu i zachowywać się z bardziej trzeźwym osądem. Oczywiście, jak to w polskiej fantastyce, nie mogło obyć się bez sceny seksu – nie wiem, po co ona tam była. O wiele lepszym rozwiązaniem byłoby zostawienie pewnych niedopowiedzeń, jak robił to Howard, ale przecież w naszej fantastyce się nie da. I na koniec: za dużo tu przypadków, intryga jest zbyt przewidywalna i łatwa do rozwiązania, wątków zbyt wiele, przez co są niedopracowane... Sporo rzeczy tu kuleje, co rzutuje na odbiór całości.
Kolejną historią są Smoki Haldoru i ich późniejsza kontynuacja. Jak pisze w przedmowie sam autor, ta historia rozeszła się na pniu, gdy została wydana przez Iskry pod koniec lat osiemdziesiątych. Wierzę, że tak było, ale nazywanie tej opowieści fantastyką to dla mnie trochę zbyt wiele. Wsadzenie tytułowych smoków w tę powieść było chyba tylko po to, żeby wrzucić książkę na półkę fantasy. Pojawiają się raptem na kilka linijek i tak naprawdę są zupełnie niepotrzebne, nie odgrywają żadnej ogromnej roli w fabule. Co więcej oba tomy, Smoki Haldoru oraz Przeklęty tron, są właściwie o niczym. Ich akcja kojarzyła mi się uparcie z Grą o tron, gdyby nie fakt, że powieść Martina była wydana dużo później w Polsce. Niby całość jest o tym, że szlachta się buntuje przeciwko władcy i przejmuje tron, a potem toczą się polityczne intrygi, wojny i kolejne zmiany władców, ale właściwie nie wiadomo jaki jest tego cel. Brakuje tu jakiegoś sensownego powodu, dla którego rody się mordują, bo nawet ten tron wydaje się mało przekonujący.
Jeśli chodzi o pozostałe opowiadania, to niewiele z nich zapamiętałam. Brakowało mi w nich, podobnie jak w Smokach Haldoru, jakiejś nici przewodniej w fabule, czegoś, o co mogłabym się zaczepić. Może, gdyby zrobić z nich pełnowymiarowe powieści, to robiłyby lepsze wrażenie. Z drugiej strony nie jestem też wielką fanką krótkich form, ale potrafię docenić, gdy autor lub autorka w niewielkim objętościowo opowiadaniu potrafi ująć akcję od początku do końca.
Jak Cykl Inkwizytorski lubię i całkiem przyjemnie mi się go czytało, tak, niestety, Witajcie w Zaklętej Krainie było dla mnie w pewnym momencie drogą przez mękę. Nie czułam wielkiej fascynacji fabułą, nie przywiązywałam się do bohaterów, a w wielu przypadkach ich sylwetki psychologiczne nawet nie były dobrze nakreślone. Szkoda, bo spodziewałam się czegoś lepszego, ale cóż, każdy musiał od czegoś zacząć. Jednak z całą pewnością jest to ciekawy sposób na to, by poznać początki pióra Piekary.
Po więcej zapraszam na:
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
Wszystkie początki bywają trudne – czy to zaczynając szkołę, czy stawiając pierwsze kroki w zawodzie. Znając twórczość jakiegoś autora, interesująco jest cofnąć się do jego początków. Książki Jacka Piekary znam, czytałam niemal cały Cykl Inkwizytorski, więc z ciekawością sięgnęłam po Witajcie w Zaklętej Krainie, czyli zbiór opowiadań z początków kariery pisarskiej...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-05-06
Ludzki mózg uwielbia szufladkowanie. Każdą książkę, jaką czytamy, wkładamy w naszej głowie na jakąś półeczkę podpisaną nazwą gatunku: a to romantasy, a to fantasy, czy powieść obyczajowa. Gorzej, gdy trafimy na powieść, której nie da się tak łatwo zamknąć w sztywnych ramach jednego typu opowieści. I po raz pierwszy w życiu natknęłam się właśnie na taki tytuł.
Rękopis znaleziony w Saragossie powstał na przełomie XVIII i XIX wieku, a napisany został po francusku – tak, książkę pisał Polak w obcym języku i to, co czytamy obecnie to przekład. Powodów takiego zjawiska było kilka: w tamtych czasach francuski był językiem elit intelektualnych, literatury i dyplomacji, jak teraz angielski. Tworzenie w nim pozwalało na zdobycie szerszego grona czytelników. Co więcej, Potocki jako działacz naukowy i polityczny był mocno osadzony mentalnie w kulturze francuskiej, więc nic dziwnego, że ten język stał się dla niego najlepszym do tworzenia. Jan Potocki, arystokrata, stworzył powieść, która jest nowatorska, wymyka się wszelkim kategoriom i może być interpretowana na tak wiele sposobów, że głowa pęka. Teoretycznie czytamy historię o przygodach Alfonsa von Wordena, pułkownika gwardii wallońskiej, z roku 1739. 66 dni z jego podróży po Andaluzji stają się pretekstem do snucia baśni zawieszonej w czasie i przestrzeni, która tak naprawdę nie ma żadnej konkretnej fabuły, a właściwie ma ich milion drobnych.
Do rąk dostajemy powieść szkatułkową wymagającą ogromnego skupienia i uwagi. Trudno tu znaleźć jakąkolwiek linearność. Podróż von Wordena jest punktem wyjścia, od którego zaczynając, przechodzimy do kolejnych opowieści. Struktura Rękopisu... jest jak matrioszka – w jednej opowieści znajdujemy inną historię, a w niej jeszcze jedną. Ogarnięcia fabuły nie ułatwiają obce nazwiska i podobne imiona, ale historia wynagradza każdą chwilę, którą jej poświęcimy.
Jeśli ktokolwiek oczekuje, że tę książkę przypiszę jasno do jakiegokolwiek gatunku literackiego, to muszę wszystkich rozczarować. W Rękopisie... znajdziemy wszystko: fantastykę, horror, powieść obyczajową, powieść łotrzykowską, romans, powieść płaszcza i szpady... Jest tu tego mnóstwo, a wszystko wymieszane w jednym kotle tak, że nie da się oddzielić jednego gatunku od drugiego. Można odnieść wręcz wrażenie, że Potocki nie miał zamiaru stworzyć jakiejś konkretnej historii, a raczej bawiło go samo pisanie Rękopisu znalezionego w Saragossie. Bo tu naprawdę nie ma jednego, jasnego celu, do którego dąży cała fabuła tej opowieści. Przynajmniej ja go nie widzę. Za to jasno widzę zabawę konwencją, której efektem jest książka niespotykana, bodaj jedyna w swoim rodzaju.
Rękopis znaleziony w Saragossie to powieść błądząca po meandrach tematyki. Potocki zgłębia ludzką naturę, oddaje się filozoficznym, religijnym czy matematycznym rozważaniom. Dywaguje nad moralnością człowieka, a zaraz potem przeskakuje do historii kosmosu lub rozwoju nauk przyrodniczych. Z jednej strony mamy konwencję horroru, a na następnej stronie spotykamy już romans. Owszem, ta historia jest mocno zakorzeniona w hiszpańskiej historii, pojawia się tu mnóstwo postaci z XVIII wieku, ale to tylko punkty odniesienia lub wyjścia do snucia opowieści von Wordena.
Wielość interpretacji zależna od czytelnika i od tego, co będzie chciał w niej wyczytać. Historia w niej opowiedziana zostawia pole do popisu dla czytającego, by odnalazł w niej jak najwięcej i zgubił się jak najskuteczniej, biorąc do ręki tę książkę. Napisana w XIX wieku nie zestarzała się absolutnie, a jej szkatułkowa narracja czyni ją nowoczesną nawet w XXI wieku.
Po więcej zapraszam na:
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
Ludzki mózg uwielbia szufladkowanie. Każdą książkę, jaką czytamy, wkładamy w naszej głowie na jakąś półeczkę podpisaną nazwą gatunku: a to romantasy, a to fantasy, czy powieść obyczajowa. Gorzej, gdy trafimy na powieść, której nie da się tak łatwo zamknąć w sztywnych ramach jednego typu opowieści. I po raz pierwszy w życiu natknęłam się właśnie na taki tytuł.
Rękopis...
2025-07-08
2024-11-27
Po świetnej Welesównie byłam bardzo ciekawa jak autorka poradzi sobie z kryminałem, szczególnie że śledztwo miała prowadzić zwykła dziewczyna, fanka kryminalnych podcastów. Nie jestem jednak całkowicie przekonana, czy taki pomysł był dobrym wyjściem.
Zacznijmy od tytułu. Śpieszę z uspokojeniem wszystkich miłośników zwierząt, a zwłaszcza kotów – odnosi się on do jednego, drobnego wydarzenia, które jest według mnie właściwie zbędne dla samej fabuły i niewiele by straciła, gdyby tę scenę pominięto. Nie mnie osądzać wybory autorki i wydawnictwa, dotyczące akurat takiego sformułowania tytułu, ale ośmielę się stwierdzić, że jest on cokolwiek mylący.
Stefania wraca po kolejnym zagranicznym wyjeździe do rodzimej Brzózki – tak, to ta sama wieś, w której toczyła się akcja Welesówny – by przez jakiś czas zająć się domem rodziców, którzy wyjeżdżają na wakacje. Przy okazji postanowiła rozdrapać starą ranę, jaką jest śmierć jednej z jej przyjaciółek. Sprawa, zamknięta przez policję z braku dowodów i świadków, wciąż męczy Stefanię jak kamyk w bucie.
Mam bardzo mieszane uczucia do tej książki. Główna bohaterka, Stefania, jest aspołeczna, zamknięta w sobie i mało sympatyczna. Nie polubiłam się z nią, obserwowałam jej poczynania wręcz z politowaniem. Rozumiem, że dziewczyna niesie ze sobą sporo traum: wydarzenia, które ją spotkały w Kanadzie, morderstwo przyjaciółki, ale twierdzę też, że można takie rzeczy przepracować i nauczyć się z tym żyć. A dla Stefanii jedynym akceptowalnym sposobem na to wszystko jest ucieczka byle gdzie, byle przed siebie. Zbyt wiele różnic w charakterze i podejściu do życia jest między mną a protagonistką, żeby to mogło zagrać.
Wątek romantyczny też mi nie przypadł do gustu. Aspołeczna dziewczyna, która niemal siłą zmusza się do wyjścia na spotkanie z niewidzianymi od lat przyjaciółkami, po drobnych rozterkach zaczyna nawiązywać bliższą relację z sąsiadem, Wincentym? Nie wspominając o tym, jakie stosunki łączą ją jedną z przyjaciółek – od liceum obie ukrywają fakt, że mają się ku sobie i niespodziewanie Stefania stwierdza, że spróbuje być w związku z mężczyzną? A tak swoją drogą, te przyjaciółeczki Stefanii to też niezłe okazy. Jedna jest bibliotekarką i jest całkiem zwyczajna, nawet ją polubiłam. Za to druga to osobowość toksyczna w każdym calu – jest zaborcza do tego stopnia, że gdy Stefania wdaje się w romans z sąsiadem, ona się wścieka, chociaż sama ma męża.
To, co grało na korzyść Poradnika grzebania kotów to świetnie przedstawione realia małomiasteczkowego życia i znośnie poprowadzony wątek kryminalny. Brzózka to wieś, gdzie wszyscy wszystkich znają, wiedzą o sobie wszystko, a żadna tajemnica się nie ukryje. Mika Modrzyńska znakomicie przedstawiła duszną, męczącą atmosferę takiej miejscowości, gdzie jakiekolwiek odchylenie od znanej normalności i zadawanie niewygodnych pytań wzbudza od razu wrogość i niechęć mieszkańców. Prowadzone na własną rękę przez Stefanię śledztwo wywołuje właśnie taką reakcję brzózczan i nie przynosi dziewczynie sympatii. Co prawda w tym wątku było wiele zbyt szczęśliwych przypadków, które naprowadzały Stefanię na prawidłowy trop w sprawie, ale jestem w stanie przymknąć na to oko i zrzucić na karb tego, że przecież protagonistka nie jest zawodowym śledczym, więc jakoś ten wątek trzeba było popchnąć do przodu.
Poradnik grzebania kotów był dla mnie takim typowym średniakiem. Przeczytałam go, odłożyłam na półkę i pewnie błyskawicznie o nim zapomnę. Obawiam się, że gdybym najpierw trafiła na ten tytuł, to po Welesównę już bym nie sięgnęła. Żebyśmy się jednak dobrze zrozumieli – to nie jest zła książka i na pewno znajdzie wielu fanów i czytelników.
Po więcej zapraszam na: https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
Po świetnej Welesównie byłam bardzo ciekawa jak autorka poradzi sobie z kryminałem, szczególnie że śledztwo miała prowadzić zwykła dziewczyna, fanka kryminalnych podcastów. Nie jestem jednak całkowicie przekonana, czy taki pomysł był dobrym wyjściem.
Zacznijmy od tytułu. Śpieszę z uspokojeniem wszystkich miłośników zwierząt, a zwłaszcza kotów – odnosi się on do jednego,...
2025-03-16
Moja relacja z horrorami ograniczała się do tej pory właściwie tylko do czytania powieści Stephena Kinga, jednak opis nowej książki Krzysztofa Zajasa zaciekawił mnie na tyle, że postanowiłam po nią sięgnąć. I chociaż nie umierałam z przerażenia w trakcie czytania, to absolutnie nie żałuję swojej decyzji.
Wiktor, główny bohater, a jednocześnie narrator tej historii, to pisarz na co dzień mieszkający w Krakowie. Pewnego dnia postanawia obejrzeć film, który widział w przeszłości o tajemniczym mnichu i dzieciach uwięzionych na wyspie, ale zamiast tego, po wyszukaniu filmiku, uparcie włącza się dziwny, nieznany fragment. Pozornie przypomina on tamtą produkcję, ale zamiast zapamiętanej historii, na ekranie Wiktor widzi tunel i mnicha z dziwnie znajomą twarzą. Aby odkryć, o co chodzi w tym cudacznym filmiku, mężczyzna będzie musiał wrócić do rodzinnej wsi i odgrzebać (i to dosłownie!) kilka trupów.
Warstwa horroru w tej książce nie do końca siadła, ujmując kolokwialnie. Tajemniczy film ze znajomym mężczyzną zapowiadał prawdziwą historię z dreszczykiem. Jednak im dalej w las, tym bardziej ten horror się rozmywał i stawał mało przydatną dekoracją, którą trzeba było jakoś dowieźć do końca. Co więcej, pojawia tutaj wątek obyczajowy, a także pewien wątek kryminalny, który całkiem rozmywa grozę. Gdzieś po jednej trzeciej książki machnęłam ręką na ten horror i bardziej skupiłam się nad całą resztą historii, która do samego końca była naprawdę nieźle skonstruowana.
Pod płaszczykiem dreszczowca Duch z wyspy to całkiem dobra opowieść o powrocie do korzeni i do bardzo głęboko zagrzebanych traum z przeszłości. Wiktor, chcąc rozwikłać sprawę tajemniczego filmu i mężczyzny z internetu, musi zmierzyć się ze swoimi minionymi latami i problemami, jakie zostawił w domu rodzinnym. Sytuacja wydaje się beznadziejna – siostra Wiktora nie ma żadnej możliwości zwycięskiego wyjścia z małżeństwa z lokalnym kryminalistą, który na dokładkę odbiera jej córkę. Pisarz próbuje jakoś pomóc rodzinie, ale wszystkie te próby rozbijają się o jego totalną nieporadność i zagubienie. Wiktor, mieszkaniec wielkiego miasta, który opuścił wieś lata temu, nie potrafi odnaleźć się w kontaktach i układach, jakie panują w tym miejscu. Nieważne, co próbuje zrobić, co chwila coś go hamuje, a siostra raz po raz uświadamia go, jak bardzo nie jest zorientowany w sytuacji w miasteczku. Wszędzie panuje ciężka, dobijająca atmosfera małego miasteczka, gdzie ręka rękę myje i nikt nie wtrąca się w sprawy sąsiadów, szczególnie jeśli są to szemrane tematy z pogranicza prawa. Krzysztof Zajas świetnie odmalował te społeczne stosunki, ten nastrój i obezwładniającą niemoc, bezsilność, układy i układziki, a czasami wręcz zwykła, brutalna przemoc, sprowadzą cię do parteru i pozbawią wszelkich złudzeń.
Parę uwag w stosunku do bohaterów. Są nieporadni życiowo, Wiktor bardziej przypomina zagubionego w życiu dwudziestolatka niż dorosłego faceta, który powinien pomóc siostrze i być dla niej wsparciem. Rozumiem, że uciekł z rodzinnej wsi i nie chciał do niej wracać, bo wiązała się ze zbyt traumatycznymi dla niego przeżyciami, ale mimo wszystko uważam, że rodzeństwo powinno się wspierać, szczególnie jeśli bohater wiedział, że jego siostra jest neurotyczką i ma za sobą epizody depresyjne. Nierealnie dla mnie było też przedstawione to, że poboczne postaci za szybko i zbyt łatwo potrafiły uwierzyć w fantastyczną historię o duchu z internetowego filmu, jaką opowiadał im Wiktor. Wiem, że dookoła nas dzieje się mnóstwo niestworzonych rzeczy, ale to było jednak przegięcie.
Czy można było napisać Ducha z wyspy lepiej? Pewnie tak. Czy uważam tę książkę za dobrą lekturę? Tak, owszem. Uważam, że gdyby odrzucić otoczkę horroru i zostawić tylko jako opowieść obyczajową z pogranicza kryminału, to historia sporo by zyskała. Chociaż, zapewne, zniknięcie duchów z fabuły trochę utrudniłoby powrót do rozgrzebanych traum i problemów z przeszłości. Mimo pewnych wad, przy lekturze spędziłam miło czas i istnieje duże prawdopodobieństwo, że sięgnę po inne książki tego autora.
Po więcej zapraszam na: https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
Moja relacja z horrorami ograniczała się do tej pory właściwie tylko do czytania powieści Stephena Kinga, jednak opis nowej książki Krzysztofa Zajasa zaciekawił mnie na tyle, że postanowiłam po nią sięgnąć. I chociaż nie umierałam z przerażenia w trakcie czytania, to absolutnie nie żałuję swojej decyzji.
Wiktor, główny bohater, a jednocześnie narrator tej historii, to...
Moda na słowiańskość trwa w najlepsze i na każdym rogu atakują nas książki związane z tą tematyką. Jednak mało który autor potrafi napisać tak zgrabną powieść fantastyczno-historyczną z wątkami słowiańskimi jak Marcin Mortka. I po raz kolejny dowiódł tego, tworząc Żółte ślepia.
Czy ja już wspominałam, że jestem psychofanką powieści tego autora? Jeśli nie, to właśnie to robię. Uwielbiam styl Marcina Mortki bez wyjątku, jednak tego, co zrobił w Żółtych ślepiach jak na razie nic nie przebiło w żadnej innej jego książce. Jest to chyba najpoważniejsza i najbardziej melancholijna powieść w dorobku Marcina Mortki, jeśli wezmę pod uwagę te tytuły, które już przeczytałam. Pisarz w swojej historii przedstawia tęsknotę za odchodzącym światem słowiańskich bóstw, demonów i zjaw; stopniowo, ale coraz bardziej ekspansywnie w ten świat Słowian wchodzi chrześcijaństwo, a wraz z nim ścinanie świętych dębów i rugowanie dawnej wiary. Autor nie opowiada się po żadnej ze stron, ale wyraźnie można wyczuć żal za dawną kulturą i smutek, że ta rewolucja kulturowo-obyczajowa wymazuje z kart historii naszą słowiańską przeszłość.
Nieodmiennie siłą powieści są bohaterowie. Medved to tajemniczy doradca księcia Bolka, który żyje samotnie w głuchym lesie i zaleca kniaziowi, jak ten ma radzić sobie z demonami starej wiary czy żercami. Jego melancholijna natura sprawia, że dobrze widzi, jak dawny świat odchodzi w zapomnienie, a ludzie tacy jak on stają się niepotrzebni i będą musieli odejść. Tak samo jak wiedźma Gosława, której na każdym kroku towarzyszy wredny, czarny kocur. Czarownica nawet mocniej niż Medved odczuwa wiatr nadchodzących zmian i jest zdeterminowana, by się do nich dostosować. Sprawcą tej rewolucji kulturalno-obyczajowej jest książę Bolko, który politycznie stara się lawirować między tym, co stare, a tym, co nowe, nie zdając sobie sprawy, że jeden z jego najwierniejszych sług jest zakochany w jego żonie, węgierskiej księżniczce Hajnie. Losy wszystkich bohaterów są tak splecione, że jedno bez drugiego nie poradziłoby sobie w ferworze kolejnych przygód i w starciu z pojawiającymi się na każdym kroku wrogami.
Czytając Żółte ślepia, cały czas byłam pod ogromnym wrażeniem atmosfery tej powieści. Mimo smutku i melancholii była ciepła jak kocyk albo herbata w jesienny wieczór. Historia, opowiadająca o starciu starego z nowym i odchodzeniu w niebyt tego pierwszego, na co łezka się w oku kręci, jednocześnie pozostawia w nas uczucie spokoju. Język, jakim posługuje się Marcin Mortka, jest z jednej strony dość ostry, bo postaci potrafią nieźle zakląć (a prym w tym wiedzie Gosława), a z drugiej bywa niemal liryczny. Widać to wyraźnie, gdy autor opisuje spotkania Medveda z ukochaną Hajną albo jego rozterki na temat przemijania dawnych bogów i tradycji. Ogromnym plusem tej powieści są słowiańskie stwory, demony, żercy i bogowie. Na stronach książki spotykamy leszego, brzeginki, utopce czy domowika. Szczególnie ten ostatni zapada w pamięć, bo towarzyszy Medvidowi i Gosławie przez całą książkę, przy czym bardziej przeszkadza, niż pomaga, bohaterom, będąc upierdliwym, wiecznie trajkoczącym stworkiem. A przy tym wprowadza sporo humoru w historię, podobnie jak pozostali bohaterowie, co jest znakiem charakterystycznym powieści Marcina Mortki. Słowiańskość w tej powieści nie jest tylko pustym określeniem, ale rządzi się tu pełną gębą.
Nie będę owijać w bawełnę – Żółte ślepia to kolejna książka Marcina Mortki, którą polecam wszystkim całym sercem. To świetna zabawa, idealna na jesienne i zimowe wieczory, z fabułą trzymającą w napięciu, wydarzeniami gnającymi jedno za drugim i przesympatycznymi bohaterami oraz słowiańskimi demonami wyskakującymi zza każdego drzewa w lesie. Sami powiedzcie: jak tu nie sięgnąć po taką powieść? Jeśli autor zdecyduje się na wydanie kolejnej książki o słowiańszczyźnie, to lecę od razu kupować i czytać.
Po więcej zapraszam na: https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
Moda na słowiańskość trwa w najlepsze i na każdym rogu atakują nas książki związane z tą tematyką. Jednak mało który autor potrafi napisać tak zgrabną powieść fantastyczno-historyczną z wątkami słowiańskimi jak Marcin Mortka. I po raz kolejny dowiódł tego, tworząc Żółte ślepia.
Czy ja już wspominałam, że jestem psychofanką powieści tego autora? Jeśli nie, to właśnie to...
Do horrorów nie ciągnie mnie za często, ale zdarzają się takie tytuły, które przyciągają mnie do siebie swoim opisem. Jednym z nich jest właśnie Żywok Magdaleny Soboty, którego mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa HM.
W powieści trafiamy do Paportynek, zapomnianej przez Boga i ludzi wsi położonej w górach. Wieś, jak to wieś – wszyscy się w niej znają, ale atmosfera bynajmniej nie jest zbyt przyjazna. Inka, która przyjeżdża tam w środku zimy do babci, uciekając przed koszmarem rodzinnego domu, szybko wyczuwa, że coś złego dzieje się dookoła niej, a odpowiedź może znać tamtejszy leśniczy, Wojtek.
Magdalena Sobota mistrzowsko zbudowała atmosferę Żywoka. Klimat małej wsi, gdzie każdy zna każdego, wszyscy ukrywają jakieś tajemnice, a na dodatek tuż za ostatnimi domami, w otaczających lasach dzieje się coś niepokojącego. Zwidy Wojtka i znikające niepostrzeżenie trupy znajdowane przez mężczyznę w lesie sprawiają, że włos się jeży na głowie, a skóra cierpnie. W całej historii czuć las, czuć mrok i góry, których piękno jednocześnie potrafi napawać strachem, a ich mroczne stoki kryją w sobie wiele sekretów.
Faktem jest, że powieść długo się rozkręca i trochę musimy poczekać, aż wszystko wskoczy na swoje miejsce. Nie dostajemy żadnych tropów, podpowiedzi, dopiero druga połowa książki zaczyna wyjaśniać wszystkie wątki i pozwala zrozumieć, co działo się w pierwszej części. Natomiast to wolne tempo wynagradzają postaci. Wszystkie żywe, nakreślone bardzo mocno, z indywidualnymi charakterami. Nie sposób ich pomylić. Mogą się zachowywać irracjonalnie, ale ma to swoje wytłumaczenie w ich przeszłości i ich motywacjach. Dzięki temu, jako czytelnicy, mocno im kibicujemy i śledzimy uważnie ich perypetie na kartach powieści.
Natomiast końcówka książki jest aż gęsta od niepokoju i mroku. To nie jest moment na czytanie jej przed snem, bo każdy szelest, każde stuknięcie, wywołują w czytelniku nerwową reakcję i powodują, że rozgląda się wokół siebie. Im bliżej końca, tym bardziej atmosfera się zagęszcza, a to, co \się dzieje w powieści wywołuje ciarki na plecach. Góry i rosnące na ich stokach drzewa przestają być tylko niemym tłem tej opowieści, ale stają się jej czynnym bohaterem, ożywają i przerażają z każdą stroną coraz bardziej. Magdalena Sobota znakomicie buduje napięcie, nie opierając się tylko na krwawych trupach i na potworze, który czai się w górskich lasach. Autorka sięga do ludzkiej natury, do tego, co drzemie w duszach bohaterów, do ich strachu i znajomości historii o mieszkańcach Paportynek. I co więcej, autorka pokazuje, że przeszłość i decyzje wówczas podjęte, zawsze mają swoje konsekwencje w teraźniejszości, rzutując nie tylko na tych, którzy je podejmowali, ale też na ich potomków i otoczenie. Natomiast zakończenie powieści... Cóż, jest dość gorzkie i pozostawia łzy w oczach, ale świetnie spina się z resztą książki. Widać, że autorka bardzo dobrze to wszystko przemyślała i znakomicie wiedziała, co robi.
Tak, jak wspomniałam – horrory to nie jest mój ulubiony podgatunek literacki i nie sięgam po nie za często. Co więcej przy ich lekturze rzadko zdarza mi się bać, ale tym razem Magdalena Sobota sprawiła, że skóra wielokrotnie mi cierpła na karku i nerwowo rozglądałam się po mieszkaniu, gdy czytałam Żywoka. Pomysł na historię i jej wykonanie to naprawdę kawał rzetelnej pracy literackiej, której szczerze gratuluję autorce i zachęcam was do sięgnięcia po ten tytuł, jeśli macie ochotę na takie mroczne klimaty.
Po więcej zapraszam na:
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
Do horrorów nie ciągnie mnie za często, ale zdarzają się takie tytuły, które przyciągają mnie do siebie swoim opisem. Jednym z nich jest właśnie Żywok Magdaleny Soboty, którego mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa HM.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toW powieści trafiamy do Paportynek, zapomnianej przez Boga i ludzi wsi położonej w górach. Wieś, jak to wieś – wszyscy się w niej znają, ale...