ArtykułyCzytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać386
ArtykułyNadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać7
ArtykułyWiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać13
Artykuły"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać12
Poradnik grzebania kotów

- Kategoria:
- kryminał, sensacja, thriller
- Format:
- papier
- Data wydania:
- 2024-10-01
- Data 1. wyd. pol.:
- 2024-10-01
- Liczba stron:
- 302
- Czas czytania
- 5 godz. 2 min.
- Język:
- polski
- ISBN:
- 9788383353296
ŚMIERĆ, KTÓREJ NIKT NIE ZAUWAŻYŁ
Gdy trzynastolatka z biednego domu znika, mieszkańcy Brzózki, małej mazurskiej wioski, uznają to za ucieczkę. Swój błąd odkrywają dopiero piętnaście lat później, gdy przypadkowy turysta znajduje ciało dziewczyny w okolicznym bagnie.
KOBIETA, KTÓRA SZUKA PRAWDY
Stefania powraca do rodzinnej wioski wkrótce po tym, jak znaleziono ciało Martyny, jej szkolnej przyjaciółki. Nigdy się nie przyznała, że tamtej feralnej nocy obiecała Martynie, że uciekną razem. Teraz, sfrustrowana brakiem skuteczności policji, zagubiona w życiu, postanawia wszcząć własne śledztwo. Wieś huczy od plotek i domysłów. By włączyć się w tę społeczność, do której nigdy tak naprawdę nie należała, Stefania postanawia skorzystać z pomocy sąsiada, niespełnionego artysty. Nietypowa para wpada na pewien trop…
Kup Poradnik grzebania kotów w ulubionej księgarnii
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Polecane przez redakcję
Opinia społeczności i
Poradnik grzebania kotów
Zaintrygował mnie tytuł tej książki. Ale choć koty się w niej przewijają, stanowią bardziej element tła, niż osnowę wokół której snuje się fabuła powieści. Mimo, iż spodziewałam się raczej fantasy, szybko zorientowałam się , że to historia kryminalna. A przytłaczająca, ponura atmosfera powieści kojarzy się thrillerem. Lektura nawet ciekawa i wciągająca, ale bardzo przeszkadzała mi trzecioosobowa narracja w czasie teraźniejszym. Nie wiem czemu, ale irytowało mnie czytanie o tym co bohaterowie robią, mówią, widzą, czy słyszą. A jeszcze główna bohaterka mnie po prostu denerwowała.
Oceny książki Poradnik grzebania kotów
Poznaj innych czytelników
278 użytkowników ma tytuł Poradnik grzebania kotów na półkach głównych- Chcę przeczytać 144
- Przeczytane 134
- Posiadam 15
- 2024 10
- Legimi 3
- Kryminały 3
- 2025 2
- Ulubione 2
- Przeczytane 2024 2
- Kryminał 2
Inne książki autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również
Cytaty z książki Poradnik grzebania kotów
Sens istnienia to nie jest coś, co trzeba znaleźć po dwudziestce. Można szukać do woli. Można też nie szukać wcale. Żyje się tak czy inaczej.
Sens istnienia to nie jest coś, co trzeba znaleźć po dwudziestce. Można szukać do woli. Można też nie szukać wcale. Żyje się tak czy inaczej...
Rozwiń Zwiń- No to teraz mów zachęca ją. Czego chcesz z Grabiszyc? -Nic wielkiego. Szukam mordercy Martyny.
- No to teraz mów zachęca ją. Czego chcesz z Grabiszyc? -Nic wielkiego. Szukam mordercy Martyny.
Każdy słuchacz podcastów wie, że w tym miejscu historia zwykle dopiero się zaczyna.
Każdy słuchacz podcastów wie, że w tym miejscu historia zwykle dopiero się zaczyna.













































OPINIE i DYSKUSJE o książce Poradnik grzebania kotów
Zaintrygował mnie tytuł tej książki. Ale choć koty się w niej przewijają, stanowią bardziej element tła, niż osnowę wokół której snuje się fabuła powieści. Mimo, iż spodziewałam się raczej fantasy, szybko zorientowałam się , że to historia kryminalna. A przytłaczająca, ponura atmosfera powieści kojarzy się thrillerem. Lektura nawet ciekawa i wciągająca, ale bardzo przeszkadzała mi trzecioosobowa narracja w czasie teraźniejszym. Nie wiem czemu, ale irytowało mnie czytanie o tym co bohaterowie robią, mówią, widzą, czy słyszą. A jeszcze główna bohaterka mnie po prostu denerwowała.
Zaintrygował mnie tytuł tej książki. Ale choć koty się w niej przewijają, stanowią bardziej element tła, niż osnowę wokół której snuje się fabuła powieści. Mimo, iż spodziewałam się raczej fantasy, szybko zorientowałam się , że to historia kryminalna. A przytłaczająca, ponura atmosfera powieści kojarzy się thrillerem. Lektura nawet ciekawa i wciągająca, ale bardzo...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJedna z najsłabszych książek przeczytanych w tym roku.
Liche wątki. Słabe zakończenie.
Do tego strasznie mnie irytowała główna bohaterka. Po prostu, nijak nie dało się jej polubić.
Marnie oceniam i można sobie darować lekturę.
Jedna z najsłabszych książek przeczytanych w tym roku.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toLiche wątki. Słabe zakończenie.
Do tego strasznie mnie irytowała główna bohaterka. Po prostu, nijak nie dało się jej polubić.
Marnie oceniam i można sobie darować lekturę.
Lekki kryminał z dość ciekawym motywem, sprawnie napisany do połknięcia w jeden wieczór :)
Lekki kryminał z dość ciekawym motywem, sprawnie napisany do połknięcia w jeden wieczór :)
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTakie czytadło, które można pochłonąć podczas jazdy tramwajem do pracy. Przyjemne, ale trochę infantylne, myślałam że Autorka jest nastolatką, a jest starsza ode mnie.
Takie czytadło, które można pochłonąć podczas jazdy tramwajem do pracy. Przyjemne, ale trochę infantylne, myślałam że Autorka jest nastolatką, a jest starsza ode mnie.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPORADNIK GRZEBANIA KOTÓW Miki Modrzyńskiej zdecydowanie przyciąga do siebie tytułem, ale jest to po prostu kryminał. Zagadka morderstwa sprzed lat - morderstwa, które było zapomniane i o którym sądzono, że się nie wydarzyło... bo trzynastolatka pewnie uciekała - jednak ów ucieczka okazuje się brednią, gdy turysta odnajduje w bagiennym jeziorze trupa.
Nasza główna bohaterka po latach przebywania na emigracji w Kanadzie wraca i postanawia odnaleźć mordercę przyjaciółki. Stefania jest postacią, którą da się lubić i dobrze się za nią podąża. Dziewczyna ma swoje problemy, ale jest przy tym napisana wiarygodnie i autorce udało się stworzyć ciekawą postać z silną motywacją.
To, co raczej nie jest plusem, to narracja. Mamy tu dziwną konstrukcję zdań połączoną z czasem teraźniejszym i nie wiem dlaczego, ale brzmi to źle np. "Stefania nienawidzi rozmawiać z obcymi."; "Stefania siedzi w małym pomieszczeniu na posterunku i stara się nie panikować (...)"; "Stefania kręci głową."; "Stefania w torebce ma pamiętnik Martyny, ale nie chce go jeszcze wyciągać."; "Stefania marszczy brwi." itd., itp. Nie wiem czy na tych przykładach dobrze widać, o co chodzi, ale na przestrzeni całej książki, gdy czytelnik brnie przez akcję, staje się to narzucające i nienaturalne. Możliwie, że to moje osobiste preferencje narracyjne, ale jednak skłaniam się do stwierdzenia, że to jest błąd... może nie jest wielki, ale błąd.
PORADNIK GRZEBANIA KOTÓW koty ma w tle, są niemymi obserwatorami. Całość czyta się bardzo szybko - ja pochłonęłam w ok. 3 godziny i jest dobra na odprężenie, na zapomnienie o tym co tu i teraz. Rozrywka całkiem dobra i spokojnie można pochłonąć. Jednak jest to książka z gatunku tych, co się przeczyta i zaraz o nich zapomina. Jedno zdanie mi utkwiło w głowie i jest szansa, że je zapamiętam: "Na szczęście ludzie mają tą niesamowitą umiejętność, że potrafią robić rzeczy po raz pierwszy."
zbrodnia cieniem się kładzie
Wydawnictwo Zysk i S-ka
egzemplarz recenzencki
PORADNIK GRZEBANIA KOTÓW Miki Modrzyńskiej zdecydowanie przyciąga do siebie tytułem, ale jest to po prostu kryminał. Zagadka morderstwa sprzed lat - morderstwa, które było zapomniane i o którym sądzono, że się nie wydarzyło... bo trzynastolatka pewnie uciekała - jednak ów ucieczka okazuje się brednią, gdy turysta odnajduje w bagiennym jeziorze trupa.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNasza główna bohaterka...
Ig: stan_pozaksiazkowy
Po latach tułaczki po świecie Stefania wraca do rodzinnej Brzózki, licząc na spokój i stabilizację. Jednak jej nadzieje szybko burzy wstrząsające odkrycie — w pobliskim zbiorniku wodnym znalezione zostają ludzkie szczątki.
Wkrótce okazuje się, że należą do Martyny, dawnej przyjaciółki Stefanii, która zaginęła piętnaście lat wcześniej. Obojętność policji sprawia, że kobieta postanawia na własną rękę rozwikłać zagadkę, a w śledztwie wspiera ją nowo poznany sąsiad — niespełniony artysta.
Czy Stefania może mu jednak ufać?
Czy w Brzózce w ogóle można ufać komukolwiek?
Nigdy nie była częścią brzózkowej, zamkniętej społeczności, żyjącej plotką i niedomówieniami.
Czy jej własne sekrety nie odbiją się na prywatnym śledztwie?
„Poradnik grzebania kotów” Miki Modrzyńskiej nie jest typowym kryminałem. Owszem, mamy trupa i policyjne dochodzenie, ale to nie one nadają książce głównego tonu. Pod płytkim płaszczem prywatnego śledztwa zagłębiamy się w hermetyczne środowisko małej mieściny, w której każdy lubi głośną ciszę. To historia o tym, co dzieje się w cieniu, między słowami, w ciasnych uliczkach miasteczka, gdzie każdy widzi więcej, niż mówi.
Autorka nie sili się na kilkunastozdaniowe, przytłaczające opisy. Nie epatuje krwią, nie szokuje na siłę. Napięcie buduje prosto, ale skutecznie — i to działa. Nie chodzi o rozczłonkowane ciała i seryjnych morderców. Chodzi o niepewność, o podejrzliwość, która rośnie z każdą stroną. Tu każdy może być winny, a jednocześnie nikt nie wydaje się do końca podejrzany.
Ile są w stanie ukryć ludzie, żeby chronić siebie?
A co będą w stanie zrobić, aby zakopać swoje — gnijące już — tajemnice?
Klimat tej książki naprawdę wciąga. Duszny, trochę przytłaczający, ale bardzo autentyczny. To właśnie dzięki temu „Poradnik” zostaje w głowie. Przez niego mam ochotę częściej sięgać po historie osadzone w małych miasteczkach, gdzie nie wszystko jest tym, czym się wydaje.
Tytuł? Intrygujący. Ale nie — nie chodzi o literalne grzebanie kotów. To metafora. Jedna z wielu. I w tym właśnie tkwi siła tej książki — w niedopowiedzeniach, symbolach, w tym, co nie zostało powiedziane wprost. Momentami miałam wrażenie, że to trochę poetycka dekadencja w formie kryminału. Metafora goni tu metaforę tak, jak przeszłość goni Raise’a Nazarova.
Niemniej jednak nie samymi pozytywami człowiek żyje.
Stefania jako główna bohaterka czasem mnie irytowała, szczególnie pod koniec. Jej relacja z Wincentym, dziwny wątek z jego „narzeczoną”, który nigdy nie zostaje wyjaśniony, czy te nagłe zmiany w stosunku do przyjaciółki z przeszłości — niby wyjaśnione, ale wciąż pozostawione otwarte — coś tu zgrzyta bardziej niż prowadzenie klubu w wieku 16 lat.
Odnoszę wrażenie, że bez wątków romantycznych książka byłaby bardziej spójna. W niektórych momentach ewidentnie były one wepchnięte na siłę, aby wpasować się w większe grono czytelników. Nie wnosiły absolutnie nic do rozwoju fabuły.
Niektóre fragmenty były zdecydowanie przekombinowane. Cały motyw ze starą leśniczówką przegrzał mi mózg — ale mimo wszystko dobrze się to czytało. Zwroty fabularne nie były częste i pojawiały się z różną intensywnością, ale spełniały swoje zadanie. Wciągały w świat przedstawiony i nie pozwalały odłożyć książki.
Cała pozycja jest ciekawie napisana. Nie pochłonęła mnie w stu procentach, ale mogę ją polecić jako lekki kryminał z bardzo dusznym motywem, który uwiera gdzieś w krtani. Trzeba tylko wczytać się w to, co nie zostało wprost napisane.
Ig: stan_pozaksiazkowy
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPo latach tułaczki po świecie Stefania wraca do rodzinnej Brzózki, licząc na spokój i stabilizację. Jednak jej nadzieje szybko burzy wstrząsające odkrycie — w pobliskim zbiorniku wodnym znalezione zostają ludzkie szczątki.
Wkrótce okazuje się, że należą do Martyny, dawnej przyjaciółki Stefanii, która zaginęła piętnaście lat wcześniej. Obojętność...
𝗦𝗲𝗻𝘀 𝗶𝘀𝘁𝗻𝗶𝗲𝗻𝗶𝗮 𝘁𝗼 𝗻𝗶𝗲 𝗷𝗲𝘀𝘁 𝗰𝗼ś, 𝗰𝗼 𝘁𝗿𝘇𝗲𝗯𝗮 𝘇𝗻𝗮𝗹𝗲źć 𝗽𝗼 𝗱𝘄𝘂𝗱𝘇𝗶𝗲𝘀𝘁𝗰𝗲.
Nie każda książka z etykietką „kryminał” będzie o trupach, zagadkach i policyjnej robocie. Czasem trup to tylko punkt wyjścia. Punkt, który nie prowadzi nas w stronę klasycznego śledztwa z lupą i notesem, ale w stronę znacznie mniej oczywistą — do miejsc, które są bardziej wewnętrzne niż zewnętrzne. Bo trup nie zawsze leży w lesie. Czasem leży w człowieku. I gnije tam latami. W „Poradniku grzebania kotów” Miki Modrzyńskiej ciało nie jest najważniejsze. Jest — oczywiście. Martyna, dziewczyna z przeszłości, stanowi centralny punkt fabularny. Ale nie jest to historia o tym, kto zabił i kiedy. To raczej historia o tym, co się dzieje z nami, kiedy przez lata nie zadaliśmy sobie właściwych pytań. Kiedy baliśmy się ich zadać. Albo — jeszcze gorzej — kiedy przestaliśmy wierzyć, że odpowiedzi mają jakiekolwiek znaczenie.
I właśnie to czyni z tej książki coś więcej niż kryminał. Bo tu nie chodzi o tropienie sprawcy, tylko o mierzenie się z tym, co zostaje po przemocy: z niewypowiedzianym, z obojętnością, z wyuczoną ciszą. Z gęstą, wiejską codziennością, w której każdy coś wie, ale nikt nie mówi. Gdzie zbrodnia nie jest sensacją, lecz cieniem rzuconym na lata. I gdzie najbardziej niepokojące nie są zwłoki, lecz to, jak łatwo można się do nich przyzwyczaić. Albo zapomnieć, że w ogóle były. Modrzyńska nie używa wielkich słów. Nie inscenizuje dramatów. A jednak tworzy klimat, który momentami ścina krew skuteczniej niż najbardziej brutalna scena z klasycznego thrillera. Bo tu przemoc jest subtelna. Ukryta w spojrzeniach, w domyślnych zdaniach, w relacjach tak toksycznych, że niemal niezauważalnych. To przemoc instytucjonalna, społeczna, rodzinna. Przemoc wynikająca z obojętności, ze zmowy milczenia, z nieumiejętności bycia razem.
Trup staje się więc nie tyle zagadką, ile lustrem. Odbiciem tego, co w nas najciemniejsze. Każdy bohater tej historii nosi w sobie jakiś rodzaj śmierci: emocjonalnej, relacyjnej, społecznej. Każdy coś zakopał. Coś przemilczał. I teraz — po latach — to coś zaczyna się ruszać pod ziemią.
Tytuł tej książki jest prowokacyjny. I bardzo celny, choć zupełnie nie w taki sposób, jak mogłoby się wydawać. „Poradnik grzebania kotów” nie daje żadnych wskazówek, jak zakopywać ciała. Ale daje coś znacznie trudniejszego: sugestię, że może to, co próbujemy zakopać — emocje, winy, traumy — wcale nie znika. Że to wszystko, co grzebiemy w sobie, wraca. Czasem po latach. Czasem nieoczekiwanie. I że trzeba będzie się z tym zmierzyć. Bez ironii. Bez dystansu. Bez żartu. A koty? One są. Przewijają się cicho między rozdziałami. Są obecne, czujne, trochę jak sumienie. Trochę jak wspomnienia, które nie dają się wygonić z pamięci. Czasem patrzą. Czasem znikają. Ale nigdy nie są tylko ozdobą. I choć nie krzyczą, to wiele mówią.
To nie jest książka, którą się pochłania jednym tchem. To książka, którą się niesie. I z którą trzeba się skonfrontować. Jak z własnym cieniem.
Wrócić tam, gdzie się nie chce wracać
Stefania Miałkowska. W imieniu już pobrzmiewa coś staroświeckiego, coś szeleszczącego jak papierzysko w starym kredensie. Stefania wraca z Kanady na Mazury. Brzmi sielsko? Nic bardziej mylnego. W tej wsi nie ma sielanki. Są za to drewniane domy z zapadniętymi dachami, sąsiadki z nadwyżką czasu i języka, jest przeszłość, która nigdy nie została pogrzebana. A może raczej: nie została odpowiednio pochowana.
Powrót Stefanii do rodzinnej Brzózki jest nie tyle decyzją, ile koniecznością. Dziedzictwo po rodzicach, kilka kotów, które trzeba nakarmić. Ale prawdziwe dziedzictwo czai się pod tą powierzchnią: dziewczyna, która kiedyś zniknęła, szkolna koleżanka, której nie szukano wystarczająco dokładnie, i tajemnica, która jak zadra w sercu nie daje spokoju. Stefania zaczyna grzebać. I nie chodzi tylko o koty. Chodzi o to, co ukryte pod ziemią wspomnień. Wrócić tam, gdzie się nie chce wracać, to jak wejść do domu po pożarze. Niby stoją ściany, niby wszystko na miejscu, a jednak pachnie dymem i zgubą. Stefania nie wraca, żeby odetchnąć pełną piersią wiejskim powietrzem. Ona wraca, bo nie ma innego wyjścia. Ale wie — i my to wiemy od razu — że ten powrót będzie kosztował. Że tu nie ma nic za darmo. Ani snu, ani ciszy, ani spokoju.
Brzózka nie jest miejscem z folderu turystycznego. To nie te Mazury, które pachną latem i mrowiskiem w trawie. To te inne — zgrzytające od środka, wilgotne, zaciągnięte mgłą milczenia. Wieś, która mówi więcej tym, czego nie mówi. Mieszkańcy, którzy widzą wszystko, ale nie widzą nic. Tutaj każdy zna każdego, ale nikt nie zna prawdy. Albo zna i udaje, że nie zna — co bywa gorsze. Stefania, mimo że dorosła, niesie w sobie tamtą nastoletnią wersję siebie. Dziewczynę z plecakiem, która nie chciała już patrzeć w te same twarze i słyszeć tych samych pytań bez odpowiedzi. Dziewczynę, która zostawiła za sobą coś więcej niż rodzinny dom. Teraz musi się z nią zmierzyć — z tamtą sobą, z tym, co uciekło, z tym, co zostało. A wszystko to nie dzieje się z hukiem, nie ma tu spektakularnych scen. Tylko szelest — wspomnień, zdjęć w albumie, rozmów urywanych w połowie zdania. W tej historii śledztwo nie zaczyna się w komendzie policji. Ono zaczyna się od ciszy. Od pustego talerza na stole. Od pytania, które Stefania zadaje sobie w ciemności: czy naprawdę nic nie widziałam? Czy naprawdę nic nie pamiętam? To są pytania, które prowadzą ją do grzebania — nie tylko w ziemi, ale w sobie. I szybko okazuje się, że to, co miało być prostym uporządkowaniem spraw, staje się niebezpiecznym rozgrzebywaniem tego, co lepiej było zostawić w spokoju. Tylko że nic nie zostaje w spokoju, jeśli nie zostanie nazwane.
„Poradnik grzebania kotów” to nie instrukcja. To metafora. Bo grzebanie to przecież też sposób na radzenie sobie z żalem, z niewypowiedzianym, z winą. Tyle że w tej historii nikt nie daje łopaty z uśmiechem. Stefania musi ją sobie sama znaleźć. I sama zdecydować, czy woli kopać w ziemi, czy w sobie. A jedno i drugie boli. W tej wsi koty nie są tylko kotami. Martwe zwierzęta, które leżą przy drodze, to echo tamtej śmierci, której nikt nie opłakał, bo nikt nie miał odwagi powiedzieć: „to się stało”. I dlatego Brzózka jest dziś taka, jaka jest — zatrzymana w czasie, pachnąca starym kurzem i ludźmi, którzy zapomnieli, że można inaczej. To nie jest powieść o powrocie do domu. To powieść o powrocie do miejsca, które nigdy domem nie było. I o tym, że czasem trzeba rozgrzebać ziemię — choćby po to, by przekonać się, co w niej naprawdę leży.
Bohaterka, którą się czuje
Muszę to powiedzieć od razu: Stefania nie jest bohaterką, w której łatwo się zakochać. Nie ma w sobie tej typowej narracyjnej miękkości, która sprawia, że czytelnik od pierwszych stron czuje się „u siebie”. Wręcz przeciwnie — Stefania wywołuje niepokój. Jest trudna. Momentami irytująca. Swoim chłodem, oschłością, cynizmem potrafi odsunąć. Jakby mówiła: nie zbliżaj się za bardzo, bo nie zamierzam ci ułatwiać. A jednak właśnie ta nieprzystępność staje się jej siłą. Bo to nie jest postać do pokochania — to postać do przeżycia. I do zrozumienia. A to znacznie więcej.
Z czasem czytelnik zaczyna wyczuwać to, co Stefania tak starannie chowa za ironią i dystansem: ogromne napięcie. Ten rodzaj emocjonalnego zmęczenia, które nie krzyczy, ale pulsuje pod skórą. Przeszłość, która nie została opowiedziana, choć domaga się głosu. Ból, który nie został przeżyty, bo nikt nie nauczył, jak się to robi. I to właśnie sprawia, że Stefania staje się kimś więcej niż literacką postacią — staje się odbiciem. Lustrem, w którym wielu z nas może odnaleźć znajome rysy. Jest w niej coś z tych, którzy wracają do rodzinnych miejsc z poczuciem klęski, nie triumfu. Z tych, którzy nie potrafią się rozpaść przy świadkach, więc zasklepiają wszystko sarkazmem i niechęcią do bliskości. Stefania nie potrzebuje twojego współczucia. Ale może właśnie dlatego tak bardzo się go pragnie jej udzielić. Bo to, co w niej pękło, pękło bardzo dawno temu. I nikt tego nie poskładał. Ona sama też nie potrafi — przynajmniej nie od razu.
Jej podróż nie jest wielką przemianą z gatunku: „od zamkniętej kobiety do nowej siebie”. To raczej proces żmudnego oswajania z własnym lękiem. Z własnym poczuciem winy. Z milczeniem, które kiedyś ocaliło ją przed rozpadem, ale teraz dusi i odbiera dostęp do życia. Stefania nie jest detektywem w klasycznym sensie. Nie działa metodycznie. Nie analizuje dowodów. Jej śledztwo ma charakter głęboko osobisty, niemal intymny. To bardziej rytuał: zejście do piwnic pamięci, do tych miejsc, które dawno zostały zamknięte na klucz. A może nawet — zabetonowane. I właśnie to czyni ją tak boleśnie autentyczną. Bo przecież wielu z nas żyje w stanie emocjonalnego zawieszenia. Ucieczki. Maskowania. Stefania to nie superbohaterka w wersji noir. To kobieta zmęczona życiem, która za długo udawała, że nic się nie stało. I teraz — zmuszona okolicznościami — musi zajrzeć pod powierzchnię tego, co konsekwentnie ignorowała. Tyle że nie robi tego w spektakularny sposób. Jej wewnętrzne „dochody” to raczej ciche, ledwo zauważalne momenty: spojrzenie w stare lustro, długa chwila ciszy po telefonie, zdanie wypowiedziane półgłosem. Ale to właśnie w tych drobnych gestach mieści się całe jej człowieczeństwo.
Czy da się ją polubić? Może nie. Ale z pewnością da się ją poczuć. Bo Stefania Miałkowska to postać nie do ułatwienia, ale do współodczuwania. A to, w literaturze, jedna z najrzadszych i najcenniejszych rzeczy.
Koty. Trupy. I Mazury.
Nie da się opowiadać o tej książce, nie mówiąc o przestrzeni. Bo „Poradnik grzebania kotów” to nie tylko historia rozpisana na postacie, ale też na krajobraz. Albo raczej: na tło, które staje się pełnoprawnym bohaterem. Mazury, ale nie te z pocztówek. Nie te, gdzie woda odbija słońce, a powietrze pachnie wakacjami. Tu Mazury są wilgotne. Zimne. Zasznurowane ciężkimi chmurami i ciszą, która nie koi, tylko niepokoi. Mika Modrzyńska nie używa tego miejsca jako dekoracji. Ona z niego korzysta. To przestrzeń, która mówi. Przestrzeń, która trzyma w sobie tajemnice. Nie da się czytać o Brzózce i nie czuć, że tu coś jest nie tak. Że coś tkwi pod ziemią. Może dosłownie, może metaforycznie. Ale tkwi. I to napięcie — między tym, co widać, a tym, co czuje się pod skórą — jest obecne niemal w każdej scenie.
Dom, do którego wraca Stefania, nie wita jej otwartymi ramionami. On sapie. Skrzypi. Wilgotnieje w kątach. Jakby sam pamiętał rzeczy, o których nie chce się mówić. I jakby bardzo nie chciał, żeby ktoś grzebał w przeszłości. Bo przecież niektóre tajemnice trzymają konstrukcję w ryzach. I może lepiej nie ruszać starych belek.
A w tym wszystkim — koty.
One nie są tu dodatkiem. Nie są „kolorytem wiejskim”, choć łatwo byłoby je tak potraktować. One są lustrem. Stefania i koty — obie strony tej samej samotności. Tego samego lęku przed dotykiem. Tego samego instynktu przetrwania, który każe siedzieć w oknie i obserwować, zamiast rzucić się do ucieczki. Koty wiedzą więcej, niż się wydaje. Nie mówią — jak wszyscy w tej wsi — ale patrzą. I są. Są przy ciele Martyny. Są w pustych pokojach. Są przy łóżku Stefanii, kiedy ta nie może zasnąć. I trudno się oprzeć wrażeniu, że coś symbolizują. Może tę część Stefanii, która nigdy nie została oswojona. A może tę część Martyny, która przetrwała tylko w spojrzeniach.
I wreszcie — trup. Jeden. Ale czy na pewno tylko jeden?
Martyna. Koleżanka z dzieciństwa. Dziewczyna, która zniknęła, a potem się znalazła — zbyt późno, żeby coś jeszcze naprawić. Ale ta historia nie rozgrywa się tylko wokół jej śmierci. Rozgrywa się wokół tego, co ta śmierć odsłania. A odsłania wiele: stare urazy, dawne kłamstwa, powikłane relacje rodzinne, sąsiedzkie, przyjacielskie. Śmierć Martyny jest punktem wyjścia — ale nie celem. Nie chodzi tu o to, kto zabił. Chodzi o to, dlaczego wszyscy milczeli. Dlaczego nikt nie szukał. Dlaczego każdy udawał, że nie widzi. I wtedy przychodzi refleksja: może trupów jest więcej? Może to są te martwe relacje — matka i córka, które rozmawiają, ale się nie słyszą. Sąsiadki, które udają życzliwość, ale skrywają pogardę. Koleżanki z dzieciństwa, które nie wiedzą, czy naprawdę były przyjaciółkami. Może to właśnie są te prawdziwe ofiary — uczucia, które nie przeżyły zderzenia z realnością. Troski, które nikt nie zdołał wypowiedzieć. I ludzie, którzy stali się emocjonalnymi wrakami, zanim jeszcze padło pierwsze pytanie śledczego.
Mazury w tej książce nie są miejscem na mapie. Są stanem. Tą częścią Polski — i tej części duszy — która nigdy nie została do końca uporządkowana. Gdzie coś przegniło pod powierzchnią, a teraz daje o sobie znać. Gdzie wilgoć wnika w deski, a pamięć — w ludzi. I ani jedno, ani drugie nie chce wyjść.
Język, który drapie
Styl Miki Modrzyńskiej to coś, co zostaje z czytelnikiem na długo po zakończeniu lektury. Może nie w formie cytatów, które chciałoby się wynotować i oprawić w ramkę, ale raczej jako rytm. Jako oddech. Jako szorstka faktura, która zostaje pod paznokciami. To język, który nie głaszczę. On drapie. Czasem nieznośnie, czasem ledwo wyczuwalnie — ale zawsze konsekwentnie.
Modrzyńska nie buduje świata długimi akapitami i rozlewnymi pejzażami emocji. Jej proza jest powściągliwa. Krótkie zdania. Czasem urwane. Czasem pozostawione z przecinkiem, który wisi jak coś niedopowiedzianego. Jak coś, co miało zostać wykrzyczane, ale ugrzęzło w gardle. I właśnie w tych miejscach — w tych zawieszeniach — dzieje się najwięcej. Bo to nie jest książka, która tłumaczy. To książka, która czuje. I język to odzwierciedla. Widać, że każde słowo jest na swoim miejscu. Że każde zdanie przeszło przez sito wewnętrznego słuchu autorki. Nie ma tu zbędnych ozdobników. Nie ma stylistycznych popisów. A mimo to — albo właśnie dlatego — całość działa jak zegarek. Albo raczej jak stary zegar z kukułką: skrzypi, cyka, i nagle — bez ostrzeżenia — wypluwa coś, co zaskakuje. I nie daje się zignorować.
To język pełen niedomówień, które są bardziej wymowne niż opisy. Emocje są tu pokazane tak, jak się naprawdę przeżywa: nie frontalnie, nie jasno, ale podskórnie. Często przez rzeczy zupełnie pozornie błahe — zapach, gest, ułożenie dłoni. I nagle ten jeden gest, to jedno spojrzenie staje się czymś więcej niż tylko szczegółem. Staje się emocją. Albo jej brakiem. I wtedy boli. Bo Modrzyńska nie daje gotowych interpretacji. Ona daje przestrzeń. I odpowiedzialność. To my, czytelnicy, musimy to wszystko unieść. W jej stylu jest coś z języka poezji — ale nie tej salonowej, rymowanej. Bardziej z tej surowej, nowoczesnej, która wie, że siła słów bierze się z ich oszczędności. Jest w tym pisaniu jakaś czujność. Jakby każde zdanie było stawiane z myślą: czy naprawdę muszę je powiedzieć?. A jeśli już pada — to musi znaczyć.
Najlepiej widać to w scenach konfrontacyjnych. Nie ma tam krzyków. Nie ma dramatycznych monologów. Jest cisza. Jest zdanie, które pada mimochodem, ale zostawia ślad jak po gwoździu. Język tej powieści nie prowadzi za rękę. On wystawia czytelnika na próbę. Ale jeśli ten się nie wystraszy — dostaje nagrodę. Dostaje literaturę w najczystszej postaci: przeżycie, które boli, ale nie daje się zapomnieć. I choć Modrzyńska nie epatuje stylem, nie celebruje własnego pióra, to jednak czuć, że wie, co robi. To jest pisanie świadome. Precyzyjne jak skalpel. Bez sentymentów, ale z uważnością. I ta uważność robi robotę. Bo w tej książce nie chodzi tylko o to, co zostało opowiedziane. Chodzi o to, jak. A to jak — drapie. I zostawia ślady.
Nie o fabułę tu chodzi
Zaskakujące? Być może. W końcu tytuł obiecuje coś innego. Coś bardziej dosłownego. Może czarną komedię. Może dziwaczny kryminał z ironiczną narracją. Ale Poradnik grzebania kotów nie jest książką, którą czyta się dla zaskoczeń. To nie powieść, którą połyka się jednym tchem, żeby dowiedzieć się „kto zabił”. Tu nikt nie siedzi z notesem, nie przesłuchuje świadków, nie rysuje mapy z zaznaczoną zbrodnią.
Tu mapa jest w człowieku.
Bo to nie jest książka o śmierci. To książka o tym, co nas zabija, zanim jeszcze umrzemy. Codziennie, po trochu. Wina, której nikt nie wypowiedział. Słowa, które ugrzęzły w gardle. Milczenie, które ciąży bardziej niż krzyk. To książka o dzieciństwie, które nie zostało domknięte. O miejscach, z których się ucieka, ale które nigdy nie przestają być domem. O dorosłości, która nie może się wydarzyć, dopóki nie zostanie przepracowane to, co było „przedtem”. Modrzyńska pisze o rzeczach, które znamy. Może nie dosłownie. Może nie każdy z nas wraca do rodzinnej wsi, gdzie odkrywa stary grób i jeszcze starsze kłamstwa. Ale każdy wraca gdzieś w sobie. Do tego miejsca, w którym coś pękło. Do momentu, który ukształtował nas bardziej, niż chcemy przyznać. Poradnik grzebania kotów nie prowadzi czytelnika za rękę — wręcz przeciwnie. Zostawia go często samego, pośród wspomnień, domysłów, emocji, które trudno nazwać.
To nie fabuła trzyma nas przy tej książce. To nie kolejne zwroty akcji. To uczucie, które zostaje. Niepokój. Wzruszenie. Gorycz. Ta powieść osiada gdzieś głęboko, jak kurz, którego nie sposób usunąć jednym machnięciem. Nosimy ją w sobie — jak zapach starych domów, jak błoto przyklejone do butów po deszczu, jak spojrzenie kota, który patrzy w coś, czego nie widzimy. Ale wiemy, że tam jest. To książka, której się nie „rozwiązuje”. Tu nie chodzi o odpowiedzi. Tu chodzi o zadawanie pytań. O stanięcie twarzą w twarz z tym, co niewypowiedziane. Co przeraża nie dlatego, że jest makabryczne — ale dlatego, że jest bliskie. Zbyt bliskie.
I dlatego nie chodzi tu o to, kto zabił. Chodzi o to, co my zabiliśmy. W sobie. W innych. Czasem przez bierność. Czasem przez wygodę. A czasem dlatego, że nie wiedzieliśmy, co robić — i zrobiliśmy nic. Nie analizuje się tej książki jak układanki. Nie składa się jej w spójną całość. Raczej się ją nosi. Czasem z trudem. Jak niezałatwione sprawy. Jak pytania bez odpowiedzi. Jak spojrzenia, które się pamięta, choć minęły lata.
To literatura z tych, które zostają. Nie olśniewa, nie epatuje, nie woła o uwagę. Ale siedzi. W duszy. W języku. W spojrzeniu na stare fotografie. Czasem wystarczy jeden akapit, jedno zdanie — i coś się w nas porusza. Bo, choć to książka o małej wsi na Mazurach, to tak naprawdę — to książka o każdym z nas.
Czy polecam?
Zdecydowanie. Ale nie każdemu.
To nie jest książka do tramwaju. Nie do poduszki. Nie do „na szybko”. Poradnik grzebania kotów nie daje ulgi. Nie daje klasycznego „rozwiązania zagadki”, które przychodzi niczym kojący finał. Wręcz przeciwnie — zostawia z pytaniami, z emocjami, z niepokojem. Wymaga od czytelnika czegoś więcej niż tylko skupienia. Wymaga empatii. Cierpliwości. Zgody na to, że nie wszystko zostanie nazwane. I że czasem to, co najważniejsze, ukryte jest między słowami. To powieść dla tych, którzy lubią czuć ciężar słów. Którzy nie oczekują łatwej narracji, ale są gotowi przejść przez emocjonalne błoto, by odkryć coś prawdziwego. Może bolesnego. Może niewygodnego. Ale prawdziwego.
Polecam ją tym, którzy nie szukają w literaturze rozrywki, lecz doświadczenia. Tym, którzy potrafią usiąść w ciszy i pozwolić, by historia weszła głębiej. Tym, którzy nie przestraszą się braku odpowiedzi. I tym, którzy wiedzą, że czasem książki nie są po to, żeby coś rozwiązywać — ale po to, by coś poczuć. Bo to książka, która zostaje z człowiekiem. Może nie od razu. Może nie głośno. Ale siedzi gdzieś pod skórą. Wraca nocą. Szepcze. Czasem jak kot na parapecie — cicho, niepostrzeżenie. Ale nie bez znaczenia.
A więc tak — polecam. Z sercem. Ale i z ostrzeżeniem. To nie jest historia, którą się czyta. To historia, którą się nosi. I która czasem drapie bardziej niż jakikolwiek kot.
Podsumowując
„Poradnik grzebania kotów” Miki Modrzyńskiej to znacznie więcej niż typowy kryminał. To opowieść o powrotach — tych fizycznych, ale przede wszystkim o tych, które rozgrywają się w głowie i sercu. O tym, jak czasem trzeba sięgnąć głęboko, by wydobyć na światło dzienne to, co od dawna zakopane, i o tym, że nie wszystko da się pogrzebać na zawsze.
To książka, która zostaje z czytelnikiem — w spojrzeniu, w ulotnych skojarzeniach, w cichym „a może jednak…” gdzieś z tyłu głowy. Nie jest przebojowa ani efektowna, ale właśnie dlatego zapada w pamięć na długo. Może nawet za długo.
Bo takie historie nie chcą odejść tak łatwo.
𝗦𝗲𝗻𝘀 𝗶𝘀𝘁𝗻𝗶𝗲𝗻𝗶𝗮 𝘁𝗼 𝗻𝗶𝗲 𝗷𝗲𝘀𝘁 𝗰𝗼ś, 𝗰𝗼 𝘁𝗿𝘇𝗲𝗯𝗮 𝘇𝗻𝗮𝗹𝗲źć 𝗽𝗼 𝗱𝘄𝘂𝗱𝘇𝗶𝗲𝘀𝘁𝗰𝗲.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNie każda książka z etykietką „kryminał” będzie o trupach, zagadkach i policyjnej robocie. Czasem trup to tylko punkt wyjścia. Punkt, który nie prowadzi nas w stronę klasycznego śledztwa z lupą i notesem, ale w stronę znacznie mniej oczywistą — do miejsc, które są bardziej wewnętrzne niż zewnętrzne. Bo...
28-letnia Stefania wraca do rodzinnej Brzózki, w której doszło przełomowego odkrycia: szczątki Martyny, przyjaciółki Stefanii, zostały odnalezione po piętnastu latach. Jednakże policja błyskawicznie zamyka śledztwo, powołując się na brak dowodów. Poirytowana Stefania postanawia zacząć śledztwo na własną rękę.
Mika Modrzyńska dokładnie manipuluje czytelnikami, zsyłając ich na fałszywy trop, aby na samym końcu otworzyć oczy ze zdziwienia i czytać jeszcze szybciej niż wcześniej.
Narracja trzyma człowieka w napięciu, dowiadujemy się wielu faktów, które są zrozumiałe i przejrzyste, a więc nie pogubimy się w trakcie czytania.
W dodatku Modrzyńska utrzymają bardzo.. domowy i spokojny klimat, jaki może panować w małej wiosce. Może nie do końca czułem się jakbym spacerował tamtejszymi leśnymi ścieżkami, ale zdecydowanie odczuwałem ten sielankowy, spokojny klimat.
28-letnia Stefania wraca do rodzinnej Brzózki, w której doszło przełomowego odkrycia: szczątki Martyny, przyjaciółki Stefanii, zostały odnalezione po piętnastu latach. Jednakże policja błyskawicznie zamyka śledztwo, powołując się na brak dowodów. Poirytowana Stefania postanawia zacząć śledztwo na własną rękę.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMika Modrzyńska dokładnie manipuluje czytelnikami, zsyłając ich...
Książka obyczajowa z wątkiem kryminalnym, tak bym ją określiła. Główna bohaterka Stefania jest dziwnym typem człowieka. Stroni od ludzi, ucieka przed problemami i często zachowuje się jak dziecko. Jej spojrzenie na świat i niektóre problem jest niedojrzały i mało zrozumiały. Już sam pomysł znalezienia mordercy koleżanki z nastoletnich czasów szkoły jest dziwnym pomysłem. Zaś powiązanie tropów i motywów zakrawa o wielką odwagę. Próba nawiązania romansu z Wincentym mało dojrzała. Niby dobrze się czyta, ale coś mi nie zagrało. I ten tytuł, który wogóle nie pasuje do fabuły jest bardzo mylący. Wątek kryminalny ciekawy i zasługuje na pochwałę.
Książka obyczajowa z wątkiem kryminalnym, tak bym ją określiła. Główna bohaterka Stefania jest dziwnym typem człowieka. Stroni od ludzi, ucieka przed problemami i często zachowuje się jak dziecko. Jej spojrzenie na świat i niektóre problem jest niedojrzały i mało zrozumiały. Już sam pomysł znalezienia mordercy koleżanki z nastoletnich czasów szkoły jest dziwnym pomysłem....
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMika generalnie pisze jak złoto i choć zazwyczaj gustuję w fantastyce, to lubię czasami sięgnąć po inny gatunek. Nie zawiodłam się!
Mika generalnie pisze jak złoto i choć zazwyczaj gustuję w fantastyce, to lubię czasami sięgnąć po inny gatunek. Nie zawiodłam się!
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to