Już nie taki mały książę. „Gaz do dechy” Joego Hilla

Bartek Czartoryski
15.09.2020

Mężczyznę, choć obiegowa opinia głosi inaczej, niekoniecznie poznaje się po tym, jak kończy, ale pisarza? Niewykluczone. Nie bez znaczenia jest również i to, czy potrafi długo, i czy potrafi krótko. A Joe Hill, jak sam pisze, długo długo (sic!) nie potrafił. Aż zaczął.

Już nie taki mały książę. „Gaz do dechy” Joego Hilla

Królowi byłoby łatwiej. Joe Hill mógł przecież od pierwszego postawionego przecinka czerpać garściami z rodzicielskiej spuścizny, korzystać z nadanego mu nazwiska, przekręcić do ważnych osób i pozwolić, aby jego książki sprzedawano z nalepką, że jest synem swego ojca. Ale ten chciał inaczej, chciał sam. Trudno jednak kreślić historię Hilla, jakkolwiek niepozbawioną i burzy, i naporu, jako opowieść o buncie przeciwko temu, czym skorupka za młodu nasiąkła. Bynajmniej.

Joe HIll Gaz do dechyBo już przecież na samym początku swojego świeżo wydanego u nas zbiorku opowiadań „Gaz do dechy” pisze o tym, jak to ojciec wykuł jego wyobraźnię, zabierał go na plany filmowe i, ogólnie, dzielił z nim multum kulturowych doświadczeń. Lecz błędne będzie założenie, że Hill jest kontynuatorem dzieła słynnego taty (który, na marginesie, radzi sobie z tym zadaniem doskonale), gdyż, tak jak samemu znalazł swoje nazwisko, znalazł też swój styl. Owszem, również pisze, ogólnie rzecz biorąc, horrory, ale to trochę inna bajka, często bez myśliwego ratującego biednego Kapturka. Nie rebelia naznaczyła pierwsze literackie kroki Hilla, a upór. Pisał dużo i jeszcze więcej, lecz niczego nie mógł wydać. Powieści nie kończyły na księgarnianej półce, ale na dnie szuflady. Lepiej szło mu z krótszymi formami. I z komiksami. Zarówno zbiór „Upiory XX wieku” (wydany jeszcze zanim oficjalnie potwierdził swoją przynależność do królewskiej rodziny), jak i seria „Locke & Key” z miejsca nakreśliły swoistą wyobrażoną granicę między Hillem a Stephenem Kingiem.

Reklama

O ile ten drugi latami osobiście tkał misterny popkulturowy kobierzec, stając się niemalże nieodłącznym elementem literackiego — i nie tylko — krajobrazu drugiej połowy stulecia, tak jego syn jest świadomym beneficjentem tego, co tamten zbudował; na szczęście twórczym, a nie odtwórczym. Mimo że młodszy (bo przecież już niemłody) pisarz czerpie garściami z dziedzictwa poprzedniego pokolenia, nie tylko z regału z książkami ojca, to, harując bez ustanku, samodzielnie i metodycznie wypracował konsekwentną formułę literacką. I stworzył własny, sponurzały mikrokosmos, aczkolwiek obramowany nie tylko nieszczęściem i koszmarami. A rzeczony „Gaz do dechy”, zbierający opowiadania Hilla napisane na przestrzeni, jeśli dobrze liczę, mniej więcej dekady, znakomicie to ilustruje. Jabłko może nie upadło aż tak daleko od jabłoni, ale po lekturze owej książki można być pewnym, że krótko też znaczy dobrze.

Rzadko kiedy bowiem zdarza się tutaj Hillowi słabszy finał, co zarzuca się z kolei, niestety, zwykle całkiem słusznie, Kingowi. Kolejne opowiadania skonstruowane są nie jak istne miniaturowe powieści, nie jak starannie przycięte literackie żywopłoty, do czego dąży ojciec, ale szybkie uderzenia na korpus zwieńczone nokautującym ciosem. Nie są to kombinacje wyjątkowo misterne, bo Hilla niekiedy zawodzi instynkt, każący mu odwoływać się do wywiedzionego zapewne z lektury licznych dzieł grozy prostego poczucia moralności. Czyli złoczyńcy albo muszą zostać ukarani, albo jeszcze bardziej utytłać sobie buciory błockiem niegodziwości. King, jak się zdaje, chętniej oferował im odkupienie, zostawiał otwartą furtkę. Hill za błędy karze odciętym łbem. Ale niech nikogo nie zwiedzie owa metafora, bo opowiadania z bodaj najbardziej dociśniętym do podłogi pedałem gazu, które z miejsca rzucają wszystkich zainteresowanych do krainy grozy to te napisane przez autora do spółki z ojcem, tytułowe oraz „W wysokiej trawie”.

Reklama

Te najlepsze kawałki od czysto gatunkowego horroru zwykle odchodzą; bywa, że daleko. Świetny jest chociażby „Faun”, gdzie Hill eksploruje wyświechtany już pomysł na przenosiny do świata fantazji, tyle że zamiast dobrodusznych dzieci, przez magiczne drzwi przechodzą ludzie z roztrzaskanymi kompasami moralnymi. Za znakomity uznaję także utwór „Jesteś dla mnie najważniejsza”, traktujący nawet nie tyle o transhumanizmie, co o konsumpcjonizmie. Podium zamyka groteskowa „Stacja Wolverton”, wyjęta żywcem ze „Strefy mroku”. Są tu również i słabsze kawałki (wymęczona „Mroczna karuzela”, zbyt melancholijni, nazbyt silący się na refleksyjność „Spóźnialscy”), średniaki (zahaczające o społeczny komentarz, ale ostatecznie grubo ciosane „Kciuki”, zmarnowany potencjał niezłego coming-of-age „Nad srebrzystą wodą jeziora Champlain”), a także i eksperymenty formalne („Diabeł na schodach, „Tweety z cyrku umarłych”), ale nie chciałbym robić tutaj listy, streszczając pół tysiąca stron. Z całego „Gazu do dechy”, tomu, nie opowiadania, jeśli spojrzeć całościowo, wyłania się interesujący portret pisarza poszukującego i znajdującego swój głos, niezależnego i coraz bardziej, z każdym słowem i z każdym zdaniem, pewnego siebie, krzepnącego i odnajdującego artystyczną dojrzałość.

Hill wydaje się być jednym z tym ciągle głodnych pisarzy, nieustannie prących naprzód. Nie sposób zapewne wyjść z tak długiego cienia ojca, jakby nie było nie tylko jednego z najpopularniejszych pisarzy minionego stulecia, ale i popkulturowej ikony. A syn chyba to, po prostu, zrozumiał. Co nie znaczy, że się z tym pogodził. „Gaz do dechy” staje się niejako kroniką jego starań, raz owocnych, a raz mniej, lecz niezmiennie dla czytelnika angażujących. Zamiast biegać bez celu jak kurczak z odciętym łbem, szukając kresu owego cienia, Hill umościł się pod koroną rzeczonej jabłoni i buduje tam coś swojego, pnie się coraz wyżej i wyżej, aż sam sięgnie słońca. Po lekturze omawianego zbioru można podejrzewać, że jest tego bliski.

Książka Joe Hilla jest do kupienia tutaj. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Albatros, możemy zaprosić do przeczytania fragmentu zbioru opowiadań „Gaz do dechy”.

 

Joe Hill "Gaz do dechy"

Issuu is a digital publishing platform that makes it simple to publish magazines, catalogs, newspapers, books, and more online. Easily share your publications and get them in front of Issuu's millions of monthly readers.

Tekst na podstawie książki „Gaz do dechy” Joe Hilla we współpracy z wydawnictwem

Reklama

komentarze [7]

Sortuj:
98
30
18.09.2020 08:39

Postać autora ciekawi mnie już od jakiegoś czasu, a nowe wydania jego twórczości w spójnej serii okładek zachęcają by w końcu w biblioteczce znalazły się wszystkie te książki.


477
14
17.09.2020 10:29

Dziękuje, świetna recenzja, czuję się zachęcona :)


38
26

Piękne okładki. Ciekawe czy treść również tak wciągnie :-)


219
32
16.09.2020 15:07

„Mały książę"... do czego to się można posunąć, by zrobić dobry clickbait... Gratuluję, ja się nabrałem ;)


437
21
16.09.2020 12:21

Fajny artykuł.


107
7
15.09.2020 19:33

Początek artykułu na miarę pudelka ....


40
0
15.09.2020 12:27

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd