Najnowsze artykuły
ArtykułyWakacje pełne magii - weź udział w akcji recenzenckiej i przenieś się do magicznego świata
LubimyCzytać1
ArtykułyCzytamy w święta. 3 kwietnia 2026
LubimyCzytać377
ArtykułyWeź udział w konkursie i wygraj pakiet książek Callie Hart!
LubimyCzytać36
Artykuły„Odpowiedź kryje się w tobie” – Katarzyna Wolwowicz zdradza, jak ją odnaleźć
LubimyCzytać1
Popularne wyszukiwania
Polecamy
Stephen O'Shea

Najpopularniejsza książkaz3 książekautora

Morze wiary. Islam i chrześcijaństwo w świecie śródziemnomorskim doby średniowiecza
7,1 z 46 ocen
124 czytelników 9 opinii
Stephen O'Shea autor książki Morze wiary. Islam i chrześcijaństwo w świecie śródziemnomorskim doby średniowiecza w kategorii religia.
Skontaktuj się z Bibliotekarzami serwisu, jeśli chcesz uzupełnić opis autora.
Skontaktuj się z Bibliotekarzami serwisu, jeśli chcesz uzupełnić opis autora.
7,1/10średnia ocena książek autora
111 przeczytało książki autora
131 chce przeczytać książki autora
0fanów autora
Zostań fanem autoraKsiążki i czasopisma
- Wszystkie
- Książki
- Czasopisma
Morze wiary. Islam i chrześcijaństwo w świecie śródziemnomorskim doby średniowiecza
Stephen O'Shea
7,1 z 46 ocen
124 czytelników 9 opinii
2009
Herezja doskonała: światoburcze życie oraz zagłada średniowiecznych katarów
Stephen O'Shea
7,0 z 27 ocen
72 czytelników 3 opinie
2002
Najnowsze opinie o książkach autora
Herezja doskonała: światoburcze życie oraz zagłada średniowiecznych katarów Stephen O'Shea 
7,0

Niesamowita i świetnie napisana. Te słowa jako pierwsze cisną się na usta po przeczytaniu książki Stephena O’Shea. W ujmujący sposób opowiedziana historia ludzi, którzy w swej wierze w chrześcijańskiego Boga, ośmielili się głosić nieco odmienne idee niż robił to Kościół.
Jak pisze autor:
„Bóg, który zasługiwał na cześć ze strony katarów, był bogiem światła, rządzącym niewidzialną, eteryczną, duchową domeną; ten bóg po prostu nie był zainteresowany rzeczami materialnymi, zwyczajnie nie dbał o to, czy ktoś idzie z kimś do łóżka przed ślubem, ma za przyjaciela żyda czy muzułmanina, traktuje równo mężczyzn i kobiety, czy też dokonuje czynów pozostających w sprzeczności z nauką średniowiecznego Kościoła. To, czy on lub ona ma wolę wyrzeczenia się rzeczy materialnych i prowadzenia życia ascety, jest sprawą całkowicie indywidualną. Jeśli człowiek nie ma takiej woli, będzie powracał na ten świat — to znaczy będzie miał kolejne inkarnacje — aż do chwili, w której będzie gotowy do życia bez skazy. Wówczas dostąpi wraz ze śmiercią tego samego błogiego stanu, którego doświadczał jako anioł, zanim na początku czasu dał się skusić, co spowodowało odejście z nieba. Ludzie zbawieni stawali się więc świętymi. Potępienie zaś oznaczało życie, wciąż na nowo, na tej nieczystej Ziemi. Piekło było tutaj, nie w jakimś straszliwym życiu pozagrobowym, wymyślonym przez Rzym po to, by zastraszać ludzi aż do utraty zmysłów.”
Herezja katarów z Langwedocji zatrząsła posadami średniowiecznego Kościoła, stanowiła zagrożenie… Dlatego albigensi musieli zginąć – i zginęli. Katarzy zostali zgładzeni w wyniku trwających 20 lat działań wojennych. Stephen O’Shea szczegółowo opisuje krucjatę przeciw albigensom zorganizowaną pod patronatem papieża Innocentego III w 1209r., która na kartach historii Kościoła zapisała się wyjątkowym okrucieństwem i bestialstwem – nawet wziąwszy pod uwagę czasy średniowiecza. Wystarczy wspomnieć o rzezi Béziers – niewielkiego miasteczka, gdzie wielotysięczna armia krzyżowców pod wodzą Szymona de Monfort w „towarzystwie” Arnauda Amaury – papieskiego legata, wybiła wszystkich mieszkańców, około 20.000 ludzi, bez względu na wiek i płeć.
O tym, jak i o wielu innych wydarzeniach, mających wpływ na losy krucjaty oraz losy samych katarów, możemy w najdrobniejszych detalach dowiedzieć się właśnie z książki. Pozostawia ona niezatarty ślad w pamięci czytelnika. Autor po mistrzowsku opisuje działania wojenne prowadzące do zagłady katarów, nie są to nudne fakty przedstawione w suchy sposób. Opisy są bardzo plastyczne, działające na wyobraźnię i dlatego, książkę – choć nie jest powieścią – czyta się właśnie w taki sposób jakby nią była. Dawne postacie historyczne, niesławni „bohaterowie” krucjaty i jej ofiary sprzed ośmiu wieków – za sprawą wprawionego pióra autora, powracają do życia by na nowo, raz jeszcze odegrać swoje role i odpowiedzieć tragiczne losy.
Polecam wszystkim, którzy interesują się tematem, ale również tym, których fascynuje historia, średniowiecze. Osobom, które pragną poszerzyć swoją wiedzę i wyruszyć w tę osobliwą „podróż” do pełnej niebezpieczeństw średniowiecznej Langwedocji.
Morze wiary. Islam i chrześcijaństwo w świecie śródziemnomorskim doby średniowiecza Stephen O'Shea 
7,1

Powyższa entuzjastyczna recenzja, skusiła mnie do zakupu „Morza wiary”. Niestety moje wrażenia są całkowicie inne, zamiast entuzjazmu pojawił się ogromny niesmak. Ale do rzeczy. Początek książki był zachęcający. Treściwe i konkretne przedstawienie początków islamu, jego ekspansji, pisane to ładnym potoczystym językiem, choć już i tu pojawiło się pierwsze, czerwone światełko. Mahomet został przeciwstawiony Jezusowi jako człowiek sukcesu, widzący rozprzestrzenianie się swoich idei- w przeciwieństwie do drugiego, który umierał w męczarniach śmiercią przestępcy. Pozornie błyskotliwe, naprawdę zaś głupie i płaskie, ale cóż, wiara rzecz osobista, niech mu będzie. Niestety zastrzeżeń pojawiało się coraz więcej w miarę posuwania się do przodu tj. wraz z narastaniem konfliktu między obiema stronami. Co więcej, były to zastrzeżenia merytoryczne. Z braku miejsca przedstawię tylko kilka z nich, które szczególnie rzuciły mi się w oczy jako osobie mającej przeciętną wiedzę w poruszanych zagadnieniach. Dla przykładu: pierwsza krucjata. Autor książki stwierdza np. że krzyżowcy zajmowali kolejne miasta Anatolii , po czym nie oddali ich Bizancjum jak zastrzeżono w umowie. Po prostu nie zamierzali się z niej wywiązywać. Ręce opadają. Umowa zawarta z Aleksym Komnenem faktycznie stwierdzała, że zdobyte tereny mają być mu oddawane, tyle, że on sam zagwarantował udzielenie krzyżowcom pomocy i aprowizacji na trasie przemarszu. W Antiochii krzyżowcy zostali otoczeni przez Saracenów. Zaczął się wielki głód a klęska wydawała się pewna. Bieg wypadków mógł zmienić tylko atak z zewnątrz. Cesarz wyruszył ze swoją armią, ale gdy dowiedział się o sytuacji krzyżowców, po prostu zawrócił zostawiając ich na pewną śmierć. Nie pomogły błagania brata Boemunda (był na służbie cesarza),który na kolanach prosił o zmianę decyzji. Zwycięstwo pod Antiochią było jednym z cudów tej krucjaty tyle ,że dokonali go sami krzyżowcy. To cesarz był zdrajcą. W książce nie ma ten tematy choćby jednego zdania. Inny przykład: Hiszpania. Uwielbiam te standardowe stwierdzenia jak to w Al-Andaluz panowała tolerancja, pokojowa koegzystencja między religiami itp. Itd. Oczywiście wskazuje się na łagodność Ummajadów, poezję, udział chrześcijan w tworzeniu kultury- resztę znacie. Autor wspomina coś o krwawym Almanzorze (druga połowa X w.) tudzież o fanatycznych Almorawidach i Almohadach, ale- że tak powiem- mało konkretnie. Oczywiście byli chrześcijanie, którzy świetnie znaleźli się w nowej sytuacji. Chodziło o wykształconych doradców, lekarzy i innych. Gorzej na dole. Tam nie było pięknej poezji. Gdy w X w. zaczęto podkręcać śrubę podatkową, zaczęły wybuchać bunty chłopskie. Wszystkie były pacyfikowane, ale uwaga- mordowano tylko chrześcijan. Dozwolone były małżeństwa mieszane tyle, że chrześcijanin nie mógł poślubić muzułmanki, jeśli zaś chciał to uczynić, musiał zmienić wiarę. Odwrotnie było już możliwe. Muzułmanin mógł pojąć za żonę chrześcijankę, ale ich dzieci musiały już wyznawać islam. Do tego jeszcze drobne usprawnienie podatkowe- wyższa taksa za bycie wyznawcą Jezusa. Doprawdy cudowna „convivenca”. Właśnie to określenie tj. współistnienie, pokojowa koegzystencja wyznawców obydwu religii jest osią tej książki. Autor próbuje wykazać, że mimo konfliktów przedstawionych na przykładzie kilku wielkich bitew, możliwe jest pokojowe życie w bezpośrednim sąsiedztwie, bez konfliktów, tolerancyjnie. Jako przykład takiego współistnienia podaje …. Konstantynopol po jego podbiciu przez Turków w 1453r. (!). Mehmed Zdobywca zaczął przecież ściągać na nowo chrześcijan do nowej stolicy. Autor nie napomina jednak, że część tych osób zwabił po to, żeby ich następnie zabić. Pozostałych osadził w Konstatnynopolu, bo nie miał innego wyboru. Kim miałby zasiedlać największe miasto- nomadami, pastuchami z Anatolii ?? Potem jednak prowadził politykę islamizacji tak, że już za jego życia wyznawcy Mahometa stanowili ok. 50% mieszkańców, co autor zresztą zauważył. W ogóle problem turecki jest jakiś taki rozmyty, mało konkretny. Dokładnie tak, jak postrzegany jest obecnie islam przez europejskich intelektualistów. Tymczasem dla mieszkańców południowej Europy była to prawdziwa trwoga, która kładła się cieniem nie tylko na Węgrzech, Bałkanach, Dalmacji, ale całych Włoszech i Hiszpanii. To cudaczne, całkowicie ahistoryczne stanowisko autora, widać choćby na przykładzie oblężenia Malty w 1565r. Dla Stephena O’Shea obrońcy wyspy byli ….. fanatykami. Tak, to nie żart. Autor zdaje się nie rozumieć znaczenia słowa „fanatyzm”. Jest to przecież postawa i działanie nacechowane uprzedzeniem, zupełnie nieracjonalne, odruchowe, ślepe. Czemu Maltańczycy nie chcieli się zwyczajnie poddać ? A no dlatego, że po wylądowaniu na wyspie, Turcy od razu zmasakrowali kilka wiosek nabijając dzieci na piki, gwałcąc i ćwiartując ich rodziców. Właśnie dlatego, już pod koniec oblężenia, gdy Turkom udało się sforsować mury Birgu, do obrony stanęły m.in. kobiety i dzieci bijąc najeźdźców widłami, kamieniami , czym popadnie (większość mężczyzn straciło już życie, lub byli ranni). I miasto zostało obronione. Ja znam inne słowo- bohaterstwo, ale jego w tej książce się nie uświadczy. W ogóle autorowi łatwo przychodzi używanie mało treściwych określeń, a jednocześnie kategorycznych osądów. Na końcu książki pisze, że największymi sprawcami fermentu w basenie Morza Śródziemnego była Turcja i Hiszpania, jakby na przeciwstawnych biegunach. Czym jest ów ferment ? – licho wie. Nie ma tu miejsca dla Wenecji, prawdziwej pani Mare Nostrum aż do połowy XVI w. Hiszpania zaistniała dopiero za panowania Karola V, a do tego czasu to właśnie włoskie miasto rządziło całym basenem tocząc nieustanne boje z Turkami. Jeszcze w XVII w. Wenecja była w stanie prowadzić z Turcją aż 22-letnią wojnę o Kretę (1648-69),głównie o własnych siłach. Hiszpania leżała już na łopatkach po wojnie 30-letniej. O mankamentach „dzieła” można pisać dużo więcej tyle, że szkoda na to czasu. Jest to bardziej utwór ideologiczny, który nie zbliża i nie wyjaśnia ducha epoki. Jego osią jest właśnie owa „convivenca” widziana ze współczesnej, zapewne lewicowej perspektywy autora. Tyle, że duchem bliżej temu „dziełu” jakiejś propagandowej agitce niż prawdziwej historii. Dlatego z czystym sumieniem szczerze odradzam.




























