Miłość do grozy – rozmowa dwóch pisarek o „Pełniku“ Anny Lewickiej

LubimyCzytać LubimyCzytać
13.07.2021

Czym jest „powieść grozy” i jakie cechy powinna mieć dobra literatura tego gatunku? Czy w tego rodzaju książkach jest miejsce na miłość, namiętność, pożądanie? I dlaczego dom wcale nie zawsze musi się kojarzyć z bezpiecznym azylem? Na to i inne pytania odpowiedziała Ewie Karwan-Jastrzębskiej Anna Lewicka, autorka powieści „Pełnik”.

Miłość do grozy – rozmowa dwóch pisarek o „Pełniku“ Anny Lewickiej Materiały prasowe Wydawnictwa Jaguar

Dlaczego tak chętnie czytamy powieści grozy?

Zanim jednak przejdziemy do lektury wywiadu, zastanówmy się nad popularnością powieści grozy. Tych, w których świat zostaje odwrócony podszewką do czytelnika, sensy zostają wypaczone, a subiektywny punkt widzenia, posunięty do granic absurdu, wywołuje paniczny strach. To wszystko kryje się w literaturze grozy. Nadchodząca premiera powieści Anny Lewickiej pt. „Pełnik” jest dowodem, że można skutecznie straszyć. Straszyli już Edgar Allan Poe w mistrzowskich opowiadaniach, Stefan Grabiński, budujący świat o rozchwianym obrazie widzenia, czy Shirley Jackson, wywołująca lęk niepokojącą oszczędnością stylu i grozą, która czai się w nieuniknionym. Straszą pisarze współcześni. Z pewnością powieści Artura Urbanowicza o dwoistości i niejednoznaczności świata odsłaniają ciemną jego stronę i straszą. A więc zewsząd wieje grozą. A my lubimy się bać. Nie tylko czytać, bać się naprawdę. Bo strach pobudza, wyostrza zmysły, otwiera nas na inne, równolegle rzeczywistości. Często urojone, ale kuszące dreszczem. Czyli czytamy z bardzo prostego powodu. Aby TO poczuć.

O powieści Anny Lewickiej tak opowiada Stefan Darda:

Poruszająca się zręcznie w korporacyjnym gąszczu prawniczka dziedziczy willę położoną w niewielkim dolnośląskim miasteczku. Emilia natychmiast otrzymuje propozycję odsprzedania nieruchomości, lecz z niej nie korzysta. Czy przyjdzie jej gorzko pożałować tej decyzji? Następujące po sobie zdarzenia zdają się sugerować taki właśnie scenariusz, jednak bohaterka ma w sobie coś, co pozwala jej stawiać czoła przeciwnościom losu. Rozpoczyna się walka na śmierć, życie i... miłość. Ktoś musi wyjść z niej zwycięsko. „Pełnik” to wciągająca powieść, umiejętnie łącząca wątki obyczajowe z horrorem. Malownicza sceneria Kotliny Kłodzkiej, miejscowe legendy oraz niespodziewane zwroty akcji tworzą spójną, nietuzinkową całość.

Czasem historia ukrywa się w języku. To on właśnie w przypadku literatury grozy określa jakość prozy. Co czuje bohaterka? Jak to, co się z nią dzieje nazywa i wyraża autorka? Jak głęboko wchodzimy w opowieść, kuszeni składnią czy dziwną metaforą? Na pewno ta powieść grozy porządnie Was nastraszy, bo Anna Lewicka nie zostawia jeńców.

Ewa Karwan-Jastrzębska: Samo słowo „groza” wywołuje w nas uczucie niepokoju i zarazem pokusy przeżycia prawdziwego lęku, bo nie ma nic bardziej ekscytującego niż dreszcz emocji związany z lekturą powieści, w której czai się nieodgadnione. Nie jest chyba dziełem przypadku, że ten właśnie gatunek, tak atrakcyjny dla czytelników, wybrałaś jako sobie właściwy i jest on dla Ciebie tak pociągający. Zacznijmy więc klasycznie, od Twoich fascynacji. Jak daleko sięgają, czy dzieciństwa? I jeszcze ulubieni pisarze tego gatunku.

Anna Lewicka: Ci czytelnicy, którzy już mnie znają, być może wiedzą o mojej ogromnej pasji do wszelkiego rodzaju mitów, legend i baśni, która narodziła się w moim dzieciństwie. I wcale nie przesadzę, mówiąc, że fascynacja grozą zaczęła się u mnie właściwie równolegle. „Baśnie Braci Grimm”, jedna z moich pierwszych lektur, to w gruncie rzeczy bardzo mroczny zbiór. Miałam oryginalne, dwutomowe wydanie – to nieocenzurowane, że tak powiem – nieokrojone ani nieprzerobione. To wydanie, w którym siostry Kopciuszka odcinały sobie pięty, żeby zmieścić stopę do bucika. Wydanie, w którym młoda żona Sinobrodego otworzyła zakazane drzwi, by w baliach pełnych krwi znaleźć zwłoki jego poprzednich żon, a ukochany Roszpunki, wyrzucony przez złą wiedźmę z wieży, wykłuł sobie oczy na cierniach porastających ogród. Czytałam baśnie Andersena, w których mała syrenka wcale nie dostała szczęśliwego zakończenia, jakie znamy z animacji Disneya, ale, porzucona przez swojego księcia, zamieniła się w morską pianę. Baśnie dla dzieci, przynajmniej te nieuładzone, tak naprawdę były pełne grozy. Dzisiaj często spotykam się z opinią, że to niedobrze, że dzieci należy chronić przed wszystkim, co straszne, ale nie do końca się z tym zgadzam. Takie historie pozwalają oswoić się ze strachami w bezpieczny sposób i zrozumieć, że życie nie zawsze jest usłane różami, a nawet jeśli, to te róże pod swoją piękną powierzchownością zwykle kryją również kolce. Oczywiście, czasy są inne i inne są zagrożenia, niż wtedy, kiedy te baśnie powstawały, ale jednak pewne metafory pozostają ponadczasowe. Te wszystkie opowieści mają swoje drugie dno, które często odnosi się do naszej podświadomości nawet wtedy, kiedy nie zdajemy sobie z tego sprawy. Clarissa Pinkola Estés przeprowadziła świetną analizę niektórych baśni w „Biegnącej z Wilkami” – wspomniana już krwawa historia o Sinobrodym jest w rzeczywistości głęboką metaforą kobiecej opresji, a klucz, którego okrutny mąż zabrania użyć swojej żonie, to klucz do samopoznania. „Jeśli posłucha (ona) rozkazu Sinobrodego i nie użyje klucza, wybierze duchową śmierć. Decydując się otworzyć drzwi do tajemniczej upiornej komnaty, wybiera życie”, pisze Estes.

Podobnie dzieje się w „Pełniku” w przypadku Emilii – musi otworzyć zamurowane drzwi do piwnicy, do swojej podświadomości, bez względu na to, jak upiorne rzeczy tam znajdzie. W przeciwnym razie utknie w martwym punkcie, nigdy nie posunie się do przodu, nie osiągnie pełni. Pytanie tylko, czy cena, jaką przyjdzie jej zapłacić, jest tego warta.

Myślę, że to pytanie, które sobie wszyscy zadajemy, stojąc w obliczu strachu: czy cena, którą zapłacimy, będzie tego warta. I chyba dlatego tak bardzo lubimy sięgać po powieści czy też filmy grozy. Możemy z zacisza własnego domu, z kanapy i spod kocyka przeżywać to, czego nigdy nie chcielibyśmy przeżyć sami, a jedyna cena, jaką musimy zapłacić, to koszt wypożyczenia filmu i ewentualna nieprzespana ze strachu noc.

Jeśli zaś chodzi o moich ulubionych pisarzy grozy, to lista jest naprawdę długa! Przede wszystkim uwielbiam Dana Simmonsa, który potrafi operować grozą, ukazując przede wszystkim mroczną naturę ludzi – moja babcia zawsze zresztą mówiła, że nocą na cmentarzu nie należy bać się umarłych, ale żywych. Spore wrażenie zrobiły na mnie takie klasyki jak „Golem” Gustava Meyrinka i „Frankenstein” Mary Shelley. Swojego czasu zaczytywałam się w Lovecrafcie (i nadal zresztą uwielbiam grać w Zew Cthulhu, RPG oparte o jego twórczość). Mam też ogromny sentyment do gotyckich powieści Anne Rice, a od czasu do czasu lubię sięgnąć również po Kinga czy Mastertona.

Imponująca lista. Widzę na niej równie ważne dla mnie tytuły. Groza w literaturze inspiruje pisarzy, dlatego wkraczają w ten świat. Zło czai się wszędzie. W pozornie niewinnych scenach, w przedmiotach, w krajobrazach, w rozmowach. Wystarczy dobrze się przyjrzeć i je wydobyć. Należysz od teraz do „rodziny pisarskiej” autorów grozy, co zobowiązuje. Jakie cechy powinna mieć dobra literatura tego gatunku?

Gatunek, jakim jest horror, jest w ogóle niesamowicie pojemny – bo straszyć można na naprawdę wiele sposobów. Myślę, że do każdego przemawia co innego. Jedni lubią slashery, w których leje się krew, czy też bardzo drastyczne sceny z makabrycznych horrorów typu gore. Osobiście nie jestem fanką okrutnych scen tortur i morderstw, a zdecydowanie bardziej lubię grozę, która straszy klimatem – i sama staram się w taki sposób pisać. Najstraszniejsze wydaje mi się to, co jest nie do końca dopowiedziane. Nie to, co wyskakuje zza rogu, ale raczej to, co czai się gdzieś w cieniu, w lesie, pod podłogą… Czasem straszne może być zupełnie coś innego, niż można się spodziewać. Ostatnio w bardzo nieoczywisty sposób przejął mnie film „Ghost Story”, będący opowieścią o duchach... z perspektywy ducha. Tutaj największą grozą napawała samotność, bezczas i zapomnienie. Naprawdę przerażające, kiedy o tym pomyśleć.

Z drugiej strony, faktycznie – zło może czaić się wszędzie, a jeśli drzemie w tym, co z pozoru piękne i jasne; kiedy się go nie spodziewamy, wtedy uderza z podwójną siłą. Dlatego też umieściłam fabułę „Pełnika” w środku lata. Dom stoi w pełnym słońcu, wokół kwitną kwiaty i nic nie zwiastuje tego, co ma się wydarzyć. Taki kontrast potrafi zaskakiwać. Kojarzymy grozę i horrory z nocą, zimnem i ciemnością, a przecież dzień wcale nie pozostaje bezpieczniejszy. Doskonałym tego przykładem jest film „Midsommar. W biały dzień”, który jest (jak samo polskie tłumaczenie tytułu wskazuje) chyba jedynym horrorem, dziejącym się niemal całkowicie w ciągu dnia, w środku upalnego lata. Ta sceneria nie ujmuje poczucia grozy, a wręcz je wzmaga, bo budzi dziwne poczucie dyskomfortu.

Tak więc myślę, że nie ma jednego uniwersalnego klucza na grozę. Straszyć może właściwie wszystko, od szmacianej lalki po kasetę wideo. Straszyć można wszędzie, od mrocznych cmentarzy po oblane słońcem łąki. Jak sama wspomniałaś, trzeba się tylko dobrze przyjrzeć.

Tak, największe nasze lęki mogą się rodzić w środku dnia, niespodziewanie, w miejscach, które są bezpieczne i oswojone. Dom jako figura stałości powinien być bezpieczny o każdej porze dnia, ale okazać się może też pułapką. I chyba to jest takie pociągające w lustrzanym odbiciu. Zmiana znaczenia przestrzeni. Jest jeszcze jedno „narzędzie” grozy. To sposób prowadzenia opowieści. Narracja pierwszoosobowa to Twój wybór języka opowieści. Dzięki niej bohaterka Emilia dzieli się z czytelnikami nie tylko swoją historią, ale emocjami, które z każdą stroną coraz bardziej nas niepokoją. W przypadku literatury grozy jest to bardzo słuszna decyzja. Wchodzimy w umysł bohatera i nawet jeśli wiemy więcej niż on, bezsilni śledzimy jego losy. Mam wielki szacunek dla Andrzeja Grabińskiego, fascynuje mnie Edgar Allan Poe, jest mistrzem gatunku. I gdzieś obaj tkwią w Twoim języku. Gdzieś przekradła się ta pełna grozy składnia. A więc czy to złudzenie, czy faktycznie tak jest?

Kiedy napisałam Trylogię Mocy i Szału, ktoś mi powiedział, żebym zastanowiła się nad pisaniem powieści historycznych ze względu na ich specyficzny styl. Pomyślałam wtedy, że chociaż nigdy nie chciałam umieszczać fabuły w dawnych czasach (przede wszystkim w obawie, że nie odwzoruję wiernie realiów), to przecież taki „gotycki”, nazwijmy to, styl, świetnie sprawdza się w przypadku powieści grozy.

A że historia, którą opowiedziałam w „Pełniku”, dojrzewała we mnie od lat, stwierdziłam, że to dobry moment, żeby podzielić się nią ze światem. Słowa popłynęły. Jeśli zaś chodzi o perspektywę pierwszoosobową, to ciekawa sprawa, bo na początku zaczęłam pisać „Pełnik” z perspektywy trzecioosobowego narratora i po napisaniu chyba dobrych dwóch czy trzech rozdziałów stwierdziłam, że coś jednak mi w tym nie gra. Przepisałam wszystko od początku, z perspektywy Emilii – i dopiero wtedy poczułam, że opowieść żyje.

I faktycznie, ta pierwszoosobowa narracja pozwala lepiej wczuć się w bohaterkę i razem z nią bać się nie tylko atakujących zewsząd cieni, ale i własnego umysłu. To ona pozwala wraz z bohaterką zadać pytanie – czy to świat zwariował, czy ja sama?

Reklama

To gdy zdradziłaś już skąd się wzięła narracja pierwszoosobowa i jak testowałaś możliwości, porozmawiajmy o uczuciach. Miłość i namiętność, żądza i niszczące pożądanie. Czy jest miejsce na takie emocje w powieści grozy? Jak radzi sobie Emilia z całkiem ludzkimi pokusami?

Ależ jak najbardziej, jest! Właśnie przede wszystkim w powieści grozy takie uczucia stają się jeszcze bardziej podkreślone, wzmocnione. Te wszystkie emocje są ze sobą spokrewnione, a strach dodatkowo je podsyca. W obliczu grozy opadają maski, ujawniają się prawdziwe uczucia. W normalnych warunkach ludzie są powściągliwi, ale kiedy pojawia się prawdziwy lęk – większy niż te zwyczajne, codzienne strachy – tamy puszczają, a wszystko wylewa się niczym wodospad.

Czasem bywa też, że to wymienione przez Ciebie uczucia są tym, co spala najbardziej – żadne zewnętrzne mary i strachy, ale te najbardziej autodestrukcyjne namiętności. I to właśnie się dzieje z Emilią. Ma do wyboru dwie ścieżki – jedną, zapewniającą bezpieczeństwo i oparcie, i drugą, nieprzewidywalną i mroczną, ale budzącą emocje, jakich dotąd nie zaznała. Jej rozum i uczucia walczą ze sobą w dzikim tańcu, przeważając szalę to na jedną, to na drugą stronę, aż Emilia gubi się w tym szaleńczym wirze.

Zresztą, chyba każdy gdzieś w swoim życiu stanął przed tego typu dylematem, kiedy rozum podpowiada jedno, a emocje pchają w kompletnie inną stronę. I to właśnie jest bardzo ludzkie. Wszyscy znamy momenty walki ze sobą, kiedy zastanawiamy się, czy warto wychodzić ze strefy komfortu, poza którą czai się niewiadome. I nie ma jednoznacznej odpowiedzi, co jest właściwe. Każdy musi wybrać sam, a potem zmierzyć się z konsekwencjami swoich wyborów.

Te dylematy są bliskie tragedii greckiej. Bohaterowie skazani są na wybory, ich los, determinowany siłą wyższą z góry, jest przesądzony. Podobnie w Twojej powieści, coś musi się wypełnić. Nomen omen w „Pełniku”. To teraz o lękach i strachach. Funkcja strachu w literaturze grozy jest nie do przeceniania. Czego boi się Twoja bohaterka? Jak opisać w literaturze strach? Ruchem postaci, mimiką, myślami? A może cieniem, brakiem mimiki, pustką w głowie? To nie jest łatwe zadanie.

Pisanie grozy to faktycznie nie taka łatwa sprawa, bo do dyspozycji ma się jedynie słowo; nie da się budować napięcia muzyką ani obrazem, jak w filmie. Nie ma możliwości przedstawienia sceny typu jumpscare, gdzie coś nagle wyskakuje na widza wraz z mocnym uderzeniem muzyki, poprzedzonym zwykle delikatną, cichą melodią i powolnym ruchem kamery, które sprawiają wrażenie pozornego rozluźnienia akcji. W książce trzeba używać innych technik, zupełnie inaczej pokazuje się strach. Ma to jednak swoje zalety, bo powieść pozwala zajrzeć bohaterowi do głowy w sposób, jakiego nie osiągnie żaden film. Można ukazać ten paniczny strach, który przeszywa ciarkami na widok czegoś, co nie ma prawa istnieć. Można o wiele lepiej operować zmysłami, które zwodzą i oszukują – kiedy człowiek znajdzie się sam w ciemności, cienie przedmiotów zdają się ruszać, a każde skrzypnięcie pracujących ścian czy kapiąca z kranu woda wydają się dowodami nadprzyrodzonej obecności. Nasze własne zmysły stają się wtedy największym zdrajcą i roją w umyśle niestworzone rzeczy. Książka pozwala ukazać cały ten proces myślowy, od chwili, kiedy podskakujemy z przerażenia, po ulgę, kiedy uświadamiamy sobie, że coś nam się zdawało… i po skraj szaleństwa, kiedy już zupełnie nie wiadomo, co jest prawdą, a co tylko majakiem.

Reklama

Lęk istnieje od początku świata. Wejście w głowę bohatera, w jego sposób postrzegania rzeczywistości, to przywilej autora. Zgodzę się z Tobą, że najcenniejsze w tworzeniu literatury jest bogactwo wyboru środków przekazu i możliwość wykorzystania różnych punktów widzenia. Subiektywne spojrzenie w literaturze grozy pozwala zbudować napięcie, którego nie zapewnią dzieła filmowe. Literatura idzie dalej. W głąb umysłu bohatera. A teraz wróćmy raz jeszcze do domu i jego podwójności. Dom jako pułapka czy dom jako wyzwolenie? Dom z definicji kojarzy się z bezpieczną przystanią. Jest miejscem, w którym chętnie przebywamy, wracamy i zatrzaskujemy drzwi, aby nie atakował nas świat zewnętrzny. Twój dom pokazuje swoje oblicze już na genialnej okładce Tomasza Majewskiego. W grafice jest całym światem, mroczną historią, dom zerka z okładki pustką, nabiera kształtu ludzkiego, pośmiertnego. Jaką więc rolę, powiedz o tym tak, aby nie zdradzić fabuły, pełni dom w tej opowieści?

Zawsze uwielbiałam historie o nawiedzonych domach. Jest w nich coś niezwykłego, coś budzącego grozę bardziej, niż w przypadku jakichkolwiek innych miejsc. W końcu, tak jak mówisz, dom ma być naszym azylem, naszym ostatecznym bezpieczeństwem, w którym można się schronić przed całym złem tego świata. Dlatego też, jeśli to własny dom budzi strach, nie ma już żadnego innego miejsca, do którego można uciec.

Zresztą, każdy, kto nocą znalazł się sam w domu, z pewnością zna to niepowtarzalne uczucie niepokoju. Kiedy wszystkie światła są zgaszone, dom wydaje się oddychać. Skrzypnięcia mebli, szelest liści za oknem i rzucane przez domowe przedmioty cienie sprawiają, że wszystko nagle wydaje się straszyć. Zapalamy lampki nocne, włączamy telewizor, żeby coś „grało w tle”, byle tylko przegonić te mary i spróbować zasnąć.

Dom. To w ogóle jest fascynujące zjawisko. Sama zobacz, jak bardzo różni się od siebie „budynek” i „dom”. Kiedy wchodzi się do nowego budynku lub do pustego mieszkania, takie miejsce jest w zasadzie tylko szkieletem. Dopiero kiedy wprowadzają się do niego ludzie, staje się domem. Dom żyje swoimi mieszkańcami. Zauważ, że opuszczone domy niszczeją zaskakująco szybko, zupełnie jak gasnący z samotności ludzie. Mówi się, że to choćby dlatego, że budynek nie jest ogrzewany, ale naprawdę sądzę, że jest w tym coś więcej. Domy niosą historie swoich mieszkańców. Bywa, że niektóre potrafią wzbudzić zimny dreszcz nawet w słoneczny dzień, a inne nawet w środku zimy opatulają serce ciepłą serdecznością.

Stojący na wzgórzu dom Emilii też ma swoją historię sięgającą kilku pokoleń wstecz. Jest częścią jej dziedzictwa nie tylko w tym materialnym sensie, ale również w wymiarze duchowym i pokoleniowym. Kryje w sobie tajemnice zarówno na zupełnie realnym planie, jak i w nienamacalnym wymiarze.

Ciekawe, że zauważyłaś, że dom spogląda na czytelnika z okładki pośmiertną pustką (swoją drogą, grafika zaprojektowana przez Tomasza Majewskiego to istny majstersztyk, tym bardziej że niesie tak mocny przekaz), kiedy ostatecznym celem Emilii jest osiągnięcie pełni i zapełnienie pustki w sercu, którą czuje i która pcha ją z powrotem w rodzinne strony. Czy ta pustka tkwi w sercu Emilii czy w samym domu? Czy uda się ją w ogóle zapełnić? Pozostawię te pytania otwarte, tak by każdy czytelnik mógł sobie na nie odpowiedzieć sam – i mam nadzieję, że książka dostarczy nie tylko dreszczyku grozy, ale też skłoni do pewnych przemyśleń.

Tak, ten dom ma wiele znaczeń i różnie go można postrzegać, porozmawiamy z czytelnikami, gdy będą już po lekturze. A na koniec pytanie, z ukrytym przywołaniem. W jednej ze swoich powieści, która jest najbliżej gatunkowo Twojej, w „Misja Xibalba”, bohaterowie lądują w sennym meksykańskim miasteczku, opustoszałym, gdzie jedynym jasnym punktem jest gospoda. Fakt, że jest noc, że miejsce pozbawione jest innych gości i że sam gospodarz zachowuje się dziwacznie, uruchamia strach. Ale też ten strach udziela się osobie piszącej historię. Czy miałaś takie doświadczenie, że opowieść rosła w Tobie niezależnie od planu, że wrzuciła Cię w inną rzeczywistość?

Muszę koniecznie sięgnąć! Uwielbiam klimaty meksykańskich mitów i tajemnic. A skoro mówisz, że podczas pisania opowieść wciągnęła Cię w swoją rzeczywistość, bardzo chcę poznać ten świat!

Jeśli zaś chodzi o Twoje pytanie, zdecydowanie tak było i w przypadku „Pełnika”. Zawsze, kiedy piszę, znajduję się myślami trochę „w innym świecie”. Staram się wczuć w bohaterów, w efekcie czego żyję poniekąd ich życiem. Podobnie się dzieje, kiedy czytam jakąś bardzo wciągającą książkę, ale jak zapewne sama wiesz, to zupełnie inny proces, niż wtedy, kiedy tworzy się historię samemu. I mimo że miałam napisany plan fabuły, historia zaprowadziła mnie w zupełnie inne miejsca, niż się spodziewałam. Czasem czytam to, co już napisałam i myślę sobie: „To ja? Naprawdę ja to wymyśliłam? To niemożliwe”. Bo to trochę jakby wchodziło się w pewnego rodzaju trans, w którym słowa płyną same, a fabuła czasem zupełnie sama „skręca” w niespodziewane miejsca. Mój przyjaciel, jungista, twierdzi, że w chwilach inspiracji po prostu korzysta się z innych aspektów osobowości; tych, które w codziennym życiu pozostają ukryte lub nieświadome. Tak czy inaczej, ja uwielbiam ten proces. Zawsze, kiedy piszę, siadam do komputera z dziecięcą wręcz ciekawością, dokąd historia mnie jeszcze zaprowadzi.

Reklama

Czy zaś sam strach mi się udzielił? Chyba bardziej ciekawość. Wiedziałam już, jak historia się skończy, więc niestety odebrałam sobie element zaskoczenia, który czeka czytelników „Pełnika” (trochę im nawet tego zazdroszczę), ale na pewno musiałam spojrzeć gdzieś w mrok, kiedy eksplorowałam pewne wątki. Towarzyszył mi przy tym dreszczyk ekscytacji, płynący z łamania pewnego tabu, jakim jest zaglądanie w ciemność, podobnie jak w przypadku Emilii, która mimo rosnącej niepewności dalej brnęła w głąb lasów i jaskiń – oraz w głąb samej siebie.

Stąd też cytat na początku książki, będący bezpośrednim nawiązaniem do Nietzschego, którego zresztą wcześniej wspomniałaś: „Kiedy spoglądasz w otchłań, ona również patrzy na ciebie. Patrz więc z odwagą – i pod żadnym pozorem nie odwracaj wzroku”.

Dziękuję Ci ogromnie, Ewo, za tę wspaniałą rozmowę i inspirujące, skłaniające do przemyśleń pytania. Mam nadzieję, że uda nam się jeszcze kiedyś usiąść i podyskutować, bo miłość do grozy to temat rzeka! Czytelnikom życzę zaś udanej lektury i mam nadzieję, że „Pełnik” spełni swoją rolę, wzbudzi dreszczyk grozy i zaskoczy zakończeniem.

Jestem pewna, że wielu czytelników lepiej Cię poznało i teraz będą czytać „Pełnik” ze świadomością, że temu, co zostało napisane towarzyszy równoległa opowieść. Ta wewnętrzna. Opowieść o naszych lękach pierwotnych i kulturowych, a Twoja powieść jest wehikułem do świata naszych wyobrażeń, tych własnych. Każdy ma swój „pełnik”, wystarczy dobrze się rozejrzeć po kątach. Teraz to chyba trochę nastraszyłam czytelników, prawda? Dziękuję Ci bardzo za tę rozmowę.

O autorce

Anna Lewicka to autorka Trylogii Mocy i Szału, przesyconej magią serii o wiedźmach i berserkerach, a także współautorka „Leksykonu Dzikich Kobiet”, ilustrowanego albumu o zmiennokształtnych kobietach z mitologii całego świata. Książki stanowią nieodłączną część jej życia i sfery zawodowej – jako tłumacz przełożyła z języka angielskiego kilkanaście tytułów.

Pisarka jest wielbicielką mitologii, fantastyki i wszelkiego rodzaju niesamowitych opowieści z pogranicza grozy i horroru. Sama również odwołuje się do korzeni współczesnych zwyczajów; inspiruje ją bogactwo ludowych wierzeń, lokalnych legend i tajemnic. Zafascynowana dolnośląskimi podaniami, postanowiła zagłębić się w sekrety, jakie skrywa Kotlina Kłodzka - rejon o burzliwej historii, pełen mrożących krew w żyłach legend. Jedną z nich wykorzystała w swojej książce i co prawda miejscowości o nazwie „Pełnik” nie ma na mapie Polski, ale kto wie, jakie ziarno prawdy skrywają sudeckie podania?

Przeczytaj opowiadanie zapowiadające powieść „Pełnik”

Gdy wieje wiatr, budzą się demony

Issuu is a digital publishing platform that makes it simple to publish magazines, catalogs, newspapers, books, and more online. Easily share your publications and get them in front of Issuu's millions of monthly readers.

Książka „Pełnik” jest już dostępna w księgarniach internetowych

Artykuł sponsorowany

Reklama

komentarze [4]

Sortuj:
Niezalogowany
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Myszka 14.07.2021 15:15
Czytelniczka

Kilka razy byłam w Kotlinie Kłodzkiej, bardzo urocze miejsca można sobie zwiedzić, książka zapowiada się równie interesująco.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Agnieszka 15.07.2021 11:07
Czytelniczka

Ja regularnie bywam w uzdrowiskach kłodzkich. Klimat trochę jak nie z tej epoki, dlatego idealne miejsce aby osadzić tam jakąś akcję książki.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Niezalogowany
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Agnieszka 14.07.2021 10:05
Czytelniczka

Zapowiedź brzmi bardzo intrygująco, w dodatku Kotlina Kłodzka to skarbnica legend i tajemnic, więc zapowiada się mega uczta czytelnicza

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
LubimyCzytać 13.07.2021 12:31
Administrator

Zapraszamy do dyskusji.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
zgłoś błąd