Z książką na drogę, czyli o historiach czytanych w podróży

Marcin Waincetel
14.07.2019

Dokumenty, bilety, mapa (no dobrze – GPS), medykamenty (ktoś tak jeszcze mówi?), coś do ubrania, coś do zjedzenia, oczywiście telefon (no i ładowarka), ale nade wszystko – coś do poczytania! Co zabrać na drogę? Oto jeden z największych dylematów ludzkości. Przynajmniej w okresie wakacyjnej gorączki.

Z książką na drogę, czyli o historiach czytanych w podróży

Komu w drogę, temu czas

Na czym właściwie polega problem? Przecież żyjemy w czasach, w których księgarnie i biblioteki przywodzą na myśl prawdziwe eldorado, wymarzone miejsca dla spragnionych złotej literatury czytelników. Dostępność tytułów – zarówno klasyki, jak i wznowień, a zwłaszcza nowości – przyprawia niekiedy o zrozumiały zawrót głowy. Receptą bywa zakupowe szaleństwo. Przynajmniej do momentu otrzymania rachunku za chwilę słabości przy regałach z ulubionymi autorami. Bo lektury rodzą niekiedy grzeszne przyjemności, ot co!

Życie to jednak sztuka wyborów, tych wielkich i mniejszych, zatem pojawia się pytanie, jaka lektura będzie dla nas najbardziej odpowiednia, gdy zdecydujemy się na podróż w nieznane. Najczęściej warunkuje nas miejsce, taka a nie inna sceneria, choćby kolejowy dworzec, żeby posłużyć się obrazowym przykładem. Reguły gry bezlitośnie ustanawia natomiast czas. Na pewno znacie to uczucie – chcecie doczytać rozdział do końca, bo pozostało jeszcze zaledwie kilka kartek, właściwie karteczek, dosłownie dwa akapity, ostatnie zdania, aż tutaj nagle informacja o tym, że nadjechał nasz pojazd. Na całe (nie)szczęście w naszej rodzimej rzeczywistości bywają kilkugodzinne opóźnienia…

Tak sobie myślę, że w wielu przypadkach kierujemy się nastrojem. Impulsem, dzięki któremu raz jeszcze chcemy przypomnieć sobie wszystkie misje w legendarnej tułaczce Odyseusza, w przypływie melancholii oddać się wspomnieniom Jane Eyre, roześmiać się, gdy poznamy anielsko-diabelską wizję końca świata, o której pisał swego czasu nieodżałowany Terry Pratchett w duecie z Neilem Gaimanem, czy zmrozić sobie krew w żyłach, gdy zdecydujemy się otworzyć wrota do świata Stephena Kinga. Wzruszenie i strach, radość i śmiech, a potem śmiech przez łzy! Słowem… emocje! Tym przecież napędzana jest, między innymi, literatura. Ujęta w nietypowej formie, ważona w najróżniejszy sposób.

Gatunkowe ciężary na drogę

Wcale nie bez powodu nawiązałem chwilę wcześniej do pociągów. Bo jest to wciąż bardzo romantyczny środek transportu, w którym dochodzić może do różnych miłych spotkań. Miłych bardziej i miłych mniej, ale umówmy się, że trzymamy się teraz bardziej optymistycznej wersji wydarzeń. A przecież kolej stanowi też niekiedy motyw (przewodni lub towarzyszący) w bardzo wartościowych opowieściach. Przywołajmy tutaj choćby tylko Bohumila Hrabala, czeskiego giganta prozy i jego „Pociągi pod specjalnym nadzorem”, a także królową światowego kryminału, czyli Agathę Christie, z niezapomnianym „Morderstwem w Orient Expressie”. Ale jest coś jeszcze.

Gdy mówi się o typach literatury, na myśl przychodzą różne kategorie. Już nawet nie tylko kryminał, sensacja, horror czy obyczajowe, komediowe i romans, ale także kobiece, męskie, dla singli i singielek czy młodych dorosłych (young adults). Czasem są to propozycje trafione, czasem sztuczne, ale jakoś w tym naszym literackim kręgu funkcjonujące. Lubimy kategoryzować, oznaczać, klasyfikować. Jak i dlaczego? Mimo że uważam, iż jest to temat ciekawy i ważny, to jednak na nieco inną okazję. Bo teraz kolej na kolej. A dokładnie… literaturę wagonową.

Takim właśnie mianem zwykło się kiedyś – to jest przede wszystkim w XIX wieku – określać historie lekkie, łatwe, niezobowiązujące, skierowane do raczej niewyrobionego czytelnika lub wręcz przeciwnie, prawdziwego konesera, który szuka jednak odskoczni, czegoś innego niż Proust, Goethe czy Bułhakow. Innego, co nie znaczy, że gorszego. Literatura wagonowa, nazywana też czasami groszową czy brukową, mogłaby dzisiaj uchodzić za jeden z synonimów literatury popularnej.

Wielkie opowieści mogą być zaklęte w małej, poręcznej formie kieszonkowej. To prawdziwe dobrodziejstwo dla podróżnych, zwłaszcza tych nieprzyzwyczajonych do elektronicznych eksperymentów, e-czytników, o których kilka dekad temu Stanisław Lem proroczo pisał na łamach „Powrotu z gwiazd”: „Książki to były kryształki z utrwaloną treścią. Czytać można je było za pomocą optonu. Był nawet podobny do książki, ale o jednej, jedynej stronicy między okładkami. Za dotknięciem pojawiały się na niej kolejne karty tekstu”. Zmienia się może i fizyczny ciężar poszczególnych tytułów, nie ma co do tego żadnych wątpliwości, natomiast niezmienne jest gatunkowe znaczenie i waga. I tutaj kolejny dylemat.

Książki dobieramy niekiedy w przypływie emocji, preferencji gatunkowych, ale też celu. Wszak literatura to nie tylko przyjemność, ale też wiedza (co w zasadzie ściśle się ze sobą łączy). A że będąc na wędrownym szlaku, warto mieć przy sobie (albo w kieszeni, skoro wydania kieszonkowe) przewodnika, to…

W podróży z przewodnikiem

Skoro podróże, to i reportaże. Właśnie w opowieściach spod tego znaku zapisano i utrwalono nie tylko ciekawość świata, fascynację tym, co nieznane, ale też informacje o niebagatelnym znaczeniu dla wszystkich pielgrzymów. Zwłaszcza gdy szlaki wyznaczają przed nami mistrzowie pióra – Andrzej Stasiuk, który w „Jadąc do Babadag” przedstawia piękny, dziki i nowoczesny zarazem świat środkowo-wschodniej Europy, czy Andrzej Pilipiuk, który z wyczuwalną pasją odsłania kulturowe dziedzictwo Skandynawii, o czym dowiadujemy się z „Raportu z Północy”. A to przecież zaledwie dwóch kompanów. Nie zapominajmy o Kapuścińskim i jego „Cesarzu”, czyli dworze cesarskim Haile Selassie, czy Egonie Erwinie Kischu, który odkrywał „Azję odmienioną” za sprawą niezwykłych opowieści na temat radzieckich republik azjatyckich…

Wykształcił się jeszcze jeden typ literatury. Najbardziej oczywistej dla naszych wakacyjnych rozważań, a o którym prawie zapomniałem. Słowem – literatura podróżnicza. Bear Grylls i jego „Kurz, pot i łzy”, Tony Halik na drodze liczącej „180 000 kilometrów przygody”, nieoczywiste „Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku” albo zapiski z podróży Beaty Pawlikowskiej, Wojciecha Cejrowskiego, Tomka Michniewicza czy Martyny Wojciechowskiej. Nie ma sensu bawić się w wyliczanki, bo tytułów jest do wyboru, do koloru, po prostu warto szukać własnych szlaków z ulubionymi przewodnikami.

Z książkami na dłuższą drogę? Oczywista oczywistość. Na krótszą zresztą też. Bo literatura to podróż, do której przygotowujemy się rytualnie i szczegółowo lub całkowicie spontanicznie. A co wybrać? Kierujcie się własnym gustem, ale bądźcie otwarci na propozycje – tyle jest przecież historii do odkrycia… Szerokiej drogi i do przeczytania (spotkania!) na szlaku!

Reklama

komentarze [10]

Sortuj:
1379
117
15.07.2019 10:20

Jeśli powieści drogi to absolutnie koniecznie "Bieguni" Olgi Tokarczuk! To dopiero podróż! W czasie, przestrzeni i w sensie filozoficzno - moralnym również!


0
0
15.07.2019 08:37

Lubię powieści drogi, szczególnie latem. Jest cały nurt książek motocyklowych i statkowych.... Teraz czytam o podróży w czasie i przestrzeni. Chodzi o starą książkę Korabiewicza, który dawno dawno temu jeździł tu i ówdzie. W sam raz na lato.


2934
47
14.07.2019 15:44

Długa podróż pociągiem z książką w ręku (np. z Nocnym pociągiem do Lizbony Pacala Merciera) to moje, nigdy nie zaspokojone w pełni, pragnienie.
W podróżach lubię czytać książki o przemieszczaniu się w przestrzeni, w czasie, o podróżowaniu (jako filozofii życia) - np. Podróż na południe

więcej

350
3
14.07.2019 23:18

Cudowne polecajki, dziękuję za Twój komentarz, zwłaszcza za zwrócenie uwagi o powieściach drogi... :)


4050
3810
14.07.2019 12:05

Moje wakacje,spędzam w domu.


1657
85
14.07.2019 23:11

Ja też spędzam wakacje w domu, ale nie narzekam , bo całą biblioteczkę mam pod ręką. Cudownie!


350
3
14.07.2019 23:17

I ja popieram taki wypoczynek. :) Może być całkiem błogo w lekturowym niebie - własnym M. :)


7121
3083
14.07.2019 11:03

Ciekawy tekst - gratuluję lekkiego pióra:)

W podróży zazwyczaj czytam przewodniki turystyczne. A gdy jesteśmy już na miejscu i zwiedzamy, to wieczorem najczęściej jestem tak zmęczona, że po kolacji zasypiam z audiobookiem na uszach. Najczęściej słucham czegoś lekkiego, niezobowiązującego. W tym przypadku lubię krótkie formy, np. felietony.

Gdziekolwiek jestem, odwiedzam...

więcej

350
3
14.07.2019 23:17

Nie ukrywam, że mam podobnie, jeśli chodzi o walkę, którą prowadzę ze swoim wycieńczonym - od wojaży - organizmem. :) Stąd też warto docenić właśnie audiobookowe błogosławieństwo, zgadza się!

PS. Bardzo fajny zwyczaj z tymi księgarniami. Ja zazwyczaj wpadam do nich jakoś tak bezrefleksyjnie, a przecież to też małe ośrodki kultury, miejsca spotkań!

PS2. Bardzo dziękuję za...

więcej

350
3
12.07.2019 11:06

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd