KlonowaWróżka 
status: Czytelnik, ostatnio widziany 1 tydzień temu
Teraz czytam
  • Dobrze się myśli literaturą
    Dobrze się myśli literaturą
    Autor:
    Dobrze się myśli literaturą to zbiór esejów o praktykowaniu wiary w literaturę, rozumianą jako konieczność mówiącego człowieka. Ryszard Koziołek przekonuje, że ilekroć próbujemy coś wyjaśnić, porozumi...
    czytelników: 846 | opinie: 23 | ocena: 7,27 (212 głosów)
  • Dom z witrażem
    Dom z witrażem
    Autor:
    Najlepsza spośród niemal 1000 nadesłanych tekstów. Wybrana przez jury, w którego skład weszli m.in. Sylwia Chutnik, Justyna Sobolewska, Zofia Fabjanowska-Micyk, Jarosław Czechowicz. Nie poznałaby M...
    czytelników: 646 | opinie: 102 | ocena: 6,46 (238 głosów)
  • Dzieła (niemal) wszystkie. Tom I
    Dzieła (niemal) wszystkie. Tom I
    Autor:
    Mistrz Jeremi Przybora: wytworny Pan B z Kabaretu Starszych Panów, poeta, pisarz, satyryk, aktor, człowiek instytucja. Jego wyobraźnia w czasach PRL-u przenosiła Polaków do barwniejszego, bardziej ele...
    czytelników: 127 | opinie: 7 | ocena: 8,93 (15 głosów)
  • Historia pszczół
    Historia pszczół
    Autor:
    Jeden z największych norweskich bestsellerów ostatnich lat. Książka, którą jeszcze przed premierą zakupiło 15 krajów. Trzy intrygujące historie, zwyczajni, a jednak niezwykli bohaterowie, pszczoły i w...
    czytelników: 5675 | opinie: 312 | ocena: 7,21 (1902 głosy)
  • Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć
    Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć
    Autor:
    Poleca Jakub Żulczyk: "Kuba Wojtaszczyk pisze plastycznie, z miłością do detalu, trochę staroświecko. Ten styl jest mu potrzebny, aby pokazać piekło hipsterstwa, pustkę i bezsilność jego rówieśni...
    czytelników: 375 | opinie: 21 | ocena: 5,06 (96 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-10-09 17:54:19
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Powiedzieć, że słowa mają moc, to NIC nie powiedzieć. Ilekroć słowa objawiają się w wielkiej masie, zaczynają stwarzać i przekształcać rzeczywistość, budując ją na nowo z elementów wyobraźni piszącego. W mnogości siła – tym bardziej należy zatem podziwiać umiejętność tworzenia form krótkich, objawiających te same właściwości.

Czy Marta Kisiel umie tworzyć formy krótkie – a mówiąc wprost:...
Powiedzieć, że słowa mają moc, to NIC nie powiedzieć. Ilekroć słowa objawiają się w wielkiej masie, zaczynają stwarzać i przekształcać rzeczywistość, budując ją na nowo z elementów wyobraźni piszącego. W mnogości siła – tym bardziej należy zatem podziwiać umiejętność tworzenia form krótkich, objawiających te same właściwości.

Czy Marta Kisiel umie tworzyć formy krótkie – a mówiąc wprost: pisać opowiadania? Sama Autorka twierdzi, że niekoniecznie. Ja mam nieskrywaną przyjemność nie zgodzić się z Nią, przedstawiając w formie dowodu wydany przez Uroboros zbiór "Pierwsze słowo", który trafi na półki księgarń 17. października (czyli, z perspektywy mnie piszącej, za tydzień z małym haczykiem). Na przestrzeni jedenastu opowiadań, zarówno nawiązujących do stylistyki znanej z dłuższych form pióra Au/łtorki, jak i niespodziewanych wycieczek w kierunku innych odmian gatunku zwanego roboczo fantastyką, z pewnością uda Wam się ocenić, jak też przemawiają do Was te krótsze, bardziej skondensowane formy.

Dla tych, którzy niechętnie wychodzą z raz zagarniętej strefy komfortu, mam znakomite wieści: "Pierwsze słowo" zawiera zarówno "Dożywocie" (opowiadanie, od którego tak wiele się zaczęło…), jak i nagrodzoną Zajdlem (Ałtorka nie umie w opowiadania, tak?...) "Szaławiłę", pierwotnie dołączoną do drugiego wydania powieściowego "Dożywocia": oto odpowiedź na bolączki tych, którzy, nabywszy ongiś wydanie pierwsze, nie planowali kupować drugiego – a "Szaławiłę" mieć w wersji papierowej pragnęli.

Dla tych, którzy strefę komfortu opuszczają raczej chętnie, poszukując nowych doznań i bodźców, mam równie wspaniałe wieści: w "Pierwszym słowie" czekają na Was opowiadania spod znaku (między innymi) horroru, wiktoriańskiej opowieści grozy, pastiszu gatunkowego, przetwarzania motywów znanych z mitologii – a przypominam, że to wszystko w ramach zaledwie JEDENASTU utworów, szczupłych objętościowo, acz pojemnych znaczeniowo.

Nie będę Wam polecać konkretnie któregoś z opowiadań, ponieważ rozpiętość gatunkowa między nimi jest, jako się rzekło, znaczna - a ilu czytelników, tyle opinii, i najlepiej będzie, jeśli sięgniecie po Pierwsze słowo i wyrobicie sobie na jego temat własne zdanie. Natomiast gdybym miała wybrać subiektywną Świętą Piątkę (nie dało się zawęzić do trzech, nie i już) spośród zawartych w zbiorze opowiadań (czytanych przeze mnie premierowo...), wyglądałaby ona mniej więcej tak:

Tytułowe "Pierwsze słowo" - o którym myślałam, że (krótkim będąc) niczym mnie nie zaskoczy, a skończyłam lekturę cała roztelepana, ze szczęką spoczywającą miękko na podołku. "Przeżycie Stanisława Kozika" - w ramach autorefleksji, i próby uchronienia się przed podobnym losem. "W zamku tej nocy..." - ponieważ Ałtorka znakomicie bawi się tutaj konwencją, a Jej upodobanie do romantyzmu owocuje tu w sposób piękny i perfidnie złośliwy zarazem. "Miasto motyli i mgły" - najpierw nie wiedziałam, o co chodzi, a potem żałowałam, że nie zrobiła się z tego pełnowymiarowa powieść, i że nie dane mi było dowiedzieć się więcej o przedstawionym tutaj świecie i ramach, w jakich funkcjonuje. "Rozmowa dyskwalifikacyjna", podstawowy tekst, jaki powinno się dawać do przeczytania początkującym autorom fantastyki. I wreszcie - "Nawiedziny", za pewne nawiązanie popkulturowe, które wyraźnie pokazuje, żeśmy są z Ałtorką z jednego rocznika, i wyrastałyśmy na tych samych serialach. Ot, rzekłam.

I co jeszcze mogę rzec? Na pewno znacznie poszerzyłam swój sposób myślenia o Marcie Kisiel oraz uprawianej przez Nią literaturze. Ucieszyłam się ze spotkania z ulubionymi bohaterami, i poznałam nowych, z którymi chętnie spędziłabym więcej czasu. Wreszcie - ostatecznie i nieodwołalnie nie zgodziłam się z Autorką-Ałtorką: Marta Kisiel opowiadania pisać potrafi, i oby robiła to jak najczęściej.

Z poważaniem, oczekując na kolejny zbiorek - Wróżka Klonowa.

pokaż więcej

 
2018-10-07 13:20:00
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Czarne Światła (tom 2)

Cofnijmy się do tyłu, jak mawiała moja polonistka w liceum (sic!). W pierwszej części cyklu Martyny Raduchowskiej "Czarne światła: Łzy Mai" poznaliśmy dwoje głównych bohaterów: Jareda Quinna, porucznika policji New Horizon, oraz jego partnerkę: Mayę, androida najnowszej generacji. Spotkaliśmy ich w sytuacji mocno kryzysowej: oto cała drużyna Jareda, skierowana do akcji opanowania ataku... Cofnijmy się do tyłu, jak mawiała moja polonistka w liceum (sic!). W pierwszej części cyklu Martyny Raduchowskiej "Czarne światła: Łzy Mai" poznaliśmy dwoje głównych bohaterów: Jareda Quinna, porucznika policji New Horizon, oraz jego partnerkę: Mayę, androida najnowszej generacji. Spotkaliśmy ich w sytuacji mocno kryzysowej: oto cała drużyna Jareda, skierowana do akcji opanowania ataku terrorystycznego na korporację farmaceutyczną Beyond Industries, zostaje wymordowana przez zbuntowanych "syntetyków", a bohaterowie dowiadują się, że celem ataku buntowników są zapasy leku o nazwie reinforsyna: magicznego remedium na zwyrodnienia tkanek mózgowych, odwracającego skutki takich schorzeń, jak choćby schizofrenia - i znakomicie zastępującego inwazyjne zabiegi chirurgii cybernetycznej w dziele tworzenia "ludzi augmentowanych". Ten oto specyfik ma zostać masowo wycofany z rynku, co wzbudza (skądinąd, zrozumiały) opór grup dążących do emancypacji mas obywatelskich, których nie stać na drogie zabiegi czyniące ich bardziej atrakcyjnymi na rynku pracy, stabilniejszymi emocjonalnie, a w niektórych przypadkach: po prostu zdrowymi psychicznie.

Jest jeszcze jedna kwestia, o której Jared i Maya dowiadują się podczas akcji w Beyond Industries: reinforsyna pozwala androidom doświadczać emocji. To dość zdumiewający pomysł; ostatecznie przecież androidy stworzono po to, aby działały w sposób logiczny i przewidywalny, aby zachowywały lojalność wobec swoich ludzkich partnerów, mówiły zawsze prawdę, i nie kwestionowały wydawanych im rozkazów. Obdarzono je przy tym znaczną dozą empatii, która pozwala im rozumieć ludzi, i tęsknić za pełnią człowieczeństwa, nieosiągalną z uwagi na sposób, w jaki je stworzono. I oto nagle okazuje się, że istnieje lek, który może pozwolić bytom syntetycznym na osiągnięcie pełni wolności, i doświadczanie tego wszystkiego, co je udziałem ludzi. Wspaniała wiadomość, prawda?...

W tej sytuacji nikogo nie powinna dziwić szybkość, z jaką androidy przyłączają się do rebelii. Jared zostaje ranny, i zapada w śpiączkę. Wybudza się z niej na krótko, i z pełną stanowczością zabrania przeprowadzania na sobie jakichkolwiek zabiegów o charakterze augmentacyjnym. Gdy budzi się na dobre, wiele miesięcy później, okazuje się, że jego życzenia zostały zignorowane. Co więcej: Maya, dotychczas wiernie partnerująca Jaredowi, zabiła dwóch funkcjonariuszy policji i zbiegła za Mur, na opanowane przez rebeliantów rubieże znane jako Dark Horizon. Tymczasem po tej stronie Muru, po której przebywa Jared, ktoś zaczyna mordować androidy - a poszlaki wskazują na to, że to Maya może za wszystkim stać. Jared Quinn rozpoczyna śledztwo, które w finale Łez Mai doprowadza go do konfrontacji z byłą partnerką, po której nic już nie będzie takie samo.

Cięcie. Przeskok do "Spektrum".

Po pierwsze i zasadnicze: to NIE JEST KONTYNUACJA wątków z pierwszej części cyklu; to raczej przedstawienie znanych nam już wydarzeń z perspektywy samej Mai - ale jeżeli wydaje Wam się, że po przeczytaniu "Łez..." nie musicie czytać "Spektrum", żeby wiedzieć, jak należy interpretować wydarzenia w New Horizon, to muszę Was zmartwić: mylicie się, jako i ja się myliłam. Przed rozpoczęciem lektury nie czytałam żadnych wywiadów z Autorką, chcąc podejść do książki bez jakiejkolwiek "nadbudowy ideologicznej" (brzydkie sformułowanie, przepraszam), i początkowo byłam nieco skonfundowana budową narracji. Dlaczego pokazuje się nam to, co już znamy? Ano dlatego, że w gruncie rzeczy wcale tego NIE ZNAMY - nie z perspektywy Mai, która jest równie ważną częścią całej historii co przeżycia Jareda. Powszechnie wiadomo natomiast, co dzieje się z historią opowiadaną tylko z jednego, "słusznego" punktu widzenia...

Co nowego wnosi "Spektrum" w opowieść o reinforsynie? Pogłębione zrozumienie motywów bohaterów. Nadbudowę warstwy naukowej, którą Autorka przeprowadza sprawnie i "zjadliwie": innymi słowy, wymyśla coś, czego czytelnik (typu ja) nie byłby w stanie sam wygłówkować, a następnie przedstawia to w przystępnej formie, którą czytelnik (typu ja) jest w stanie zrozumieć. (Nie jest to łatwe zadanie, powiedziała z przekonaniem Wróżka, myśląc o pseudonaukowym bełkocie w niektórych czytanych przez nią książkach SF.) Wreszcie: wypełnienie białych plam w historii Mai, dzięki przeniesieniu lwiej części akcji za Mur, do Dark Horizon, gdzie mieszkają przysłowiowe smoki - oraz gdzie można odnaleźć odpowiedzi na wiele pytań postawionych jeszcze we Łzach Mai. Te fragmenty czytałam z zapartym tchem, a świetnie prowadzone opisy miejsc, postaci i zdarzeń wywołały u mnie potrzebę zobaczenia Dark Horizon w wersji komiksowej/filmowej/serialowej: aby dołożyć warstwę wizualną do świetnej warstwy językowej.

Samo to byłoby już wystarczającym powodem do przeczytania "Spektrum" - a to bynajmniej nie koniec, ponieważ w ostatnim rozdziale książki Autorka zrzuca bombę, która prawie katapultowała mnie z łóżka (była pierwsza w nocy, a ja musiałam doczytać do końca), i pozostawiła moją szczękę gdzieś w okolicach podłogi. I co ja będę teraz robić ze swoim życiem?!...

Czekać na tom trzeci, ot, co...

pokaż więcej

 
2018-09-04 20:50:53
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Moja ulubiona Kuzynka jest zabieganą mamą dwójki dzieci, więc czas na czytanie musi sobie wykradać i organizować półgębkiem. Jakiś czas temu podarowałam Jej przy prezentorodnej okazji "Dożywocie" Marty Kisiel, które - mimo że Kuzynka raczej nie czytuje szeroko pojętej fantastyki - przyjęło się, zostało przeczytane i polubione (ku mojej wielkiej radości). Teraz jestem jeszcze szczęśliwsza,... Moja ulubiona Kuzynka jest zabieganą mamą dwójki dzieci, więc czas na czytanie musi sobie wykradać i organizować półgębkiem. Jakiś czas temu podarowałam Jej przy prezentorodnej okazji "Dożywocie" Marty Kisiel, które - mimo że Kuzynka raczej nie czytuje szeroko pojętej fantastyki - przyjęło się, zostało przeczytane i polubione (ku mojej wielkiej radości). Teraz jestem jeszcze szczęśliwsza, mogąc sprezentować najnowszą książkę Ałtorki Marty K. mojej siostrzenicy i siostrzeńcowi.

"Małe Licho i tajemnica Niebożątka" przenosi czytelnika z powrotem na łono naszej ulubionej patchworkowej rodziny, w której ludzie koegzystują z mackowatymi stworami spod podłogi, aniołami i stadem różowych królików: tym razem jednak oglądamy całe to tałatajstwo oczyma Bożka - pół-chłopca, pół... no właśnie, kogo? - najmłodszego członka rodzinnej bandy. Być może właśnie z uwagi na postać głównego bohatera "Małe Licho..." zostało nazwane książką dla dzieci - zaświadczam jednak, że jako osoba obchodząca onegdaj osiemnaste urodziny swoich osiemnastych urodzin czerpałam z lektury wielce wzruszeń, i jeszcze więcej radości, płosząc sąsiadom gołębie gromkimi wybuchami śmiechu.

O czym to jest, i z czym to się je? Jak można się domyślać, bohaterami książki są chłopiec i jego anioł stróż, czyli Bożydar - do niedawna zwany Niebożątkiem, a obecnie: Bożkiem (bez panteonu!) - oraz Licho. Ta dwójka, przy aktywnym współudziale niejakiego Gucia i innych bohaterów drugiego planu, wiedzie sobie spokojny, sielsko-anielski (sic!) żywot w czterech ścianach rodzinnego domu. I wszystko byłoby w zasadzie dobrze, gdyby nie to, że wujek Konrad zarządza wysłanie Bożka do szkoły. Bez anioła, ale za to - prosto w paszczę rówieśników, którzy wiedzą, co to FIFA i Minionki, ale nie zawsze rozumieją żarty Bożka, i tak jakby... w ogóle go nie zauważają. Smutno? Ano, smutno. Każdy ma prawo źle się z tym poczuć, i zbuntować się przeciwko złemu losowi (tudzież wujkowi). Ale jeśli nasz buntownik jest przy tym pół-chłopcem, i pół-czymś-innym - konsekwencje takich emocjonalnych porywów mogą być co najmniej niebezpieczne...

"Małe Licho..." jest znakomitą książką dla dzieci - szczególnie dla tych, które właśnie wybierają się po raz pierwszy do szkoły, a z jakiegoś powodu ominął je okres socjalizacji przedszkolnej - ale nie tylko. Pod przykrywką (z anielskich skrzydełek?) opowieści o dziecięcym buncie, żalu i poczuciu życiowej niesprawiedliwości w obliczu Prawdziwego Świata, kryje się głębszy morał dotyczący poszukiwania własnej tożsamości, chodzenia na kompromis i podążania za tłumem (niekiedy mocno bezkrytycznego) w celu uzyskania akceptacji ze strony osób, które uważamy za fajne, cool, trendsetterskie i przebojowe. Wiadomo, jak to jest: ciężko być jedyną osobą, która na balu przebierańców nie zakłada kostiumu superbohatera, tylko przebiera się za Kogoś, Kogo Naprawdę Lubi: i dumnie obnosi swoje ręcznie dziergane bamboszki. I ciężko się broni własnej indywidualności, jeżeli nie odpowie się samemu na pytanie o to, kim tak naprawdę jesteśmy, co lubimy i co chcemy osiągnąć. Z tą warstwą znaczeniową "Małego Licha..." znakomicie utożsami się młodzież oraz dorośli - nawet ci "starsi".

Dopiero oni będą w stanie docenić trzeci poziom znaczeniowy książki, i westchnąć z mieszaniną nostalgii i obrzydzenia do... mortadeli w panierce.

Należy również dodać, że klimat książki znakomicie oddają i uzupełniają ilustracje autorstwa Pauliny Wyrt. Z niektórych chętnie zrobiłabym sobie kolorowankę antystresową...

"Małe Licho i tajemnicę Niebożątka" polecam zatem do lektury rodzinnej i wielopokoleniowej. Uważajcie tylko, żeby dokumentnie nie przepłoszyć nikomu gołębi... I nie wstydźcie się wzruszeń!

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
33 13 73
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (0)
Lista jest pusta
zgłoś błąd zgłoś błąd