Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Sylwia Niemiec 
ravenstarkbooks.blogspot.com, https://www.facebook.com/pages/My-Books-My-Life/542904779120600?skip_nax_wizard=true
19 lat, kobieta, Zabłotce/Przemyśl, status: Czytelniczka, dodała: 2 książki, ostatnio widziana 21 godzin temu
Teraz czytam
  • Królowa cieni
    Królowa cieni
    Autor:
    Sarah J. Maas wznosi się na wyżyny w pasjonującym czwartym tomie bestsellerowej serii Szklany Tron! Celaena Sardothien do tej pory traciła wszystkich, których kochała. Zamordowano jej rodziców, jej u...
    czytelników: 4437 | opinie: 191 | ocena: 8,77 (1776 głosów) | inne wydania: 1
  • Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu
    Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu
    Autor:
    Biblia Tysiąclecia to najpopularniejsze narodowe wydanie Pisma Świętego. Zawiera jedyny polski tekst Pisma Świętego, zatwierdzony do stosowania w liturgii przez Konferencję Episkopatu Polski, przys...
    czytelników: 5640 | opinie: 293 | ocena: 8,27 (2060 głosów) | inne wydania: 66

Pokaż biblioteczkę
Aktywności
2017-06-21 10:28:28
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione
Autor:
 
2017-06-20 14:03:37
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Konkurs na żonę (tom 1)

Co się ze mną dzieje? Zamiast na powrót wczytywać się w klimaty fantasy właśnie teraz, kiedy mam tyle wolnego, nabieram ochoty na lekkie i niezobowiązujące powieści, przy których mogę totalnie odlecieć na kilka godzin, bez wysilania wyobraźni przy smokach, elfach i innych stworach. Nie żeby mi to przeszkadzało. Zwłaszcza, kiedy trafia mi się taka książka jak Konkurs na żonę.

To była...
Co się ze mną dzieje? Zamiast na powrót wczytywać się w klimaty fantasy właśnie teraz, kiedy mam tyle wolnego, nabieram ochoty na lekkie i niezobowiązujące powieści, przy których mogę totalnie odlecieć na kilka godzin, bez wysilania wyobraźni przy smokach, elfach i innych stworach. Nie żeby mi to przeszkadzało. Zwłaszcza, kiedy trafia mi się taka książka jak Konkurs na żonę.

To była całkowicie spontaniczna decyzja. Dotarła do mnie paczka z dwoma książkami, jedną z nich była powieść Beaty Majewskiej. Teoretycznie powinnam się zabrać za nią dopiero później, ale tak ciągnęło coś do niej, ciągnęło i ciągnęło. Niemal słyszałam jak ta książka zaczyna do mnie mówić WYBIERZ MNIE, PRZECZYTAJ MNIE. (Teraz zaczynam się zastanawiać, czy to przypadek, że dostałam zakładkę do książki z podobym rozkazem od książki na grafice...). Pan każe, sługa słucha. I jakie to było dobre.

Hugo Hajdukiewicz wkrótce zostanie pełnoprawnym właścicielem spadku po wuju; udziały w firmach, mieszkanie, samochód, pieniądze i nie wiadomo jakie bogactwa jeszcze. Jest tylko jedno "ale" - jako trzydziestolatek musi mieć żonę i dziecko. Inaczej wszystko przepadnie. Tymczasem jest jesień, dwudzieste dziewiąte urodziny Hugona wypadają końcem stycznia, czas nagli. Hugo postanawia razem przyjacielem zorganizować konkurs dla studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego z nagrodami pieniężnymi. Liczy, że wśród prac znajdzie idealną kandydatkę na żonę.

Łucja Maśnik jest szczerą, ciepłą i nieco naiwną dziewczyną. Rozpoczęła naukę rok wcześniej, więc jako studentka pierwszego roku nie ukończyła jeszcze nawet dziewiętnastu lat. Dla biednej dziewczyny z Podola każda dodatkowa suma ma znaczenie. Kiedy więc dowiaduje się o konkursie bez wahania zabiera się do pisania.

Łucja okazuje się jedyną dziewczyną na podium nagrodzonych, Hugo nawet jakoś specjalnie nie zastanawia się nad inną opcją, musi się spieszyć, zaprasza ją na kolejne randki, wszystko zmierza w kierunku związku. Łucja jako uosobienie dobroci i uczynności nigdy by nie podejrzewała, że ze strony Hugona to chłodna zagrywka i zwykła gra, mająca na celu wzbogacenie go.

Trudno o bardziej niedobraną parę. I nie chodzi mi tu o to, że Hugo i Łucja to przeciwieństwa, które się przyciągają. To po prostu dwa zupełnie różne światy, nie tylko jeśli chodzi o społeczności, z których się wywodzą, a sposób patrzenia na świat. Wiecie, można by się spodziewać w tym wszystkim takiego pozornego niedopasowania, gdzie po kilkunastu stronach okazuje się że para jest dla siebie stworzona. Ale tu tak naprawdę Hugo i Łucja docierają do siebie przez całą książkę. I właściwie wciąż nie całkiem dotarli do celu, to taka nieustająca podróż.

Nie wiem, czy to było celem autorki, czy wyszło jakoś w trakcie, samoczynnie, ale dla mnie ta powieść, to nie tylko takie lanie wody na upalne dni. To nie jakiś tam odmóżdżacz. Tak, to dosyć lekka, bardzo wciągająca historia o niezbyt skomplikowanej historii, ale bardzo dobrze oddająca różne płaszczyzny życia i rozumowania. Na samym początku moja uwaga była podzielona, ja byłam podzielona. Podczas gdy jedna część mnie trwała przy lekturze, tak druga dopowiadała, że to mogłoby być inaczej, ten bohater powinien postąpić tak, tamta tak... Ale postanowiłam się wewnętrznie przymknąć, nakazać samej sobie cierpliwość, po coś autorka w końcu napisała to tak, a nie inaczej. I myślę, że to wszystko, te "nieścisłości" pomiędzy bohaterami, te różnice; wszystko ostatecznie ma swój urok i wyróżnia powieść na tle innych.

Konkurs na żonę czytałam niemal bez odrywania się od lektury, gdybym mogła, pochłonęłabym książkę na raz. Nie czytałam nawet specjalnie skrzydełek, zostawiłam je sobie na koniec, nie sprawdzałam jak to z kolejnymi powieściami autorki, czy to kontynuacja tej samej historii, czy może coś o innych bohaterach, czy w ogóle zupełnie inne powieści. Po prostu czytałam powieść i czytałam, resztę zostawiłam na później. W tamtej chwili najważniejsze było dla mnie poznanie dalszych rozdziałów.

Ile razy dzięki autorce doceniałam coś, ile się wzruszałam, współczułam... A ile pojawiło się prawie-zawałów! To jedno z najprzyjemniejszych zaskoczeń - odkryć kolejną autorkę z twórczością wartą śledzenia. I to naszą rodzimą autorkę! Tym razem też sobie coś uświadomiłam, brakuje mi polskich książek new adult. Brakuje mi opowieści o tych młodych, ale już dorosłych. I brakuje mi takich powieści napisanych z humorem, płynnie, bez wymuszonych dialogów, bez sztuczności. Bo mimo że już parę takich naszych, polskich "new adult" poznałam, to wydawały mi się takie "na siłę", z bohaterami, którzy posługiwali się językiem sprzed dwudziestu - trzydziestu lat (bez urazy dla nikogo).

Beata Majewska poszerza grono polskich autorów (a właściwie to autorek), których twórczość poznaję z czystą przyjemnością. (To nie tak, że dzieła innych uważam za słabe, niewarte uwagi, doceniam je, tylko akurat nie wpadają w mój gust). Na początku obawiałam się, czy taki krótki odstęp tej publikacji od kolejnych, to dobry pomysł, ale jak sobie pomyślę, że miałabym na kontynuację, Bilet do szczęścia, czekać dłużej niż do lipca, chyba bym oszalała z niecierpliwości (i tak się zastanawiam, jak mam te kilkanaście dni wytrzymać...). Nie tylko pozytywne emocje towarzyszyły mi podczas lektury, był też gniew, a momentami i strach. Wszystko spowodowało, że jeszcze bardziej wkręciłam się w tę powieść. Bo z jednej strony można by się było domyśleć dalszych losów, ale z drugiej jest ta niepewność, bo nigdy nie wiadomo, czy autorka nie zrobi jakiegoś wyskoku, jak w Konkursie na żonę nieraz. W każdym razie, nie mogę się doczekać kontynuacji.

Więc jeśli szukacie idealnej powieści na każdą okazję, czy macie "problem" z polskimi autorami, czy nie, polecam serdecznie najnowszą powieść Beaty Majewskiej. W końcu mamy polskie new adult na miarę zagranicznych!

http://ravenstarkbooks.blogspot.com/2017/06/konkurs-na-zone-recenzja.html

pokaż więcej

 
2017-06-16 17:20:55
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione
Cykl: Szklany Tron (tom 5)

Jak to jest, że książki, na które czekam z przeogromiastą niecierpliwością, których zbliżająca się premiera spędza mi sen z powiek, przez które fangirluję jak chomik na sterydach recenzuję najpóźniej? To znaczy, może nie najpóźniej, ale skoro powieść przychodzi do mnie w okolicy premiery, to zaraz jak ją skończę czytać powinnam się brać za pisanie recenzji, prawda? A tu już ponad miesiąc od... Jak to jest, że książki, na które czekam z przeogromiastą niecierpliwością, których zbliżająca się premiera spędza mi sen z powiek, przez które fangirluję jak chomik na sterydach recenzuję najpóźniej? To znaczy, może nie najpóźniej, ale skoro powieść przychodzi do mnie w okolicy premiery, to zaraz jak ją skończę czytać powinnam się brać za pisanie recenzji, prawda? A tu już ponad miesiąc od premiery minął, a ja dopiero będę się z wami dzielić wrażeniami na temat piątego tomu serii Szklany Tron. Szalone co? Ale ujmę to tak, niektóre książki faktycznie lepiej recenzować jak najprędzej, a w sumie większość książek (przynajmniej jeśli chodzi o mój beznadziejny przypadek). Ale są też takie książki, po których trzeba odparować. Po których emocje się utrzymują i wspomnienia z lektury są nadal jak żywe nawet po kilku tygodniach, miesiącach. Po prostu książki, których nawet najdrobniejszych fragmentów się nie zapomina. I właśnie do tego typu powieści należy Imperium Burz.

Chryste Panie, przysięgam, kiedyś coś zrobię Sarze J. Maas. Chyba wyślę jej pudło pełne czekoladek, żeby ciśnienie podskoczyło jej na jeszcze wyższe obroty i żeby pisała dalej tak genialne teksty. Kocham tę kobietę. I jej postacie. No, prawie wszystkie (wszystkie ze względu na poziom wykreowania, ale nie wszystkie ze względu na charakter, ma się rozumieć). Okej, w piątym tomie już nie ma czasu na cackanie się i klepanie po główce. Po tym, co się stało z Adarlanem w Królowej Cieni sprawy wskoczyły na jeszcze wyższy poziom. Tu już nie chodzi o to, czy Aelin podoła walce z jednym czy z drugim, czy wybierze tego czy tamtego lovelasa; tu już się ważą losu królestwa. Więc trzeba schować dumę do kieszeni, czasami, jeśli trzeba, ugryźć się w język i mieć na uwadze własną odpowiedzialność. Bo każdą jedną złą decyzję niewinni ludzie, rodacy Aelin, jej bliscy mogą przypłacić życiem.

To jest fabulouuuuss. A byłam w takim strachu! Mówię całkowicie poważnie. Czekałam razem z innymi fanami Maas na premierę piątej części w oryginale, w sumie nie planowałam jej kupować po angielsku; tak, często mam na to ochotę, zwłaszcza przy kontynuacjach książek, które trafiły w mój gust, ale po raz kolejny przekonałam samą siebie, że wytrzymam do polskiej premiery, tyle książek mam na półce nieprzeczytanych, że zanim w Polsce pojawi się Imperium Burz, to akurat kilka przeczytam i czas zleci. Decyzja podjęta, ale czekałam jak pod kablem z wysokim napięciem, na pierwsze opinie czytelników. I tak jak przeważnie słyszałam przy kolejnych tomach, że Szklany Tron jest coraz lepszy, że z wow, robi się wowow, etc., tak tutaj się zaniepokoiłam, bo sporo osób pisało, że jest rozczarowanych, tym, tamtym, zakończeniem, że w ogóle nie jest to to czego się spodziewali. I jak tu się nie przestraszyć po takich recenzjach? Nie największa, ale jako taka niepewność się pojawiła.

Biorąc pod uwagę wzrost objętości kolejnych tomów serii można by się spodziewać, że piątka przebije 1000 stron. A dla mnie już Dziedzictwo ognia było spore. Nie wiem jak jest z wami, ale dla mnie idealna objętość książki to 300-500 stron z przyzwoitą wielkością czcionki, nie za drobna, nie za duża. Takie książkowe grubaski trochę mnie do siebie zniechęcają. A jednak Sarah J. Maas i na tym polu potrafi mnie owinąć sobie wokół paluszka i ani się obejrzę, a książkę mam przeczytaną. Nie wiem, czy mam się jej bać, czy się cieszyć z tego faktu.

Autorka świetnie kreuje postaci drugoplanowe. Po tych pięciu tomach już takim "standardem" jest, że z niecierpliwością śledzę losy Aelin czy Rowana. Ale, o rajuśku, jak nagle zaczęłam kibicować Lorcanowi w tej części, rozdziały z nim z cudowną Elide to życie. Nie wiem, czy nie cieszyłam się nimi nawet bardziej niż tymi z Aelin. Oczywiście te z Aedionem i Lysandrą też świetne, chociaż jak oni, to i Aelin i reszta, bo jednak przebywali razem, więc siłą rzeczy... Za to chyba jestem jedną z niewielu osób, które nie trawią Manon. Po prostu nie, to nie bohaterka dla mnie. I to nie tak, że jej nie lubię, że czymś mi zalazła za skórę. Tylko jakoś nie rozumiem zachwytów nad nią. Rozdziały z nią w poprzednim tomie czytałam bardziej z przymusu, byleby przebrnąć do części z innymi bohaterami. Tutaj było trochę lepiej, skoro Manon znajdowała się wśród głównych bohaterów, ale mimo wszystko, jakoś nie specjalnie mnie interesowało, co tam u niej się działo, jak dla mnie mogłoby jej nie być w tej serii. (Nie bijcie, wolałabym więcej Elorcan XD). Do Doriana mam sentyment od pierwszego tomu i tutaj wciąż go uwielbiam, za to Chaola po prostu nie mogę. Żyłka mi kiedyś pęknie przez niego. Tak jak Manon działa na mnie neutralnie, może tam sobie żyć, ale też nie musi, tak Chaola mam ochotę własnoręcznie udusić. Taka ciepła klucha, z tym że wcale nie taka ciepła, bo to co wygaduje i to co robi budzi we mnie wszystko to, co najgorsze. Naprawdę nie mam pojęcia, jak ktokolwiek może po tym tomie pałać do niego choć odrobiną sympatii. I, serio, Saro, kolejny tom w całości poświęcony jemu? Gdzie w tym sens?

Właśnie, już nie podoba mi się nadchodząca kontynuacja. Chce autorka pisać o najgorszym bohaterze, proszę bardzo, ale niech robi o takich nowelki, a nie standardową kontynuację mu poświęcać, przez którą będzie musiał przebrnąć każdy, kto chce poznać zakończenie serii. Tak jak Maas kocham, tak szósty tom z Chaolem na świeczniku - to dla mnie za dużo, przegięcie, fatalna decyzja i w ogóle dupa. Mam nadzieję, że to będzie w stylu dotychczasowych tomów, rozdziały o danych bohaterach przeplatane ze sobą, wszystko w narracji trzecioosobowej (po Chaol w pierwszoosobowej narracji = mój zgon na miejscu).

Ale wracając do Imperium burz. Książka nie pobiła poprzedniczek, tak jak to było z wcześniejszymi tomami. Może była troszkę słabsza, ciężko mi ocenić, kiedy już mam do serii taki sentyment, że obiektywizm szwankuje. I nie, nie jestem fanką zakończenia, no bo kto jest. Co nie oznacza, że nie czytałam powieści z przyjemnością. Czasem było słabiej z akcją, czasami ciśnienie naprawdę podskakiwało, w gruncie rzeczy się nie zawiodłam. Ale mam nadzieję, że autorka wynagrodzi ten feralny szósty tom z Chaolem cudnym siódmym i ostatnim. Ciężko będzie się pożegnać z serią, ale nie chciałabym większej ilości tomów, to już by było wymuszone rozciąganie.

Wciąż nie potrafię napisać poprawnej recenzji o długo wyczekiwanej powieści, ale może właśnie tak ma być. Może kiedyś się tego nauczę. W każdym razie jeśli ktoś się jeszcze nie zabrał za serię, to polecam mocno. Myślałam, że ja jestem ostatnią osobą, ale może został ktoś jeszcze. Warto. Akurat zdążycie nadrobić pięć tomów do zbliżającego się serialu (swoją drogą mam nadzieję, że wkrótce poznamy więcej szczegółów).

http://ravenstarkbooks.blogspot.com/2017/06/imperium-burz-recenzja.html

pokaż więcej

 
2017-06-16 17:20:04
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione
Cykl: Buntowniczka z pustyni (tom 1)

Zabiło mnie. Serio. Bo z jakiego innego powodu miałabym zaraz po przebudzeniu sięgać po książkę i ją doczytywać, i pisać teraz recenzję zamiast zjeść najpierw śniadanie i ogarnąć się, żeby wyglądać jak człowiek, jeśli książka była słaba. Hmm? Jakieś pomysły, sugestie? Nie? To super. Cieszę się, że zgadzamy się już na wstępie, że ta powieść jest genialna, bo naprawdę ciężko pisze się recenzje... Zabiło mnie. Serio. Bo z jakiego innego powodu miałabym zaraz po przebudzeniu sięgać po książkę i ją doczytywać, i pisać teraz recenzję zamiast zjeść najpierw śniadanie i ogarnąć się, żeby wyglądać jak człowiek, jeśli książka była słaba. Hmm? Jakieś pomysły, sugestie? Nie? To super. Cieszę się, że zgadzamy się już na wstępie, że ta powieść jest genialna, bo naprawdę ciężko pisze się recenzje na kacu książkowym. Także, hej, liczę na waszą wyrozumiałość - chyba sami wiecie jak to jest, kiedy książka was tak dobije, że myśli się, że już nic jej nie przebije, że nie wie się, czy w ogóle będzie się w stanie cokolwiek po niej przeczytać.


To było p r z e b o s k i e. Potrzebuję kolejnego tomu, niezwłocznie. Okej, to mogę już kończyć i uciekać do kąta, żeby pogodzić się z burzą piaskową made by emocje sponsored by autorka w spokoju? Bo naprawdę nie mam pojęcia, co logicznie poprawnego mogę napisać o Buntowniczce z pustyni. Jeśli w ogóle cokolwiek wspólnego z logiką może mieć ta recenzja. Wowowowowowowowowowowow (bo zwykłe "wow" to za mało). No bo, kurczę, co to było!

Niby mamy tutaj motyw drogi, czyli tak naprawdę podstawa fabuły to popularny schemat. Ale jak ktoś mi powie, że ta książka nie zaskakuje czytelnika, to nie wiem, gdzie on miał głowę, jak to czytał. Wowowowowowowowowowowow. Tak, równie dobrze mogłabym jeszcze odczekać kilka godzin, dni, żeby ta recenzja miała więcej sensu, więcej poprawności merytorycznej, ale co na świeżych przeżyciach, to na świeżych. Poza tym zdrowienie po kacu książkowym nigdy nie trwa tyle samo, więc równie dobrze mogłabym kwilić po książce dzień, co i miesiąc, a wtedy już mogłabym trochę pozapominać.

Amani, czyli nasza główna bohaterka, przed rokiem straciła matkę, którą powieszono za zabicie męża (ale nie ojca dziewczyny, przynajmniej nie biologicznego). Mieszkając u wuja z kilkoma żonami i kuzynostwem, które było tak liczne, że sama nie wiem, ilu ich tam konkretnie było, odkładała pieniądze (a co nie odłożyła, to ukradła), by wziąć udział w zawodach strzeleckich, wygrać je i dzięki nagrodzie pieniężnej dostać się do Izmanu, o którym jej matka snuła opowieści. I, hej, od razu mówię, to nie tak, że kapryśna Amani postanowiła sobie zrobić wycieczkę krajoznawczą. U despotycznego wuja się nie przelewało, a szczególnie w jej przypadku, w dodatku wuj postanowił wziąć sobie Amani jako kolejną żonę, a ona ani myśli być częścią społeczności, gdzie kobiety nie mają żadnych praw, zero prawa głosu, a masę obowiązków, z których głównymi są zadowalanie mężczyzn i rodzenie i wychowanie dzieci. Kiedy więc sytuacja na strzelnicy i po zawodach trochę się komplikuje Amani ucieka z zagadkowym obcokrajowcem. I wtedy zaczyna się p e t a r d a a a a. Żartowałam, petarda jest od samego początku.

Meh meh meh, jak ja kocham tę książkę. Czy mogę już zarabiać kokosy na szóstym zmyśle, który wskazuje mi genialne pozycje? Bo, poważnie, jeśli ktoś ma choć trochę zbliżony do mojego gust czytelniczy i jest chętny na dobre przepowiednie książkowe, to mogę otwierać biznes. Miałabym na kolejne zabójcze powieści i pewnie szybciej bym się sama wykończyła, ale nieważne. Wiesz, że jest źle, kiedy zaczynasz chodzić po pokoju i wyśpiewujesz pochwalne rymy częstochowskie na melodię każdej piosenki. Bo to jest takie cudowne i piękne.

To trzecia książka w pustynnym, dżinowym klimacie, jaką dorwałam w tym roku (o ile nie w ogóle). Chyba te największe boomy medialne mam już za sobą, czyli Gniew i Świt - fenomenalne, urocze, ale więcej statyczności i miłostek, chociaż też przeboskie; Zakazane życzenie, które, szczerze, nie porwało mnie szczególnie, a sam Aladyn to już w ogóle mi się w oczy nie rzucał (XD - totalnie przy nim), ale i nie było złe, więcej niż dobre, prawie bardzo dobre; a teraz właśnie skończyłam Buntowniczkę z Pustyni (jakbyście się tego nie domyślili to tych wszystkich zdaniach, tytule, okładce i w ogóle). Najbardziej dynamiczna z nich wszystkich, równie wciągająca co Gniew i Świt (przykro mi, nie potrafię powiedzieć o tej pozycji złego słowa), z całą pewnością obie te pozycje pojawią się w topce książek 2017-ego. Nieważne, jeśli dalej tak będzie z szóstym zmysłem, najwyżej ta topka będzie zawierać większość przeczytanych w tym roku książek, a co, rozciągnę ją, mogę.

Buntowniczka z pustyni jest wszystkim, czego może pragnąć miłośnik młodzieżówek (i nie tylko; miałam zamiar napisać, "czego ja mogłabym pragnąć", ale chciałam to ując tak, żebyście wiedzieli, że was też się to tyczy). Świetni bohaterowie, których losy śledzi się z zapartym tchem, akcja, która nie pozwala na oderwanie się od kart powieści, świat przedstawiony, który porywa już od pierwszych stron, nie czeka się połowy powieści, żeby się wszystko rozkręciło, tu już na początku zostajemy wrzuceni w wir emocji, zdarzeń, zagubienia, ratunku, wszystkiego. Uwielbiam tę książkę tak bardzo, że gdybym tylko miała na tyle wolnego miejsca, zrobiłabym jej ołtarzyk na osobnej półce.
http://ravenstarkbooks.blogspot.com/2017/06/buntowniczka-z-pustyni-recenzja.html

pokaż więcej

 
2017-06-16 17:17:32
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

http://ravenstarkbooks.blogspot.com/2017/06/to-jedno-lato-recenzja.html

Znacie to uczucie, kiedy niespodziewanie natrafiacie na książkową perełkę, idealne wyważenie tego, czego oczekujecie, idealny strzał w wasz gust? I nie możecie się doczekać kontynuacji, zastanawiacie się, czy są jakieś sposoby na przyspieszenie premiery, czy na zajęcie się czymś, żeby czas szybciej zleciał. Po czym w...
http://ravenstarkbooks.blogspot.com/2017/06/to-jedno-lato-recenzja.html

Znacie to uczucie, kiedy niespodziewanie natrafiacie na książkową perełkę, idealne wyważenie tego, czego oczekujecie, idealny strzał w wasz gust? I nie możecie się doczekać kontynuacji, zastanawiacie się, czy są jakieś sposoby na przyspieszenie premiery, czy na zajęcie się czymś, żeby czas szybciej zleciał. Po czym w końcu macie kontynuację w dłoni, ale jakoś nie możecie się za nią zabrać. Czytacie fragment i coś nie gra. Jakaś blokada, coś niezidentyfikowanego, z jednej strony chcecie w końcu się wgłębić w lekturę, zaszyć na godziny, a z drugiej nie możecie, nie macie siły, nie wiem. Właśnie w czymś takim utknęłam. Zamiast zmuszać się do dalszej lektury postanowiłam sobie zrobić przerwę, sięgnąć po coś innego, co być może pomoże mi dalej wskoczyć w trans książkowy. I akurat w chwili, w której tego potrzebowałam, na horyzoncie pojawiła się obiecująca powieść, taka "idealna na lato".

Nic nie dzieje się bez przyczyny. Wszystko jest gdzieś tam osadzone w ciągu przyczynowo-skutkowym. Przynajmniej staram się trzymać takiego stwierdzenia, bo za dużo dziwnie trafnych rzeczy mi się przydarza, żeby nazywać je ciągle "przypadkami" czy "zbiegami okoliczności".

W chwili potrzeby trafiła do mnie powieść To jedno lato. Pomyślałam sobie, że to świetne rozwiązanie na moją blokadę, lekka powieść, o jakiejś tam letniej przygodzie, w dodatku polskiej autorki - może znajdę kolejną pisarkę, która wstrzeliwuje się i stylem i pomysłami na fabułę w mój gust, kto wie? Takie niczego sobie obyczajówki, powieści pozbawione smoków i skomplikowanych światów przedstawionych jak dla mnie idealnie się sprawdzają na nudę, na jakieś blokady czytelnicze, bo w nie dosyć łatwo się wkręcić, nie trzeba wysilać wyobraźni. Ja w powieść Doroty Milli wkręciłam się na tyle, że przeczytałam ją na raz, mimo że do najdrobniejszych to ona nie należy.

Lukrecja 'Luka' Lis ma określony plan na życie - dorwać bogatego mężczyznę, żeby nie musiała pracować, a mogła być 'żoną idealną' i spędzać dnie na zakupach. Wszystko zdaje się zmierzać w dobrym kierunku, już od dwóch lat jest z Aleksem, którego rodzice zbijają kokosy w przemyśle farmaceutycznym,;dziewczyna liczy, że na zbliżającym się przyjęciu u jego rodziców w końcu się jej oświadczy. Co prawda sam Aleks ani nie może pochwalić się wyglądem, ani talentem, ambicjami, a jedynym, co przyciąga do niego Lukę to firma, którą ma odziedziczyć, ale, jak twierdzi dziewczyna, reszta przyjdzie z czasem. Jednak kiedy na przyjęciu przyłapuje Aleksa z kelnerką w jednoznacznej sytuacji dostaje potwierdzenie dochodzących do jej uszu plotek o zdradach partnera, których istnienie starała się ignorować; w jednej sekundzie wszystko się wali. Za namową przyjaciółki z Londynu bierze urlop w pracy i z konsumpcyjnej Warszawy wraca do nadmorskiego Dźwirzyna.

Od samego początku wiemy jaką osobą jest Luka. Wyjechała z małej miejscowości na studia do Warszawy, bo przecież to miejsce ludzi sukcesu. Szczegół, że ledwie ukończyła jedyne studia na jakie się dostała. Nie ważne, że mieszka w malutkiej klitce, że wciąż ciągnie pieniądze od rodziców, których widziała ostatnio cztery lata temu, że pracuje w banku na najmniej potrzebnym stanowisku. Ona jest najważniejsza, inni są niegodni by na nią choćby zerknąć, jeśli coś poszło źle, to oczywiście nie jest to jej wina, na pewno ktoś inny coś zepsuł albo po prostu źle było wykonane od początku. Luka od małego dziecka czuła się lepsza od innych, upokarzała każdego kto nie był nią, gardziła, wyśmiewała, choć sama ani nie była super pięknością, ani dziewczyną utalentowaną, czy bogatą. Była nikim, a zachowywała się jakby była dwustuprocentowym ideałem, któremu wszyscy powinni usługiwać. Słowem, Luka była osobą, z jaką większość ludzi mogłaby się nabawić nerwicy. Tak egoistyczna, tak egocentryczna, że nawet za swoje niepowodzenia nie bierze odpowiedzialności, tylko winę zwala na kobietę, którą nazywała w dzieciństwie Czarownicą, a która lata temu rzuciła na nią "klątwę" za to, że Luka dokuczała jej córce. Dziewczyna jest tak zapatrzona w siebie, że jednym z jej celów wyprawy w rodzinne strony jest odnalezienie 'Czarownicy' i zmuszenie ją od ściągnięcia klątwy.

Rozpisałam się o fabule więcej niż zazwyczaj, ale to jedna z tych książek, przy których nie da się inaczej. Samo wspomnienie bohaterki powieści wzbudza taką burzę, tak nakręca na pisanie o niej... Luka potrafi porządnie wpienić nawet najbardziej spokojnego człowieka. Tu trzeba pochwalić autorkę, niesamowicie dobitnie wykreowała tę postać. Po samym opisie można wywnioskować, że mamy tu jeden z popularnych motywów - ucieczka z miasta na wieś. Ale nie przypuszczałam, że przyjdzie mi czytać o tak zarozumiałej bohaterce, że głowa mała. To nie jest miła, zagubiona dziewczyna, czy lekko szalona, nierozgarnięta, jak można by przypuszczać. Luka to 100% wyrachowania. Co jest naprawdę przedziwne, kiedy popatrzy się na jej przemiłych rodziców czy rezolutną, parę lat młodszą siostrę. (Chociaż uwielbiam państwo Lisów, tak myślę, że jednak popełnili poważny błąd przy wychowaniu starszej córki, rozpieszczając ją, nie zwracając uwagi na jej zepsucie, bo "tak mocno ją kochali, że nie potrafili jej odmówić"). Luka jest bohaterką nieznośną przez większość powieści, ale bardzo realistyczną. Bo to mało takich ludzi? Myśli tylko o sobie, nie zważa na cierpienie innych, na ich poświęcenie; zero wdzięczności, zero szacunku. Gdzieś w tym wszystkim zastanawiałam się, co spowodowało, że stała się tak okrutną postacią, czy przydarzyło jej się coś złego. Nic nie dawało usprawiedliwienia na jej zachowania, ale starałam się po prostu ją zrozumieć.

Dziś tak dziwnie o książce, chaotycznie. Ale tak właśnie się czuję po tej powieści, w trakcie pisania recenzji - nie wiem jak to wszystko ogarnąć i z siebie wyrzucić. Luka robi z siebie divę-warszawiankę, kiedy poznaje Huberta, kierowcę busa, od samego początku jest oburzona, że śmie się do niej odzywać w taki, a nie inny sposób. Przypadkiem wpadają na siebie jeszcze kilka razy; jak się wszystko potoczy - można się domyśleć, przynajmniej tak ogólnikowo.

Myślę, że bardziej niż o wakacyjnym romansie przeradzającym się w coś więcej, jest to powieść o przemianie, jaką przeszła główna bohaterka (a przynajmniej właśnie to odczułam najmocniej). Humorystyczne słowne przepychanki Luki i Huberta czytało się z przyjemnością, w ogóle jak całą powieść, jednak kiedy ich znajomość przeszła na "kolejny etap" stali się masą, brakowało mi charakteru, byli po prostu jedną z wielu par. Brakowało wyrazistości.

To pierwsza powieść Doroty Milli z jaką miałam styczność, z tego, co się orientuję wcześniej wydała jeszcze jedną i myślę, że ją też kiedyś przeczytam. Po pióro autorki jest bardzo lekkie, dialogi niewymuszone, przez całość brnie się płynnie, bez zgrzytów. Oprócz traktowania tej książki, jako powieści idealnej na lato polecam ją, jako zastanowienie się nad własnym postępowaniem. Wszyscy mamy swoje grzeszki, nie jesteśmy krystaliczni, ale sęk tkwi w tym, żebyśmy uczyli się na błędach, żebyśmy mieli w sobie pełno pokory i nie bali się przyznać do błędów.

Tak, polecam tę książkę na lato, na oderwanie się od rzeczywistości, odprężenie się i przeanalizowanie własnego zachowania. Bardzo fajna lektura, plus wyczuwam naprawdę obiecującą autorkę. Myślę, że stać ją na jeszcze więcej i wkrótce to udowodni, w każdym razie trzymam kciuki.

W powieści To jedno lato nie znajdziecie tyle o rozkwitającym uczuciu, ile można by sądzić, patrząc na jej objętość, więcej będzie o zmianie zachodzącej w Luce. Co nie znaczy, że powieść nie jest warta uwagi, bo jest wręcz przeciwnie. Przyjemna w odbiorze, wciągająca, do samego końca buchająca emocjami, wyróżniająca się na tle innych bohaterką - istną żyletą. Jeśli czujecie się na siłach, zapraszam do lektury.

pokaż więcej

 
2017-06-12 16:20:12
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
Cykl: An Ember in the Ashes (tom 2)
 
2017-05-26 20:31:39
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Hart''s Boardwalk (tom 2)

przedpremierowa recenzja na: http://ravenstarkbooks.blogspot.com/2017/05/wszystko-co-w-tobie-kocham-recenzja.html
[...]
Skoro przy pierwszym tomie serii, gdzie Bailey i Vaughn byli tylko pobocznymi postaciami odczuwalne były takie wyładowania atmosferyczne, to możecie sobie dopowiedzieć, co autorka zrobiła z czytelnikami kiedy postanowiła, że w nowej powieści będą oni grać pierwsze skrzypce....
przedpremierowa recenzja na: http://ravenstarkbooks.blogspot.com/2017/05/wszystko-co-w-tobie-kocham-recenzja.html
[...]
Skoro przy pierwszym tomie serii, gdzie Bailey i Vaughn byli tylko pobocznymi postaciami odczuwalne były takie wyładowania atmosferyczne, to możecie sobie dopowiedzieć, co autorka zrobiła z czytelnikami kiedy postanowiła, że w nowej powieści będą oni grać pierwsze skrzypce. To było p r z e g e n i a l n e. Uśmiałam się ze słownych przepychanek Bailey i Vaughna, pozłościłam na jedne i na drugie, za to, co robili, a jeszcze częściej za to, czego właśnie nie robili. Para bohaterów idealna do śledzenia, i nie mam tu na myśli słodka, czy cukierkowa. Niby taka zwyczajna, niczym się specjalnie nie wyróżniająca obyczajówka, z nutą romansu (bo erotyk to to nie jest, jak książka jest szufladkowana na niektórych stronach internetowych), a tak pochłania czytelnika, tak uzależnia na te kilka godzin, że aż strach pomyśleć, jaką władzę nad czytelnikami potrafi mieć autorka. [...]

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
367 186 1508
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (63)

Ulubieni autorzy (12)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (2)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd