Myślę obrazami. Arne Jysch opowiada o pracy nad „Złotym Berlinem”

Ewa Cieślik
12.11.2019

„Złoty Berlin” przenosi czytelnika do wibrującej życiem stolicy Niemiec lat 20. Komiksowa adaptacja bestsellerowej serii Volkera Kutschera o komisarzu Gereonie Rathu właśnie ukazała się w Polsce. Z autorem scenariusza i ilustratorem Arne Jyschem rozmawiamy przy okazji jego pobytu na krakowskich Targach Książki. Jak sam mówi, starał się, by w swej powieści graficznej oddać ducha tamtych czasów – sposób, w jaki ludzie siedzieli przy kawiarnianych stolikach czy trzymali w dłoni papierosa.

[Opis wydawcy] Adaptacja powieściowego bestsellera, który stał się podstawą najdroższego w historii niemieckiego przemysłu filmowego serialu. Berlin, rok 1929. Komisarz Gereon Rath z powodów dyscyplinarnych zostaje przeniesiony z Kolonii do Berlina. Tu Złoty trafia do wydziału zajmującego się sprawami obyczajowymi, co traktuje jako degradację. Zaangażowany w sprawę szajki zajmującej się produkcją pornografii odkrywa, że jest ona bardziej skomplikowana, niż się początkowo wydawało.

„Złoty Berlin” to opowieść o korupcji, spisku i skandalu, dziejąca się na tle Berlina czasów Republiki Weimarskiej. Kraj pogrążony jest w ekonomicznym kryzysie, na ulicach co rusz dochodzi do starć z
demonstrującymi „czerwonymi”, nasilają się ruchy narodowo-socjalistyczne. Ten historyczny thriller jest adaptacją bestsellerowego cyklu kryminalnych powieści Volkera Kutschera, który zainspirował powstanie najdroższego serialu w historii niemieckiego przemysłu filmowego.

Ewa Cieślik: Jak się czujesz po przyjeździe do Polski?

Arne Jysch: Świetnie, dziękuję. To nie jest mój pierwszy pobyt w waszym kraju. W wakacje byłem nawet całą rodziną nad Bałtykiem, w okolicach Świnoujścia. Teraz jednak dopiero po raz pierwszy widzę polskie wydanie mojej książki!

I jakie masz wrażenia?

Bardzo mi się podoba format i papier. I cieszę się, że jest w miękkiej oprawie. Uważam, że taka jest bardziej przyjazna dla czytelnika, lepiej trzyma się ją w ręce niż sztywną, twardą okładkę.

Polski tytuł „Złoty Berlin” jest inny od oryginalnego, który brzmi „Der nasse Fisch”, czyli dosłownie „mokra ryba”. Zdaje się, że to nawiązanie do języka, którego używają policjanci?

Tytuł „Złoty Berlin” bardzo mi się podoba i cieszę się, że polski wydawca (Wydawnictwo Marginesy – przyp. red.) się na niego zdecydował. Inne zagraniczne wydania mojej powieści – francuskie czy angielskie – wszystkie nazywają się tak samo, jak serial „Babilon Berlin”. Nie mam z tym problemu, to rodzaj międzynarodowego tytułu dla tej historii. „Der nasse Fisch” może nie być zrozumiały dla czytelnika spoza Niemiec, chociaż bardzo go lubię. W policyjnym żargonie oznacza nierozwiązaną sprawę zabójstwa, która trafia do archiwum. To oryginalny tytuł książki, na której oparłem swoją powieść graficzną – choć niestety nie niesie ze sobą skojarzeń z latami dwudziestymi w stolicy Niemiec. Polski tytuł „Złoty Berlin” jest bardzo dobry, zresztą w Niemczech na ten okres mówimy Goldene Zwanziger (złote lata dwudzieste – przyp. red.).

Zanim stworzyłeś „Złoty Berlin”, również planowałeś powieść graficzną osadzoną w tym samym czasie i miejscu, prawda?

Tak, dokonałem już nawet wstępnego researchu w tym temacie. Wtedy – było to pomiędzy 2000 a 2010 rokiem – robiłem storyboardy, tworzyłem też krótkometrażówki i myślałem o tym, aby zająć się reżyserią, chciałem kręcić filmy. Pomyślałem, że lata 20. to dobry temat na film. Czytałem książki z tamtych czasów, na przykład dzieła Ericha Kästnera czy „Das kunstseidene Mädchen” pióra Irmgard Keun. W 2008 w radio usłyszałem recenzję książki „Der nasse Fisch” autorstwa Volkera Kutschera (pol. wyd. „Śliska sprawa” – przyp. red.). Od razu pomyślałem, że to jest coś, czym chciałbym się zająć – czy to przenosząc tę historię na ekran kinowy, czy na medium powieści graficznej, bo wtedy właśnie pracowałem już nad swoim pierwszym komiksem „Wave and Smile”. Zdobyłem kontakt do Volkera Kutschera i rozpocząłem rozmowy na temat możliwości nakręcenia filmu na podstawie jego książki, a potem stworzenia komiksu. Uwielbiam rysować i myślę obrazami, komiks więc wydał mi się naturalnym sposobem, aby po swojemu opowiedzieć historię przedstawioną w jego książce. W międzyczasie Volker pisał kolejne tomy serii o komisarzu Gereonie Rathu, wiedziałem więc, że ta historia ma potencjał. Zresztą po opublikowaniu „Wave and Smile” mój wydawca spytał o moje dalsze plany, więc decyzja była prosta. Zdaje się, że był to 2013 rok. A niedługo później Volker zadzwonił do mnie i powiedział, że jego książka zostanie zaadaptowana na potrzeby telewizji.

Reklama

I jaka była twoja pierwsza myśl?

Ucieszyłem się, także dlatego, że realizacją miał zająć się Tom Tykwer, bardzo utalentowany reżyser, więc wiedziałem, że powieść trafiła w dobre ręce. Zacząłem się jednak również obawiać konkurencji, bo dopiero zaczynałem prace nad komiksem, a nie chciałem, by moją pracę postrzegano przez pryzmat serialu. Wiedziałem, że nie będzie to dla mnie dobre, jeśli komiks trafi na rynek już po premierze serialu – czytelnicy pomyśleliby, że powstał na jego podstawie. Zastanawiałem się więc, ile czasu zajmie moja praca – a przecież musiałem napisać scenariusz komiksu zupełnie od nowa, a potem stworzyć wszystkie ilustracje – i ile miesięcy będzie potrzebować ekipa produkcyjna, skoro serial przedstawiany był jako duża, międzynarodowa produkcja. Na szczęście prace nad produkcją przesunęły się aż o rok, więc zdążyłem na pół roku przed Tomem Tykwerem i jego ekipą. (śmiech) W 2016 roku, gdy już oddałem wydawcy gotowe materiały i rozpoczął się proces drukowania mojego komiksu, zostałem zaproszony na pokaz pierwszego zwiastuna serialu. Byłem go bardzo ciekawy! Po jego obejrzeniu odetchnąłem z ulgą, bo przekonałem się, że był zupełnie inny niż mój komiks i prezentował zupełnie inne spojrzenie na Berlin lat dwudziestych.

Co jest takiego specjalnego w tym czasie, że dziś jest dla nas tak interesujący? Był to wyjątkowy moment w historii nie tylko Niemiec, ale także całej Europy – wliczając w to Polskę. Dwudziestolecie międzywojenne wywarło niezwykle istotny wpływ na ówczesną kulturę.

Cóż, mogę mówić tylko o sytuacji w Niemczech, kiedy po zakończeniu wojny ludzie byli przepełnieni szczęściem, entuzjazmem, radością życia… Czasy te, szczególnie lata 1924–1929, zaraz po inflacji, a jeszcze przed kryzysem gospodarczym, były swego rodzaju szczytem osiągnięć kultury niemieckiej. Oczywiście dziś patrzymy na te czasy, mając już inną perspektywę, bo wiemy, że później, w 1933 roku, rozpoczęła się katastrofa, która wszystko zmieniła (koniec Republiki Weimarskiej, początek III Rzeszy – przyp. red.). To sprawia, że ten niewielki wycinek czasu między jedną a drugą wojną jest dla nas fascynujący. Sam niedawno zwiedzałem Dessau, szkołę Bauhausu…

Tak, widziałam zdjęcie na twoim Instagramie.

Zgadza się, zapostowałem pamiątkowe zdjęcie z tej wycieczki. To, co działo się w kulturze tamtych czasów, choćby właśnie w architekturze związanej z Bauhausem, było świeże, innowacyjne, niezwykłe. Ten okres wrył się też bardzo mocno w naszą wyobraźnię – hasło „lata 20.” od razu przywołuje konkretne obrazy, wizje eleganckich mężczyzn w kapeluszach, kobiet z fryzurami w stylu bob… Można to przyrównać do obrazów, jakie pojawiają się w naszej głowie, gdy pomyślimy o piratach czy rycerzach. Myślę, że to w dużej mierze stanowiło siłę powieści Volkera Kutschera.

Siła wizualnej narracji?

Tak – czytając jego książkę, czułem się, jakbym oglądał film. To jedna sprawa. A druga – doskonały research. Volker czytał gazety z tamtych czasów, sprawdzał pogodę, jaka panowała danego dnia, akcję umieszczał na ulicach o nazwach, które wtedy były aktualne… Dodatkowo pisząc, był też wierny prawidłom gatunku. Seks, przemoc, tajemnica, suspens – jest tu wszystko, a dodatkowo rzeczywistość tamtych czasów przedstawiona jest we współczesny sposób.

A jak przebiegała wasza współpraca podczas przygotowywania komiksu?

Zanim zacząłem, sporo rozmawialiśmy. Wiedziałem, że będę musiał dokonać wielu cięć i skrótów, bo jego książka liczy pięćset stron, a ja musiałem zmieścić się na dwustu. Volker powiedział mi ważne słowa: „weź z mojej książki te sceny, które najbardziej ci się podobają, i stwórz wokół nich własną wersję”. Proces powstawania „Złotego Berlina” był odmienny od „Wave and Smile” – tam musiałem stworzyć zarys historii od zera, tutaj mogłem oprzeć się na powieści, dzięki czemu było mi łatwiej. Pokazałem Volkerowi pierwszy, surowy zarys scenariusza, wiedział więc, jakie zmiany wprowadzę.

Jedną z głównych różnic między twoim komiksem a oryginalną książką jest inna perspektywa – w twojej wersji narratorem jest główny bohater, Gereon Rath.

Tak, od razu wiedziałem, że tak poprowadzę tę historię. Musiałem mieć możliwość przekazania czytelnikowi pewnych informacji w szybki sposób, bo komiks nie może być tak obszerny, jak książka. Aby połączyć pewne wątki czy pokazać emocje, nie musiałem dzięki temu rozrysowywać kolejnych scen, tylko dodać komentarz Gereona. Inna zmiana, która według mnie była potrzebna, dotyczyła tego, że w oryginalnej wersji główny bohater nie jest bezpośrednio zamieszany w sprawę, którą prowadzi, a ja chciałem, by był w jej centrum, by był zmuszony podejmować niełatwe decyzje, dokonywać trudnych wyborów… Zmieniłem też odrobinę wątek jednej z bohaterek – chciałem, by wydawała się odrobinę nierzeczywista, by przypominała zjawę, ale nie mogę więcej powiedzieć, by nie zdradzić zakończenia.

Ile czasu zajął cały proces powstawania komiksu?

Zacząłem w roku 2013… Około roku zajęło mi napisanie scenariusza, następnie również tyle samo storyboarding, robienie layoutu dla poszczególnych stron, i następnie rok przygotowywania ilustracji.

Dlaczego zdecydowałeś się na czarno-białe ilustracje? Gdy myślimy o czasie, w jakim dzieje się akcja, przychodzi na myśl choćby film „Kabaret”, pełen muzyki, życia i kolorów. Z drugiej strony z tamtych czasów zachowały się czarno-białe fotografie.

Gdy na początku rozmawiałem z Volkerem Kutscherem o adaptacji, powiedział mi, że chciałby, by w komiksie były kolorowe ilustracje. Taka była też moja poprzednia powieść graficzna „Wave and Smile”, ale muszę przyznać, że dodawanie koloru wiązało się z wieloma trudnościami i sporymi nakładami pracy. Nie tylko trzeba było wybrać odpowiedni kolor, ale też trafny odcień, a akcja działa się na pustyni, więc na przykład żółć musiała mieć należyty, piaskowy ton. Mój wydawca zasugerował, by „Złoty Berlin” był czarno-biały, i spodobała mi się ta koncepcja. Chciałem jednak, by ilustracje miały pewien rodzaj artystycznego sznytu, poza tym moim celem było wciągnięcie współczesnego czytelnika w ten świat lat dwudziestych. Gdy pomyślimy o starych czarno-białych filmach, to ta czerń jest odrobinę sprana – stąd moja decyzja, by malować akwarelami. Inspirowali mnie artyści z tamtych czasów, fotografie, ilustracje… Począwszy od magazynów i gazet aż do sztuk pięknych.

Czy mógłbyś powiedzieć więcej o swych inspiracjach?

Podczas researchu byłem w tej szczęśliwej sytuacji, że z tamtych czasów zachowało się dużo materiałów. Najcenniejsze były dla mnie na przykład te fotografie, które ukazują jakąś ulotną chwilę, niepozowaną sytuację, zwykłe życie. Chciałem na nich wyszukać drobiazgi, które wtedy były naturalne, natomiast dziś zwracały moją uwagę. Myślałem sobie: „dziś już nikt by nie usiadł w ten sposób”, albo: „teraz inaczej trzyma się papierosa”. Starałem się, by właśnie te szczegóły ukazać na ilustracjach. Zastanawiałem się, czy w realizowanej w tym samym czasie produkcji telewizyjnej aktorzy będą wyglądać jak w kostiumach, czy raczej zachowają naturalność.

Historia przedstawiona w twojej powieści graficznej jest w stylu retro i noir, ale jednocześnie również wydaje się dość współczesna. Jak sam wspomniałeś, jest w niej przemoc, seks czy narkotyki, ale także odrobina humoru. Główny bohater to twardy gość, ale w niektórych scenach – np. podczas tańca w klubie Femina – poznajemy jego inną stronę.

Użycie pierwszoosobowej narracji pozwoliło mi na taki storytelling, który ukazywałby czytelnikowi to, co Gereon myśli. We wspomnianej przez ciebie scenie na ilustracji widzimy go tańczącego z dziewczyną i jednocześnie dowiadujemy się, że nie znosi tańczyć. Zestawienie jego prawdziwych odczuć z tym, co musi robić, wydawało mi się dość zabawne.

Takie sceny sprawiają, że czytelnik zaczyna go lubić. Mnie przypominał odrobinę czarującego drania w stylu Jamesa Bonda. Czy twoim zdaniem Gereon i Bond mają coś wspólnego?

Przyznaję, że lubię Jamesa Bonda i był na pewno moją inspiracją, jednak Gereon jest inny – stara się być silny i prawy, choć nie zawsze mu to wychodzi. Ma sporo wad i popełnia wiele błędów, ale to właśnie w nim lubię. Jedna z głównych bohaterek, Charlotte, chce, by Gereon za swoje błędy poniósł karę – i ten wątek zostaje w mojej powieści rozwinięty, choć nie mogę zdradzać szczegółów.

Kobiece bohaterki pełnią w twoim komiksie dość ważną rolę. Ukazujesz nawet scenę, gdy wspomniana przez ciebie Charlotte, policyjna stenotypistka, chce zaangażować się w policyjne śledztwo, lecz przez swoich kolegów z komisariatu zostaje wyśmiana właśnie ze względu na płeć.

Tak, chciałem pokazać problemy ówczesnych czasów, z jakimi musiały mierzyć się kobiety, również dlatego, że dziś są one wciąż istotne. Charlotte pełni ważną rolę w fabule – jest nie tylko kochanką Gereona, lecz także osobą, dzięki której dochodzi do pewnego rodzaju katharsis, a Gereon w końcu przekonuje się, kim jest naprawdę. Jest ona zdecydowaną, bezpośrednią, charakterną kobietą – bardzo lubię tę postać. 

Wróćmy jeszcze na chwilę do tematu serialu „Babilon Berlin”, który opowiada tę samą historię, co twoja powieść graficzna. Jak sądzisz – co sprawia, że twój komiks jest lepszy od serialu?

O, dobre pytanie. Oczywiście jest bardzo wiele powodów… (śmiech) Po pierwsze, myślę, że jest bliżej oryginalnej powieści Volkera Kutschera. Serial jest rozpisany na wiele wątków, a w mojej powieści trzymam się sedna historii i perspektywy, jaką przyjąłem. Poza tym muszę przyznać, że nie do końca trafił do mnie sposób przedstawienia lat dwudziestych – nie wykorzystano choćby możliwości, by ukazać typowe dla tego czasu zatłoczone ulice – nie do końca jestem też fanem obsady. Myślę, że twórcy serialu chcieli dodać trochę współczesności do spojrzenia na tamte czasy, ja natomiast pragnąłem pokazać, jak naprawdę wyglądało ówczesne życie.

Na podstawie historii o Gereonie powstała również gra komputerowa bazująca na twoim komiksie. W jaki sposób byłeś zaangażowany w jej powstanie?

Spotkałem się z twórcami gry i rozmawialiśmy o tym, że chcielibyśmy, by ta gra wyszła poza standardowe grono graczy i trafiła także do czytelników. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że powinna mieć trochę spokojniejszy charakter niż inne gry, cechować się unikalną atmosferą. Przygotowałem ilustracje do kilku scen, jestem też autorem kilku scenografii. Co ciekawe, w tej grze można skorzystać z możliwości, jakie daje wirtualna rzeczywistość – używając telefonu czy tabletu, gracz przenosi się na przykład do biura Gereona i szuka ukrytych przedmiotów i wskazówek w szufladach.

Jak myślisz, w czym tkwi sekret tej historii, że została opisana nie tylko w książce i twojej powieści graficznej, lecz także w grze komputerowej?

Książka, komiks i gra to nie koniec! W Berlinie można wybrać się na koncert jazzowy połączony z głośnym czytaniem opowiadań Volkera Kutschera, a rysowniczka Kat Menschik stworzyła prequel tej historii z Charlotte w roli głównej. „Moabit” jest wspaniale zilustrowany – cieszyłbym się, gdyby również został wydany w Polsce! Poza tym w Niemczech organizowanych jest obecnie sporo koncertów, wystaw i różnych innych wydarzeń dotyczących tamtych czasów. Dzięki nim można lepiej zrozumieć ludzi, którzy wtedy żyli – ich codzienność, ale też marzenia i pragnienia – oraz postarać się znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego ten czas musiał się zakończyć.

Dlaczego twoim zdaniem dziś tak bardzo interesujemy się latami dwudziestymi? Widzimy jakieś analogie ze współczesnymi nam czasami?

Bardzo możliwe… Obecnie również wkraczamy w lata dwudzieste, tyle że następnego wieku. Może historia zatacza koło?

A jak postrzegasz przyszłość komiksu?

Myślę, że komiksy trafiają już do szerszego grona odbiorców. Co ciekawe, moja powieść graficzna w księgarniach jest ustawiana nie tylko na półkach z komiksami, ale też na tych z napisem „kryminały”. Dzięki temu „Złoty Berlin” może trafić do czytelników, którzy wcześniej nigdy nie sięgali po to medium. Może się wydawać, że ostatnio komiksy bardzo zyskują na popularności, ale ich rynek w Niemczech wciąż jest bardzo mały. Liczby sprzedanych egzemplarzy komiksów nie da się porównać ze sprzedażą zwykłych książek.

Na koniec pytanie o twoje dalsze plany. Czy jest w nich miejsce na publikowanie kolejnych części przygód komisarza Gereona?

Na początku byłem temu niechętny, pewnie przez to, że temat został podjęty przez telewizję, lecz teraz widzę na to miejsce. Przyznam, że zacząłem już pisać scenariusz kolejnej części, opartej na drugim tomie cyklu Volkera Kutschera. Tym razem akcja dzieje się w Berlinie w roku 1930, na początku ery filmu dźwiękowego. Fabuła związana jest właśnie z branżą filmową, co dla mnie osobiście jest bardzo ekscytujące.

Reklama

komentarze [1]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

168
13
07.11.2019 18:23

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd