Reklama

Dom na wzgórzu. Szalone dzieje „Psychozy”

Bartek Czartoryski
03.11.2019

Posępny dom Normana Batesa nadal stoi na niewysokim wzgórzu, rzucając cień na osławiony motel. Pod drzwiami jednego z pokoi, do bagażnika zaparkowanego tam auta, zwłoki pakuje sam kierownik niewesołego przybytku, po czym łapie za nóż i rusza dziarskim krokiem ku czym prędzej odjeżdżającemu meleksowi z uśmiechniętymi turystami. Witajcie w Hollywood!

Powyższa scena faktycznie się wydarzyła. Ba, byłem jej świadkiem jako jeden z odwiedzających kalifornijskie studio firmy Universal. Co więcej, grana jest na okrągło, co chwila, przez cały rok, ku uciesze setek tysięcy zwiedzających. I mogę się założyć, że Robert Bloch by tego jarmarku nienawidził. Nie chodzi jednak o to, że nie miał zamiłowania do rzeczy, nazwijmy to, mało wysublimowanych, bynajmniej. Wychował się przecież na czasopismach groszowych i pisał scenariusze tanich opowieści z dreszczykiem, lecz Hollywood nie znosił. Cóż, trudno mu się dziwić, skoro na słynnym filmie Alfreda Hitchcocka zarobił marne grosze. Nie mając doświadczenia z podobnymi transakcjami, prawa do ekranizacji „Psychozy” Bloch sprzedał za bezcen, a ówczesny przemysł filmowy potraktował go per noga. Zemścił się nań, pisząc sequel swojej najsłynniejszej powieści, będący swoistą intertekstualną satyrą na Hollywood, czego studio mu nie wybaczyło. Wydanie książki, do czego Universal starał się Blocha zniechęcić, a za co później go niejako ukarał, nie zapraszając pisarza na pokazy kontynuacji dzieła Hitchcocka, wyznaczyło cezurę pomiędzy światem literackim a filmowym; każdy podążył swoją drogą. Niczym Norman Bates, jego „Psychoza” miała od tamtej pory dwie osobowości – jedną z papieru, drugą z celuloidu.

Prowincjonalny horror

Przygoda Blocha, syna urzędnika bankowego, z horrorem miała się rozpocząć od seansu „Upiora z opery” z pamiętną rolą Lona Chaneya. Kiedy aktor zdjął maskę i pokazał oszpecone lico, przyszły pisarz wybiegł z kina i nie zatrzymał się przez całą drogę do domu. Jako nastolatek korespondował z samym Howardem Philipsem Lovecraftem, który – oczarowany młodym, utalentowanym człowiekiem – zadedykował mu jedno ze swoich opowiadań, gdzie chłopak pojawia się nawet jako niejaki Robert Blake. Lata później Bloch również odpowie na wysłany doń list, skreślony ręką aspirującego literata, którego zostanie przyjacielem i mentorem; będzie nim zmarły niedawno Jack Ketchum. Zanim wydał „Psychozę” (1959 rok), podpisał się pod całym mnóstwem rozmaitych krótszych form i powieści gatunkowych, sięgał i po kryminał, i po science fiction, aby z czasem zainteresować się psychologicznymi aspektami zbrodni. Prace Blocha nad, jak się okazało, jego najsłynniejszą książką zbiegły się z aresztowaniem Eda Geina, seryjnego mordercy, który mieszkał z pisarzem, jak na standardy amerykańskie, praktycznie po sąsiedzku. Zupełnym zbiegiem okoliczności, bo kiedy ujawniono prawdę o zabójstwach, powieść była już na ukończeniu, a fabuła wymyślona przez Blocha nabrała makabrycznej aktualności. Nie dość, że niechlubnymi bohaterami obu tych historii, prawdziwej i zmyślonej, był zwyczajny, szary mężczyzna z małego miasteczka, to jeszcze Gein przyznał się policji do obsesji na punkcie surowej matki. Tym zresztą tłumaczył swoją praktykę przywdziewania skór martwych kobiet. Bloch był tymi rewelacjami szczerze zaskoczony.

Reklama

Zabójcza kąpiel

Latem 1960 roku kolejki do kin ustawiały się na chodnikach i zawijały za budynki. Tania, czarno-biała adaptacja thrillera Blocha pierwotnie postrzegana była przez krytykę jako krok w tył dla poważanego do tej pory Hitchcocka, jako film niesmaczny i marny. Ale zachwycona publika głosowała nogami. „Psychoza”, dość kurczowo trzymająca się książkowej fabuły, wyeksponowała zalety powieści i jej nowatorską konstrukcję. Bo przecież panna Crane, postać ze sprawnie zarysowanym portretem psychologicznym, bohaterka pierwszego planu, zostaje zamordowana! Pamiętna scena pod prysznicem to montażowy majstersztyk. Po wyjściu z kina niektórzy przysięgali, że na ich oczach ostrze noża raz po raz przebija nagie ciało Janet Leigh. Takiej śmiałości ze strony reżysera jawnie wykpiwającego cenzorskie obostrzenia wtedy nie widywano. Ekranizacja wygładziła co bardziej sugestywne sceny przemocy, lecz i tak „Psychoza” zawierała ujęcia wtedy niemalże niedopuszczalne, jak chociażby… moment spłukiwania toalety. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że głośny film Hitchcocka zapewnił książce Blocha nieśmiertelność i z pewnością napędził sprzedaż, acz, jak już zresztą pisałem, na samej ekranizacji pisarz zarobił grosze. Stąd, kiedy po dwudziestu paru latach przyszło do realizacji jej sequela – zresztą znakomitego! – wydana nieco wcześniej powieść o mało odkrywczym tytule „Psychoza II” wykpiwała hollywoodzkie środowisko i drwiła z panującej mody na krwawe i niezbyt wymagające horrory. O ile kontynuacja wyreżyserowana przez miłośnika, apologetę i przyjaciela samego Hitchcocka, Richarda Franklina, opowiadała o podjętej przez wypuszczonego z zakładu Normana próbie powrotu do normalnego życia, tak u Blocha ten ucieka ze szpitala i, jak twierdzi jego lekarz, zmierza do… Hollywood, chcąc wymordować ekipę realizującą film o jego życiu. Jawnie parodystyczne twisty wyśmiewają gatunkowe trendy, a finał definitywnie kończy historię Normana Batesa. Tyle że, jak wiemy, potwory zawsze powracają.


Zawsze wolne miejsca

Kilka lat przed śmiercią Bloch wydał powieść „Psycho House” (1990), której akcję osadził dziesięć lat po śmierci Normana, kiedy to jego dom zostaje wykupiony przez obrotnego przedsiębiorcę i przerobiony na atrakcję turystyczną. Oczywiście niebawem dochodzi tam do makabrycznych zdarzeń. Ale jeszcze zanim rzeczona książka – która, niestety, mało kogo obeszła – pojawiła się na księgarnianych półkach, na regałach wypożyczalni kaset można było znaleźć „Psychozę III”, czyli sequel drugiej części. A już po premierze ostatniego pełnowymiarowego dzieła Blocha także i telewizyjną „Psychozę IV” z podtytułem „Początek”, gdzie (ponoć) wyleczony Norman opowiada o swoim życiu prowadzącemu audycję radiową. O ironio, trzecia odsłona serii była tym, czego Bloch nie znosił, czyli kolejnym generycznym horrorem o szalonym zabójcy, czwarta zaś zdawała się ignorować poprzednie kontynuacje i skupiała się na dorastaniu przyszłego mordercy. Podjęto też próbę realizacji serialu o koledze Batesa ze szpitala, który po śmierci przyjaciela próbuje rozkręcić motelowy biznes, ale nie został on przyklepany przez stację i ukończono jedynie pilota. Koncept telewizyjnego tasiemca powrócił dopiero w tej dekadzie, kiedy nakręcono uwspółcześniony serial o młodym Normanie i jego matce, „Bates Motel”, będący istnym mariażem psychologicznego horroru i serialu dla nastoletniego odbiorcy. Ostatni sezon zbiega się z wydarzeniami z powieści Blocha i filmu Hitchcocka. Z kronikarskiego obowiązku należałoby jeszcze pewnie napomknąć o remake'u „Psychozy” z 1998 roku, lecz jest to praktycznie odtworzenie legendarnego już dzieła niemalże scena po scenie. Lecz naiwnie byłoby twierdzić, że Hollywood porzuciło temat na zawsze.

Zwykle postrzega się postać Roberta Blocha jako autora jednego dzieła i to autora oszukanego przez krwiożerczy przemysł filmowy, ale jest to ocena cokolwiek niesprawiedliwa. Bo przecież rewolucyjne (i rewelacyjne) rozwiązania fabularne wykorzystane przez Hitchcocka zostały wymyślone i opisane przez niego, a poświęcenie przez pisarza tyle czasu i wysiłku na badania charakterologiczne było dla mało poważnego gatunku literackiego pewnym novum. Poza tym nie było chyba roku, żeby Bloch nie odebrał jakiejś branżowej nagrody za swoje dokonania prozatorskie. No i zostawił po sobie świetne scenariusze, między innymi te do paru antologii grozy brytyjskiej wytwórni Amicus. Nie sposób przecenić jego wpływu na amerykańskie kino i telewizję, bo – abstrahując od konfliktu Blocha ze studiem Universal – kolejne filmy oraz serial wywiedzione z jego książki zbudowały legendę i stworzyły ikonę. Szkoda tylko, że zarobił na tym ktoś inny.

Reklama

komentarze [2]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

40
0
31.10.2019 10:22

Zapraszam do dyskusji.


26
26
03.11.2019 17:29

Świetny artykuł. Od samego czytania mam ciarki. Ach, ta kąpiel. Nie dość że przyjemna, to jeszcze z dreszczykiem emocji. :)


zgłoś błąd