-
Artykuły
Czytamy w weekend. Książki Roku 2025. 20 marca 2026
LubimyCzytać308 -
Artykuły
Za nami Gala Książka Roku 2025 – rekordowe głosy i zwycięzcy 11. edycji Plebiscytu Lubimyczytać
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Od królewskich dworów do Hollywood
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Crime Story: pierwsze takie wydarzenie autorskie w Polsce
LubimyCzytać6
Biblioteczka
2017-07
2017-04-05
~ Wiadomo kiedy będą napisy do s01e02 Naznaczonych? ~
Serie naznaczonych bardziej się ogląda jak serial niż czyta jak książkę. I to chyba całkowicie opisuje specyfikę tej książki.
Druga część przedstawia po raz kolejny sprawę morderstw ściśle związanych z jednym z głównych bohaterów. Schemat stworzenia tej części jest bardzo podobny do pierwszej.
Dostajemy nieco więcej informacji na temat głównych bohaterów, przyglądamy się ich wzajemnym relacją i wszystko wskazuje, że przez kilka kolejnych części będziemy uświadczać takiego reality show.
Oczywiście, zaistniały w książce wcześniej trójkąt przebija się i tutaj, ale na szczęście nie jest nachalny, a nawet powiem więcej. W ramach zaskoczenia i jakiegoś plot twistu to sytuacja z tajemniczymi chłopcami/kandydatami do ręki niewinnej dziewoi się rozwiązała (ciekawe na jak długo xd).
Ogólnie to miło wspominam czas z Naznaczonymi. Są momenty, które rzeczywiście wciągają, a reszta jest co najmniej przyjemna.
Nie jest to głęboka pozycja, ale na wieczór w ramach odprężenia w sam raz. Dosłownie na wieczór. Nie wiem jak można tak pisać, ale wyjątkowo szybko można przebrnąć przez wszystkie strony.Końcówka po raz kolejny mnie zawiodła, no nie wiem o co chodzi, ale zaczyna mnie to drażnić. Na szczęście dla historii, nie tracą one zbyt wiele na tych zakończeniach i finałowych bossach.
Co można powiedzieć więcej, no nie wiele, opowiadanko, które nie wnosi wartości do życia, nie zapiera tchu w piersi ani skłania do refleksji. Taki typowy odmóżdżacz. Także jeśli ktoś potrzebuje oderwać się od niezapłaconych rachunków, a akurat serial niedostępny albo tylko z dupnym lektorem to można jak najbardziej zabrać się za naznaczonych. Jest miło i w ogóle. Ale nie sugerowałabym, żeby się jakoś szczególnie nastawiać. Rozczarowanie nie śpi. Uważajmy.
Nie ma co sobie życia utrudniać jeszcze bardziej.
https://thebooksstreet.blogspot.com.
~ Wiadomo kiedy będą napisy do s01e02 Naznaczonych? ~
Serie naznaczonych bardziej się ogląda jak serial niż czyta jak książkę. I to chyba całkowicie opisuje specyfikę tej książki.
Druga część przedstawia po raz kolejny sprawę morderstw ściśle związanych z jednym z głównych bohaterów. Schemat stworzenia tej części jest bardzo podobny do pierwszej.
Dostajemy nieco więcej...
2017-06-18
~ O kilku takich co ukradli... wszystko co mogli. ~
Dzisiaj zamieszkajmy na cmentarzu.
Jutro wyjdźmy knuć podstępy i snuć marzenia.
A siódmego dnia patrzmy, jak świat płonie.
To co zaczęło się w "Szóstce wron" dopiero w "Królestwie kanciarzy" wyewoluowało i zakończyło się, jak dla mnie tam rozgrywa się właściwa akcja. Relacje między bohaterami stały się ciekawsze i głębsze, awykonalna akcja z poprzedniego tomu nagle okazuje się jedynie wierzchołkiem góry lodowej.
Ogólnie tooo: pływające trupy, chodzące trupy, żywe trupy i pseudo trupy. Ach, te brudne konszachty ze śmiercią.
Raskolnikow zarumieniłby się przy tej zbrodni i zapłakał przy karze. Klęknąłby przed miastem potworem - Katterdamem. Ale Kaz Brekker?
Kaz Brekker wie jedynie, że anarchia nie sprzyja żadnemu królestwu.
A już szczególnie temu Kanciarzy.
Czas objąć władzę i zniszczyć dotychczasowe prawo.
Katterdamie, czyżby znalazł się ktoś kto zmusi cię do pokłonu? Najwyraźniej.
Pierwsze wydane rozporządzenie zawiera: przekręty, pułapki i wieczne problemy. W kółko i w kółko coś idzie nie tak. Jakieś natrętne przeszkody na drodze do fortuny, chwały i spełnienia zemsty.
O tak, zemsty.
Motyw przewodni tej historii to zemsta. Zdecydowanie.
Paląca potrzeba odpłacenia za krzywdy. Swoje, innych, nieistotne. Napędzane koło jednej wielkiej zemsty.
Bękarty z Baryłki już takie są. Jak tatuaż. Gdy zajdą pod skórę, są nie do usunięcia bezboleśnie.
Każdy z nich uciułał coś dla siebie. Ale w porównaniu z pierwszą częścią, tym razem można mówić o grupie ludzi związanych ze sobą. Ekipie. Drużynie. Gangu. Zwał jak zwał.
Cechy wspólne: skłonności do przemocy, żądza zemsty, wirowanie wśród negatywnych emocji, rozpychanie życia łokciami, wszystko po to by zagarnąć jak najwięcej miejsca na perspektywy.
Bo to jest to, o co walczą. O perspektywy. Największą tragedią dla nich byłoby pozostanie szczurem na dolnym pokładzie tonącego statku.
Autorce w swoim tańcu na krawędzi udało się zachować równowagę i przeprowadzić postaci bez uszczerbku na charakterze i autentyczności. Chociaż... kogo przeprowadziła tego przeprowadziła. Matthias, he, no cóż, pierwszy wyrwał się z szeregu. Szkoda, że stali nad przepaścią.
Świat, który Bardugo sobie wymyśliła, funkcjonuje przerażająco sprawnie. Wyraźnie można odczuć, że świat głównych bohaterów jest tylko częścią, jeszcze nie odkrytych, potencjalnych historii.
Cenię również Bardugo za jej zakończenia. Często jest to najsłabsza część książek, a tu proszę, historia pięknie zamknięta, nie za szybko nie za wolno. W punkt.
Mam potrzebę wrócić jeszcze do Katterdamu. Naprawdę. Wiem, że autorka tworzy w uniwersum i super, ale nie wiem jak sobie poradzić bez Kaza. Łatwo polubić jego kanciastość.
Niech się piekło zacznie.
Na trzy...
Chwila, stań tam pod ścianą.
...dwa...
Idealnie runie ci na głowę.
... jeden!
http://thebooksstreet.blogspot.com/
~ O kilku takich co ukradli... wszystko co mogli. ~
Dzisiaj zamieszkajmy na cmentarzu.
Jutro wyjdźmy knuć podstępy i snuć marzenia.
A siódmego dnia patrzmy, jak świat płonie.
To co zaczęło się w "Szóstce wron" dopiero w "Królestwie kanciarzy" wyewoluowało i zakończyło się, jak dla mnie tam rozgrywa się właściwa akcja. Relacje między bohaterami stały się ciekawsze i...
2016-12-28
~Winter is coming! a tu jakieś popijawy~
Chyba nikogo nie zaskoczę mówiąc, że książka jest lepsza od serialu.
A jednak uważam, że dobrze jest czytać "Grę o tron" po obejrzeniu sezonu (albo dwóch). Nie gubisz się w postaciach, możesz skupić od razu na tym jak są kreowane i przypisać cechy do serialowego obrazu. Spore ułatwienie i uprzyjemnienie książki, bo bohaterów jest sporo i na początku można pominąć kilka ciekawych szczegółów.
Na podstawie historii Georde'a stworzono adaptację, która realizuje książkę niemal perfekcyjnie.
Do tego obsada jest właściwie idealna, więc śmiało można oglądać. Przynajmniej ja niezbyt umiem odciąć książkę od serialu.
Jedyna rozbieżność to wiek bohaterów.
Która sporo zniekształca w serialu, gdzie bohaterowie są co najmniej 10 lat starsi od swoich pierwowzorów.
I dlatego książka plasuje się u mnie wyżej.
Brak doświadczenia i wiek tłumaczy niektóre zachowania bohaterów i sprawia to, że możemy zrozumieć ich działania.
Dlatego starsi aktorzy popełniający dziecięce błędy, byli strasznie irytujący.
Chociażby ten osławiony Jon Snow, który nie wiadomo za co zbierał w pierwszych sezonach te wszystkie ochy i achy. Był przecież nudny, jakiś taki nijaki. No, ale to chyba oczywiste, że nie mógłby wybiegać naburmuszony z łzami w oczach z uczty. Ubili w nim dzieciaka z książki i nie zostało nic :)
Otóż w powieści Martina jest cudowny. Ma jakieś 14 lat, jest charakterny, wszystko co robi gra z jego wiekiem, a rozdziały z nim są moimi ulubionymi. Tak więc książka ułaskawiła Jona w moich oczach zdecydowanie.
I pogrążyła jeszcze bardziej Sansę. I Catelyn. Ja nie wiem. To są idiotki. Niedaleko jabłko pada i te sprawy.
Wiesz co mnie ciekawi? Jak to jest że, nie ukrywajmy, Ned Stark do najostrzejszych mieczy w zbrojowni nie należy, a jego syn Robb miewa błyski inteligencji. Po kim? Po matce? Nie w tę stronę galopujmy.
Nie powinnam się go raczej czepiać całkiem sympatyczny chłopak. Bardzo podobało mi się w jaki sposób został zmuszony do stania się dorosłym i jak sobie z tym radzi. Jak potrafi ukrywać się i być Wielkim Lordem, by w jednej chwili zwierzać się ze strachów młodszemu bratu.
Oraz Daenerys. Ja wiem, że niewielu za nią przepada, ale jej wątki są ciekawe i dobrze się o tym czyta, z pewnością lepiej niż o uczuciach Sansy. Lubię, gdy w jednym momencie jesteśmy na wiecznie przenikającym kości chłodzie Muru, a z kolejnym rozdziałem na upalnej części światka wśród dzikusów maszerujących zakurzonym stepem.
Jedyne co mi się nie podoba i uważam za nie potrzebne to motywy fantasy. Te całe smoki, zombie i mordercze cienie są bez sensu. A i jeśli mowa o tych dworskich intrygach, przekrętach i w ogóle, to dosyć marne są jak na moje oko.
Najwyraźniej nie wszystko musi być idealne, ale nie zmienia to, że "Gra o Tron" jest bardzo spójną i logiczną historią, pochłaniającą wiele czasu, ale w zamian dostarcza dobrej zabawy.
Czas na starcie królów! Nie ukrywam. Ja całym sercem za Starkami.
thebooksstreet.blogspot.com
~Winter is coming! a tu jakieś popijawy~
Chyba nikogo nie zaskoczę mówiąc, że książka jest lepsza od serialu.
A jednak uważam, że dobrze jest czytać "Grę o tron" po obejrzeniu sezonu (albo dwóch). Nie gubisz się w postaciach, możesz skupić od razu na tym jak są kreowane i przypisać cechy do serialowego obrazu. Spore ułatwienie i uprzyjemnienie książki, bo bohaterów jest...
2016-11-11
~ Simon mówi jedz oreo. Simon mówi bądź gejem. ~
Jeżeli szukasz czegoś chorobliwie lekkiego i milusiego, to "Simon..." się nada.
Bo proszę bardzo: jest to króciutka opowiastka do przeczytania w pół dnia, niezobowiązująca, ale też nie nudząca (aż tak), łatwo i szybko się ją przyswaja.
Co prawda, jest również w jakimś stopniu infantylna i wypełniona naiwnością, co dosyć mocno idealizuje pewne sprawy i łagodzi ich krawędzie. Jednak idealnie wpisuje się to w klimat książki i jej atmosferę.
Oczywiście, sam temat homoseksualizmu i ogólnie pojętego rasizmu może nakierowywać nas na to, że misją książki jest kształtowanie kręgosłupa moralnego, ale zdecydowanie nie szłabym w tym kierunku. Taki odbiór może mógłby przejść u młodszych czytelników, natomiast zagorzałego homofoba nie zmieni. Becky pokazuje, że tak po prostu na tym naszym świcie jest i już.
Oprócz tytułowego Simona i jego tajemniczego partnera od maili (który swoją drogą nie był ciężki do rozszyfrowania, autorka niezbyt subtelnie rzucała wskazówki co do jego tożsamości), poznajemy dosyć sporo postaci. I kurde, niektóre z nich są ledwie zarysowane, ot mamy zasygnalizowane, że są. Wielka szkoda, bo przez to, że niewiele mamy okazji do poznania otaczających Simona ludzi, stają się oni bardzo intrygujący. Takie chodzące niedopowiedzenia. I ze względu właśnie na to, że było zdecydowanie za mało czasu im poświęconego, uważam, że książka powinna być o wiele dłuższa, żeby rozbudować jakoś fajnie poszczególne wątki. Chociaż dociera do mnie fakt, że ta wstrzemięźliwość ma pewne zastosowanie - by wyeksponować wątek Simona i nie przytłoczyć ani zdominować go innymi.
Osobiście, bardzo nurtuję mnie tyle pobieżnie rozwiązanych spraw. Przyjaciele Simona są już wystarczająco ciekawi, a co z jego rodziną? Przeczytałabym jakiś sequel.
Ale wracając jeszcze do wielkiego odkrycia osoby Blue (czyli gościa, z którym nasz Simon sobie pisał), to nie było zaskakujące, jednak chyba nie powinno takie być. Nie pozostawia wrażenia bycia punktem kulminacyjnym ani nic. Co jest, według mnie, fajnym zabiegiem. Takie rozciągnięcie zakończenia, zamknięcie wszystkich spraw w obrzydliwie szczęśliwy sposób.
W gruncie rzeczy "Simon oraz inni homo sapiens" to trochę przesłodzona historia wszechobecnej miłości wśród nastolatków, więc co kto lubi. Dla mnie była przyjemnym przerywnikiem i przypomnieniem, że w ustawieniach domyślnych wcale nie musi stać biały hetero chrześcijanin, jedzący oreo tylko jako przekąskę.
https://thebooksstreet.blogspot.com
~ Simon mówi jedz oreo. Simon mówi bądź gejem. ~
Jeżeli szukasz czegoś chorobliwie lekkiego i milusiego, to "Simon..." się nada.
Bo proszę bardzo: jest to króciutka opowiastka do przeczytania w pół dnia, niezobowiązująca, ale też nie nudząca (aż tak), łatwo i szybko się ją przyswaja.
Co prawda, jest również w jakimś stopniu infantylna i wypełniona naiwnością, co dosyć...
2016-11-08
~ Jak cię zabić, kochanie? Zanudzić na śmierć? ~
Śmiechu warte. Albo nie. Zdecydowanie łez.
Jakby to ująć.
Banalna książka z tandetnym humorem, niesamowicie nudna i bezosobowa, ani nie wciąga, ani nie nadaje się nawet na zabicie czasu w autobusie. Za to mogłaby być podawana zamiast aviomarinu, bo usypia z miejsca.
Historia ciągnie się jak flaki z olejem. Niewiarygodnie męcząca pozycja, która pozostawia po sobie duże rozczarowanie. Jeżeli w ogóle ktokolwiek dotrwa do końca. Bo nie wiem czy istnieje jakaś siła, która by do tego mogła zmusić.
Wszystko jest takie tanie i drażniące.
Bohaterowie, kompletnie nie budzący żadnych emocji, chyba mieli być wykreowanymi na niekonwencjonalnych, a wyszli stereotypowo i ani trochę zaskakująco. Co więcej, w bardzo polski sposób, jak bohaterowie "Rancza" albo "Na wspólnej".
Stary, słuchaj! Mam zajebisty pomysł! No odjazd, niech zakonnica będzie tak na prawdę przebranym zbrodniarzem, bo przecież to jest groteskowe i zaskakujące połączenie. Taka, hehe, komedyjka.
Do tego mam wrażenie, że nie czytam książki, a oglądam życie postaci z Simsów. Jeżeli taki właśnie był zamysł, to coż... No nie, nie wyszło.
"Jak cię zabić, kochanie?" to przerysowana, ani trochę zabawna, z wszechobecnym kiczem, a do tego zanudzająca na śmierć książka. Gdyby się uprzeć i szukać plusów, to postawiłabym na imię autora. Bardzo ładne.
Kochanie, zrób coś dla mnie. Wyrzuć albo po prostu nie czytaj.
https://thebooksstreet.blogspot.com.
~ Jak cię zabić, kochanie? Zanudzić na śmierć? ~
Śmiechu warte. Albo nie. Zdecydowanie łez.
Jakby to ująć.
Banalna książka z tandetnym humorem, niesamowicie nudna i bezosobowa, ani nie wciąga, ani nie nadaje się nawet na zabicie czasu w autobusie. Za to mogłaby być podawana zamiast aviomarinu, bo usypia z miejsca.
Historia ciągnie się jak flaki z olejem. Niewiarygodnie...
2016-10-23
~ "Będziesz krakać jak wrona, jeśli wśród wron dorastasz." ~
Śliskie, wąskie uliczki. Ciemne zaułki, z których wypełzną tylko najsilniejsi. Odór śmierci na plecach słabych. Brudne pieniądzę, kobiety i zwyczaje.
I jedna dewiza: oskubać frajera to nie grzech, a obowiązek.
Jesteś wart dokładnie tyle, ile masz.
A Kaz ma dosyć dużo. W sumie wszystko czego potrzeba by przetrwać. Władzę, reputację, pieniądzę i zemstę. Sama Chciwość łamie przed nim kolana. Bezlitosny strateg, główny pionek na planszy, zawsze dwa kroki przed innymi (prawie Odyn!).
Chłodny geniusz z traumą. Taki chłopak w sam raz do polubienia. Co prawda, nigdy nie masz pewności czy właśnie nie obmyśla 5 sposobów na twoją śmierć.
Ale tak właśnie wygląda szef bandy przestępców goniących za kupą forsy.
Pieniądze szczęścia nie dają? Nie w tym przypadku.
Bardugo stworzyła sześcioro wyrazistych postaci, dających się lubić i zrozumieć (no, przynajmniej do pewnego stopnia). Dała nam szansę na poznanie każdego z osobna i odkrycia, że nie składają się tylko z dwóch cech na krzyż. Wbrew pozorom wszyscy są bardzo ludzcy. Pełni sprzeczności; słabi i twardzi, żyjący przeszłością, poszukujący celu, żądni zemsty i miłości. Heroiczne szczury kanałowe.
Los stawia ich przed szansą. Szkoda byłoby nie wykorzystać takiej okazji.
Autorce udało się nawet upchać do tego nierządnego światka sensowny paranormalny wydźwięk.
Jakby mało było jej tego upodlenia, dorzuciła jeszcze dyskryminowanych ludzi z nieprzeciętnymi zdolnościami, płaszczących się na dnie drabiny chierachii społecznej. Przynajmniej z założenia, z tego co widać nie są biernymi ofiarami.
Nietrudno wejść do ich rzeczywistości, bo jest ona w pełni autentyczna. Nie robi się wielkiego halo z człowieczków mogących wysadzać innych od środka. Nasi bohaterowie w takich realich istnieją i funkcjonują na co dzień, dlatego poświęcają uwagę ważniejszym rzeczom, a przez to i dla nas staje się to naturalne jak oddychanie.
Styl w jakim napisana jest książka to kanciasty wór pełen luzu wewnątrz. Ostre słowa układają się w lekkie zdania i niosą nas przez karty powieści.
Dla mnie strzał w dziesiątkę. Tak samo jak masa niedopowiedzeń, zostatwiająca miejsce do popisu dla czytelnika.
Były również liczne tematy zaledwie liźnięte, pokładajmy więc nadzieję w drugiej części.
Momentami bywało nużąco, ale nie na tyle by przestać czytać. Wydarzenia fajnie rozegrano - ani nie były przeciągane na siłę, ani zamykane na szybciaka. Wreszcie trafiła się porządna końcówka. Nie zapeszając kolejnego tomu, oczywiście.
"Szóstka Wron" to zdecydowanie dobry czytelniczy wybór, co prawda pozostawia po sobie niedosyt i ma kilka braków, ale skutecznie maskuje je bezkompromisowym klimatem, za który można dać się pokroić.
Czy już zacząłeś krakać?
https://thebooksstreet.blogspot.com
~ "Będziesz krakać jak wrona, jeśli wśród wron dorastasz." ~
Śliskie, wąskie uliczki. Ciemne zaułki, z których wypełzną tylko najsilniejsi. Odór śmierci na plecach słabych. Brudne pieniądzę, kobiety i zwyczaje.
I jedna dewiza: oskubać frajera to nie grzech, a obowiązek.
Jesteś wart dokładnie tyle, ile masz.
A Kaz ma dosyć dużo. W sumie wszystko czego potrzeba by...
2016-10-13
~ Zagadkaa! Kto to jest: ma ogromny potencjał, szansę wybicia i pracuje marnując to?~
AP to był pierwszy komiks, który przeczytałam od Katt, oprócz tego, że wtedy (i później) bardzo mi się spodobał, to i pozostał mi do niego spory sentyment. Internetowa Katt to była niechlujna, ale ładna kreska. Niewybredny humor, ale przecież nie zawsze szukamy wysmakowanych i wyrafinowanych form rozrywki.
Za to Nowa Katt, może i kreskę poprawiła (chociaż jak dla mnie jest sztywna - zwłaszcza sylwetki postaci), ale teksty staczają się po równi pochyłych heheszków i kiczu. Postaci zostają jeszcze bardziej spłycone niż w oryginałach, a kadr na kadrze leży. O co chodzi? Dlaczego pomimo oczywistych wad wcześniej śmiałam się jak głupia przy lekturze i zaczytywałam w kolejne rozdziały, a teraz gdy mam w ręce wydany, profesjonalny tomik, razi mnie wszystko - fabuła, postaci, kreska, teksty.
To tak, jakby brakło ducha.
Niedoskonałe internetowe komiksy były lepsze niż obecne rysowane na siłę przez autorkę gonioną terminami. Która, nawiasem mówiąc, najwyraźniej stwierdziła, że wystarczy nawciskać ludziom byle gówno, bo przecież czytelnik nie szuka ambitniejszych tworów.
I właśnie stąd biorą się moje obawy. Jak już wspomniałam AP bardzo sobie cenię, dlatego cholernie bałam się, żeby nie zostało spieprzone = ściągnięte do poziomu EL czy HFOD.
W porównaniu do internetowej wersji postaci są spłycone, pozbawione tych najciekawszych cech i charakterku. Gdzie się podział buńczuczny Smite, który wcale nie potrzebuje swojego alter ego, żeby powściekać się na świat?
Dlaczego Nadrzędny Narcyz jest tak mało narcyzem?
Jednowymiarowo i bez charyzmy, szkoda.
Fabuła może klei się jakoś bardziej, ale wszystko dzieje się mega szybko, zdecydowanie za szybko. Przydałby się jakiś odstęp czasu.
Co do kreski to chciałabym więcej dynamiczności, którą pamiętam jeszcze z pierwowzoru. Naprawdę dobre ujęcia kadrów przewijają mi się w głowie i wygrzebują z pamięci, gdy widzę nieporadne postaci w tomiku. Czasem kolory były dodawane trochę na siłę. Bo jeśli wsześniej były by podkreślić emocję to teraz, żeby ładnie wyglądać.
I nie można zaprzeczyć wygląda to ładnie, ale co z tego.
Uciekł gdzieś taki brudny klimat, spontaniczny, bardzo naturalny. Jest za sztywnoooo.
Cholera, jak ja nad tym ubolewam!
(Btw, może wydawnictwo tego nie uwzględnia, może autorka ani nie potwierdza ani nie zaprzecza i może niektórzy pozostają w nieświadomości, hehe, ale ps. Topcio tradycyjnie na czele kampani szerzenia gejozy wśród Smita. :) )
W każdym razie, obecnie Magenta to najlepszy komiks autorki, który został wydany. A liczę, że historia się rozwinię i wątki które się przeplatały w The Racist, będą działały tak samo w tomikach. No bo pomysł jest i potencjał też. Tylko mniej podążania gimbusiarską stroną mocy.
Amen.
https://thebooksstreet.blogspot.com.
~ Zagadkaa! Kto to jest: ma ogromny potencjał, szansę wybicia i pracuje marnując to?~
AP to był pierwszy komiks, który przeczytałam od Katt, oprócz tego, że wtedy (i później) bardzo mi się spodobał, to i pozostał mi do niego spory sentyment. Internetowa Katt to była niechlujna, ale ładna kreska. Niewybredny humor, ale przecież nie zawsze szukamy wysmakowanych i...
2016-10-07
~ Dwa słowa: "kultura i deprawacja" ~
Przepis na Doriana Graya?
Na początku bierzemy trochę piękna. Ale nie byle jakiego.
Piękna które inspiruje artystów.
Piękna, które stanie się żywą sztuką.
Później już idzie z górki.
Jeden niezwykle charyzmatyczny cynik w zupełności wystarczy.
Wilde używa portretu, jako zwierciadła duszy Graya, który pozostaje nieskazitelnie piękny i młody, podczas gdy portret starzeje się wraz z każdym jego grzechem.
No, a trochę ich było. Wiecie, Dorian staję się sztuką, pięknem, ale od środka przegniwa, upada moralnie, by nigdy już się nie podnieść. Zostaje aroganckim, narcystycznym mężczyzną, który tłamsi swoje sumienie i ukrywa je przed światem.
Autor zamyka Doriana w maszynie, która raz uruchomiona nie pozwala na zatrzymanie się. Ciągle i ciągle Dorian plączę się w grzechu i plugawości. Nawet pragnienie dobra nic nie może zmienić, bo jest ono tylko przejawem próżności.
Czy jest potworem?
Cóż, niektórzy pokusili by się o stwierdzenie, że Dorian jest tylko tworem, sztuką stworzoną przez Lorda Henry'ego, to w końcu on wszczepił w chłopaku przekonanie, że "jedynym sposobem pozbycia się pokusy jest uleganie jej".
Ale to tylko niektórzy.
Fascynująca książka przepełniona pięknem i pomimo tak niewielkiej formy wzbudza ogromną ilość pytań.
Czym więc jest sztuka? Czy tylko pięknem, czy może czymś więcej? Czy odzwierciedla świat, czy wręcz przeciwnie, to świat podąża w ślad za nią?
https://thebooksstreet.blogspot.com.
~ Dwa słowa: "kultura i deprawacja" ~
Przepis na Doriana Graya?
Na początku bierzemy trochę piękna. Ale nie byle jakiego.
Piękna które inspiruje artystów.
Piękna, które stanie się żywą sztuką.
Później już idzie z górki.
Jeden niezwykle charyzmatyczny cynik w zupełności wystarczy.
Wilde używa portretu, jako zwierciadła duszy Graya, który pozostaje nieskazitelnie piękny i...
2016-09-18
~ Jesteś tu nowy? Próbujesz odnaleźć siebie? Właśnie dla ciebie przygotowaliśmy wyjątkowy pakiet "Walhalla w pigułce oczami Jednookiego" dostępny już od lutego na DVD i Blu-ray.~
Z Rickiem to tak średnio się znamy. Niby coś tam kiedyś tam, ale bez rewelacji. Coby nie zaniedbać szanownego autora, wzięłam się za Miecz Lata. Nie żeby był to zabieg celowy i świadomy. Poszłam w ciemno. To ta fantazyjna zbieżność mitologii nordyckiej, imienia Magnus i wilków w jednej książce zmanipulowała moją osobę do kupna.
I cóż, sprawa wygląda podobnie jak z Percym.
Pierwszoosobowa narracja pełna ironii, humoru oraz dystansu do świata wkreśla się w nazwisko Riordan całkowicie słusznie. Tak przedstawiona rzeczywistość dodaje klimatu, ułatwia czytanie i nie nudzi.
Jestem zachwycona uczłowieczeniem nordyckich bogów. Stali się bardziej wymiarowi, nie byli tylko dołożonymi charakterami w ludzkim (ów też nie) ciele. Zyskali coś, co mogli dostać tylko dzięki Rickowi. Bardzo mi się podoba żądny nowinek technologicznych Odyn, optymista-Thor, czy Surtr, który nie jest tylko masą zniszczenia. Do tego mojemu ulubieńcowi przypadła interesująca (acz trochę odbiegająca od moich wyobrażeń) rola do zagrania, która mam nadzieję dostanie swoje pięć minut i narobi bajzlu. Jak to chaos ma w naturze.
Trochę niepokoi mnie w jakim kierunku nam ta cała fabuła zmierza i na jaką skalę mają wpływ główni bohaterowie.Tą kwestią zajmę się w kolejnych tomach.
"Miecz Lata" nie jest metaforyczną książką spisaną hieroglifami (ze wskazaniami do dogłębnej analizy), czy źródłem z którego możemy czerpać nieposkromione ilości życiowej mądrości lub coś. "Miecz Lata" to wręcz rwący strumień, porywający w świat stworzony lekką ręką, absurdalny, pełen rozrywki i plastyczności. No bo hej, przypadkowy człowieczku czy ty właśnie umarłeś? Nie szkodzi, przejdziesz recykling i zrobimy z ciebie bohatera! Czy mi się wydaję czy przejmujesz się złamaną nogą? Daj spokój, ten krasnolud w garniturze chętnie przebiegnie z tobą na rękach maraton!
Przed wami bezdomny książę rozmawiający z kawałkiem żelastwa o olbrzymskich smarkach.
Bo grunt to dobra zachęta.
https://thebooksstreet.blogspot.com
~ Jesteś tu nowy? Próbujesz odnaleźć siebie? Właśnie dla ciebie przygotowaliśmy wyjątkowy pakiet "Walhalla w pigułce oczami Jednookiego" dostępny już od lutego na DVD i Blu-ray.~
Z Rickiem to tak średnio się znamy. Niby coś tam kiedyś tam, ale bez rewelacji. Coby nie zaniedbać szanownego autora, wzięłam się za Miecz Lata. Nie żeby był to zabieg celowy i świadomy. Poszłam w...
2016-08-28
"Ladies and gentlemen, na dzisiejszej gali rozdania tytuł Mordercy otrzymuje..."
Wychodzę z założenia, że zakończenie to powinno być porządne pierdolnięcie. Konkretne, logiczne (niekoniecznie szczęśliwe). A kiedy myślę o "Naznaczonych", to oprócz fajnego rozwiązania (hm, w wypadku otwartego zakończenia to nie najlepsze słowo) kilku spraw, to rozwikłanie głównego wątku było rozczarowujące.
Ciekawe jak autorka wybierała mordercę."Ene due rike fake, kochanie zostań moim mordercą!". Wow. Ja tak to widzę. Pod koniec książki padło na pewną postać i trzeba było dokleić ją do historii i wymyślić jakiś motyw. Oklepany, jeden z bardziej oczywistych. Eh.
A najgorsze, że wcześniej nie ma żadnego wydźwięku tajemniczego mordercy. Żadnych wskazówek, poszlak, niczego co mogłoby później przy "zdemaskowaniu" poskładać się, wskoczyć we właściwie trybiki, cokolwiek.
Po prostu - zabójca okazał się pieprzonym geniuszem.
Rozwodzę się nad tym, ponieważ niespodziewanie książka mi się cholernie spodobała i nie chcę przymykać oczu na takie durne rozwiązanie sprawy.
[Taki mini spoilerik] Chciałam, żeby to Michael był mordercą - ale pewnie ciężko byłoby o motyw i sposobność. Gdyby Jennifer trochę pogłówkowała, myślę, że byłoby to wyborne zakończenie. [Koniec]
"Naznaczeni" są lekką, nieprzyzwoicie wciągającą historią, z którą spędzimy miły dzień.
Pomysł jest interesujący, styl pisania po prostu teleportuje na ostatnie strony.
I te wszystkie zdolności otwierają dużo możliwości, są łatwo i prosto podane, wywiązują się dzięki nim dialogi, które się dobrze czyta. Szkoda tylko, że w ostatecznym rozrachunku są lekko zepchnięte na drugi tor. Ale tylko troszkę.
Bohaterowie są ciekawi oraz dynamiczni, a po zakończeniu, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zasługiwali, jednak na więcej miejsca. Chociaż nie mam pojęcia jak, bo książka w swojej formie, ze swoją treścią jest wyważona w sam raz.
Jak to w młodzieżówkach bywa, pojawia się romans. Powiem więcej. Cholerny trójkąt miłosny. Ale na szczęście, nie jest nachalny. Wręcz jest drobniejszym wątkiem pobocznym, co sprawia że nie rani aż tak niewinnych czytelniczych zmysłów.
Może nie jest to głęboka książka, zmieniające nasze zepsute wnętrza na lepsze, ale wciąż ludź rozrywki potrzebuje, a "Naznaczeni" ją dostarczają.
https://thebooksstreet.blogspot.com
"Ladies and gentlemen, na dzisiejszej gali rozdania tytuł Mordercy otrzymuje..."
Wychodzę z założenia, że zakończenie to powinno być porządne pierdolnięcie. Konkretne, logiczne (niekoniecznie szczęśliwe). A kiedy myślę o "Naznaczonych", to oprócz fajnego rozwiązania (hm, w wypadku otwartego zakończenia to nie najlepsze słowo) kilku spraw, to rozwikłanie głównego wątku było...
~Doktorze? Czy głosy w głowie mogę zakwalifikować, jako istotny objaw? Czy czekać na halucynacje ? ~
Wyjątkowo niedoceniana i wyjątkowo dobra seria o zombiakach. Sama nie wiem, jak te książki mogły tak przesmyknąć niepostrzeżenie po naszym rynku.
Gdy czytałam Deadline, czułam jakby miód zalewał moje oczy. Już nie chodzi nawet o to, że książki są naprawdę dobrze napisane, dosyć specyficznie, ale nie męcząco. Chodzi bardziej o to, że nadziwić się nie mogę wciąż, jak solidne rusztowanie autorka postawiła w swoim świecie. Wizja, którą roztacza przed nami, jest przerażająco prawdopodobna oraz na tyle interesująca, że nie odstawia się tej pozycji niedoczytanej na półkę, by gniła po wieki wieków.
Mira Grant nie ma najwyraźniej serca, a jedynie chłód geniuszu. Dokładnie wiedziała co robi, gdy wpychała swoje postaci w tragiczne sytuacje, coraz bardziej niszcząc im życia (zupełnie jakby pastwiła się nad robalem, któremu odrywa nóżki), po czym rozebrała ich do naga i postawiła przed czytelnikami. Żebyśmy dokładnie wiedzieli co się dzieje w głowach bohaterów, gdy robią to co robią. Albo co się w nich nie dzieje. Zdecydowanie pogłębiony został aspekt osobowości postaci i jej zmian przez wpływ aktualnych wydarzeń. Duży plusik.
Jeżeli chodzi o fabułę, to cóż można powiedzieć, nie spoilerując. Chyba jedynie to, że o ile pierwsza część miała toporne momenty, tak tutaj płyniemy (a raczej biegniemy) bez przerwy z akcją.
Jeszcze więcej tajemnic wymyka się spod kontroli, jeszcze więcej puzzli trafia na swoje miejsce. Z tym, że wszystko przez to jest jeszcze bardziej skomplikowane i jeszcze bardziej do siebie nie pasuje. Dlatego trzecia część tak bardzo pociąga do sięgnięcia po nią.
Jedyna rzecz jaka mnie bardzo niepokoi to epilog. Bardzo niefortunny zabieg jak dla mnie, który może pogrążyć finałową część tej trylogii. Z tego powodu zdecydowanie bardziej nie mogę doczekać się jej przeczytania.
Świecie pogrążony w strachu! Uważaj! Bo nic się nie zmieniło!
https://thebooksstreet.blogspot.com/
~Doktorze? Czy głosy w głowie mogę zakwalifikować, jako istotny objaw? Czy czekać na halucynacje ? ~
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWyjątkowo niedoceniana i wyjątkowo dobra seria o zombiakach. Sama nie wiem, jak te książki mogły tak przesmyknąć niepostrzeżenie po naszym rynku.
Gdy czytałam Deadline, czułam jakby miód zalewał moje oczy. Już nie chodzi nawet o to, że książki są naprawdę dobrze...