-
Artykuły
Czytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać388 -
Artykuły
Nadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać7 -
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać13 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać12
Biblioteczka
2026-01-10
kiedyś raptularz był księgą, brulion, gdzie odręcznie zapisywano różne - często bieżące - informacje – takich jak sprawy domowe,, finansowe, urzędowe, czy też anegdoty i zdarzenia.
a co zrobiła Pani Ula ?
poetka?
ona w tym Raptularzu - nagrodzonym tomiku wierszy - pisała o samotności, o tęsknocie, o ciemnych nocach i słowach, które przychodzą do jej łóżka, siadają w nogach...
to wiersze o tym, co było i co jest teraz
to wersy składane o życiu, o tym gdzie głowa spoczywa i gdzie umysł szuka...
słowa pomiędzy
zawieszone
gdzieś
ona i oddech
kiedyś raptularz był księgą, brulion, gdzie odręcznie zapisywano różne - często bieżące - informacje – takich jak sprawy domowe,, finansowe, urzędowe, czy też anegdoty i zdarzenia.
a co zrobiła Pani Ula ?
poetka?
ona w tym Raptularzu - nagrodzonym tomiku wierszy - pisała o samotności, o tęsknocie, o ciemnych nocach i słowach, które przychodzą do jej łóżka, siadają w...
2025-07-17
Niebo umysłu pokrywają to jasne, to ciemne chmury smutku i łez słonych, jak morze. Wspomnienia mieszają się z pragnieniami, ciepły piasek plaży tego szumiącego ciągle morza przesypuje się w klepsydrze stojącej na stole.
Dzień wstaje, budzi się za szybą jasność, a tu, w ciemnym, zatęchłym pokoju lęk jakiś czai się.
Choroba wstaje, bo dzień wstaje...
„Chrobot z gardła
przeciera szlak
do gardzieli nieba...”
Brzmienie głosu uwięziło wąskie gardło, ślina ścieka kącikami drętwych warg. Wszystko spowija ból i rzężenie jakieś nieskładne. Tu, w stęchliźnie choroby ciągle mrok panuje. Zazdrostki i tiul w oknie tłumią słońce i ptaków trele. Radość dzieci chłoną drzewa i niebo wysokie.
I zastanawiasz się i czy jutro nadejdzie? Czy proza życia zrobi swoje?
Dzień po dniu nanizane na nitkę codzienności. Tylko one zostały. I fotel z wklęsłym odciskiem, co zieje pustką i chłodem i czekaniem nienazwanym. W nim wpisana jest trajektoria zdarzeń miejsc odwiedzanych i twarzy ludzi kiedyś spotkanych. Tabernakulum pamięci o tobie, „(...) Absurdalna zbędność...” po tobie.
Grat z „zacerowaną dziurawą przeszłością”.
Przeszedłeś przez ziemię, a ja tu i teraz szukam sensu tego wczoraj i dzisiaj i czasu, jaki mi został.
Samotność to nie jest, bo głowa pełna obrazów, a świat pełen rzeczy po tobie.
Wszystko trwa, „formuje świat”, w uszy wpadają słowa przez ciebie przemilczane, przypominają się i te czasem niedbale napisane, a ciągle obecne.
Moja pamięć pełna wszystkiego po tobie. Pojemna, jak szafa, której nie opróżnię, nie posprzątam.
Są i sny niewyraźne, „mamroczę przez sen...”, coś jest, czegoś nie ma.
Kogoś dotknąć chcę.
Sen i jawa grubą ścianą dyskrecji oddzielone.
„Białe ściany dyszą
biała cała ja ...”
Czy aniołem jestem o białej szyi? O szyi jak znak zapytania? Aniołem, jak łabędź?
Jestem, tęsknię, wspominam.
Banka Konopka odsuwa „Dymiącą szufladę” i wysypuje z niej spisane niegdyś wiersze, słowa jakieś i myśli kiedyś ważne. Teraz jest wiatr z otwartego na oścież okna, ulatują wersy pod sufit, opadają na dywan, pod stopy. Białe ptaki tańczą w chaosie, jak wystraszone motyle.
Czytam te słowa, buduję z nich sens, a ten zaczyna przenikać me palce. Dłonie drżące, słabe są. Łzy płyną po twarzy. Tyle tu wspomnień, żałoby i straty. Tyle czekania na kogoś i na coś.
Był i odszedł. Żył... Teraz szukać grobu.
Teraźniejszość to wszystko, co Konopka ma. Przeszłość nie wróci, przyszłości jeszcze nie ma, choć majaczy na horyzoncie dni i nocy. Na jutro nie odkłada, na wczoraj już zrobiła.
Tu i teraz.
Tu są słowa, zdjęcia, natrętne pragnienia dotyku, tego ostatniego. Tego na zawsze już. Tego, który zapisze się w pamięci na wieczność.
Wiersze Blanki Konopki to krótkie opowieści. Historie całe. To muzyka słów ułożona w wersy. To spacer po twarzach, kolorach i oddechach. To szlachetność własnej drogi, którą się podąża. Te wiersze, jak i drogę poetki, trzeba poczuć w sobie. Trzeba dać sobie czas, czasem dużo czasu, by odważyć się stawiać krok za krokiem i iść mapą wersów, słów i myśli. Czytaj, odkładaj, sięgaj i wracaj.
#agaKUSIczyta
Niebo umysłu pokrywają to jasne, to ciemne chmury smutku i łez słonych, jak morze. Wspomnienia mieszają się z pragnieniami, ciepły piasek plaży tego szumiącego ciągle morza przesypuje się w klepsydrze stojącej na stole.
Dzień wstaje, budzi się za szybą jasność, a tu, w ciemnym, zatęchłym pokoju lęk jakiś czai się.
Choroba wstaje, bo dzień wstaje...
„Chrobot z...
Nie na darmo mówi się, że w codzienności jest piękno i ukryty skarb. W tym życiu codziennym, czasem nudnym, czasem trudnym do bycia od rana do nocy, czasem pełnym energii i uśmiechu – w tym właśnie życiu są małe iskierki piękna, których tak często nie widzimy, a które poeci dostrzegają od razu.
Codzienność i dom dają poczucie bezpieczeństwa, są jak ciepła kołdra, którą wiesz, że się do snu przykryjesz. W takiej właśnie codzienności, ba – prawie trywialności i prostocie – zanurza się autorka, poetka, ONA, kobieta, Anna Hayder.
Płynie ona w tym szumie dnia, falują słowa w niej. Zegar odmierza dni i pory roku, czasem w ciszy daje wytchnienie i jakiś azyl od innych. Wyobraźnia podszeptuje słowa i wersy całe lecz nie zawsze optymistyczne, co sugeruje opis na obwolucie, a z którym wielce polemizuję. Optymistyczne? Trochę tak. Zabawne? Trochę też, ale to też i smutne zwrotki, które gubią się pomiędzy tymi słońcem ogrzanych.
Takie jest życie, podkreśla poetka, która jest w tym swoim życiu osadzona
„(…) Jedno zdanie,
Jestem”
Czy wiersze są wobec tego wesołe? Dobrze wyczytane snują czasem wokół tego, co w nie wsadzi nos, sieć trudów i niemocy, jakąś słabość, która nakazuje schować się w innym świecie. I tu te wiersze są, bo i między wersami dostrzec można podobne zagubienie. Czujesz symbiozę z poetką, bo ten wasz świat nagle jest
„(…) Wygodny, spokojny, powolny, niewymagający”
A za drzwiami skrywa się inny, ciemny i bury. Za progiem stwierdzasz, że „zmarło szczęście”, że musisz wrócić, że chcesz uciec. Bo jest twoja recepta z lekami do wykupienia, że nie jesteś gotowy na depresję, że cugle życia przecież… Że jak to tak? Że próg pomiędzy tym co jasne i wesołe i tym, co straszy i mierzi? Mierzysz „dzienny poziom wskaźnika parametru samotności”.
Cyk, cyk – bije zegar w czterech ścianach poetki.
Cyk, cyk – rodzą się myśli, wspomnienia, uśmiech pojawia się na twarzy, jak słońce na niebie.
Jestem – szepcze – przeminę i nic nie zostanie. Jestem – więc żyję lecz nie tak, jak każdy. Czasem przekora ratuje moją duszę i wiarę w sens mijanych dni.
W tomiku „DROGA…” jest i zabawa i ironia i gorycz. Radość – ta zwykła, niewymuszona, z byleczego. Czasem jest kpina i limeryk, czasem zabawa w klocki-słowa, które poetka układa tak jakoś nieskładnie. Kpi tym samym z siebie i z ludzi i absurdu bezdusznego. Wspomina, maluje chmury na niebieskim niebie, śpiewa dzieciom kołysankę na dobranoc. A czasem, w pośpiechu, wszystko rzuca, bo
„piesek chce znowu pobiegać
Podwórkiem
Nogę zadzierać w bliskości drzew, krzaczorów i aut
Przemiłe zwierzę, choć wymaga. Sikout”
Wiersze można czytać pojedynczo, zażywać jak pigułkę, można bawić się interpretacjami lub z kilku wierszy tworzyć jeden – swój. Można wyciągać z nich wersy lub słowa i układać w nowe linie. Można je precyzyjnie, na wzór patologa, rozkładać i bebeszyć doszukując się ni to sensu, ni logiki, ni sedna jakiegoś. Ale po co?
Te wiersze są. Ot tak – i wystarczy.
Daj się im ponieść, połóż się na trawie poezji – radzi Ania Hayder – i zabaw się w chmury.
„(…) Wielbłąd
Dwugarbny
Chyba
Jasny, puszysty, miękki (…)
Jeden garb, czy dwa? (…)
Ulotne… głowy, oczy, postacie
Jak ja na twoim niebie”
#agaKUSIczyta
Dziękuję za lekturę sztukater
Nie na darmo mówi się, że w codzienności jest piękno i ukryty skarb. W tym życiu codziennym, czasem nudnym, czasem trudnym do bycia od rana do nocy, czasem pełnym energii i uśmiechu – w tym właśnie życiu są małe iskierki piękna, których tak często nie widzimy, a które poeci dostrzegają od razu.
Codzienność i dom dają poczucie bezpieczeństwa, są jak ciepła kołdra, którą...
2024-02-13
Takich książek nie ma wiele, a szkoda. To klasyka, bezsprzecznie zasłużona, wspaniała i uniwersalna i nigdy się nie starzeje. Można wręcz powiedzieć, że wraz z upływem lat zyskuje na wartości. Na każdej stronie odkrywasz walory teksów. I za każdym razem się śmiejesz, za każdym razem podziwiasz bystre oko autora i jego artyzm. Ba, polot i słowotwórstwo.
Siedzisz przy oknie i zerkasz na „Bajki i przypowieści” Krasickiego, a przez głowę przelewają ci się myśli, jak chmury po jesiennym niebie. Raz bure, pełne deszczu i przestrogi, raz jasne, jak białe owce, które hasają na łące. Bo cóż to jest bajka? Bajką może być wszystko, dlatego bajanie do bajarza należy. On uczy i wyjaśnia, on oświetla kagankiem, ale i hamuje. On wodzi słowami za nos, byś ty, bajkowy czytelniku, sam wysupłał pointę. Tu jest o chlebie, o rybach, o słoniach i mrówkach – o zwierzętach wszelakich z wszystkich gatunków. Tu jest o żołnierzu, o głodnym, schorowanym, jest nawet o filozofie – o ludziach wszelkich. Krasicki przyciąga i tematem, i żartem i ujęciem. Bajki przypominają wielką, pełną po same burty, Arkę Bajek Przymierza, na której to Noe-Ignacy sprawuje baczenie.
Czytanie „Bajek i przypowieści” przechodzi i ciałem i umysłem i ciałem w inny wymiar. Wymyka ci się poczucie realizmu, bo oto nagle jesteś na bagnach z krzywą czaplą, albo szukasz zdrowia u doktora, czy stoisz koło konia, który wrócił z orki i cieszy się z tego, że nie nosi na grzbiecie ludzi. I mogłoby się wydawać, że tej kilkuwersowe bajki są banalne, ale podczas czytania uzmysławiasz sobie, że posiadają w sobie niedocenioną głębię. Zachwycasz się nimi, wzruszasz, czujesz w sobie i dziecko i dorosłego. Dokonuje się w tobie ciągła transformacja, a horyzont myślenia coraz bardziej się poszerza, coraz bardziej mieni się kolorami znaczeń, które wypływają z morałów. Czas traci na znaczeniu, gdy wsadzasz nos w „Bajki...” Krasickiego.
To coś na miarę zjawiskowej książki, ponadczasowej perełki literackiej.
Muszę jeszcze zatrzymać się na wspaniałym tłumaczeniu Andrzeja Malkiewicza. To, co ów mędrzec ujął w słowach stawia go na równi z piórem autora. To dwujęzyczne wyrafinowane bajki, które się pochłania. Są, jak melodia rozpościerająca się nad najpiękniejszą bajkową krainą. I choć zmienił się nieco język, a niektóre słowa z bajek wymagają wyjaśnień, to nadal bawią. I to przednio. Mają w sobie nieodparte piękno i magnetyzm. Zachwycają.
Andrzej Malkiewicz u boku Ignacego Krasickiego unieśli się ponad poziomy literackie. Stworzyli w duecie czarodziejski zbiór „Bajek i przypowieści”, perełkę wydawniczą, która wymaga wyróżnienia na podium. Ona sama pcha się do rąk. Przyciąga.
Niebywały zbiór utworów Krasickiego odbiera poczucie realizmu, a samo czytanie staje się ucztą. Staje się rozkoszą, wręcz luksusem. O dowolnej porze możesz się w tych „Bajkach...” zanurzyć. Czytać po wielokroć, bez końca...
Doktor i zdrowie
Rzecz ciekawą, lecz trudną do wierzenia powiem:
Jednego razu doktor potkał się ze zdrowiem;
On do miasta, a zdrowie z miasta wychodziło.
Przeląkł się, gdy go postrzegł, lecz że blisko było,
Spytał go: «Dlaczegóż to tak spieszno uchodzisz?
Gdzie idziesz?» Zdrowie rzekło: «Tam, gdzie ty nie chodzisz».
Takich książek nie ma wiele, a szkoda. To klasyka, bezsprzecznie zasłużona, wspaniała i uniwersalna i nigdy się nie starzeje. Można wręcz powiedzieć, że wraz z upływem lat zyskuje na wartości. Na każdej stronie odkrywasz walory teksów. I za każdym razem się śmiejesz, za każdym razem podziwiasz bystre oko autora i jego artyzm. Ba, polot i słowotwórstwo.
Siedzisz przy oknie...
2023-09-05
„Początek jest trudny
zwłaszcza gdy już wiemy
że pierwsze nie jest pierwsze”
bo przecież...
„pierwsze słowo dziecka wybrzmiewa
w świecie w którym żyją inne słowa”.
Do „Szczelinami” Wita Szostaka podchodziłam trzy raz i dopiero ten ostatni okazał się być ostatecznym. Dokończonym. Dokonanym. I przyznam się szczerze, że początkowo nie rozumiałam tych wersów. Nie umiałam odkryć ich sensu ani treści, nie umiałam łączyć ze sobą tak, by tworzyć z nich obraz. Jednak zanim sięgnęłam trzeci raz wysłuchałam rozmowy z Witem Szostakiem, który opowiadał o pomyśle na powieść, o pracy, o sobie, i o tym, co w „Szczelinami” jest – według niego, bo każdy znajdzie tu coś innego. Coś, co będzie tylko jego, a co przeniknie w niego szczelinami ciała i umysłu. Znajdzie to, czego teraz potrzebuje.
„wpuszczam sobie w żyły
dawki cudzych wierszy
i czekam aż się rozejdą
po kościach i narządach”.
Te słowa są jak widma, które „po ludziach zostają na siedzeniu” w tramwaju. Przystanki rozrywają epizody nie tylko podróżujących wraz z tobą, ale i twoje epizody, bo czytając robisz przerwy. Co kilka stron zamykasz tę książkę, by rozsmarować w sobie przeczytane słowa. Utykasz te wiersze w szpary między sobą, a światem, by zapanować nad własnymi szczelinami, by zatrzymać siebie w sobie.
„Szczelinami” jest o mamie. Tkwi na osiedlu, na którym się urodziła i na którym pewnie umrze. Przez lata wiele się tu zmieniło – bezdomni na ławkach, grzebiący w śmietnikach. Wszyscy mądrzy stąd uciekają, a osiedla zmieniają się w slumsy. Lecz ona tu jest. Jeździ tramwajem, podgląda ludzi obok, ale tez przygląda się sobie. Wspomina życie – radości, smutki, zakochania ale i rozczarowanie, samotność, czekanie... Wspomina o wstydzie, stracie, ale i odkrywaniu siebie na nowo. Słowa Szostaka układają się w obraz, jak klocki. Z wersów wysupłujesz sobie własne słowa i nawlekasz je tworząc nowe wiersze, które spisujesz na marginesie. Stajesz się poetą poezji wyczytanej i zasianej.
Treść wchodzi w ciebie wszystkimi szczelinami i tnie cię na rozgrzane plastry.
Zarówno rozdziały, jak i poszczególne wiersze można czytać wybiórczo, jednak najbardziej smakują czytane po kolei. Czytaj fragmentami, odkładaj, sięgaj ponownie. Czytaj z ołówkiem w ręku i wyłapuj słowa, których połączenie cię zatrzymuje. Będziesz do nich wracać i połykać je ponownie, łapczywie chłonąć. To „taniec po słowach”, do którego kroki rozpisał Wit Szostak.
Najbardziej wstrząsną mną rozdział ”Cień w podziemiu” o dziewczynce mieszkającej z dziadkami,gdzie
„każda noc
jest umieraniem w mroku,
lite drzwi, tylko szczelinami światło,
dziewczynka przed ciemnością nakrywa się kołdrą po uszy,
wtedy słyszy własny oddech,
szczelinami nic nie przyjdzie”...
Dziecko, którego zniknięcia nikt nie zauważy przez wiele godzin. Zejdzie schodkami do piwnicy, tuż po śladach dziadka i tam już zostanie, ukryta w ciemności, i będzie czekać, czy ktoś...? Po nią...? I kiedy...?
„To cena zwyczajności”.
Ta zwyczajność tworzy tą smutną powieść o pustce rozlanej po świecie. Wyczytane słowa moszczą się w tobie, układają. Znajdują własne miejsce i sens.
W tą powieść musisz „wejść”. Musisz ją oswoić na swój sposób, dać na siebie szansę i potrzebny czas. Musisz nadać jej swoje tempo i rytm. Te wiersze są, jak
„korytarze (…)
długie i ogrzewane
można się nimi snuć
bez końca
w poszukiwaniu
sensu”.
Dawkuj sobie słowa, by mogły w tobie osiąść i budować coś w tobie. Coś, co wymyka się okiełznaniu, a co ma sens, który odkryjesz później. Daj sobie czas na budowanie w sobie wierszy Szostaka i przyglądaj się swojemu wnętrzu. Przyglądaj, akceptuj i zachowaj pokorę. Odkryjesz tu siebie (lub siebie zgubisz), bo „Szczelinami”... wszystko ulatuje...
#agaKUSIczyta
„Początek jest trudny
zwłaszcza gdy już wiemy
że pierwsze nie jest pierwsze”
bo przecież...
„pierwsze słowo dziecka wybrzmiewa
w świecie w którym żyją inne słowa”.
Do „Szczelinami” Wita Szostaka podchodziłam trzy raz i dopiero ten ostatni okazał się być ostatecznym. Dokończonym. Dokonanym. I przyznam się szczerze, że początkowo nie rozumiałam tych wersów. Nie umiałam...
Poezję trzeba umieć czytać, ale i pisać. Poeta i czytający muszą grać w jednej orkiestrze. Potrzebna jest kompatybilność i synchronizacja, bo w przeciwnym razie każdy brnie w swoim kierunku. Poznałam smak prawdziwej poezji przy okazji tomiku Mieczysława Zynera, która mnie oczarowała i jednocześnie zachwyciła swoim pięknem. Dzięki jego wierszom nauczyłam się czytać poezję. Subtelne słowa z kart tomiku tworzyły we mnie obrazy, które powoli nabierały kształtów, znaczeń i mojego wręcz uwielbienia. Poznałam człowieka, którego dusza wyrywała się do ludzi, lecz to samotność walczyła o atencję. Sprzeczności rozrywały mu duszę. Droga jego życia wybrukowana była pytaniami, a skoro pytania, to i wątpliwości, a te znowu rodziły zadumę.
Nie chcę porównywać wierszy, ani poetów, ale...
Każdej książce daję szansę. Wierzę, częstokroć naiwnie, że znajdę coś, co zapunktuje - zarówno ona, jak i autor. Tak było w przypadku „Raczej dżumy” Kajetana Herdyńskiego. Tu dałam sobie czas i cierpliwość, by między wersami, a i w samych wierszach też, znaleźć coś, co zrozumie, co we mnie poruszy jakąś strunę emocji, co mnie zatrzyma w pędzie czasu. Szukałam jakiejś chwilowej odskoczni, piękna słów, jakiegoś uniesienia i odpoczynku dla duszy. Lecz nic. Tu nic takiego nie ma. Przerzucasz strona po stronie, czytasz powoli, bo uważnie, tłumaczysz sobie, że to poeta jest w końcu ponad tobą i że to wszystko przekracza twoją inteligencję. W końcu poezję trzeba umieć czytać i rozumieć, a ty? Brniesz w te poplątane słowa z własną pokręconą nieco interpretacją, bo szukasz co autor miał na myśli i szukasz sensu w tych zlepkach wyrazów. Lecz nic, nic się nie wyłania, nic nie ma. Nie ma logiki, nie ma obrazu, nie ma niczego.
Każdy wiersz jest niezrozumiały. Każdy stanowi kolaż słów, które chaotycznie zebrał poeta nadając im wierszowany szyk, jednak pozbawił ich sensu. To myśli przegadane, które nie kleją się w spójną całość. To wyraźny przerost formy nad treścią lub odwrotnie. Trudno dociec, co autor miał na myśli, a skoro jego myśli są niezrozumiałe, to nasze tym bardziej. Sam fakt, że ów zbiorek powstał pomiędzy 2013, a 2021 rokiem świadczy o tym, że są to utwory zrodzone pod wpływem impulsu. Można wręcz odnieść wrażenie, że zostały wyrzucone z głowy autora, spisane i odłożone. Myśli, które jak nadmuchane balony ulatują w niebo tracąc powietrze z wnętrza, by po chwili zniknąć w przestrzeni i w nas.
Jednak biorę poprawkę, że każdy szuka w poezji czegoś innego. Może spokoju? Może wyciszenia i gry słów, których interpretacja i poszukiwanie sensu daje wytchnienie od kłopotów codzienności? Może innego poziomu sztuki? To moja subiektywna recenzja, dlatego proszę nie kierować się tylko i wyłącznie moim zdaniem. Z pewnością znajdą się i tacy, co znajdą tu zachwyt i magnetyzm. Może ktoś spotka tu wersy, które oddadzą jego moment w życiu. W końcu w tym tkwi piękno poezji – w jej wielorakości.
Czas. W każdym wierszu liczy się czas. Wskazówki cichną. Zadajesz sobie pytania, czekasz na odpowiedzi. Poszukujesz siebie, swojego domu i swojej wrażliwości. I obyś stał się własnym odkrywcą.
#agaKUSIczyta
Poezję trzeba umieć czytać, ale i pisać. Poeta i czytający muszą grać w jednej orkiestrze. Potrzebna jest kompatybilność i synchronizacja, bo w przeciwnym razie każdy brnie w swoim kierunku. Poznałam smak prawdziwej poezji przy okazji tomiku Mieczysława Zynera, która mnie oczarowała i jednocześnie zachwyciła swoim pięknem. Dzięki jego wierszom nauczyłam się czytać poezję....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
„Nie ma pisarza tak nieudolnego, który by nie znalazł podobnego sobie czytelnika”
(Hieronim ze Strydony).
„Daleko łatwiej jest stu ludzi zrobić nieszczęśliwymi aniżeli jednego szczęśliwym”
(Kazimierz Bartosiewicz – wiek XIX)
Ileż w tym prawdy, a to przecież tylko dwie myśli z tej wspaniałej publikacji, zbioru „Dowcipów i mądrości...” Słowo – to mówione i pisane. Słowo – wyraża emocje, relacjonuje, buduje więzi... Słowo jest od zarania. Słowo i słowo i kolejne słowo i mamy zdanie. Kilka zdań zaś tworzy rozmowę, historie, opowieści...
Wszystko zaczęło się od słowa, albo – parafrazując autorów – od chaosu słów. I tu pewnie ktoś zapyta – to wobec tego od chaosu, czy od słów? A może od spojrzenia w oczy w boskim raju, gdzie królowała cisza? Może najpierw był wzrok, owo patrzenie i odczuwanie? Można dociekać, szukać, dywagować naukowo lecz... i tak prędzej, czy później z owych chaotycznych, górnolotnych analiz i tak z jajka wykluje się słowo. I właśnie ono zostało wzięte na tapetę przez autorów, Jolantę Szymską-Wiercioch i Wojciecha Wierciocha. Szukają punktu w czasie, kiedy to słowo nabrało oznaczenia, jak się przekształcało, jak było wykorzystywane przez pisarzy, filozofów, czy zwykłych ludzi. Od starożytności do XIX wieku. Ich praca nie polegała głównie na wyszperaniu w opasłych tomach odpowiednich cytatów, ile na ich precyzyjnym doborze ukazującym chronologię danej epoki. To mozolna praca, która zmusza do wpasowania się w jedną książkę ograniczoną okładką. Musi powstać esencja wpisów sprzed lat. Ekstrakt zaledwie, który być może sprawi, że po lekturze pojawią się, co sięgną do źródeł.
Wydanie zawiera świetnie dobrane cytaty i aforyzmy wielu autorów. Można czytać naukowo, można się też pośmiać, można zaznaczać sobie zdania pasujące do siebie. To kalejdoskop tematów, znaczeń i myśli. Nie lada gratka dla pasjonatów języka, jak i prostych cytatów o głębokim znaczeniu. Jeśli lubisz słowo, jako twór i narzędzie, jeśli lubisz słowo z racji tego, jak wykorzystywane jest przez pisarzy, to wydanie jest dla ciebie.
Kawał dobrej roboty.
#agaKUSIczyta
„Nie ma pisarza tak nieudolnego, który by nie znalazł podobnego sobie czytelnika”
(Hieronim ze Strydony).
„Daleko łatwiej jest stu ludzi zrobić nieszczęśliwymi aniżeli jednego szczęśliwym”
(Kazimierz Bartosiewicz – wiek XIX)
Ileż w tym prawdy, a to przecież tylko dwie myśli z tej wspaniałej publikacji, zbioru „Dowcipów i mądrości...” Słowo – to mówione i pisane. Słowo –...
Och, życie, jakże ty jesteś pełne zagadek, zakrętów i emocji.
Życie, które prowadzi nas tylko sobie znanymi ścieżkami. Przeznaczenie, czy losu wskazanie? „Idź” - szepcze, choć życie kruche i podłe, choć czas płynie niestrudzenie, choć tragedie mieszają się z radością i bezbrzeżną pełnią dumy z siebie, to i tak... „Idź” - słyszysz kobiecy głos. Anna Wołoszyn-Figiel pisze o tym, co jest, co mamy. Lecz w jej utworach owe „zwyczajne rzeczy” - życie; dzień, a po nim noc; słońce, a po nim księżyc; czas płynący nieustanną melodią „tik, tak” - wszystko to staje się cennym klejnotem. Ludzkim skarbem, którego wartości wielu nie potrafi oszacować.
„Niby wszystko jest tak proste,
że aż strach w to uwierzyć...”
Dlaczego więc nie umiemy otworzyć się i z wdzięcznością przyjąć to, co otrzymujemy? - pyta poetka. Człowiek jest albo zły, albo pokorny, „(...) ginie w ludzkiej próżni i otchłani” lub cieszy się słońcem rozpoczynającej się wiosny. Człowiek jest jak pory roku. Zmienia się wedle rytmów duszy, serca, pogody za oknem... Człowiek gra melodię zwaną życiem, i choć to najpiękniejszy utwór, to nie zawsze wyłapie i dosłyszy jego głębię. Gubi nuty, takty, rozumienie. Umyka mu sens wszystkiego. A przecież „cieszmy się życiem” pisze pani Anna, nie narzekajmy, nie cofajmy złożonych sobie obietnic.
W życiu trzeba się czasem zatrzymać, wyhamować w tym pędzie. Pozachwycać się latem i zimą, czasem zmarznąć, czasem dać się spocić przez słońce wielkie, jak naleśnik na błękicie nieba...
W życiu trzeba powspominać dobre chwile i zaplanować przyszłość. Poprzyglądać się ptakom, posłuchać rechotu żab, zanurzyć się w ciszy i poczuć, jaki piękny jest świat.
Świat jest zachwycający, życie – cenne i my, ludzie, dzieci Boga – zawsze chronieni przez Boga w żłobie narodzonego. On naszym domem, rodzicami, bytem i jestestwem. I nic tego nie zmieni. A życie?
„(...) We wszystkim jest smutek i we wszystkim radość,
i bez znaczenia czy jest to jesień, zima, bądź lato”.
A ludzie? Ze strachu ukrócamy chwile niewysłowionego szczęścia, nie szukamy ukojenia w bliskości, w spokoju, nawet w samotności uciekamy od samych siebie. A przecież powinniśmy żyć tak, jakby każdego dnia była Wigilia. Aby każdego dnia było ciepło i spokojnie. Aby było dobro w nas – tylko to ma znaczenie. Pokora i akceptacja tego, co jest i co było. Wiara w to, co będzie. „Nie pisz na siłę scenariusza swojego życia, zaprzestań” – mówi poetka. - „Wszystko się wymyka. Jest, a zaraz tego nie ma. Odpuść” - podpowiada. Krocz i bierz. Bierz i dziękuj. Dziękuj szczerze.
Życie melodią utkane, życie czasem sklejone...
Życie wierszem powiedziane.
Te krótkie utwory opatrzone niebywałymi wręcz rysunkami, nie są do szybkiego czytania. To wiersze na wzór modlitwy, których piękno dostrzec można jedynie w ciszy i skupieniu. Kontemplacja, pokora, wdzięczność. Te wiersze wymagają pochylenia głowy i przemyślenia. Dlaczego? Bo tylko w ten sposób będziemy mogli uchwycić ową iskierkę sensu nas i życia i tego wszystkiego, co maluje obraz naszej codzienności. Proste, ale jakże wymowne i głębokie treścią.
#agaKUSIczyta
Och, życie, jakże ty jesteś pełne zagadek, zakrętów i emocji.
Życie, które prowadzi nas tylko sobie znanymi ścieżkami. Przeznaczenie, czy losu wskazanie? „Idź” - szepcze, choć życie kruche i podłe, choć czas płynie niestrudzenie, choć tragedie mieszają się z radością i bezbrzeżną pełnią dumy z siebie, to i tak... „Idź” - słyszysz kobiecy głos. Anna Wołoszyn-Figiel pisze o...
Człowiek czasem szuka ucieczki, ucieczki od Wczoraj, od Dzisiaj, od tu i teraz i od tego co będzie. Natłok myśli w nas aż prosi się o „pękiem ziół przewiązanie / niczym wstążką” i porzucenie. Głowa szuka wytchnienia, odpoczynku na kilka minut, na całą noc. Niespokojna dusza zaś poszukuje „swojego miejsca” gubiąc się między początkiem, a końcem. „Drepczesz sama / w kółko / nic już nie czujesz”. I pytasz sam siebie – gdzie jesteś? Kim jesteś? I co tu robisz?
Pytania wyzwala w tobie Aleksandra J. Starostecka, która w ciszy wyciąga do ciebie dłoń trzymając „Wczoraj i Dzisiaj”.
Wiersze. Krótkie wersy osadzone w zimie, w baśni nocnej, w chłodzie jesieni. W samotności i utęsknieniu. „Nocą nachodzi sen / zgaduje marzenia”, bo „noce są rozmową (…) uparte / zawsze chcą mówić o tobie”, a ty tęsknisz. Wczoraj czułeś pragnienie czegoś, czegoś nienazwanego, ulotnego. Strach pierzcha, gdy ktoś jest obok – ale tak było wczoraj. Wczoraj ktoś był a dzisiaj? Dziś jest tęsknota, szukanie i zgoda na chwilową samotność, „bo odurzona smutkiem / cichość trwa i trwa”. Własna „bezsilność kłuje i wyciska łzy”. To ty – ty, choć każdego dnia „oglądasz się w zwierciadle czasu / coraz cię mniej”. Nikniesz zamknięty w samotności, którą tak wolno odmierza zegar. Dlatego postępuje, jak poetka, bierz z niej przykład. Wracaj do wspomnień, do wierszy, do prawdy i tego, co stanowi twoje życie. Nadzieja przynosi kojący sen, „myśli nie martwią się milczeniem / są jak małe dzieci”. Ty też taki bądź.
Dzisiaj. Oddychaj mimo skutku i tęsknoty za kimś, kto był wczoraj, a kogo nie ma dziś. Ty jesteś. TY. Zatrać się w kolorach, pośpiewaj z ptakami, marz i śnij, uwolnij duszę znękaną.
„Wczoraj i Dzisiaj” wymaga ciszy. Te wiersze, choć krótkie, czytane w ciszy smakują najlepiej. Czujesz czas, przemijanie, zagubienie. Kochałeś, bo teraz tęsknisz. Próbujesz wypełnić pustkę, zatrzymać gwiazdy. Tyle cię było, a teraz? Karłowaciejesz jako człowiek. Stajesz się ulotnym bytem zbliżającym się do śmierci. A może... do życia po życiu? I, co zaskakuje, w tomiku „Wczoraj i Dzisiaj” ta świadomość raduje. Świadomość życia wiecznego, gdy ciało ziemskie umrze. Dusza – będzie wieczna. Dlatego teraz chce ci się biegać „od obłoku do obłoku”, znajdujesz sens w tym, co dzisiaj.
Podnieś głowę – prosi Starostecka, popatrz za szybę, posłuchaj muzyki wiatru i siebie samego.
Przecież „nieodgadnioną wolnością jesteś”.
Po lekturze poezji Aleksandry J. Starosteckiej obudziły się we mnie myśli. Złapałam je i zapisałam
„Zatrzymaj się w tym życiu
pełnym dziur
skończ modły na różańcu
długim, jak sznur.
Nie klep bezmyślnie
modlitw do Boga,
bo nigdy nie wiesz,
kiedy poślizgnie ci się noga.
Zatrzymaj się, rozejrzyj,
wyciąg twarz do nieba.
Nie modły lecz uśmiech
Bogu Najwyższemu schlebia... „
agaKUSIczyta – Agnieszka Kusiak
@wydawnictwopsychoskok
Człowiek czasem szuka ucieczki, ucieczki od Wczoraj, od Dzisiaj, od tu i teraz i od tego co będzie. Natłok myśli w nas aż prosi się o „pękiem ziół przewiązanie / niczym wstążką” i porzucenie. Głowa szuka wytchnienia, odpoczynku na kilka minut, na całą noc. Niespokojna dusza zaś poszukuje „swojego miejsca” gubiąc się między początkiem, a końcem. „Drepczesz sama / w kółko /...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Poezja nie jest powszechnie popularna. Nie okłamujmy się, że każdy tomik zyskuje sobie od razu sympatyków, miejsca na liście bestsellerów, czy choćby bierze udział w tak lubianych statystykach czy rankingach. Nic z tych rzeczy. Tomiki wierszokletów gubią się całkowicie, tym bardziej, że są najczęściej niewielkich rozmiarów. Leżąc obok książek obyczajowych, czy biografii, czy (to już najgorsze towarzystwo w całej swej rozciągłości) koło thrillerów nie mają siły przebicia. Wielkości też. Dlatego poezja wypełniając niszę wydawniczą jest, ale w liczbie bardzo skromnej. I tu chyba leży szansa dla dobrych mistrzów pióra. Pisząc wiersze trzeba być kimś wyjątkowym, trzeba się pokazywać, a swoją pracę promować i czytać. Czytać na głos dla innych. Wtedy dopiero można docenić piękno w tomikach zamknięte.
Ja właśnie skończyłam czytać – lecz w ciszy – wiersze „Cztery Koma Zając” polskiej poetki, Joanny Guzik. Na obwolucie jest zachwalana, jej wiersze opisane na okładce są ujęte tylko w superlatywach, więc zapowiadało się świetnie. Przynajmniej na starcie, a jak wyszło?
Autorka w tych wierszach rzuca odrębne słowa, czasem jakieś myśli wyrwane z kontekstu głębszych i z pewnością dłużej przeżywanych emocji, bądź wzruszeń, spisuje je w wersach zostawiając na każdej ze stron – według mnie i po części właśnie dla mnie – dużo wolnego miejsca na własne dopiski. Na dopiski być może słów, jakie rodzą się w nas podczas lektury. Można też bez kontroli umysłu, samoczynnie rysować ołówkiem jakieś kształty, które kojarzą nam się z przeczytanymi wierszami. To taka moja interpretacja. I chyba zyskująca dużo na wartości, bo wiersze autorstwa Joanny Guzik są mdłe i bezkształtne. Są zlepkiem słów o wszystkim i o niczym, dosłownie. Jakiś chaos, nieład i bezsens. Nie boję się tak oceniać te krótkie utwory, w gąszczu których jedynie kilka jest... dobrych. Dlatego śmiem sądzić, że moje osobiste zapisy dodane do tych istniejących, czy choćby szkice sprawią, że „Cztery Koma Zając” będą kompletne, będzie pełne. Użyję nawet sformułowania – nasycone.
Joanna Guzik jako osoba zajmująca się tego typu poezją, i to od lat, powinna mieć jakiś sposób na pisanie. Jakieś lepiszcze słów, które ów zbiór rozsypany jak puzzle z pudełka, sklei je w dobrą formę i nada znaczenie. Bo znaczenia właśnie brak, sensu też. Takie chaotyczne wyrazy może pisać każdy z nas, a po poecie oczekujemy czegoś znacznie lepszego, także pod względem interpretacji. Odnajdując się w jakieś chwili swojego życia trzeba – poetycko wręcz – rozłożyć ją na czynniki pierwsze. Dokonać jakiejś „wierszowej” wiwisekcji. Trzeba samego siebie niemalże zdiagnozować i użyć do tego prawdziwych, szczerych do bólu wręcz słów. Poeta nie może się bać tego, o czym pisze. Nie może unikać problemów, czy choćby iść całkiem w komizm i absurd. To wszystko musi być wyważone i dobre. Tego, nie ukrywam, oczekiwałam od „Cztery Koma Zając”. Próżne me nadzieje. Przecież już sam tytuł jest zlepkiem nic nie mówiących słów, ale i nie wskazującym (absolutnie) na tytuł, którym znamionuje się poezję. To już znamionuje coś złego. Taki Zając bezcześci nawet ulotność poetyki, która winna się właśnie ową ulotnością charakteryzować, a tu Zając ją totalnie złocił.
Swoją drogą poezja ma kolorować myśli, pobudzać wyobraźnię i wypychać ją na próg absurdu. Poezja prócz swej głębi i piękna winna otumaniać. Tu brak wszystkiego. A szkoda. Zmarnowany talent i papier, ot co.
Poezja nie jest powszechnie popularna. Nie okłamujmy się, że każdy tomik zyskuje sobie od razu sympatyków, miejsca na liście bestsellerów, czy choćby bierze udział w tak lubianych statystykach czy rankingach. Nic z tych rzeczy. Tomiki wierszokletów gubią się całkowicie, tym bardziej, że są najczęściej niewielkich rozmiarów. Leżąc obok książek obyczajowych, czy biografii,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2021-06-30
Pochylam głowę nad utkaną poezją Pawła Kołodziejskiego oddając jej całą siebie. Te wiersze bowiem zmieniają postrzeganie, igrają z przestrzenią i czasem. Ta poezja ma własny zegar, własny grunt. Czytasz i smakujesz. W kontemplacji odnajdujesz jej inne znaczenie, czujesz muzykę, delikatną, subtelną. Są „ćwierćnuty domów” i podwyższa się ton o połowę. „Takty składają się na dwa na trzy
rytm wybijają setki nóg”. Setki? Nie, tylko moje dwie. Jestem muskana ową kompozycją słów, a nuty przychodzą i odchodzą tuż obok. Wodzą mnie, kuszą sobą, mamią w opętaniu.
Patrzę na daty, którymi opatrzone są owe wiersze i serce we mnie umiera. Ten miesiąc był dla mnie zły, ten dzień tętnił ziemią rzucaną na trumnę, a wtedy była wycieczka do Auschwitz... Daty, jak koraliki różańca ułożone w takt moich kroków. Ta poezja wgryza się we mnie, ukorzenia i jest. Zostaje.
Czy to moje słowa, myślę zamykając „Koniec sezonu”. Przytulam tomik do serca, zrastam się z nim w intymnym spotkaniu. Takiej poezji się szuka. Szuka i sporadycznie znajduje. W tym zbiorze poeta zawarł coś, co jest ulotne, co szybko znika, co zostawia iluzję i zmusza do poszukiwań. Do eksploracji. To delikatnie tkane płótna wierszy, których treść zmienia czytelnika. Porusza w jakimś stopniu. Serce budzi emocje, a te... buzują w nas.
„Koniec sezonu” to poezja ogromnego kalibru.
Pochylam głowę nad utkaną poezją Pawła Kołodziejskiego oddając jej całą siebie. Te wiersze bowiem zmieniają postrzeganie, igrają z przestrzenią i czasem. Ta poezja ma własny zegar, własny grunt. Czytasz i smakujesz. W kontemplacji odnajdujesz jej inne znaczenie, czujesz muzykę, delikatną, subtelną. Są „ćwierćnuty domów” i podwyższa się ton o połowę. „Takty składają się na...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2021-06-07
Czy ludzie potrzebują poezji? Czy ich publikacja ma sens? Przecież pozorne tomiki topią się w morzu innych wydań, grubszych, większych. Wydań znanych pisarzy, dziennikarzy czy publicystów, które z racji nazwiska sprzedają się same. Kto zauważy tomik wierszy? Kto po niego sięgnie? Kto się nim zainteresuje? Kto choćby przekartkuje?
Szkoda, wielka szkoda, że tak to wygląda. Że tylko nieliczna grupa czytelników sięga po wiersze, tylko nieliczna szuka w nich ukojenia, serca pocieszenia, czy pieszczoty zmysłów. A wiersze mają przecież ukryte moce, to magiczne baśnie, które przenoszą do innych krain, malują kolorami to, co jest szare i odstręczając, i co chyba najważniejsze – dają nadzieję. Każdy jej przecież pragnie. Także autorka „Wiatrem kołysanej”, pani Barbara Wrzesińska. Poetka pisze dużo, bo ten zbiór to już XI tomik, z czego należy wnioskować, że płodną poetką jest. A czy dobrą? - zastanawiam się. Rozstrzygnijmy.
Mam w rękach tomik składający się z bagatela – stu pięćdziesięciu wierszy (!). dużo za dużo moim zdaniem, lekki przesyt i nadmiar. I co zasmuca, a co zmuszona jestem napisać otwarcie – ta ilość nie przekłada się na jakość to wiersze z gatunku tych, jakie pisze się po kilka dziennie. Nic nie ujmując staraniom poetki, są to wiersze proste i rymowane. Zahaczają o wiele tematów, jak to w poezji bywa, tak jest i tu. Są smutek i tęsknota, i radość z piękna, i łzy i poczucie dosytu. Ale to nic, coby mnie zachwyciło w jakiś specjalny, acz magiczny sposób. Nie ma w tych utworach głębi, ani tego wgryzania się wersów w trzewia odbiorcy. To lekka poezja, która według mnie, próbuje być trudna i aspiruje do takiej. Pióro pani Basi Wrzesińskiej nie jest w stanie takich wierszy „wyłuskać”. To raczej utwory, które można czytać z doskoku, wybiórczo, pojedynczo. Otwierać losowo, wsadzić nos w jeden, dwa i odłożyć. Ich nadmiar, co sama sprawdziłam na sobie, mdli, a monotonia sprawia, że zlewają się w jeden utwór, którego tytułu zapomniałam.
Poezja pani Wrzesińskiej przypomina mi łowy na dorodne zwierze, które się ciągle wymyka będąc bystrzejszym od polującego. To gonitwa za czymś, co tli się na horyzoncie, a czego próżno pożądać, bo odległość się nigdy nie zmieni. Z pewnością jednak, co mniemam, znajdą się osoby, którym taka poezja przypadnie do gustu, które nie szukają w wersach niczego więcej poza rymem i dobrym tematem. „Wiatrem kołysana” to zbiór lekkich wierszy, które w zamierzeniu może mają odświeżyć umysł. Czytam, zapominam,.
Nie jest to poezja dogłębna, ani poezja z wysokiej półki. To przyjemny zlepek poprawnie dobranych słów, które się sprawnie ze sobą komponują i łączą. No i jest rym.
W „Wiatrem kołysanej” podoba mi się przemycenie obrazów autorki. Są to amatorskie, kolorowe rysunki, które czasem pojawiają się między wierszami. Jednak – i tu będę krytyczna – nie należy spodziewać się dobrych jakościowo obrazów. Są to raczej bardzo amatorskie kreślenia pędzlem po płótnie. Zaburzona perspektywa, proste ujęcia i schematy. Ale, co nadmienię, zawsze to jakiś „obrazek” pomiędzy nudnym tekstem i monotonią wersów. Taki, jak to nazwałam „wybudzacz z drzemki”.
„Wiatrem kołysana” obiecywał wiele, a przyniósł nic. Moje oczekiwania były wielkie, bo tak dobrze się zapowiadało. Jednak, nie oceniajcie zawartości po okładce, mawiali najwięksi i jest w tym wiele prawdy. Na poezji pani Barbary Wrzesińskiej bardzo się zawiodłam i wiem, że więcej po nią nie sięgnę, a szkoda.
dziękuję sztukater
Czy ludzie potrzebują poezji? Czy ich publikacja ma sens? Przecież pozorne tomiki topią się w morzu innych wydań, grubszych, większych. Wydań znanych pisarzy, dziennikarzy czy publicystów, które z racji nazwiska sprzedają się same. Kto zauważy tomik wierszy? Kto po niego sięgnie? Kto się nim zainteresuje? Kto choćby przekartkuje?
Szkoda, wielka szkoda, że tak to wygląda....
Poezja to trudny orzech do zgryzienia dla wielu osób. Orzech do powolnego rozłupania, za który najlepiej w ogóle się nie zabierać.
Poezja nie umie się rozpierać, ani rozpychać, bo sama w sobie jest subtelną pieśnią dla wybranych. Dlatego tomik wierszy ma trudną drogę do przebycia, by trafić do rąk czytelnika, czytelnika, który dostrzeże jej piękno i zrozumie treść. Ale, czasem pośród tych twardych orzechów trafia się ten wyjątkowy. Ten szczególny w pewien trudny do wyjaśnienia sposób. Jest Maciej Blacha i jego wersy w „Poezji...” co unosi.
„Czasem zastanawiam się, czy (...) istnieję naprawdę...”
Jestem nieobecny w tym czasie, co jest. Stałem się cieniem bez własnego cienia. Jestem rozdarty między tym co tu i czymś obok, czymś, co umyka. Jestem zawieszony w czasie i w sobie jednocześnie, jak niemy świadek wydarzeń wszelakich. Jestem jak rodzinny zegar, co jest i co nie ocenia, co chodzi, chodzi odmierzając ten czas, co płynie jak rzeka. A on, ten człowiek, ten ja, stoję na jej brzegu, a palce stóp obmywa mi woda. I zaduma, bo może „Jestem jak morze pełne ryb (…)”,
a może „Jestem nasionkiem rośliny,
Która ku światu kiełkuje?”
Jestem gdzieś w rozedrganiu i niepewności swojej bezbrzeżnej, w ciągłym niewiadomym, które majaczy na horyzoncie życia. Są zachody i wschody słońca, jest wolność moja i nie moja i jestem ja, ciągle w tym pomiędzy.
Przeszłość powraca w myślach. Ludzie, którzy odeszli, a których niebawem spotkam ponownie. Matka, tak kochana, przyjaciel mi bliski. Czekają tam na mnie. A ja tu, na razie, jak długo?
Przeszłość powraca i myśli o niej. O tej wspaniałej, co była koło mnie. Natarczywe chwile panoszą się w głowie. Wraca to dobre i to złe. Wraca tęsknota i głód dotyku i bliskości. Puste serce czuje chłód. Ale to było już, było i się wydarzyło. Teraz jestem tu z ciężką głową stoję u brzegu rzeki płynących wersów. Moje palce skostniały od wody. Noc odchodzi, słońce zaczyna grzać. Zamykam oczy. Marzę,
„(...) Bylebyśmy tylko po latach się nie spotkali
I tego co się nie stało obyśmy nie żałowali”
Teraźniejszość to wszystko, co Maciej Blacha ma. Przeszłość nie wróci, przyszłości jeszcze nie ma, choć majaczy na horyzoncie dni i nocy. Na jutro nie odkłada nic, na wczoraj już zrobiła. Teraz jest tu. Tu i teraz. Tu są słowa, natrętne czasem pragnienie dotyku, tego ostatniego i tej bliskości. Tej na zawsze już. Tej, która zapisze się w pamięci na wieczność.
Wspomnienia, czyny, słowa i ludzie. Wszystko miesza się z czasem, co przepływa przez klepsydrę stojącą na stole. Dzień wstaje. Za oknem budzi się jasność, a tu, w sobie gdzieś jakiś lęk czai się.
Maciej Blacha tą zwykłą, ludzką, tą swoją codzienność poetycko nanizał na nitkę, by te wszystkie dni móc trzymać w dłoniach, jak korale. Bo tylko one zostały. Do „Poezji...” zebrał spisane niegdyś wiersze, słowa jakieś i myśli kiedyś ważne i zamknął je w okładkach, by te stały się drzwiami do intymnego niemalże świata. Pukasz, przekraczasz próg i jesteś.
Wiersze Macieja Blachy to krótkie opowieści. To historie całe. To nuty słów ułożone w wersy. To spacer po kartach dni, co minęły i slajdy myśli, co się w każdej głowie rozsiadają, a które nie każdy potrafi spisać. Dlatego na „Poezję...” trzeba dać sobie czas, czasem dużo czasu. Trzeba ją poznawać subtelnie, bo tylko tak smakuje najlepiej.
dziękuję Sztukaterkowi
#agaKUSIczyta
Poezja to trudny orzech do zgryzienia dla wielu osób. Orzech do powolnego rozłupania, za który najlepiej w ogóle się nie zabierać.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPoezja nie umie się rozpierać, ani rozpychać, bo sama w sobie jest subtelną pieśnią dla wybranych. Dlatego tomik wierszy ma trudną drogę do przebycia, by trafić do rąk czytelnika, czytelnika, który dostrzeże jej piękno i zrozumie treść. Ale,...