Mironlandia – kraina wolności
Lektura dziennika Białoszewskiego przynosi cały bukiet emocji. Poeta, który często hojnie obdarowywał innych kwiatami – ot, tak, bez specjalnej okazji – nie skąpił również czytelnikom różnych niespodzianek, ukrytych przemyślnie między słowami, akapitami, a nawet znakami przestankowymi (vide zapis dialogów w tomie). Tom obfituje bowiem w zaskoczenia na wielu płaszczyznach – od różnorodnej formy, przez treść, objętość, galerię postaci, po zmieniające się wreszcie jak w kalejdoskopie emocje czytelnika. Forma – jak to u Mirona – jest niepowtarzalna, cechuje się mironowską frazą, rytmem, zmiennością i specyficznym zapisem. Rozrzut treści przyprawia o lekkie zawstydzenie mniej obytego czytelnika, obejmuje bowiem tematykę od stworzenia świata (biblijną, metafizyczną), przez historię starożytną, średniowieczną, oświeceniową do najnowszej, wydarzenia na świecie, botanikę i zoologię (ze szczególnym uwzględnieniem kotów i psów), sztukę we wszystkich formach aż po filozofię, teologię a nawet... pragmatykę w postaci pracy urzędników państwowych. Autor zaskakuje swoimi umiejętnościami profetycznymi (kilka jego przepowiedni dotyczących przyszłości się sprawdziło) przy jednoczesnej ignorancji w zakresie orientacji w bieżących wydarzeniach w kraju i na świecie (nie oglądał telewizji, nie czytał prasy, a nawet nie słuchał radia).
W „Tajnym dzienniku” jest jak w życiu – raz ciekawie, raz nudno, czasem odkrywczo, potem przewidywalnie, momentami twórczo, a momentami nijako. Na kartach dziennika przewijają się postaci ważne dla polskiej kultury, sztuki, polityki, historii i nauki, osoby żyjące i historyczne, bohaterowie literaccy i tacy, którzy są przedmiotami estetycznych, czy etycznych dyskusji. Nie brak w tomie zarówno ciepłych, jak i ostrych słów pod ich adresem, zarówno odautorskich, jak i będących zapisem opinii osób z otoczenia autora.
Tomisko (ponad 900 stron!) w pierwszym dniu lektury budziło we mnie zniecierpliwienie i irytację. Wraz z upływającym czasem i zmniejszającą się liczbą kartek po prawej stronie rozłożonej księgi coraz chętniej poddawałam się niespiesznemu rytmowi tych refleksji, ich nieznośnej mocy trzymania uwagi na uwięzi. Zaś po przekroczeniu połowy przyłapywałam się w czasie przerwy w lekturze na rozmyślaniach o tym, co się dzieje u Mirona. Z pewnością czytanie ułatwiła mi wcześniejsza lektura biografii Białoszewskiego pióra Tadeusza Sobolewskiego, dzięki której opisywane osoby, czy niektóre ze specyficznych określeń autora „Pamiętnika z powstania warszawskiego” nie były już dla mnie tajemnicą. Na pochwałę zasługuje rzetelna praca redakcyjna – książka obfituje w przypisy, a w niektórych miejscach tekstu poprawki redakcyjne, czy drobne wstawki ułatwiają zrozumienie myśli autora. Z klimatem słów niespodziewanie złączyła się forma publikacji, ponieważ mimo pozorów solidnej, szytej oprawy tom rozpadł mi się na okładkę oraz kilka oderwanych bloków kartek, co dziwnie korespondowało z pokawałkowaną narracją, przeskokami tematycznymi, czy formalnymi zastosowanymi przez autora i zupełnie nie przeszkadzało w lekturze, a wręcz przeciwnie – dało wytchnienie zmęczonym ciężarem (niekoniecznie gatunkowym) woluminu nadgarstkom.
Ciekawie wypada porównanie zapisków Białoszewskiego z refleksjami, często na temat tych samych zdarzeń czy osób, jego wieloletniej sekretarki Jadwigi Stańczakowej. Dwa tomy wspomnień i opowiadań tej ociemniałej dziennikarki, poetki i pisarki czytałam jakiś czas temu, wciąż jednak pamiętam czułość i miłość, z jakimi opisywała poetę. Co ciekawe autor „Tajnego dziennika” przedstawił Stańczakową raczej pozytywnie, choć często z pewną dozą ironii, a czasami nawet zniecierpliwienia, ale – co charakterystyczne – samego siebie również nie oszczędził, ani nie wybielił i namalował swój autoportret jako samotnika z wielką potrzebą towarzystwa, człowieka trudnego we współżyciu, czasem zgryźliwego, czy wręcz egocentryka. Dobrze jest skonfrontować oba portrety z ich obrazem stworzonym przez osobę bliską poecie, jaką była autorka „Ślepaka” – da to pełniejszy obraz i pozwoli uchwycić złożoność obu postaci.
Opasły tom, na który składają się tajne notatki Białoszewskiego, daje możliwość odbycia swoistej podróży w czasie i przestrzeni. W czasie – ponieważ przenosimy się w latach 70. i 80. poprzedniego wieku, w przestrzeni – bowiem opisywane przez autora sytuacje oraz on sam ulokowani są w różnych miejscach w Polsce, jak i poza jej granicami m in. w Macedonii i USA. Dodatkowo możemy oddać się swoistej reminiscencji – to znaczy ci z nas, którzy pamiętają wspomniane lata – zanurzając się w szarości życia własnego i rodaków w realiach poprzedniego ustroju. Tak jednak może się wydawać czytelnikowi na początku lektury. Bowiem już po kilkunastu stronach można ze zdziwieniem zauważyć, że wspomniane realia to w zasadzie margines, odległe tło opisywanych wydarzeń. Oto przed oczami czytelnika jawi się niezwykła kraina – Mironlandia. Obowiązują w niej zupełnie inne prawa (również fizyczne) i zasady, niż w otaczającej rzeczywistości. Prymat ma tutaj wolna myśl, nowe skojarzenia i wynikające z nich nowe słowa. Polityka nie ma tu dostępu, choć jej zachłanne macki czasem wślizgną się przez uchylone drzwi czy okno. Nieistotna jest godzina, pora dnia czy dzień tygodnia – każda z nich jest dobra i może stać się czasem refleksji, lektury, pisania, rozmowy telefonicznej czy odwiedzin – tych składanych i tych przyjętych. Zamiast powszechnego narzekania odbywają się prawdziwe rozmowy i spotkania międzyludzkie, wymiana zdań o literaturze, malarstwie, teatrze czy kinie albo tylko – nie tylko, aż! – o życiu. W odróżnieniu jednak od innych dzienników wielkich ludzi pióra Białoszewski nie epatuje swoją erudycją, nie konstruuje wielkich traktatów filozoficzno-egzystencjalnych i nie szlifuje opowieści o własnych czynach i słowach do postaci monumentalnego pomnika. W rzeczywistości gdzieś tam się rozmywa, często chowa za słowami innych lub luźnymi skojarzeniami co powoduje, że – paradoksalnie – autor jest obecny w każdej literze i każdej pauzie książki.
Największym jednak sukcesem – nie, raczej jemu nie spodobałoby się to słowo z całym przypisanym mu dzisiaj medialnym blaskiem, może użyjmy lepiej słowa „zwycięstwo” – zatem największym zwycięstwem Mirona Białoszewskiego, wyzierającym z każdej strony tego pisanego życiem woluminu, jest niesamowita wolność. Wolność od polityki, wolność w wyrażaniu siebie, swojej osobowości, wolność twórcza, wolność w sferze tożsamości seksualnej czy wreszcie wolność metafizyczna. Zakrawa to na swoisty paradoks, ale jako człowiek i jako twórca Białoszewski w czasach PRL-u, również w stanie wojennym, jest człowiekiem wolnym od ograniczeń i uwarunkowań niż dziś pierwszy z brzegu pisarz czy przeciętny człowiek. Nieograniczona przestrzeń, której tak wiele w jego wierszach czy prozie, wywalczyła sobie należne miejsce również w jego życiu. Teraz również my, czytelnicy, możemy stać się jej uczestnikami, choćby tylko na czas tej szczególnej lektury.
Jowita Marzec
Kup w ulubionej księgarni
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.