Kiedy będziesz gotowy, idź: osiem opowieści o ludziach na drogach donikąd Wojciech Gunia 8,0

ocenił(a) na 921 tyg. temu „Kiedy będziesz gotowy, idź”, zaskakujący, zachodzący pod skórę i wędrujący krwiobiegiem do mózgu i każdej komórki ciała zbiór ośmiu opowiadań, układających się w spójny świat koszmaru istnienia. Wojciech Gunia. Pierwsza książka tego autora, jaką przeczytałam. I pytanie, czemu dopiero teraz? Bo horror? Bo fantastyka? Nie szufladkujmy literatury, gdyż ostatnio coraz częściej wymyka się ona czystym klasyfikacjom. „Kiedy będziesz gotowy, idź” to faktycznie horror, ale rzeczywistości, w jakiej żyje człowiek i jakiej ulega, zatracając samego siebie. To rzeczywiście elementy fantastyczne, te, które tworzy ludzki umysł, by się przed światem schronić, obronić, albo też fragmenty pejzażu wyrastające z ogarniętej obłędem wyobraźni, oderwanej już od korzeni zdroworozsądkowego porządku.
Gunia nie tworzy swoich bohaterów z nicości, bierze ich z ulicy, z przeciętnego małego miasteczka, z jednego z wielu podobnych do siebie mieszkań, na chybił trafił. Aż strach, co mógłby ujrzeć swoim skanującym na przestrzał wzrokiem we mnie albo w tobie. Opisuje człowieka w sytuacji zamknięcia, uwięzienia, tak bardzo tym przygniecionego, że gdyby nawet rozewrzeć przed nim na oścież bramę, nie pomyślałby, że może przez nią wyjść i pójść dokąd zechce. Ludzie stoją więc złapani w sidła własnego życia, przykuci do niego niewidocznymi kajdanami, ogarnięci bezwładem, ściśnięci niczym w imadle ścianami domu, ciasnotą miejskich ulic, oślepieni mgłą, szarzyzną i własnymi majakami. Jak przełamać marazm, który unieruchamia kończyny i zamyka umysł w bolesnej obręczy niemocy?
„Musimy już jechać i nie oglądać się na sceny poboczne. Pomijać zapiski na marginesie, nie spoglądać na rozjechane psy, na płaczące dzieci, na złamanych ludzi, na zawalone domy, musimy już jechać, gnać, spoglądać przed siebie, ku celowi, choćby tego celu miało nie być. Wtedy należy go sobie wymyśleć. Daleki, nieosiągalny, wówczas można gnać, gnać, gnać bez końca, szybciej, szybciej”.
Tyle, że na drodze stoi nam historia. Zawsze są jakieś zagracone, pełne kurzu i mysich bobków strychy, labiryntu z rupieci, zapory zleżałych szmat i dziurawych garnków, przewrócone na plecy biblioteczki, szuflady, z których wysypują się rachunki sumienia – te symbole tkwienia w przeszłości, w znajomej, a znienawidzonej rutynie, która stając się codziennością oplata nas miłośnie, pozwalając ledwie na płyciutki oddech, półżycie.
„Niemal czułem otaczającą mnie trupią woń rozkładu, niemal widziałem, jak moje obumierające życie gnije ciemnymi wykwitami pleśni na ścianach domu, wystawione na pożarcie przez monotonię niczym ciało rzucone ptakom na żer”.
Nie każdy jest gotów iść. Ci, którzy się na to decydują postrzegają, że ich droga zatacza koło, że nie da się wyjść poza zaklęty krąg zdarzeń. Historia kręci się pochłaniając samą siebie, stwarza się na nowo, a jednak identycznie. Bohater na końcu spotyka siebie samego, wie, że w jakąkolwiek ścieżkę by nie skręcił, powtórzy te same błędy i wróci na stary, wydeptany trakt. To beznadziejne.
„Chcielibyśmy uczynić sobie nowy świat, wolny od wszystkiego, co czyniło stary niezdatnym do życia. Stąd opowieść o nowym początku, ignorująca fakt, że żadnego początku nie ma, że nasz nowy świat jest jedynie odnogą starego świata, jednym z niezliczonych owoców wyrosłych z jego drzewa, owocem, który niesie w sobie cały jego kod genetyczny i jest w gruncie rzeczy taki sam. Jest potencjalnością tego samego”.
Jednak wciąż próbujemy z tego świata wyłuskać siebie, siebie zrozumieć. Zestroić się z całością, by wydobyć z niej tylko własne, intymne akordy. Dochodzimy do smutnej i odbierającej nadzieję konkluzji, że tak jak nigdy nie poznamy drugiego człowieka, tak też nie pojmiemy i nie zdołamy do końca wyrazić siebie samych. „Zawsze znamy tylko nasze wyobrażenie o ludziach i pamiętamy jedynie te wyobrażenia”. Siebie zaś postrzegamy przez pryzmat własnych lęków i doświadczeń, one zaś skutecznie zniekształcają ów obraz, przeinaczając go do niepodobieństwa. Chcąc siebie pojąć i wyrazić trzeba by odciąć się od wszystkiego i jednocześnie w tym wszystkim po czubek głowy się zanurzyć. Może więc najlepiej wyrzucić instrument z mostu i samemu skoczyć za nim? „(…) ja sam – moje życie, moje ciało, mój umysł – to moje najgorsze więzienie, z którego nigdy nie ucieknę, chyba że w śmierć”. Pozostajemy więc samotni, osobni, skazani na własne towarzystwo i bicie się z myślami. Nawet zrodzeni w umyśle towarzysze, bracia, w końcu rozpływają się w nicości, jakby ich nigdy nie było, nie wiemy, czy śniliśmy na jawie, czy też rzeczywistość stała się czymś na kształt widziadła.
Samotność jest naszą rzeczywistością, moment narodzin wyodrębnia nas z biologicznego świata, do którego na powrót przywróci nas dopiero śmierć, dopełniając równowagi. Natura, jej niepowstrzymana siła, bujność, sprawczość i odwieczne trwanie jest w prozie Wojciecha Guni wszechobecna. Obojętnie przypatruje się naszym wysiłkom, czasem wiedzie nas na manowce, skrywa się na chwilę, by w następnej ukazać nam ogrom naszej słabości, całą kruchość i bezwolność. Żywi się nami, wzrasta na pokarmie z naszych tkanek, powoli nas pożera, by wreszcie wchłonąć na dobre i zespolić, jak było na początku, tak i na koniec… „Chmury wiszą nisko aż po horyzont. Szare, czarne, popielate, gęste jak pleśń wzrastająca przez wiele tygodni na dobrej pożywce”.
„Cisza jak naciągnięta noga linka podłączona do zapalnika bomby, cisza napięta jak sznurek zwalniający ostrze gilotyny”. Autor genialnie operuje napięciem, obrazem, słowem, uwalnia lęki tkwiące w nas samych, spuszcza ze smyczy wyobraźni najgorsze zwątpienia. Czy w ogóle mamy jakikolwiek wpływ na życie, czy nasze decyzje są sprawcze, zdolne nieść prawdziwą zmianę, czy też to tylko pozór, a wszystko i tak już zostało z góry przesądzone, przewidziane i teraz pcha nas do przodu jedynie siła pierwotnej determinacji? To pytanie odwieczne.
„Wiem, że ten mrok, przez tkankę którego się przebijamy, patrzy na nas zza drzew rosnących po bokach drogi, obserwuje nasz wyścig i czeka” -na co? Aż zrozumiemy jego bezsens? Pewnie bawi go nasz chocholi taniec, więc tylko uśmiecha się półgębkiem wiedząc, że i tak, co ma być, będzie. Nas zaś więzi, trzyma w kleszczach i zwodzi nadzieja, niczym ów komin fabryki, z którego spodziewamy się każdego dnia smugi dymu, powrotu życia, odnowy. W końcu nawet go widzimy. Jest, rozwiewany wiatrem, dumny. Jednak z bliska przekonujemy się, że to ledwie ułuda, będąca widzialnym wytworem naszych pragnień.
Jest tu schulzowska mgła i powidoki przeszłości w niej zaklęte, uliczki wiodące donikąd, opuszczone stacje. Jest mrok, w którym może kryć się wszystko albo zgoła nic, tego nie wiemy, a jednak boimy się rozgarnąć jego zasłony. Jest kafkowski karaczan symbolizujący przemianę, a także Kafki odbijanie się od ściany do ściany, błądzenie po pustych pokojach w poszukiwaniu sensu. Proza Wojciecha Guni to jednak przede wszystkim jego widzenie świata, w którym gościmy ledwie przez chwilę, ślepi i głusi, pchani nieznaną, mroczną siłą i jej poddani, z góry skazani na powtórne wchłoniecie w głąb macicy rzeczywistości większej niż wyobraźnia, wiekuistej, a potem na kolejne narodziny, i powtórne…
„Noc jest ogromna, patrzy na nas zza drzew. Noc jest ogromna i głodna, dziobie łapczywie okruchy życia”.
Za egzemplarz książki dziękuję: https://sztukater.pl/