utracjusz 
facebook.com/statekglupcow
Łaydak.
mężczyzna, status: Czytelnik, dodał: 2 książki, ostatnio widziany 5 dni temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2019-01-08 12:26:29
Został fanem autora: Claudio Magris
 
2019-01-01 22:26:48
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

I wielcy pisarze mogą się czasem mylić.

Otóż Karel Čapek, pisząc dziewięćdziesiąt lat temu te krótkie historyjki, pomylił się zupełnie w ocenie kierunków, w jakich podążą światowe literatura i kinematografia, w szczególności kryminalne oraz sensacyjne, i protagonistami swych opowiastek uczynił nie supermenów, tylko zwykłych ludzi, omylnych, ograniczonych, co tu dużo mówić – gapy i...
I wielcy pisarze mogą się czasem mylić.

Otóż Karel Čapek, pisząc dziewięćdziesiąt lat temu te krótkie historyjki, pomylił się zupełnie w ocenie kierunków, w jakich podążą światowe literatura i kinematografia, w szczególności kryminalne oraz sensacyjne, i protagonistami swych opowiastek uczynił nie supermenów, tylko zwykłych ludzi, omylnych, ograniczonych, co tu dużo mówić – gapy i nieudaczników. Ludzi tak niedoskonałych, że porządnemu autorowi wstyd by było o nich pisać.

Są oni zazwyczaj przedstawicielami aparatu, w zależności od punktu widzenia, sprawiedliwości bądź represji. Przedstawicieli tych używa Čapek, by zobrazować nieustające ścieranie się racjonalizmu z irracjonalizmem, ludowego sprytu z urzędowym twardogłowiem. Paragrafy i cała wiedza fachowa bywają tu niekiedy całkowicie bezradne w zderzeniu z fenomenem zwanym potocznie życiem.

Świetnym przykładem jest choćby małe arcydziełko pt. „Ślady”, które ilustruje zmaganie się umysłu uporządkowanego ze zjawiskiem spoza spektrum tego porządku, co można uznać za odmalowanie tragicznej kondycji człowieka postawionego wobec absolutu, lub przynajmniej czegoś, co ów za absolut uważa, jako że innego objaśnienia dla swego niezrozumienia nie jest w stanie wygenerować.

Čapek uprawia więc to samo poletko, co Lem, czyli kpi sobie z ludzi i ich wygórowanego mniemania o sobie, ale jego ironia nie jest zjadliwa, tylko łagodna. I czasem daje nam jednak posmakować trochę transcendencji, dzięki czemu dowiadujemy się na przykład, że czeskie zaświaty różnią się nieco od zaświatów międzynarodowych.

I cóż za wyczucie ma ten facet, jakie ucho do języka, którym posługują się przedstawiciele poszczególnych grup społecznych, szczególnie tych lokujących się bliżej fundamentu piramidy. I jakie oko do charakterów! Bo o wielu pisarzach mówi się, że są znawcami ludzkiej natury, ale zazwyczaj okazują się oni znawcami tylko jakiegoś tej natury aspektu, wycinka, tymczasem czeski pisarz żongluje swobodnie mnogością tematów, które i pojedynczo od wieków przysparzają najtęższym głowom srogiego bólu.

I dwie są tu jeszcze charakterystyczne dla Čapka jakości – humor oraz przystępność. Kto szuka w literaturze zadęcia, niech szuka dalej. A jednak te lekkie skądinąd opowiastki trzeba czytać nader uważnie, bo są po nich poutykane różne smaczki, które łatwo mogą umknąć, niczym młodość albo chyżonoga dzierlatka.

pokaż więcej

 
2019-01-01 22:25:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Andrzej Kuśniewicz swą pasję literacką realizował dwutorowo: lewą ręką ochoczo spisywał donosy na swoich kolegów, prawej używał zaś do tworzenia literatury rozumianej bardziej tradycyjnie. Nie jestem powołany, by oceniać czy rozliczać działalność lewicy; spodobało mi się jednak, co czyniła prawica.

Trwa ostatni rok Wielkiej Wojny, nazwanej później I wojną światową. Porucznik armii...
Andrzej Kuśniewicz swą pasję literacką realizował dwutorowo: lewą ręką ochoczo spisywał donosy na swoich kolegów, prawej używał zaś do tworzenia literatury rozumianej bardziej tradycyjnie. Nie jestem powołany, by oceniać czy rozliczać działalność lewicy; spodobało mi się jednak, co czyniła prawica.

Trwa ostatni rok Wielkiej Wojny, nazwanej później I wojną światową. Porucznik armii austro-węgierskiej, Alfred Kiekeritz, zjeżdża do niewielkiej miejscowości w Galicji, by z dala od frontu leczyć się z gruźlicy. Tylko czy porucznika, trochę zapóźnionego i nieco skarlałego dekadenta, cokolwiek jest jeszcze w stanie uratować?

Toczy go bowiem nie tylko choroba ciała, ale i duszy. Za dużo napatrzył się na wojnę, zbyt często zabijał. Zobojętniał i zatracił miarę moralną. Nie przypadkiem w końcowym stadium swej choroby zwraca się ku Nietzschemu. Na tym jednostkowym przykładzie widać, jak I wojna światowa, która dzięki rozwojowi techniki wzniosła machinę śmierci na nowy poziom, przekroczyła pewną granicę, przyszykowała w powszechnej świadomości grunt pod wydarzenia drugiej.

Co ciekawe (i niezbyt poprawne politycznie), w ujęciu autora wyrazem degeneracji porucznika jest również jego nie do końca uświadomiony, najwyraźniej mocno w myśl nauk Freuda wyparty homoseksualizm. Zastępczą satysfakcję seksualną znajduje więc narrator w akcie zabijania, co szczególnie czytelne staje się pod koniec powieści.

A ta jest cała przeniknięta symboliką śmierci. Kończą się istnienia zwierząt zamienionych w myśliwskie trofea. Kończy się życie porucznika, kończy się wojna i kolejny rozdział niewinności człowieka. Kończy się jesień i cykl przyrody. Kończy się wreszcie Monarchia Austro-Węgierska, pewien porządek świata. I fascynuje mnie, jak pojawiające się pod koniec utworu autotematyczne wstawki w dziwny sposób wpisują w ten wszechogarniający nastrój, dyktat Kostuchy. Bo przecież kończy się i sama powieść.

A „Lekcja martwego języka” okazuje się ostatecznie lekcją dość uniwersalną, bo obok zbiorowego wymiaru ludzkiego miotania, niesie również opis egzystencjalnego dramatu, z którym każdy z nas musi się zmierzyć samotnie. Porucznik Kiekeritz próbuje oswoić śmierć poprzez nadanie jej mitologicznego znaczenia, poprzez zastąpienie religii sztuką i choć czyni to w sposób głęboko wykoślawiony, sama recepta nie jest może wcale ostatnią z możliwych dróg uporania się z ludzką kondycją.

pokaż więcej

 
2018-12-18 12:34:50
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

W jednym z wywiadów Józef Hen powiedział, że od dawna pełni już przede wszystkim rolę świadka, nie pisarza. I temu świadkowaniu poświęcona jest znaczna część „Nie boję się bezsennych nocy”, pokaźnego tomiszcza dzienników w trzech księgach, obejmujących okres od wczesnych lat pięćdziesiątych do roku 2000.

Swoje brutalne zderzenie z młynami historii opisał autor w serii autobiograficznych...
W jednym z wywiadów Józef Hen powiedział, że od dawna pełni już przede wszystkim rolę świadka, nie pisarza. I temu świadkowaniu poświęcona jest znaczna część „Nie boję się bezsennych nocy”, pokaźnego tomiszcza dzienników w trzech księgach, obejmujących okres od wczesnych lat pięćdziesiątych do roku 2000.

Swoje brutalne zderzenie z młynami historii opisał autor w serii autobiograficznych utworów, w dziennikach wraca więc głównie do zdarzeń późniejszych, z okresu PRL, przywołując polityczne przymrozki i odwilże, a przede wszystkim serwując opowieści ze świata ówczesnej kultury, z dość oczywistym naciskiem na literaturę.

Choć bowiem Hen zawsze stał trochę z boku, z dala od prądów i mód, przecież obracał się w towarzystwie największych spośród twórców. Związane z tymi twórcami smakowite anegdoty są niewątpliwym atutem „Nie boję się bezsennych nocy”, nadając obowiązkowi świadkowania nowy i lżejszy wymiar, chwilę oddechu.

Bo w tle zawsze czają się rzeczy ciężkie, straszliwe, niewyobrażalne, przed którymi kiedyś nie było ucieczki. Od których do dziś nie ma zapomnienia.

Swoją drogą, dzienniki wydają się stanowić formę jakby wynalezioną z myślą właśnie o Józefie Henie, którego pisarstwo, legitymujące się niezbywalnym atrybutem szczerości, zawsze sytuowało się blisko życia. Autor, który nazwał Stanisława Augusta swoim przyjacielem, tym razem dopuszcza do bliskiej zażyłości czytelnika, dzieląc się z nim przemyśleniami i emocjami.

Poza tym Józef Hen odnotowuje wrażenia z lektur, toczy nieustępliwą walkę z antysemityzmem, wreszcie daje się od czasu do czasu ponieść tęsknocie za dawnym światem. Czyni to jednak z charakterystycznym dla siebie brakiem patosu, zakorzenionym w wielokrotnie deklarowanym sceptycyzmie. Jest, jak Montaigne, człowiekiem rozumu, trzeźwego spojrzenia na świat i na siebie.

Efektem tego spojrzenia jest zresztą przyznanie się do pewnej próżności, właściwej chyba wszystkim artystom. Wrażliwe te natury wiecznie łakną uznania, ale zazwyczaj się z tym łaknieniem kryją. Chwała autorowi tych zapisków, że nie chowa się z tą potrzebą po kątach, tylko wyraźnie ją artykułuje.

I właściwie niełatwo napisać coś nowego o Józefie Henie, który podczas siedemdziesięcioletniej bez mała kariery literackiej dorobił się rzeszy epigonów, badaczy i podgryzających nogawkę ratlerków. Dlatego rekomenduję osobiste spotkanie z tym panem, który wykorzystał bezsenne noce do narysowania szerokiej i unikatowej panoramy dwudziestowiecznej Polski.

pokaż więcej

 
2018-12-18 12:34:22
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

„Wiem, co mówię” to znakomite uzupełnienie diarystyki Józefa Hena. Tom gromadzi wywiady, jakich autor udzielił na przestrzeni lat, a bezpośrednie niekiedy pytania pozwalają mu wypowiedzieć się wprost na nurtujące go zagadnienia. Wśród tych znajdują się zaś polityka, literatura i cały worek spraw tak przyziemnych, jak i wzniosłych. Hen mówi mądrze, a wydanie wywiadów z różnych okresów w jednej... „Wiem, co mówię” to znakomite uzupełnienie diarystyki Józefa Hena. Tom gromadzi wywiady, jakich autor udzielił na przestrzeni lat, a bezpośrednie niekiedy pytania pozwalają mu wypowiedzieć się wprost na nurtujące go zagadnienia. Wśród tych znajdują się zaś polityka, literatura i cały worek spraw tak przyziemnych, jak i wzniosłych. Hen mówi mądrze, a wydanie wywiadów z różnych okresów w jednej książce pozwala zaoszczędzić sporo czasu i trochę wzroku, ślęczenie przed ekranem komputera pozostawiając na inne, nie tak może chwalebne okazje.
Znajdą tu coś dla siebie również ludzie wścibscy, bo pisarz opowiada o swoim życiu prywatnym bez ogródek, dla siebie zachowując tylko sprawy najintymniejsze. Można się więc dowiedzieć, że jednym z najsilniejszych bodźców do pisania jest próżność, ale że potrzeba tworzenia wypływa również z poczucia samotności i paradoksalnie służy do jego przezwyciężania. W końcu czytelnik znajdzie w „Wiem, co mówię” potwierdzenie swego żywionego od dawna przeczucia, że wyjątkowa prawdziwość i rzetelność prozy Hena ma swe źródło w wyniesionych z domu rodzinnego wartościach.
Można też zadać sobie pytanie o znaczenie podtytułu tego zbioru, który brzmi „Dialogi uzdrawiające”. Pewną wskazówką, kogo miałyby te dialogi w pierwszej kolejności uzdrawiać, jest fakt, iż pomiędzy poszczególnymi rozmowami występują silne kontrasty w zakresie ich tonu. Myśl autora jest spójna, ale, co nieuniknione w przypadku natur wrażliwych, zmieniają się jego nastroje. Ten uważny obserwator rzeczywistości, zawiedziony kolejnymi zaprzepaszczonymi przez polski naród szansami zbudowania pozytywnej wspólnoty, musi od czasu do czasu ów zawód z siebie wyrzucić. Ale i bystry czytelnik może na tej autoterapii Hena sporo skorzystać. Ostatecznie podtytuł książki okazuje się więc uniwersalny.

pokaż więcej

 
2018-11-28 16:02:00
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Materię do twórczości literackiej czerpie Józef Hen przede wszystkim z własnego życia; może sobie na to pozwolić, bo jego długa i różnorodna biografia jawi się jako studnia bez dna. W tej sytuacji od twórcy, zamiast wyobraźni, wymaga się zmysłu obserwacji oraz biegłości pisarskiej, łączącej lekkość stylu z umiejętnością wnikania pod powierzchnię zjawisk. „Najpiękniejsze lata” są tej biegłości... Materię do twórczości literackiej czerpie Józef Hen przede wszystkim z własnego życia; może sobie na to pozwolić, bo jego długa i różnorodna biografia jawi się jako studnia bez dna. W tej sytuacji od twórcy, zamiast wyobraźni, wymaga się zmysłu obserwacji oraz biegłości pisarskiej, łączącej lekkość stylu z umiejętnością wnikania pod powierzchnię zjawisk. „Najpiękniejsze lata” są tej biegłości doskonałą egzemplifikacją.

Ta autobiograficzna powieść obejmuje lata 1939-44, choć ich nie wyczerpuje, bo wydarzenia z okresu wojennego pojawiają się w wielu utworach z biograficznego nurtu dorobku Hena, wzajemnie się uzupełniających. Ale „Najpiękniejsze lata” mają w sobie pewną wyjątkową jakość, nieco zaskakującą, jeśli wziąć od uwagę okoliczności, jakie opisują.

Wbrew notce wydawcy, nie odczytuję bowiem bynajmniej tytułu powieści jako przejawu sarkazmu. Owszem, zapewne nie tak wyobrażał sobie autor ten okres – miał w końcu jechać na studia medyczne do Londynu, a nie żyć z dnia na dzień, w trosce o chleb, dach nad głową i bezpieczeństwo, chwytając się prac fizycznych grubo poniżej swych kwalifikacji.

A jednak właśnie młody wiek – pospołu oczywiście z właściwościami charakteru – dał Henowi wyjątkową perspektywę. Kolejnym odmianom losu stawia on czoło bez strachu, traktując je jako przygodę oraz materiał do przyszłych przedsięwzięć pisarskich. Bo też tym materiałem można by obdarować i kilkadziesiąt żywotów.

Trudno powiedzieć, że Józef Hen zyskał dzięki dziejowej zawierusze, skoro większość bliskich mu osób bezpowrotnie w niej przepadła; ale w wymiarze indywidualnym, artystycznym, dzięki swej woli życia i ciekawości świata, z pewnością stał się kimś innym, kogo ewentualna nieobecność w polskiej literaturze byłaby nieodżałowana - choć musiałaby pozostać nieuświadomiona, jak nieobecność tych, którzy mogli tej literaturze dać wiele, ale nie zdążyli.

I nie sposób tego pisarstwa rozłożyć na części pierwsze, odważyć, ile tu talentu, a ile rzemiosła. Liczy się efekt, który w przypadku „Najpiękniejszych lat” jest oszałamiający – o straszliwych niekiedy przeżyciach czyta się z zapartym tchem, jak najlepszą powieść przygodową. Do efektu tego przyczynia się bez wątpienia pogoda ducha autora, ale przede wszystkim centralna kategoria jego twórczości – szczerość. I najlepszy niuchacz nie wyniucha tu fałszu.

A jako że proza Hena nie stoi na jednej nodze, obok szczerości mamy tu też uczciwość i rozsądek. „Najpiękniejsze lata” opowiadają więc także o tym, że ani podłość, ani przyzwoitość nie mają narodowości; wzmiankom o zbrodni katyńskiej czy rzezi wołyńskiej towarzyszą więc opisy zachowań pojedynczych Rosjan i Ukraińców, obejmujących całe spektrum postaw etycznych.

Dorobek Józefa Hena jest niezwykle bogaty, ale już po poznaniu jego wycinka mogę stwierdzić, że układa się on w harmonijną całość, formułującą konsekwentną postawę wobec świata, mocno podbudowaną sceptycyzmem, a zarazem niezdolną do odwrócenia się od drugiego człowieka. Pozostaje więc mieć nadzieję, że ta fascynująca postać doczeka się kiedyś tak godnego i czułego biografa, jakiego doczekali się Michel de Montaigne, Tadeusz Boy Żeleński czy Stanisław August Poniatowski.

pokaż więcej

 
2018-11-28 16:01:29
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

„Nowolipie” to nostalgiczna opowieść o małej ojczyźnie, która bezpowrotnie zniknęła. I szerzej, o świecie, którego dziś już nie ma. Świecie wspólnoty żydowskiej, która była nieodłączną częścią Warszawy. Ale i o świecie pewnego porządku, niepisanych reguł, których – niezależnie od proweniencji – nie przekraczano, bo byłoby to postępowaniem niehonorowym.

A skoro mamy do czynienia z dziełem...
„Nowolipie” to nostalgiczna opowieść o małej ojczyźnie, która bezpowrotnie zniknęła. I szerzej, o świecie, którego dziś już nie ma. Świecie wspólnoty żydowskiej, która była nieodłączną częścią Warszawy. Ale i o świecie pewnego porządku, niepisanych reguł, których – niezależnie od proweniencji – nie przekraczano, bo byłoby to postępowaniem niehonorowym.

A skoro mamy do czynienia z dziełem autobiograficznym, jest to również opowieść o Józefie Henie. Można więc prześledzić, jak kształtował się jako człowiek i jako pisarz, jak radził sobie ze swoją wrażliwością. Mocno autoironiczny ton dodaje tym wspomnieniom uroku i pozwala się trochę z autorem sfamiliaryzować.

I w końcu jest to opowieść o tych, którzy przedwcześnie odeszli. Sposób na złożenie im hołdu, upamiętnienie, nawet jeśli na kartach „Nowolipia” ledwie zdążyli mignąć. Niemal każdy rozdział powieści kończy smutna wyliczanka, przed którą nie uchroniła się nawet najbliższa rodzina pisarza. I to smutne świadectwo, pozbawione patosu, jest najbardziej wstrząsające.

pokaż więcej

 
2018-10-30 10:27:05
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Obrazował, obrazował i przeobrazował – pomyślałem po kilku pierwszych stronach powieści. Poeci potrafią bowiem pisać zachwycającą prozę, ale w pędzie ku opisowi i metaforze zdarza im się zapomnieć o całej reszcie. Na szczęście rychło okazało się, że to nie jest taki przypadek.

Otóż jest to przypadek szczególny. Fascynująca rzecz szkatułkowa o sile opowieści i o tajemniczym związku między...
Obrazował, obrazował i przeobrazował – pomyślałem po kilku pierwszych stronach powieści. Poeci potrafią bowiem pisać zachwycającą prozę, ale w pędzie ku opisowi i metaforze zdarza im się zapomnieć o całej reszcie. Na szczęście rychło okazało się, że to nie jest taki przypadek.

Otóż jest to przypadek szczególny. Fascynująca rzecz szkatułkowa o sile opowieści i o tajemniczym związku między literaturą a rzeczywistością, dalece bardziej złożonym, niż jesteśmy skłonni sądzić. Nowa wersja pięknego mitu, że wszystkie historie już gdzieś tam są, trzeba tylko wiedzieć, gdzie przyłożyć ucho – i umieć odbierać na odpowiedniej częstotliwości. Hymn na cześć podróżowania i nieporównywalnego z niczym uroku obcych miast.

Ajvaz ujmuje pięknym językiem, niewiarygodnie przemyślaną konstrukcją, nieposkromioną fantazją. Dowodzi, że żadna interpretacja nie jest wyłączna. Że utopia, by zawładnąć powszechną świadomością, nie może być domknięta, musi być trochę mętna, by każdy mógł uzupełnić ją własnymi pragnieniami, lękami, namiętnościami, uprzedzeniami – i uznać ją za swoją.

„Podróż na południe” w brawurowy sposób miesza filozofię Kanta z sensacyjnymi fabułami rodem z literatury popularnej, Pico della Mirandolę z newage’owym chłamem. Krytycy zgodnie pieją z zachwytu. I wtedy wchodzę ja, z góry rozczarowany swoją postawą, i pytam: jak to mnie zachwyca, kiedy mnie nie zachwyca?

Osobiście identyfikuję dwa zasadnicze problemy, które nie pozwalają nazwać „Podróży” arcydziełem. Pierwszym z nich jest narzucające się wrażenie sztuczności, wyrozumowania, sprzeczne z zawartą w powieści koncepcją „naturalności” literatury. Przy tej okazji objawia się wyraźna przewaga autorów amerykańskich, chociażby Pynchona czy Vonneguta, nad Europejczykami w takiej postmodernistycznej zabawie konwencjami. Estetykę kiczu, którą przesiąknięta jest kultura USA, miejscowi przyswajają z mlekiem matki, z każdym oddechem, podczas gdy czeski filolog musi ją odtwarzać, imitować; lektura „Podróży na południe” doskonale tę słabość obnaża, szczególnie we fragmencie stanowiącym serce pierwszej części książki, czyli w „Uwięzionym”, słynnej „powieści z drutu”, przeszarżowanej i przekombinowanej.

Tym sposobem dochodzimy do drugiego problemu, do pewnego stopnia pokrewnego pierwszemu. Recenzenci często zarzucają mianowicie Ajvazowi, że nie potrafi stawiać kropek. Zarzut to bardzo trafny. Popełniony w kreowaniu fabuły grzech nadmiaru powtarza więc autor w toku, a często już słowotoku narracji, przez co książka jest nie tylko przegadana, ale miejscami i zbyt dopowiedziana. Jest więc Ajvaz niczym – to porównanie świsnąłem Józefowi Henowi – Szewc Rozpędek Makuszyńskiego. Wystarczyłby tu większy dystans do siebie albo dobry redaktor, ale najwyraźniej zabrakło i jednego, i drugiego.

Powszechnie chwalony za przekład Leszek Engelking poświęcił mnóstwo czasu na znalezienie terminów i sformułowań nieoczywistych, za co istotnie należą się oklaski; niekiedy zawiodło go jednak ucho i stąd mamy w powieści „niezwykłość wyobraźniową” (s. 114) czy „latające oko mentalne” (s. 124). Uroczy pleonazm „dalsza kontynuacja” (s. 329) to już chyba powtórzenie celowego zabiegu autora, choć wcale mnie dzięki tej świadomości mniej nie wytelepało.

To jednak wciąż bardzo dobra powieść, legitymująca się silnym urokiem mimo wspomnianych wad. I jeszcze jednej, ostatniej. Sama książka jest dość ciężka i nieporęczna, przez co nie nadaje się do czytania w wannie – już po niecałej godzinie zaczynają drętwieć ręce.

pokaż więcej

 
2018-10-30 10:25:19
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Po lekturze drugiej i ostatniej, niestety, wydanej w Polsce powieści Augustina, nie mam już wątpliwości, co jest motywem przewodnim twórczości tego wybitnego pisarza. „Mama” ukazała się zresztą u nas pod swym pierwotnym tytułem, ale jej niemieckie wznowienie wyszło jako „Piękny Zachód”. I Augustin dowodzi, że pod tym pięknem piętrzą się i kotłują rzeczy bardzo niepiękne. A dzielnie sekunduje... Po lekturze drugiej i ostatniej, niestety, wydanej w Polsce powieści Augustina, nie mam już wątpliwości, co jest motywem przewodnim twórczości tego wybitnego pisarza. „Mama” ukazała się zresztą u nas pod swym pierwotnym tytułem, ale jej niemieckie wznowienie wyszło jako „Piękny Zachód”. I Augustin dowodzi, że pod tym pięknem piętrzą się i kotłują rzeczy bardzo niepiękne. A dzielnie sekunduje mu kongenialna Małgorzata Łukasiewicz, która swego translatorskiego kunsztu dowiodła już niejednokrotnie.

Rozpowszechnionemu w literaturze everymanowi przeciwstawia Augustin swojego Niemanna. A nawet trzech. Każdy z nich opowiada – a może jedynie zmyśla – własną historię. Trzy udane kariery, dyskretnie nadzorowane przez tytułową Mamę, unaoczniają legendarne zorientowanie na cel pospołu z obojętnością na okoliczności jako źródło zarówno sukcesów gospodarczych Niemców, jak i przyczynę mniej chwalebnych kart w historii tego narodu.

Są tu rubaszności i są okropności, a wszystko to opisane bardzo naokoło, ale nie jak u Francuzów, językiem nieskończenie dystyngowanym, tylko w manierze autorskiej i zdrowo szurniętej. Choć czasem ciężko mi się było przebić przez bogatą symbolikę.

Niektóre momenty będą z kolei trudne do przebrnięcia dla natur wrażliwszych; Augustin jest lekarzem i swój czarny humor podbija bardzo szczegółowymi opisami anatomii czy procedur medycznych. Jest również psychiatrą i trudno się oprzeć wrażeniu, iż od czasu do czasu powinien nieco baczniej spojrzeć w lustro.

Bez trudu można również dopatrzyć się w „Mamie” krytyki zmurszałych, mieszczańskich wartości. Przede wszystkim pozostaje ona jednak zasygnalizowanym na początku rozliczeniem z historią cywilizacji zachodniej – z kolonializmem, militaryzmem, rasizmem oraz najnowszym wynalazkiem Europy – całkowitym oderwaniem od rzeczywistości.

I proza Augustina jest od rzeczywistości oderwana co się zowie. Jej główna siła tkwi bowiem nie w ładunku ideowym, przeoranym już w literaturze europejskiej z lewa na prawo i z powrotem, tylko w niepowtarzalnej narracji, w mrocznym poczuciu humoru, w mistrzowskim zastosowaniu groteski.

A my tymczasem dalej nic z tej lekcji Augustina nie wynosimy, i zamiast uczciwie rozliczyć się z przeszłością, forsujemy, w zależności od stanowiska, jej białą lub czarną, równie nieprawdziwą wersję. I w końcu w obliczu tej durnoty też pozostanie nam jedynie groteska.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
782 114 20366
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (27)

Ulubieni autorzy (25)
Lista ulubionych autorów
zgłoś błąd zgłoś błąd