Netula_CK 
Absolwentka filologii polskiej i europeistyki, miłośniczka Kielc i Korony :) Zapraszam na koroniarze.pl oraz zaczytana.com.pl
29 lat, kobieta, Kielce, status: Czytelniczka, dodała: 2 książki i 7 cytatów, ostatnio widziana 6 dni temu
Teraz czytam
  • Wojenne losy
    Wojenne losy
    Autor:
    Na przykładzie rodzinnej wsi i gminy Piórków, M. Młudzik dał przekrój losów mieszkańców polskiej wsi w okresie II wojny światowej i okupacji hitlerowskiej. Omówił ich udział w kampanii wrześniowej, ży...
    czytelników: 2 | opinie: 0 | ocena: 0 (0 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-09-16 11:59:59
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Okres dzieciństwa jest chyba najbardziej dynamiczny pod względem zmian, które dokonują się bardzo szybko (z perspektywy rodzica – zbyt szybko) w życiu młodego człowieka. Na każdym kroku spotykamy milowe kroki w jego rozwoju, każdego dnia nabywa nowe umiejętności i zdobywa wiedzę o świecie, który stara się poznać i oswoić. Jednym z takich etapów, przez dzieci wyczekiwanych, ale nie zawsze... Okres dzieciństwa jest chyba najbardziej dynamiczny pod względem zmian, które dokonują się bardzo szybko (z perspektywy rodzica – zbyt szybko) w życiu młodego człowieka. Na każdym kroku spotykamy milowe kroki w jego rozwoju, każdego dnia nabywa nowe umiejętności i zdobywa wiedzę o świecie, który stara się poznać i oswoić. Jednym z takich etapów, przez dzieci wyczekiwanych, ale nie zawsze łatwych, jest jazda na dwukołowym rowerze.

Niektóre umiejętności wymagają od dziecka sporo pracy, zanim w końcu pozwolą się opanować. Błędy, potknięcia i upadki, czasem bolesne, są nieodłącznym elementem nauki i należy je zaakceptować, ale trudno to zrobić, gdy ma się lat kilka, głowę pełną pomysłów, serce wypełnione chęciami, ale reszta ciała nie chce jeszcze współpracować i utrzymać równowagi. To może rodzić frustrację. U mnie ją rodziło, gdy byłam mała.

W naszym domu, poza rozmową, w przypadku wielu problemów chcę posiłkować się odpowiednią lekturą, która często potrafi zdziałać cuda. W końcu mama i tata pocieszają, ale z perspektywy dziecka może wyglądać to tak, że nie wiedzą, o czym mówią. Przecież oni potrafią, więc nie wiedzą, co czuje dziecko. Co innego książkowy bohater – ma mniej więcej tyle samo lat i podobny kłopot, który ostatecznie udaje mu się rozwiązać. Ale on nie znika sam. Stopniowo staje się coraz mniejszy dzięki próbom i ćwiczeniom dziecka. Dziecko otrzymuje gotową receptę na sukces – ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć, bo ćwiczenie czyni mistrzem! To budujące przesłanie.

Na uwagę zasługuje także samo wydanie, a w zasadzie jego kolorystyka. Większość elementów jest w tonacji jasnej, delikatnej. Dodatki są z kolei bardzo odblaskowe, przez co od razu przyciągają wzrok. Bardzo miłe dla oka połączenie. No i jeszcze partie dialogowe mamy – w żółtym, ciepłym kolorze. W końcu od mamy bije ciepło i troska, mama oświetla drogę, którą młody człowiek kroczy przez życie, więc dla mnie jest to dodatkowy plus, choć może także nadinterpretacja :)

zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
2018-08-25 18:36:16
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Dzieje Polski (tom 1)

Po Kraszewskiego ostatni raz sięgałam jeszcze na studiach, za sprawą „Zygmuntowskich czasów” i jest to trochę mój wyrzut sumienia – dlaczego na tak długo podziękowaliśmy sobie z twórczością tego pana? Pewnie, że mogę teraz szukać usprawiedliwień – brak czasu, natłok obowiązków i tym podobne. Prawda jest jednak nieco bardziej brutalna, a ja aż kulę się w sobie, że muszę ją w tym miejscu... Po Kraszewskiego ostatni raz sięgałam jeszcze na studiach, za sprawą „Zygmuntowskich czasów” i jest to trochę mój wyrzut sumienia – dlaczego na tak długo podziękowaliśmy sobie z twórczością tego pana? Pewnie, że mogę teraz szukać usprawiedliwień – brak czasu, natłok obowiązków i tym podobne. Prawda jest jednak nieco bardziej brutalna, a ja aż kulę się w sobie, że muszę ją w tym miejscu wyjawić. Po prostu odkąd blog zaczął się mocno rozwijać, a propozycje recenzenckie zapełniać skrzynkę mailową, zachłysnęłam się różnego rodzaju nowościami i to właśnie na nich oparłam swoją czytelniczą przygodę, klasyków traktując nieco po macoszemu. Szkoda, bo pamiętam, że utwory Kraszewskiego swego czasu wywierały na mnie bardzo korzystne wrażenie. Dlatego bardzo się cieszę, że są wydawnictwa, które od czasu do czasu przypominają wielkich mistrzów, wznawiając wydania i ciesząc umysły czytelników tymi magicznymi opowieściami.

Właśnie odnośnie do magii – panuje ostatnio moda na słowiańskie wierzenia i przyznaję, że sama także się jej poddałam, zachwycając się bez reszty. Od serii o kwiecie paproci przez mitologię słowiańską dla dzieci aż po rewelacyjną „Starą baśń”. Tak, ta tematyka potrafi wyrwać człowieka z rzeczywistości i osadzić w zupełnie innych realiach.

Zdążyłam już zapomnieć, jak pięknie Kraszewski potrafi odmalowywać scenerię przed oczami czytelnika. Zamiast jednego słowa użyje kilku, ale połączy je w taki sposób, że czujemy się, jakbyśmy mieli wykreowany przez niego świat na wyciągnięcie ręki, jakby czekał tuż za rogiem – piękny, pełen cudów natury, zapierający dech w piersiach. Sceptycy pewnie nazwaliby to przerostem formy nad treścią, tyle że dla mnie ta treść również jest cudowna – pełna pradawnych wierzeń i dobrze nam znanych legend podanych w nowej, pełniejszej odsłonie.

Powrót do „Starej baśni” i magii słów Kraszewskiego po tylu latach był jak coś nienazwanego, ale upragnionego. Jak coś, co musiało się wydarzyć, choć wcześniej trudno byłoby mi ten brak zidentyfikować. Jedno jest pewne – potrzebowałam tego, mój umysł podświadomie domagał się powrotu do klasyki i otrzymał go z najlepszym z możliwych wydaniu.

zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
2018-08-24 11:52:24
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Uwielbiamy z córą sięgać po nowe serie dla maluchów i chyba właśnie trafiłyśmy na kolejną perełkę wśród literatury dla najmłodszych. Po rewelacyjnej serii „co wokoło”, po którą Zosia do tej pory chętnie sięga, przyszła pora na książeczki Anny-Clary Tidholm.

Tytułowe pytanie to zmora wielu dorosłych, w końcu dziecko potrafi je powtarzać po kilkadziesiąt razy dziennie, wystawiając cierpliwość...
Uwielbiamy z córą sięgać po nowe serie dla maluchów i chyba właśnie trafiłyśmy na kolejną perełkę wśród literatury dla najmłodszych. Po rewelacyjnej serii „co wokoło”, po którą Zosia do tej pory chętnie sięga, przyszła pora na książeczki Anny-Clary Tidholm.

Tytułowe pytanie to zmora wielu dorosłych, w końcu dziecko potrafi je powtarzać po kilkadziesiąt razy dziennie, wystawiając cierpliwość nawet najspokojniejszych rodziców na próbę. Ja jednak staram się do tej kwestii podchodzić inaczej – te pytania to szansa na to, aby jak najwięcej świata pokazać dziecku i pomóc mu go oswoić. Cieszmy się, że jest w dzieciach ten pęd do wiedzy, bo ta fascynacja wszystkim, co nas otacza, nie będzie trwała wiecznie.

Odnośnie zaś do samej publikacji. Strony są wykonane z grubej tektury, co niezmiennie zaliczam na plus w przypadku książeczek dla maluchów. Podobnie jak zaokrąglone rogi, dzięki którym nie martwię się, czy samodzielne manipulowanie książką przez moją córę jest bezpieczne. Anna-Clara Tidholm odpowiada na kilka pozornie prostych pytań – dlaczego szczeka pies, dlaczego leci ptak, dlaczego jedzie pan i dlaczego idzie mama. To zjawiska, które dziecko zna ze swojej codzienności, operujemy więc konkretem, a nie pojęciami abstrakcyjnymi, dzięki czemu małemu człowiekowi łatwiej wszystko zrozumieć. Ilustracje są kolorowe i miłe dla oka, dobrze odzwierciedlają rzeczywistość, co również jest nie bez znaczenia, gdy chodzi o książki dla najmłodszych.

Jestem ciekawa kolejnych części tej serii. Jeśli autorka utrzymała poziom, będzie to jedna z ciekawszych serii w biblioteczce naszej Zosi.

zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
2018-08-07 15:39:15
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
 
2018-07-31 12:29:00
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Opis książki nie zachęca, a przynajmniej do mnie pierwsze jego zdania nie przemówiły. Już na starcie starano się zapewnić mnie, że nie od razu polubię główną bohaterkę, a jedno z moich podstawowych oczekiwań wobec każdej książki dotyczy właśnie tej kwestii – chcę lubić bohaterów. Lubię ich lubić i postuluję na każdym kroku: autorzy, czyńcie ich takimi, by lubić się ich dało. Rozumiem, że taki... Opis książki nie zachęca, a przynajmniej do mnie pierwsze jego zdania nie przemówiły. Już na starcie starano się zapewnić mnie, że nie od razu polubię główną bohaterkę, a jedno z moich podstawowych oczekiwań wobec każdej książki dotyczy właśnie tej kwestii – chcę lubić bohaterów. Lubię ich lubić i postuluję na każdym kroku: autorzy, czyńcie ich takimi, by lubić się ich dało. Rozumiem, że taki kształt opisu bazuje na zszokowaniu i tym samym zaintrygowaniu czytelnika. Cóż, na mnie podziałał średnio, niemniej z racji interesującej tematyki postanowiłam sięgnąć po tę książkę. I dobrze się stało – postraszyli, postraszyli, a Casey Pedergast wcale nie okazała się taka znów jędzowata. Owszem, aniołem w ludzkiej skórze to ona nie jest, nie zawsze akceptowałam jej wybory, raczej oscylowało to w granicach tolerancji, ale starałam się zrozumieć przyczyny takich, a nie innych decyzji. I chyba przynajmniej po części mi się to udało.

Casey Pedergast pracuje w agencji reklamowej, gdzie z racji swojego nieszablonowego myślenia i takich samych pomysłów jest postrzegana jako pupilka szefowej. Jej zespół stanowi dość zgrane i ciekawe grono młodych ludzi, którzy całe swoje życie podporządkowali pracy. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Branża reklamowa bywa różnie postrzegana. Sama w sumie, przynajmniej w pewnym zakresie, stanowię jej część, zajmując się copywritingiem. I posiadam rożne doświadczenia, choć muszę przyznać, że trafiłam na interesujące branże – literatura i tematyka dziecięca to dla mnie w końcu chleb powszedni. Niemniej rozumiem osoby, dla których jest to może nie największe, ale jednak zło tego świata, więc bronią się rękami i nogami, byle nigdy do takiej branży nie trafić. Taką grupę ludzi stanowić mogą na przykład pisarze. Co stanie się jednak, gdy szefowa agencji wpadnie na pomysł rozszerzenia jej działalności o usługę tak nietypową jak pisanie tekstów przez pisarzy na zlecenie firm, których wizerunek podupadł? Czy ideały przetrwają, gdy na stole pojawią się duże pieniądze?

Sami widzicie, że tematyka ciekawa, oryginalna i bardzo na czasie. Kto wydał książkę lub się do tego przymierza, ten wie, a przynajmniej wiedzieć powinien, że stan jego konta nie wyświetli dzięki temu kwoty z kilkoma zerami, przynajmniej na początku. Kreacja głównej bohaterki jest o tyle ciekawa, że trudna w jednoznacznej ocenie. Casey może i jest bezczelna, do przesady ambitna i często irytująca, ale to nie wzięło się z niczego. Czytelnik już na początku poznaje powody, dlaczego jest, jaka jest. I nie są to powody łatwe. Bardzo podobało mi się także to, że autorka potraktowała czytelnika tak, jakby posiadał on już jakąś wiedzę w temacie reklamy. Nie tłumaczyła każdego zwrotu łopatologicznie, bez sensu zwiększając tylko objętość książki. Ale nie był to także język niezrozumiały dla przeciętnego czytelnika, napchany fachową terminologią. Wszystko z wyczuciem, w granicach dobrego smaku. I taka była ta lektura – czasem wymagająca, innym razem zabawna czy wkurzająca, ale mieszcząca się w granicach tego, co określamy książką w dobrym guście.

zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
2018-07-20 17:54:43
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Czas to ostatnio w moim życiu towar deficytowy, więc i książek do recenzji przyjmuję mniej, nad czym szczerze ubolewam. Te, które wybieram, naprawdę czymś muszą się wyróżniać,przynajmniej tak sądzę w momencie podejmowania decyzji. Tutaj czekała mnie nie lata zagwozdka – nie znałam autorki, więc nie wiedziałam, czego mam się spodziewać, a publikacja liczy sobie ponad czterysta stronic. Gdyby... Czas to ostatnio w moim życiu towar deficytowy, więc i książek do recenzji przyjmuję mniej, nad czym szczerze ubolewam. Te, które wybieram, naprawdę czymś muszą się wyróżniać,przynajmniej tak sądzę w momencie podejmowania decyzji. Tutaj czekała mnie nie lata zagwozdka – nie znałam autorki, więc nie wiedziałam, czego mam się spodziewać, a publikacja liczy sobie ponad czterysta stronic. Gdyby okazała się nietrafionym wyborem, straciłabym dużo czasu, którego tak mi brakuje. Zaryzykowałam i naprawdę bym żałowała, gdybyśmy minęły się z „Oblubienicą morza”. Bo to książka z rodzaju tych, które zapadają w pamięć na dłużej.

Bardzo dobrze przeprowadzonym zabiegiem, zawsze przeze mnie lubianym, jest umieszczenie w tekście dwóch perspektyw czasowych. Narracja prowadzona jest z punktu widzenia czterech osób – w niełatwych latach czterdziestych XX wieku, kiedy Sara i Yousef zakochują się w sobie, oraz w czasach bardziej nam współczesnych, kiedy poznają się ich wnuki – Rebeka i Ameer.

Miłość sprzed lat, która tak naprawdę nie miała prawa zaistnieć – Sara była bowiem żydówką wypędzoną z Rosji, zaś Yousef to lekarz arabskiego pochodzenia. Kiedy należy się do dwóch zupełnie różnych światów, które łączy jedynie radykalne podejście do życia i religii, a spór toczy się o terytorium, nie ma miejsca na miłość. Nawet jeśli ktoś odważyłby się pomyśleć inaczej, pozostali sprowadzą go na ziemię, czasem w bolesny sposób.

To książka szalenie przejmująca, momentami trudna i aż nazbyt obrazowa – nie takiego losu chcielibyśmy dla bohaterów, których zdążyło się już polubić. Życie zdominowane przez konflikt palestyńsko-izraelski ma jednak swoje własne plany i zamierza je sumiennie zrealizować. Czy po latach uda naprawić się choć część wyrządzonych krzywd, a może za grzechy przeszłości będą musiały zapłacić kolejne pokolenia?

Niby nie mam czasu, a nawet nie wiem, kiedy skończyłam czytać. Tak się chyba dzieje w przypadku bardzo dobrych książek. Tę zdecydowanie można zaliczyć w ich poczet. Szczerze polecam!

zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
2018-07-17 08:00:12
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Za każdym razem, kiedy sięgam po książkę, której autorem lub współautorem jest psycholog, mam na początku pewne obawy związane ze sposobem narracji. Czy będę się czuła, jakbym leżała na kozetce i wpatrując się w sufit z rękami zaplecionymi na brzuchu, będę przyczyn własnych frustracji i potknięć życiowych szukać w dzieciństwie i relacjach z rodzicami? Bardzo tego nie lubię, a niestety kilka... Za każdym razem, kiedy sięgam po książkę, której autorem lub współautorem jest psycholog, mam na początku pewne obawy związane ze sposobem narracji. Czy będę się czuła, jakbym leżała na kozetce i wpatrując się w sufit z rękami zaplecionymi na brzuchu, będę przyczyn własnych frustracji i potknięć życiowych szukać w dzieciństwie i relacjach z rodzicami? Bardzo tego nie lubię, a niestety kilka razy musiałam już z tego powodu odłożyć książkę, która poruszała przecież tematy istotne.

W tym przypadku wystarczyło kilka pierwszych stron, by wiedzieć, że to zupełnie inny kaliber. Katarzyna Miller ma w sobie coś z gawędziarza, który snuje swoją opowieść i pokazuje, że życie rzeczywiście jest fajne, chociaż dzieją się w nim czasami niefajne rzeczy. Ale jest też na tyle długie, że pomieści je wszystkie – te dobre i te złe, a raczej niepożądane. Trzeba tylko pozwolić mu być fajnym, a sobie dać przyzwolenie na przeżycie tego wszystkiego, co jest naszym udziałem.

Książka ma postać wywiadu, ale trudno nie odnieść wrażenia, że rozmawiają dwie koleżanki z własnymi, czasem niełatwymi bagażami doświadczeń. Takie, które rozumieją, że nie wszystko w życiu układa się po naszej myśli, ale że równowaga musi być zachowana, więc będzie też lepiej. Tę rozmowę wyobrażam sobie właśnie tak, jak sugeruje okładka – nieformalnie, na luzie, z kubkiem kawy lub herbaty w ręce.

Czytałam, czytałam i nagle nastał koniec, jakoś tak szybko i niepostrzeżenie. A że z każdej książki tego rodzaju, choć nie jest ona typowym poradnikiem, lubię wynieść coś dla siebie, tak również z publikacji Katarzyny Miller wzięłam coś odkrywczego na przyszłość. Tym razem były to między innymi tytuły, które powinna przeczytać każda kobieta. Nie znałam ich, ale chętnie sięgnę, przeczytam i z nich pewnie także wezmę coś, co mnie wzbogaci i w pewien sposób rozwinie.

Mimo nie takiej znów łatwej tematyki, to książka lekka i przyjemna, z rodzaju tych, które nawet nie wiesz kiedy się kończą, pozostawiając cię z pytaniem na ustach: to już?

zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
2018-07-10 15:29:38
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

O tym, że będzie to lektura wyjątkowa, wiedziałam od samego początku, jeszcze zanim trafiła w moje ręce. Wystarczyło, że spojrzałam na okładkę, by poczuć tę magię, która czekała na mnie także w środku. Wystarczyło przeczytać jedno zdanie z okładki, by czuć, że za chwilę przytrafi mi się coś pięknego, bo przeniosę się w świat pełen wzruszeń i namiętności. Ta miłość uratuje ich na tysiąc różnych... O tym, że będzie to lektura wyjątkowa, wiedziałam od samego początku, jeszcze zanim trafiła w moje ręce. Wystarczyło, że spojrzałam na okładkę, by poczuć tę magię, która czekała na mnie także w środku. Wystarczyło przeczytać jedno zdanie z okładki, by czuć, że za chwilę przytrafi mi się coś pięknego, bo przeniosę się w świat pełen wzruszeń i namiętności. Ta miłość uratuje ich na tysiąc różnych sposobów – czy można lepiej podsumować miłość?

Przyznaję, że w tym przypadku nie czytałam opisu książki. Nie chciałam wiedzieć nic wcześniej, bo i tak miałam przeczucie, że będzie mi się podobało. Chciałam każdy szczegół poczuć na własnej skórze już w trakcie lektury. Nie miałam pojęcia, kim jest tytułowy Adam, ale pragnęłam jak najszybciej się o tym przekonać. Pierwsze zaskoczenie spotkało mnie już na starcie. Nie spodziewałam się, że mamy do czynienia z uczuciem nastolatków i przyznam szczerze, że przez chwilę nawet mnie to zaniepokoiło. Nie chciałam, żeby ta piękna okładka kryła w sobie jakieś młodzieńcze zauroczenie bez większej głębi, jakimi to uczuciami wypełniona jest co druga młodzieżówka. To trwało tylko przez chwilę, bo to uczucie nie miało w sobie nic z płytkości i pobieżności.

Adam po śmierci matki trafia do tymczasowego domu, gdzie ma przebywać do osiągnięcia pełnoletniości. Chłopak nie wzbudza sympatii osób, które przygarnęły go pod swój dach, gdyż ciągnie się za nim trudne dzieciństwo i nieprzyjemne pomówienia. Zupełnie inne spostrzeżenia ma ich córka, która podświadomie czuje, że z tym skrzywdzonym przez los chłopakiem łączy ją o wiele więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

Z każdą kolejną stroną Czytelnik coraz lepiej poznaje głównych bohaterów, przede wszystkim ich uczucia i emocje, a nie ukrywam, że warstwa emocjonalna utworu to dla mnie świętość. Tutaj została potraktowana z wyczuciem, delikatnością, dokładnie tak, jak lubię. Autorka tę sferę opisywała subtelnie i z taką jakąś wrodzoną naturalnością – w trakcie czytania nie wydawało się, że cokolwiek tutaj jest sztuczne, wstawiane na siłę.
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze świat bajek, który przenika się z rzeczywistością. Agata Czykierda-Grabowska w taki sposób pokierowała narracją, że powstało coś w rodzaju baśni dla dorosłych, ale baśni, która mogła przytrafić się naprawdę. Tę magię wyczuwało się na każdej stronie, a jednak miało się świadomość tego, że to nie bajka, że to po prostu życie.

To moje pierwsze spotkanie z utworem tej autorki, ale z pewnością nie będzie to spotkanie ostatnie. „Adam” zdecydowanie przekonał mnie do siebie i będzie książką z rodzaju tych, które goszczę w pamięci na dłużej.

zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
2018-06-26 21:15:18
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Odkrywanie nowych autorów, o których istnieniu wcześniej nie miało się pojęcia, to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy związanych z czytelniczym eksperymentowaniem. Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z Wilkie Collinsem. Kiedy dostałam w swoje ręce opasłe tomiszcze „Córek niczyich”, miałam mieszane uczucia. Nie znałam autora, a miałam spędzić z nim kilkaset stron, wypełnionych dla mnie tajemnicą.... Odkrywanie nowych autorów, o których istnieniu wcześniej nie miało się pojęcia, to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy związanych z czytelniczym eksperymentowaniem. Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z Wilkie Collinsem. Kiedy dostałam w swoje ręce opasłe tomiszcze „Córek niczyich”, miałam mieszane uczucia. Nie znałam autora, a miałam spędzić z nim kilkaset stron, wypełnionych dla mnie tajemnicą. Inaczej jest, gdy o kimś wie się cokolwiek, można wtedy wyrobić sobie jakieś oczekiwania i później skonfrontować je z rzeczywistością. Ja tego zrobić nie mogłam. Wilkie Collins był dla mnie czystą kartą i nie miałam pojęcia, czym zechce ją zapisać. Zaczęłam czytać i to był ten moment, kiedy wiedziałam, że właśnie trafiłam na literacką perełkę na miarę wielkich klasyków. Czułam, że jest to moje pierwsze, ale na pewno nie ostatnie spotkanie z autorem i że przeczytam wszystko jego autorstwa, co zostanie wydane w języku polskim. „Córka Izebel” jest już czwartą jego powieścią, po którą sięgam i czuję, że wciąż mi mało!

Już po kilku pierwszych stronach wiedziałam, że i tym razem się nie zawiodę. Uwielbiam ten styl – ozdobny jak przystało na literaturę dziewiętnastowieczną, ale przy tym owiany tajemnicą jak w najlepszych kryminałach. Ta mieszanka zdecydowanie sprawdza się w moim przypadku i sądzę, że nigdy nie będę miała jej dość. Już w pierwszych rozdziałach poznajemy kilka charyzmatycznych postaci, których losy będą przeplatać się na kolejnych stronach powieści – wdowę po przedsiębiorcy, którego marzeniem było przeprowadzenie liberalnych, a w tamtych czasach wręcz rewolucyjnych reform w służbie zdrowia i odnośnie do zatrudniania kobiet czy kolejną wdowę – tym razem po naukowcu, który pozostawił po sobie śmiercionośną pamiątkę, zaginioną w niewyjaśnionych okolicznościach. Jednak moim numerem jeden stał się Słomiany Jack – bezdomny pacjent szpitala psychiatrycznego, wyplatający przepiękne słomiane kapelusze. Zaciekawieni? Ja musiałam poznać tę historię jak najszybciej!

Przyznam szczerze, że pewne wątpliwości wzbudziła we mnie okładka. Spojrzenie kobiety, która się na niej znajduje, aż mrozi krew w żyłach. Zastanawiałam się, czy w środku też będzie tak zimno, bezuczuciowo i nieprzyjemnie. Nie było. Jeśli już spotkaliście się z utworami Wilkiego Collinsa, znacie jego styl i nie zawiedziecie się także tym razem. Jeśli jeszcze go nie znacie, zmieńcie ten stan rzeczy koniecznie! To autor, który umili wam niejeden wieczór, sprawiając, że będziecie chcieć więcej.

pokaż więcej

 
2018-06-26 21:13:01
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że z Alcatrazem Smedrym znamy się jak łyse konie. Śledzę jego przygody od samego początku, w każdym tomie odnajdując nowe cechy tego sympatycznego, choć pechowego młodzieńca, który na każdym kroku stara się przekonać Czytelnika, że nie warto na niego liczyć, bo daleko mu do odwagi, znacznie bliżej do egoizmu, a tak w ogóle to jest tak głupi, że aż nazywa... Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że z Alcatrazem Smedrym znamy się jak łyse konie. Śledzę jego przygody od samego początku, w każdym tomie odnajdując nowe cechy tego sympatycznego, choć pechowego młodzieńca, który na każdym kroku stara się przekonać Czytelnika, że nie warto na niego liczyć, bo daleko mu do odwagi, znacznie bliżej do egoizmu, a tak w ogóle to jest tak głupi, że aż nazywa się gupim. Jakoś mu to nie bardzo jednak wychodzi, bo przez te kilkaset stron (chyba nawet przekroczyliśmy już 1000!), kiedy towarzyszę mu w jego przygodach, nie przestałam go lubić, a moja sympatia raczej wzrasta.

Co tym razem zaserwował nam autor? Otóż Alcatraz po raz pierwszy świadomie, z własnej, nieprzymuszonej woli wyrusza komuś na pomoc. Nie jest to dziełem przypadku czy chłodnej kalkulacji, nasz bohater po prostu stwierdza, że tak trzeba, a potem sam jest zaskoczony tym stwierdzeniem. Razem z Bastylią i kilkorgiem innych kompanów, z których część to utalentowani Smedry (wiedzieliście na przykład, że bardzo zła znajomość matematyki może obrócić się na waszą korzyść?), wyruszają na ratunek Mokii, którą chcą podbić Bibliotekarze. Sprawa wydaje się trudna, prawie beznadziejna, ale Alcatraz ma pewien plan, a plany Smedrych to nie lada gratka dla Czytelników.

Oczywiście nasz bohater nie rezygnuje także z nieistotnych dygresji, którymi stara się nas zirytować. W czwartym tomie dorzuca do tego także złą numerację rozdziałów i omijanie wydarzeń, które podobno opisał, ale gdzieś się zapodziały. Pech chciał, że były to naprawę ciekawe fragmenty opowieści. Nieładnie, Alcatrazie, nieładnie!

Dziwnie się czuję z myślą, że przede mną jeszcze tylko jeden tom przygód Alcatraza i spółki. Z jednej strony jestem ciekawa, bo zbliżamy się do sceny z ołtarzem i książkami, o której Al pisał na początku tomu pierwszego, ale z drugiej – zdążyłam już zżyć się z bohaterami tej serii i na pewno będzie mi ich brakowało.

pokaż więcej

 
2018-06-26 21:09:09
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Zawsze uważałam, że fabułę zdecydowanej większości książek dla dzieci łatwo dorosłemu przewidzieć, gdyż opierają się one na starych jak świat schematach. Dobro zawsze zwycięża, a czary charakter musi pożałować swoich karygodnych czynów, a najlepiej jeszcze odkręcić swoje występki. To budujące, z morałem i uczące młodych ludzi zasad, jakimi powinni się w życiu kierować. A książki dla... Zawsze uważałam, że fabułę zdecydowanej większości książek dla dzieci łatwo dorosłemu przewidzieć, gdyż opierają się one na starych jak świat schematach. Dobro zawsze zwycięża, a czary charakter musi pożałować swoich karygodnych czynów, a najlepiej jeszcze odkręcić swoje występki. To budujące, z morałem i uczące młodych ludzi zasad, jakimi powinni się w życiu kierować. A książki dla najmłodszych to już w ogóle żadne wyzwanie dla wyobraźni rodzica. Wystarczy spojrzeć na okładkę, czasem wesprzeć się dodatkowo opisem i już od pierwszej strony wiemy, co spotka nas na ostatniej. Tak sądziłam do tej pory. A potem sięgnęłam z córką po „Lubię Leosia” i jeszcze długo po odłożeniu publikacji na półkę nie mogłam przestać się śmiać. W pozytywnym sensie.

Ta niepozorna książeczka liczy dosłownie kilka zdań. Na każdej stronie Marcel wymienia, co lubi u swojego kolegi – Leosia. Wyznaje też, że nie lubi tego trzeciego chłopca, który przychodzi do piaskownicy. Zazdrość to w końcu bardzo powszechne zjawisko, także wśród dzieci, a już zazdrość o przyjaciela to rzecz szczególna. Sądziłam, że właśnie o tym będzie książka. I owszem, była, ale miała też bonus w postaci takiego zakończenia, że choćbym myślała latami, nie wymyśliłabym tego lepiej, zabawniej, bardziej życiowo. Pokazałam „Lubię Leosia” mężowi, ma podobne odczucia. Nie zdradzę oczywiście, co takiego się wydarzyło, ale myślę, że zasiałam w was ziarno ciekawości.

Książeczka ma grubą oprawę i miłe dla oka, kolorowe ilustracje. Jak wspominałam, tekstu nie jest dużo – jedno zdanie, kilka prostych słów na każdej stronie, ale za to napisanych dużą, czytelną czcionką, dzięki czemu w późniejszym wieku spokojnie można ją wykorzystać do nauki czytania. Element humorystyczny w postaci zakończenia na pewno zainteresuje starsze dzieciaki i zachęci je do samodzielnej lektury.

Polecam, zdecydowanie. Rzadko bywam zaskoczona książkami dla dzieci. Tej jednak udało się mnie zaskoczyć i to porządnie.

zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
692 283 1373
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (7)

Ulubieni autorzy (9)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (11)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd