Netula_CK 
Absolwentka filologii polskiej i europeistyki, miłośniczka Kielc i Korony :) Zapraszam na koroniarze.pl oraz zaczytana.com.pl
29 lat, kobieta, Kielce, status: Czytelniczka, dodała: 2 książki i 7 cytatów, ostatnio widziana 1 godzinę temu
Teraz czytam
  • Wojenne losy
    Wojenne losy
    Autor:
    Na przykładzie rodzinnej wsi i gminy Piórków, M. Młudzik dał przekrój losów mieszkańców polskiej wsi w okresie II wojny światowej i okupacji hitlerowskiej. Omówił ich udział w kampanii wrześniowej, ży...
    czytelników: 2 | opinie: 0 | ocena: 0 (0 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-11-04 12:12:15
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Odkąd przenieśliśmy książki córy na niższą półkę, gdy nauczyła się chodzić, przeżywamy w domu prawdziwe czytelnicze seanse. Zosia nawet po kilkanaście razy dziennie przynosi nam wybrane tytuły i kładzie je na kolanach, gdzie sama też się sadowi po chwili w oczekiwaniu na lekturę. Wcześniej poznałyśmy już trzy pozostałe publikacje Anny-Clary Tidholm z tej serii i „Wymyśl coś!” także nie... Odkąd przenieśliśmy książki córy na niższą półkę, gdy nauczyła się chodzić, przeżywamy w domu prawdziwe czytelnicze seanse. Zosia nawet po kilkanaście razy dziennie przynosi nam wybrane tytuły i kładzie je na kolanach, gdzie sama też się sadowi po chwili w oczekiwaniu na lekturę. Wcześniej poznałyśmy już trzy pozostałe publikacje Anny-Clary Tidholm z tej serii i „Wymyśl coś!” także nie rozczarowało!

Tym razem autorka wzięła na warsztat temat nudy. Brzydka pogoda, deszcz za oknem i zdanie znane chyba każdemu rodzicowi: Nudzę się, wymyśl coś! Tyle że tym razem wymyślają nie rodzice, a… zabawki, najlepsi przyjaciele dziecka. Tak więc swój pomysł na walkę z nudą podaje lalka, miś, małpka czy piłka.

Tekstu, jak w każdej poprzedniej części, nie jest dużo, co w przypadku mojej córy stanowi zaletę. Zosia zdecydowanie woli, gdy obraz dominuje nad tekstem. Lubi pokazywać, gdzie jest na danej stronie lala, gdzie pies i tak dalej. Ilustracje są czytelne i miłe dla oka. W zasadzie nie ma dnia, by córka nie przyniosła choć jednej z książek z tej serii do czytania. „Wymyśl coś!” jest jedną z dwóch wybieranych najczęściej, zaraz za „Jest tam kto?” – jesteśmy na etapie pukania w każde drzwi, więc ta książeczka musiała Zosi przypaść do gustu 🙂 Dla mnie jako osoby dorosłej to także opowieść o sile dziecięcej wyobraźni, która potrafi pokonać nawet najgorszą nudę, choćby przy pomocy ożywionych przyjaciół.

Dla tych, którzy nie znają tej serii, przypomnę, że książki mają strony wykonane z grubej tektury i z zaokrąglonymi rogami, dzięki czemu są one bezpieczne w samodzielnym użytkowaniu przez dziecko oraz wytrzymałe. Seria cieszy się sporym zainteresowaniem wśród maluchów i ich rodziców, mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze, że nie bez powodu.

zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
2018-11-02 11:27:53
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Na pewno każdy z was spotkał w życiu osobę, która trudni się zawodowo czymś nietypowym, co przeciętnemu zjadaczowi chleba nigdy nie przyszłoby do głowy. Mnie osobiście zawsze śmieszyły na przykład te wszystkie brzmiące górnolotnie i z angielska nazwy stanowisk, koniecznie z: executive, junior, senior, account, service, manager. Ich polskie odpowiedniki nie powalają już na kolana. Ale to nic... Na pewno każdy z was spotkał w życiu osobę, która trudni się zawodowo czymś nietypowym, co przeciętnemu zjadaczowi chleba nigdy nie przyszłoby do głowy. Mnie osobiście zawsze śmieszyły na przykład te wszystkie brzmiące górnolotnie i z angielska nazwy stanowisk, koniecznie z: executive, junior, senior, account, service, manager. Ich polskie odpowiedniki nie powalają już na kolana. Ale to nic przy zawodzie, który wykonuje główny bohater kolejnej książki Joanny M. Chmielewskiej. Jest on bowiem… mężem zastępczym. Brzmi dziwnie? Poznajcie historię Piotra.

Zdradzony i opuszczony przez żonę mężczyzna postanawia zatrudniać się do rozmaitych prac domowych u kobiet, gdzie nie ma nikogo, komu można by powiedzieć: Zostań bohaterem w swoim domu i zrób/napraw/wymień. A takich kobiet i domostw jest wbrew pozorom niemało. Pal licho, gdy przyjdzie wymienić uzczelkę czy żarówkę, ale Piotr otrzymuje także mnóstwo zadań co najmniej nietypowych, jak choćby zastąpienie ojca na wywiadówce, eksmisja nietoperza czy… dostarczenie skunksa. Brawo za wyobraźnię, pani Joanno!

Te wszystkie zlecenia, których podejmuje się główny bohater, mają również drugą funkcję, być może ważniejszą niż sama praca. Piotr zamierza zgłębić kobiecą psychikę, by dociec powodów, dlaczego opuściła go ta, która ślubowała miłość do grobowej deski. Marzenie ściętej głowy? Przekonajcie się sami! Dla mnie ta dwutorowość w opowieści, tj. codzienność Piotra w pracy oraz jego wewnętrzne rozterki i przemyślenia, to strzał w dziesiątkę. Dzięki temu książka nie jest ani typową komedią, ani ckliwymi wynurzeniami porzuconego faceta.

Z twórczością Joanny M. Chmielewskiej znamy się już doskonale, większość jej książek jest już w mojej domowej biblioteczce, tak więc mniej więcej wiem, czego mam się spodziewać. Lubię pióro tej autorki, jej pomysły i kreacje bohaterów, a przy okazji „Męża zastępczego” dokładam do tej listy kolejną cechę – uwielbiam także jej poczucie humoru, którym emanuje książka. To jedna z tych pisarek, które mogę brać w ciemno, wiedząc, że się nie rozczaruję. Tą historią tylko to potwierdziła.

zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
2018-11-01 12:33:23
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

O Eli jako bohaterce książek dla dzieci słyszałam dużo dobrego, na długo zanim na rynku pojawiła się część o czworonogach, których jesteśmy z córą absolutnymi miłośniczkami. Choć moja Zosia ma dopiero czternaście miesięcy, to na kartach różnych publikacji wypatrzy każdego psiaka – nieważne, czy zajmuje pół ilustracji, czy merda ogonkiem gdzieś za krzakiem. Córa wie, że ten merdający ogon... O Eli jako bohaterce książek dla dzieci słyszałam dużo dobrego, na długo zanim na rynku pojawiła się część o czworonogach, których jesteśmy z córą absolutnymi miłośniczkami. Choć moja Zosia ma dopiero czternaście miesięcy, to na kartach różnych publikacji wypatrzy każdego psiaka – nieważne, czy zajmuje pół ilustracji, czy merda ogonkiem gdzieś za krzakiem. Córa wie, że ten merdający ogon należy do psa i to na nim skupi swoją uwagę. Tak więc książki, których głównymi bohaterami są psy, królują u nas od jakiegoś czasu. Założyłam, że z Elą będzie podobnie. I było!

O ile Zosia średnio może jeszcze słucha tego, co czytam, tak pokazuje na każdego psiaka w książce i po swojemu naśladuje swoje ulubione hau-hau. Dla dzieci starszych sama historia również będzie ciekawa, bo też wiele dzieciaków marzy przecież o własnym czworonogu, a na przeszkodzie stoją… rodzice. Ela nie jest odosobnionym przypadkiem w tej kwestii. I gdy tak marzy o swoim psie, poznaje psy cudze, a każdy z nich ma jakąś wadę. Jeden się ślini, inny za mocno ciągnie smycz. Osobiście uważam, że to bardzo dobre ujęcie tematu – nie idealizuje się psów, ale pokazuje, że one także mają swoje zwyczaje, różne temperamenty, czasem uciążliwe, choć zazwyczaj i tak kochane. Wiedząc o tym, można uniknąć rozczarowania, gdy już rodzice ulegnom prośbom swoich pociech, że to przecież nie tak miało być.

Kolejna zaleta książki to pokazanie, jak bardzo psy mogą się od siebie różnić – zarówno wyglądem, jak też usposobieniem. Zupełnie jak… ludzie. Wszyscy różnimy się od siebie i to właśnie czyni świat wyjątkowym miejscem. To dobry wstęp do rozmów na ten temat, często niełatwy do zrozumienia dla małego człowieka.

Podoba mi się także samo wydanie – duży format z równie dużymi ilustracjami w dobrym guście, tekst ustępujący miejsca pod względem ilości właście obrazowi, który dla dzieci jest najciekawszą formą przekazu i gruba oprawa, dzięki której książka tak szybko nie ulegnie zniszczeniu. To nasze pierwsze, ale myślę, że nie ostatnie spotkanie z Elą i jej przygodami. Zapewne sięgniemy także po te bardziej przystające wiekiem do mojej córy.

www.zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
2018-10-28 12:57:10
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Jeśli chwytliwy tytuł to połowa sukcesu w marketingu, to trzeba przyznać, że Katarzyna Miller przysporzyła sobie czytelników, jeszcze zanim ktokolwiek sięgnął po jej książkę. Bo kto z nas nie spotyka na swojej drodze toksycznych ludzi? Czasem wydaje się wręcz, że nasza droga jest nimi usłana. I co bardziej istotne – chyba każdy chciałby wiedzieć, jak obchodzić się z takimi ludźmi, by wyjść z... Jeśli chwytliwy tytuł to połowa sukcesu w marketingu, to trzeba przyznać, że Katarzyna Miller przysporzyła sobie czytelników, jeszcze zanim ktokolwiek sięgnął po jej książkę. Bo kto z nas nie spotyka na swojej drodze toksycznych ludzi? Czasem wydaje się wręcz, że nasza droga jest nimi usłana. I co bardziej istotne – chyba każdy chciałby wiedzieć, jak obchodzić się z takimi ludźmi, by wyjść z takiej relacji jeśli nie bez szwanku, to przynajmniej jedynie powierzchownie draśniętym.

Czytałam poprzednią książkę Katarzyny Miller, w której przekonywała mnie, że życie jest fajne, tak więc poznałam już lekki styl autorki, który przypadł mi do gustu. Tym razem poza dialogiem ze współautorką publikacji mamy wzięte na tapetę listy czytelników, którzy opisują różne sytuacje w swoim życiu i pytają, czy ich relacja jest toksyczna, czasem proszą o radę. Pomysł ciekawy, a realizacja jeszcze lepsza. Układ poszczególnych rozdziałów jest dla mnie wręcz genialny. Najpierw mamy list, napisany instensywnym kolorem jak na okładce, następnie wypunktowania, co znana psycholożka myśli na ten temat, a potem przechodzimy do charakterystycznej dla pani Miller wymiany zdań z drugą z autorek. Te wpunktowania to dla mnie rozwiązanie wręcz idealne, bardzo porządkuje tekst i pozwala na wrócenie do tego, co nas interesuje w każdej chwili, bez konieczności często bezowocnego wertowania kartek.

Tematyka jest bardzo zróżnicowana. Nie wszystkie kwestie są mi znajome, choćby z widzenia, ale duża część listów jest uniwersalna. Całość lub tylko ich fragmenty będą bliskie wielu czytelnikom. Podobnie zresztą jak słowa od autorki, która nie owija w bawełnę, tylko mówi, jak jest. Dużą zaletą jest także to, że Katarzyna Miller uświadamia autorom listów, że nie tylko inni są wobec nas toksyczni, sami siebie też potrafimy tak traktować i przekłada się to na nasze relacje w związku, rodzinie czy pracy. Czasem możemy poczuć się wręcz zaskoczeni tym, co autorka zalicza do zachowań toksycznych. Mało kto lubi nazywać rzeczy po imieniu, gdy dotyczą jego samego.

Porządna publikacja, której warto się przyjrzeć bliżej. W moim odczuciu lepsza od poprzedniej. Taka, do której będzie się wracać.

zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
2018-10-14 10:31:42
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Temat Dawida Janczyka wraca na salony mniej więcej tak często, jak chłopak chce wracać do wielkiej piłki. Wielu już dawno spisało go na straty, przy każdym potknięciu napawając się własnym „a nie mówiłem”, inni wciąż mu kibicują w walce o wyjście na prostą, jeśli już nie piłkarsko, to przynajmniej życiowo. Sama zaliczam się do tej drugiej grupy, żałując, że zmarnował się kolejny polski talent.... Temat Dawida Janczyka wraca na salony mniej więcej tak często, jak chłopak chce wracać do wielkiej piłki. Wielu już dawno spisało go na straty, przy każdym potknięciu napawając się własnym „a nie mówiłem”, inni wciąż mu kibicują w walce o wyjście na prostą, jeśli już nie piłkarsko, to przynajmniej życiowo. Sama zaliczam się do tej drugiej grupy, żałując, że zmarnował się kolejny polski talent. Obecnie co prawda tymi talentami sypie się jak z rękawa – jedno, dwa przyzwoite spotkania w naszej – może i najciekawszej, ale nie oszukujmy się, dość kiepskawej – Ekstraklasie i młody chłopak zostaje okrzyknięty talentem na miarę następcy Bońka. Ale Janczykowi tego określenia odmówić nie sposób, podobnie jak wcześniej Igorowi Sypniewskiemu i jakoś tak czytając biografię Dawida Janczyka, co jakiś czas przychodził mi na myśl właśnie Sypniewski. Duże pieniądze, alkohol i problemy osobiste pociągnęły w dół wielu chłopaków biegających za piłką, ale ich dwóch chyba żałuję najbardziej. Bo to mogły być prawdziwe gwiazdy, gdyby tylko głowa udźwignęła to, co futbolowi oferowało ciało.

Kiedy sięgałam po biografię Janczyka, wiedziałam, że będzie mocno, dobitnie, bez eufemizmów i ozdobników. Za to szczerze i autentycznie. Już pierwsze strony mnie w tym upewniły, stanowiąc jednocześnie zapowiedź wciągającej lektury. Dawid już na wstępie mówi, że nie chce moralizować, nie to stanowi jego cel. A jednak to się dzieje, bo czasem nie trzeba do tego słów, czasem przestrogą może być sam przykład.

Wartość dodaną książki stanowią relacje innych osób o Janczyku. Dzięki temu możemy poznać go lepiej, spojrzeć z innej perspektywy na tego chłopaka, do którego w swoim czasie porównywano Agüero. Możemy także szukać początków jego problemów – czy stanowiła je Rosja, czy też coś niepokojącego działo się już wcześniej? Czytałam kolejne strony, z których wyłaniał się obraz całkiem fajnego chłopaka, takiego kumpla z klatki obok, a nie zmanierowanego pana piłkarza. Obraz kogoś dumnego ze swoich osiągnięć, ale też świadomego, że wszystko spieprzył, bo ten chłopak z sąsiedztwa zbyt często zbaczał do monopolowego. I co ciekawe – i dość powszechne przy takich problemach – Janczykowi wciąż trudno przychodzi nazwanie rzeczy po imieniu. Na pytanie, czy jest alkoholikiem, odpowiada, że nie wie, pewnie tak.

W ostatnim czasie pomocną dłoń do piłkarza wyciągnęło Weszło ze swoim KTS-em. Po raz kolejny trzymałam kciuki. Wciąż je trzymam, chociaż słyszy się, że Dawid nie pojawia się na treningach. Złośliwi twierdzą, że wydał książkę, żeby mieć na wódkę. Ja jednak wierzę, że jego „Spowiedź” będzie dla niego swego rodzaju katharsis, które będzie stanowić fundament nowego startu w życiu. To wciągająca, ale też bardzo smutna opowieść, po którą warto sięgnąć – ku przestrodze, gwoli poznania całej historii oczami jej głównego bohatera, który – jak wierzę – w swoim czasie zejdzie z piłkarskiej sceny z podniesioną głową.
zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
2018-10-04 16:53:28
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Trzeba przyznać, że ta książka trafiła na bardzo podatny grunt w postaci naszego domu. Bo o ile ja po prostu chętnie korzystam z dobrodziejstw natury w postaci ziół, tak mój ślubny z zapałem zbiera wszelkiego rodzaju ziółka i inne specyfiki zdrowotne, z rozróżnieniem na kwiat, owoc itp. Tak więc jesienią i zimą pogoda nam niestraszna, bo do każdej herbaty dodajemy choćby miód z mniszka czy sok... Trzeba przyznać, że ta książka trafiła na bardzo podatny grunt w postaci naszego domu. Bo o ile ja po prostu chętnie korzystam z dobrodziejstw natury w postaci ziół, tak mój ślubny z zapałem zbiera wszelkiego rodzaju ziółka i inne specyfiki zdrowotne, z rozróżnieniem na kwiat, owoc itp. Tak więc jesienią i zimą pogoda nam niestraszna, bo do każdej herbaty dodajemy choćby miód z mniszka czy sok z czarnego bzu. I może właśnie dlatego moja córa nie miała nigdy nawet kataru.

Jestem pewna, że gdy tylko Zosia trochę podrośnie, mąż będzie chciał jej tę wiedzę przekazać. Problemem może okazać się to, że o ile dobre to chłopisko i poczciwe, tak talentu pedagogicznego raczej nie posiada, w związku z czym wszelkie pomoce dydaktyczne są w naszym przypadku wskazane. I „Parzyziółko” może okazać się tym właśnie strzałem w dziesiątkę.

We wstępie Profesor Parzyziółko zaprasza nas do wspólnego odkrywania świata ziół i zawodu zielarza. A jest co odkrywać! W książce znajdziemy ciekawostki i najważniejsze informacje na temat rozmaitych ziół, podane językiem zrozumiałym dla młodszego czytelnika, co jest dla mnie osobiście bardzo istotne. Obok każdego opisu widnieje ilustracja – przyjemna dla oka, taka w stylu okładki tej publikacji, która to okładka zdecydowanie trafiła w mój gust. Niektóre informacje mają charakter bardzo praktyczny – na przykład w naszym domu w sezonie letnim już nigdy nie zabraknie lawendy! Bo o ile znałam jej właściwości odstraszające mole, to nie miałam pojęcia, że działa też na moją zmorę – komary!

Gruba okładka, ciekawy format i bardzo efektowne wydanie. Ale w przypadku tej publikacji warstwa wizualna jest jedynie dodatkiem, pięknym, ale wciąż dodatkiem, bo najważniejsza jest jej wartość merytoryczna. Zdecydowanie godna polecenia!

zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
2018-10-01 18:39:18
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Jako osoba na co dzień związana z branżą marketingową mam świadomość tego, że dobry tytuł to co najmniej jedna trzecia sukcesu. Dobry, znaczy chwytliwy, intrygujący, czasem wręcz szokujący. I muszę przyznać, że z Jerzego Andrzejczaka byłby całkiem niezły marketingowiec, bo tytuł jego książki to strzał w dziesiątkę. Kto w końcu nie chciałby poznać najskrytszych sekretów, które kryje mroczne... Jako osoba na co dzień związana z branżą marketingową mam świadomość tego, że dobry tytuł to co najmniej jedna trzecia sukcesu. Dobry, znaczy chwytliwy, intrygujący, czasem wręcz szokujący. I muszę przyznać, że z Jerzego Andrzejczaka byłby całkiem niezły marketingowiec, bo tytuł jego książki to strzał w dziesiątkę. Kto w końcu nie chciałby poznać najskrytszych sekretów, które kryje mroczne oblicze kata? Mnie na pewno nie można tego zarzucić, byłam cholernie ciekawa!

Zaczęło się nieźle – klimat szemranej speluny, zwierzenia przy którymś z kolei kuflu, który rozwiązuje język, pozwalając mówić więcej i bardziej prawdziwie. Ale nagle to się urywa i tych zwierzeń samego kata jest w moim odczuciu zdecydowanie zbyt mało. Czułam niedosyt kacich tajemnic, choć bywały w książce fragmenty, które okazywały się równie interesujące. Choćby te dotyczące relacji osób skazanych na stryczek.

Widać także, że autor poświęcił sporo czasu i energii na zgłębienie tematyki kary śmierci i zawodu kata, tak w Polsce, jak i na świecie. Nie przepadam za statystykami, ale w publikacji takiej jak ta wydają się one uzasadnione. Ponadto na plus trzeba zaliczyć formę publikacji – w tekście wyróżniono istotne zdania. Styl autora jest lekki, narracja płynna, dobrze się to czyta.

Kara śmierci od zawsze miała swoich zwolenników i przeciwników, to się nie zmieniło i zapewne nie zmieni i choć swoje zdanie w tej kwestii wolę zachować dla siebie, to na pewno książka ta znajdzie szerokie grono sympatyków lub po prostu osób ciekawych, jak autor podszedł do tematu. Jest niezła, choć przyznaję, że nie tego się po niej spodziewałam. Mało mi kata, ale doceniam trud Jerzego Andrzejczaka włożony w napisanie tej publikacji.

pokaż więcej

 
2018-09-24 19:14:16
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

To już kolejna książką Wioletty Piaseckiej wydana przy okazji stulecia odzyskania niepodległości. Po „Faustynce” przyszedł czas na „Ignasia” i moje odczucia związane z lekturą.

Ignacego Jana Paderewskiego nie trzeba specjalnie przedstawiać, a jeśli już zacznie się to robić, to nie sposób zakończyć na jednym określeniu – kompozytor, pianista, polityk, działacz niepodległościowy. Nic więc...
To już kolejna książką Wioletty Piaseckiej wydana przy okazji stulecia odzyskania niepodległości. Po „Faustynce” przyszedł czas na „Ignasia” i moje odczucia związane z lekturą.

Ignacego Jana Paderewskiego nie trzeba specjalnie przedstawiać, a jeśli już zacznie się to robić, to nie sposób zakończyć na jednym określeniu – kompozytor, pianista, polityk, działacz niepodległościowy. Nic więc dziwnego, że to właśnie jego postać autorka wzięła na przysłowiowy warsztat. O ile jednak nazwisko Paderewskiego większości będzie znane, tak nie każdy wie, jaką drogę musiał pokonać młody Ignacy, aby znaleźć się na szczycie. Ja nie miałam o tym pojęcia, choć domyślałam się, że w takich czasach nie mogła to być droga usłana różami.

Pod względem ciekawości samej historii w tym przypadku jest chyba nawet lepiej niż w „Faustynce”, do mnie przynajmniej ta opowieść trafia bardziej. Styl Wioletty Piaseckiej jest mi już dobrze znany i lubiany przeze mnie, więc wiedziałam, na co się piszę. Miałam względem książki pewne oczekiwania, jakie posiadamy, gdy już zdążyliśmy poznać dobrze warsztat autora i te oczekiwania zostały spełnione. Wizualnie też jest okej – miłe dla oka ilustracje występują w ilości dużej, jak przystało na książki dla dzieci.

Myślę, że ta seria to dobry pomysł na prezent dla młodych czytelników, aby od małego pokazywać im naszą historię. Zwłaszcza że ten rok jest dla nas rokiem szczególnym. Pamiętajmy o tym i przekażmy tę wiedzę młodszym pokoleniom. To zaprocentuje w przyszłości.

zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
2018-09-16 11:59:59
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Okres dzieciństwa jest chyba najbardziej dynamiczny pod względem zmian, które dokonują się bardzo szybko (z perspektywy rodzica – zbyt szybko) w życiu młodego człowieka. Na każdym kroku spotykamy milowe kroki w jego rozwoju, każdego dnia nabywa nowe umiejętności i zdobywa wiedzę o świecie, który stara się poznać i oswoić. Jednym z takich etapów, przez dzieci wyczekiwanych, ale nie zawsze... Okres dzieciństwa jest chyba najbardziej dynamiczny pod względem zmian, które dokonują się bardzo szybko (z perspektywy rodzica – zbyt szybko) w życiu młodego człowieka. Na każdym kroku spotykamy milowe kroki w jego rozwoju, każdego dnia nabywa nowe umiejętności i zdobywa wiedzę o świecie, który stara się poznać i oswoić. Jednym z takich etapów, przez dzieci wyczekiwanych, ale nie zawsze łatwych, jest jazda na dwukołowym rowerze.

Niektóre umiejętności wymagają od dziecka sporo pracy, zanim w końcu pozwolą się opanować. Błędy, potknięcia i upadki, czasem bolesne, są nieodłącznym elementem nauki i należy je zaakceptować, ale trudno to zrobić, gdy ma się lat kilka, głowę pełną pomysłów, serce wypełnione chęciami, ale reszta ciała nie chce jeszcze współpracować i utrzymać równowagi. To może rodzić frustrację. U mnie ją rodziło, gdy byłam mała.

W naszym domu, poza rozmową, w przypadku wielu problemów chcę posiłkować się odpowiednią lekturą, która często potrafi zdziałać cuda. W końcu mama i tata pocieszają, ale z perspektywy dziecka może wyglądać to tak, że nie wiedzą, o czym mówią. Przecież oni potrafią, więc nie wiedzą, co czuje dziecko. Co innego książkowy bohater – ma mniej więcej tyle samo lat i podobny kłopot, który ostatecznie udaje mu się rozwiązać. Ale on nie znika sam. Stopniowo staje się coraz mniejszy dzięki próbom i ćwiczeniom dziecka. Dziecko otrzymuje gotową receptę na sukces – ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć, bo ćwiczenie czyni mistrzem! To budujące przesłanie.

Na uwagę zasługuje także samo wydanie, a w zasadzie jego kolorystyka. Większość elementów jest w tonacji jasnej, delikatnej. Dodatki są z kolei bardzo odblaskowe, przez co od razu przyciągają wzrok. Bardzo miłe dla oka połączenie. No i jeszcze partie dialogowe mamy – w żółtym, ciepłym kolorze. W końcu od mamy bije ciepło i troska, mama oświetla drogę, którą młody człowiek kroczy przez życie, więc dla mnie jest to dodatkowy plus, choć może także nadinterpretacja :)

zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
2018-08-25 18:36:16
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Dzieje Polski (tom 1)

Po Kraszewskiego ostatni raz sięgałam jeszcze na studiach, za sprawą „Zygmuntowskich czasów” i jest to trochę mój wyrzut sumienia – dlaczego na tak długo podziękowaliśmy sobie z twórczością tego pana? Pewnie, że mogę teraz szukać usprawiedliwień – brak czasu, natłok obowiązków i tym podobne. Prawda jest jednak nieco bardziej brutalna, a ja aż kulę się w sobie, że muszę ją w tym miejscu... Po Kraszewskiego ostatni raz sięgałam jeszcze na studiach, za sprawą „Zygmuntowskich czasów” i jest to trochę mój wyrzut sumienia – dlaczego na tak długo podziękowaliśmy sobie z twórczością tego pana? Pewnie, że mogę teraz szukać usprawiedliwień – brak czasu, natłok obowiązków i tym podobne. Prawda jest jednak nieco bardziej brutalna, a ja aż kulę się w sobie, że muszę ją w tym miejscu wyjawić. Po prostu odkąd blog zaczął się mocno rozwijać, a propozycje recenzenckie zapełniać skrzynkę mailową, zachłysnęłam się różnego rodzaju nowościami i to właśnie na nich oparłam swoją czytelniczą przygodę, klasyków traktując nieco po macoszemu. Szkoda, bo pamiętam, że utwory Kraszewskiego swego czasu wywierały na mnie bardzo korzystne wrażenie. Dlatego bardzo się cieszę, że są wydawnictwa, które od czasu do czasu przypominają wielkich mistrzów, wznawiając wydania i ciesząc umysły czytelników tymi magicznymi opowieściami.

Właśnie odnośnie do magii – panuje ostatnio moda na słowiańskie wierzenia i przyznaję, że sama także się jej poddałam, zachwycając się bez reszty. Od serii o kwiecie paproci przez mitologię słowiańską dla dzieci aż po rewelacyjną „Starą baśń”. Tak, ta tematyka potrafi wyrwać człowieka z rzeczywistości i osadzić w zupełnie innych realiach.

Zdążyłam już zapomnieć, jak pięknie Kraszewski potrafi odmalowywać scenerię przed oczami czytelnika. Zamiast jednego słowa użyje kilku, ale połączy je w taki sposób, że czujemy się, jakbyśmy mieli wykreowany przez niego świat na wyciągnięcie ręki, jakby czekał tuż za rogiem – piękny, pełen cudów natury, zapierający dech w piersiach. Sceptycy pewnie nazwaliby to przerostem formy nad treścią, tyle że dla mnie ta treść również jest cudowna – pełna pradawnych wierzeń i dobrze nam znanych legend podanych w nowej, pełniejszej odsłonie.

Powrót do „Starej baśni” i magii słów Kraszewskiego po tylu latach był jak coś nienazwanego, ale upragnionego. Jak coś, co musiało się wydarzyć, choć wcześniej trudno byłoby mi ten brak zidentyfikować. Jedno jest pewne – potrzebowałam tego, mój umysł podświadomie domagał się powrotu do klasyki i otrzymał go z najlepszym z możliwych wydaniu.

zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
2018-08-24 11:52:24
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Uwielbiamy z córą sięgać po nowe serie dla maluchów i chyba właśnie trafiłyśmy na kolejną perełkę wśród literatury dla najmłodszych. Po rewelacyjnej serii „co wokoło”, po którą Zosia do tej pory chętnie sięga, przyszła pora na książeczki Anny-Clary Tidholm.

Tytułowe pytanie to zmora wielu dorosłych, w końcu dziecko potrafi je powtarzać po kilkadziesiąt razy dziennie, wystawiając cierpliwość...
Uwielbiamy z córą sięgać po nowe serie dla maluchów i chyba właśnie trafiłyśmy na kolejną perełkę wśród literatury dla najmłodszych. Po rewelacyjnej serii „co wokoło”, po którą Zosia do tej pory chętnie sięga, przyszła pora na książeczki Anny-Clary Tidholm.

Tytułowe pytanie to zmora wielu dorosłych, w końcu dziecko potrafi je powtarzać po kilkadziesiąt razy dziennie, wystawiając cierpliwość nawet najspokojniejszych rodziców na próbę. Ja jednak staram się do tej kwestii podchodzić inaczej – te pytania to szansa na to, aby jak najwięcej świata pokazać dziecku i pomóc mu go oswoić. Cieszmy się, że jest w dzieciach ten pęd do wiedzy, bo ta fascynacja wszystkim, co nas otacza, nie będzie trwała wiecznie.

Odnośnie zaś do samej publikacji. Strony są wykonane z grubej tektury, co niezmiennie zaliczam na plus w przypadku książeczek dla maluchów. Podobnie jak zaokrąglone rogi, dzięki którym nie martwię się, czy samodzielne manipulowanie książką przez moją córę jest bezpieczne. Anna-Clara Tidholm odpowiada na kilka pozornie prostych pytań – dlaczego szczeka pies, dlaczego leci ptak, dlaczego jedzie pan i dlaczego idzie mama. To zjawiska, które dziecko zna ze swojej codzienności, operujemy więc konkretem, a nie pojęciami abstrakcyjnymi, dzięki czemu małemu człowiekowi łatwiej wszystko zrozumieć. Ilustracje są kolorowe i miłe dla oka, dobrze odzwierciedlają rzeczywistość, co również jest nie bez znaczenia, gdy chodzi o książki dla najmłodszych.

Jestem ciekawa kolejnych części tej serii. Jeśli autorka utrzymała poziom, będzie to jedna z ciekawszych serii w biblioteczce naszej Zosi.

zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
700 291 1424
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (7)

Ulubieni autorzy (9)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (11)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd