Netula_CK 
Absolwentka filologii polskiej i europeistyki, miłośniczka Kielc i Korony :) Zapraszam na koroniarze.pl oraz zaczytana.com.pl
30 lat, kobieta, Kielce, status: Czytelniczka, dodała: 2 książki i 7 cytatów, ostatnio widziana 1 tydzień temu
Teraz czytam
  • Wojenne losy
    Wojenne losy
    Autor:
    Na przykładzie rodzinnej wsi i gminy Piórków, M. Młudzik dał przekrój losów mieszkańców polskiej wsi w okresie II wojny światowej i okupacji hitlerowskiej. Omówił ich udział w kampanii wrześniowej, ży...
    czytelników: 2 | opinie: 0 | ocena: 0 (0 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2019-01-03 19:17:57
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Titanica w wersji kinowej albo się lubi, albo nie. Ja należę do tej grupy, która za każdym razem wyje, nie mogąc się opanować i daje złote rady Kate Winslet, co by się przesunęła, wszak miejsca na drzwiach starczyłoby dla nich obojga. Tak więc, gdy usłyszałam o książce, która – jak głosi okładka – jest prorocza względem wydarzeń, które rozegrały się na początku ubiegłego stulecia, wiedziałam,... Titanica w wersji kinowej albo się lubi, albo nie. Ja należę do tej grupy, która za każdym razem wyje, nie mogąc się opanować i daje złote rady Kate Winslet, co by się przesunęła, wszak miejsca na drzwiach starczyłoby dla nich obojga. Tak więc, gdy usłyszałam o książce, która – jak głosi okładka – jest prorocza względem wydarzeń, które rozegrały się na początku ubiegłego stulecia, wiedziałam, że prędzej czy później po nią sięgnę.

„Upadek Tytana” objętościowo jest dość niewielki, za to czytając go, naprawdę w wielu momentach ma się wrażenie, że już gdzieś się to „widziało”. Z jednej strony jest to doświadczenie bardzo ciekawe, z drugiej – nieco przerażające. Główny bohater, John Rowland, nie jest może typem w stylu Leo DiCaprio, którego za tę rolę ukochałam młodzieńczą miłością, niemniej gość też da się lubić, a znalazłaby się nawet rzecz, która mnie z nim łączy – ja też lubię whisky 😉 Mamy tu sporo opisów, dzięki czemu łatwiej jest wyobrazić sobie ogrom statku – najwspanialszego, jaki kiedykolwiek zbudowano. Ale poza nawiązaniami do Titanica znajdziemy tu także coś więcej – całkiem zgrabną opowieść o życiu rzeczonego bohatera, który na pokładzie Tytana spotyka kobietę ze swojej przeszłości. To miły dla umysłu przerywnik, gdy ten wciąż trawi informacje, jak to możliwe, że Robertson napisał coś, co wydarzyło się później w rzeczywistości, ogromem swojej tragedii doprowadzając do zmian w zasadach bezpieczeństwa morskiego.

W książce znajdziemy ponadto dwa inne opowiadania, jednak „Upadek Tytana” bezsprzecznie zasłużył u mnie na miano tego najciekawszego. Nie są one długie, jedno opowiada o konflikcie na linii Ameryka-Japonia, drugie o walce o kobiece względy.

Myślę, że to książka, która znajdzie dość szerokie grono odbiorców, choć tych liczących na drugiego DiCaprio muszę zmartwić – tak cukierkowo nie jest. Niemniej jest to lektura, której warto poświęcić chwilę i samemu przekonać się, jak czujemy się z faktem, że tę – a raczej prawie bliźniaczą – tragedię ktoś opisał, zanim się wydarzyła, a co za tym idzie – być może można jej było zapobiec.

pokaż więcej

 
2018-12-28 19:35:47
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Nędznicy (tom 1)
 
2018-12-22 15:04:47
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Powoli zaczynamy z córką wchodzić w świat ksiażek, w których rodzice i dzieci są głównymi bohaterami, a punktem centralnym jest relacja ich łącząca. Na niektóre z tych pozycji Zosia jest jeszcze zdecydowanie za mała, niemniej postawiłam sobie za punkt honoru skompletowanie biblioteczki o takiej tematyce, więc wyszukuję różne perełki i już teraz je dla córki odkładam. Jedną z takich pozycji... Powoli zaczynamy z córką wchodzić w świat ksiażek, w których rodzice i dzieci są głównymi bohaterami, a punktem centralnym jest relacja ich łącząca. Na niektóre z tych pozycji Zosia jest jeszcze zdecydowanie za mała, niemniej postawiłam sobie za punkt honoru skompletowanie biblioteczki o takiej tematyce, więc wyszukuję różne perełki i już teraz je dla córki odkładam. Jedną z takich pozycji must have, trochę jeszcze na wyrost, jest właśnie „Jak tata pokazał mi wszechświat”.

Książka Ulfa Starka została wyróżniona przez Komitet Ochrony Praw Dziecka, jak można przeczytać na okładce, więc byłam jej ciekawa podwójnie. I trzeba przyznać, że wyróżnienie to zdobyła nie bez powodu, bo historia opowiedziana przez autora skrada serca i małych, i dużych czytelników. Głównych bohaterów jest dwóch – tata i syn, który chce, aby pokazać mu wszechświat. Tata ochoczo podejmuje to pozornie skomplikowane wyzwanie i zabiera malca w podróż po okolicy. Na swojej drodze spotykają zjawiska piękne i zwyczajne zarazem, chociaż nie barkuje także elementu humorystycznego w postaci… wdepnięcia w psią kupę! Dzięki takiemu skonstruowaniu akcji nie jest zbyt patetycznie, co mogłoby dziecię znudzić, proporcje między tym, co piękne, a tym, co śmieszne, są dobrze wyważone, więc istnieją spore szanse na to, że lektura zaciekawi.

Bardzo dużą zaletą książki są ilustracje – duże, kolorowe, jakby rysowane kredką. Całość sprawia bardzo miłe dla oka wrażenie, ale dla mnie nawet to schodzi na drugi plan. Te obrazy doskonale odzwierciedlają ciepłą i pełną bliskości relację taty i syna. Na jednej trzymają się za ręce, na innej tata bierze synka na ręce, by przeskoczyć rów z wodą, później trzyma go na rękach, by był bliżej gwiazd, o których rozmawiają – ta bliskość jest wręcz namacalna i aż czuje się takie przyjemne ukłucie w sercu, patrząc na te ilustracje i czytając tekst.

Książka zdecydownie warta polecenia. Upewniła mnie w tym, że mój zamiar stworzenia dla córy kolekcji książek o mamach i tatach to pomysł co najmniej bardzo dobry. Ta pozycja zajmie w naszej biblioteczce miejsce szczególne i już nie mogę doczekać się czasu, gdy mąż będzie ją czytał Zosi.
zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
2018-11-26 21:39:15
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Ta książka to dla mnie przykład tego, że przynależność do grup promujących czytanie naprawdę ma sens. W tej, do której należę, ciągle chwalono serię książeczek dla najmłodszych Evy Susso. Sama wcześniej, choć niejednokrotnie przecież przeglądałam ofertę Wydawnictwa Zakamarki, jakoś nie zwróciłam uwagi na te tytuły. Zachęcona pochlebnymi opiniami innych mam postanowiłam przekonać się na własnej... Ta książka to dla mnie przykład tego, że przynależność do grup promujących czytanie naprawdę ma sens. W tej, do której należę, ciągle chwalono serię książeczek dla najmłodszych Evy Susso. Sama wcześniej, choć niejednokrotnie przecież przeglądałam ofertę Wydawnictwa Zakamarki, jakoś nie zwróciłam uwagi na te tytuły. Zachęcona pochlebnymi opiniami innych mam postanowiłam przekonać się na własnej (i córy) skórze, z czym mamy do czynienia. I gdyby Zosia już mówiła, określiłaby książkę „Lalo gra na bębnie” jednym słowem – sztos!

Bo w zasadzie moja córka pokochała tego sympatycznego rudzielca od pierwszego czytania. Historia o Lalo jest prosta, ale w swej prostocie wdzięczna i zrozumiała dla malucha. Kiedy wszyscy domownicy jeszcze śpią, Lalo można już spotkać przed domem, gdzie rytmicznie uderza w swój bębenek. I byłaby to opowieść całkiem zwyczajna, gdyby nie dźwięki, które towarzyszą naszemu bohaterowi. Są takie… wesołe, a przy tym nieoczywiste, zupełnie nie przypominają klasycznego bam-bam wydawanego przez ten instrument. A już tata Lalo i jego bęben to zupełny hit! Zosi – moim zresztą też – faworytem jest: Pam Pidi PamPam PomPom. Aż się prosi o zaśpiewanie, prawda? I to właśnie robimy! Czytanie przeplatay świewaniem i wystukiwaniem dźwięków, które tworzy Lalo. Zabawa jest przy tym przednia!

Warto jeszcze wspomnieć o bohaterze w tej części drugoplanowym, ktoremu poświecona jest osobna książeczka. Mały babo jest wręcz cudowny w swoim postępowaniu na przekór wszystkim. Kiedy reszta śpi, Babo puszcza bąki. Gdy rodzina je, Babo paćka. I jak tu nie lubić tego ancymona?

Jeśli dodać do tego bardzo przyjemną dla oka grafikę, to mamy do czynienia z książką kompletną, gdy chodzi o najmłodszych czytelników. U nas publikcja zdecydowanie zdała egzamin na pięć z plusem i sięgamy po nią każdego dnia. W zasadzie to sięga moja Zosia, która sama wybiera i przynosi mi to, co mamy czytać. To chyba najlepsza rekomendacja. No i jeszcze może fakt, że pod wpływem tej lektury zamówiliśmy do córy… bębenek :)

zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
2018-11-21 19:21:34
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Nadszedł dzień, kiedy pora pożegnać się z serią Brandona Sandersona o sympatycznym Alcatrazie Smedrym i jego przygodach. Przez pięć tomów śledziłam jego losy, raz zaśmiewając się do łez, to znów grożąc palcem autorowi, który nie szczędził sobie pogrywania z czytelnikiem i przerywania akcji w najciekawszych momentach. To właśnie dzięki tej serii przekonałam się, że fantastyka, nawet ta w... Nadszedł dzień, kiedy pora pożegnać się z serią Brandona Sandersona o sympatycznym Alcatrazie Smedrym i jego przygodach. Przez pięć tomów śledziłam jego losy, raz zaśmiewając się do łez, to znów grożąc palcem autorowi, który nie szczędził sobie pogrywania z czytelnikiem i przerywania akcji w najciekawszych momentach. To właśnie dzięki tej serii przekonałam się, że fantastyka, nawet ta w wydaniu dla młodszych pożeraczy słowa pisanego, nie gryzie. Ba! Potrafi dostarczyć mnóstwo radochy i w ogóle całej gamy różnorodnych emocji. I teraz mam się zgodzić na koniec? A może… nie będę musiała?

Jaka zatem jest piąta i ostatnia (?) część serii Alcatraz kontra Bibliotekarze? Tak samo dobra, jak poprzednie! Może nawet lepsza, bo jakby trochę dojrzalsza. Po tym, jak udało się uratować Mokię, nasz bohater wypowiada kolejną wojnę Bibliotekarzom, równocześnie licząc na to, że uda mu się uratować Bastylię, gdyż ta zapadła w śpiączkę. Alcatraz bez Bastylii, jedynej osoby, która potrafiła sprowadzić go na ziemię? Aż trudno sobie wyobrazić, do czego to może doprowadzić!

Sanderson po raz kolejny bawi się interakcją z czytelnikiem i osobiście uważam to za jedną z największych zalet całej serii. To czasem wkurza, ale w końcu literatura temu właśnie ma służyć – wyzwoleniu emocji. Nie brakuje tutaj zaskakujących zwrotów akcji, takich, gdzie czytelnik chce krzyczeć: Stop! Nie rób tego! No i jeszcze zakończenie, którego oczywiście nie zdradzę… Lubię myśleć, że to jednak jeszcze nie koniec, że autor po raz kolejny sobie z nami pogrywa.

Seria zdecydowanie warta polecenia. A że dobrem trzeba się dzielić, powędrowała do mojej siostrzenicy, której także nie omieszkam wypytać o wrażenia. Coś czuję, że będą zbieżne z moimi!

zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
2018-11-04 12:12:15
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Odkąd przenieśliśmy książki córy na niższą półkę, gdy nauczyła się chodzić, przeżywamy w domu prawdziwe czytelnicze seanse. Zosia nawet po kilkanaście razy dziennie przynosi nam wybrane tytuły i kładzie je na kolanach, gdzie sama też się sadowi po chwili w oczekiwaniu na lekturę. Wcześniej poznałyśmy już trzy pozostałe publikacje Anny-Clary Tidholm z tej serii i „Wymyśl coś!” także nie... Odkąd przenieśliśmy książki córy na niższą półkę, gdy nauczyła się chodzić, przeżywamy w domu prawdziwe czytelnicze seanse. Zosia nawet po kilkanaście razy dziennie przynosi nam wybrane tytuły i kładzie je na kolanach, gdzie sama też się sadowi po chwili w oczekiwaniu na lekturę. Wcześniej poznałyśmy już trzy pozostałe publikacje Anny-Clary Tidholm z tej serii i „Wymyśl coś!” także nie rozczarowało!

Tym razem autorka wzięła na warsztat temat nudy. Brzydka pogoda, deszcz za oknem i zdanie znane chyba każdemu rodzicowi: Nudzę się, wymyśl coś! Tyle że tym razem wymyślają nie rodzice, a… zabawki, najlepsi przyjaciele dziecka. Tak więc swój pomysł na walkę z nudą podaje lalka, miś, małpka czy piłka.

Tekstu, jak w każdej poprzedniej części, nie jest dużo, co w przypadku mojej córy stanowi zaletę. Zosia zdecydowanie woli, gdy obraz dominuje nad tekstem. Lubi pokazywać, gdzie jest na danej stronie lala, gdzie pies i tak dalej. Ilustracje są czytelne i miłe dla oka. W zasadzie nie ma dnia, by córka nie przyniosła choć jednej z książek z tej serii do czytania. „Wymyśl coś!” jest jedną z dwóch wybieranych najczęściej, zaraz za „Jest tam kto?” – jesteśmy na etapie pukania w każde drzwi, więc ta książeczka musiała Zosi przypaść do gustu 🙂 Dla mnie jako osoby dorosłej to także opowieść o sile dziecięcej wyobraźni, która potrafi pokonać nawet najgorszą nudę, choćby przy pomocy ożywionych przyjaciół.

Dla tych, którzy nie znają tej serii, przypomnę, że książki mają strony wykonane z grubej tektury i z zaokrąglonymi rogami, dzięki czemu są one bezpieczne w samodzielnym użytkowaniu przez dziecko oraz wytrzymałe. Seria cieszy się sporym zainteresowaniem wśród maluchów i ich rodziców, mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze, że nie bez powodu.

zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
2018-11-02 11:27:53
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Na pewno każdy z was spotkał w życiu osobę, która trudni się zawodowo czymś nietypowym, co przeciętnemu zjadaczowi chleba nigdy nie przyszłoby do głowy. Mnie osobiście zawsze śmieszyły na przykład te wszystkie brzmiące górnolotnie i z angielska nazwy stanowisk, koniecznie z: executive, junior, senior, account, service, manager. Ich polskie odpowiedniki nie powalają już na kolana. Ale to nic... Na pewno każdy z was spotkał w życiu osobę, która trudni się zawodowo czymś nietypowym, co przeciętnemu zjadaczowi chleba nigdy nie przyszłoby do głowy. Mnie osobiście zawsze śmieszyły na przykład te wszystkie brzmiące górnolotnie i z angielska nazwy stanowisk, koniecznie z: executive, junior, senior, account, service, manager. Ich polskie odpowiedniki nie powalają już na kolana. Ale to nic przy zawodzie, który wykonuje główny bohater kolejnej książki Joanny M. Chmielewskiej. Jest on bowiem… mężem zastępczym. Brzmi dziwnie? Poznajcie historię Piotra.

Zdradzony i opuszczony przez żonę mężczyzna postanawia zatrudniać się do rozmaitych prac domowych u kobiet, gdzie nie ma nikogo, komu można by powiedzieć: Zostań bohaterem w swoim domu i zrób/napraw/wymień. A takich kobiet i domostw jest wbrew pozorom niemało. Pal licho, gdy przyjdzie wymienić uzczelkę czy żarówkę, ale Piotr otrzymuje także mnóstwo zadań co najmniej nietypowych, jak choćby zastąpienie ojca na wywiadówce, eksmisja nietoperza czy… dostarczenie skunksa. Brawo za wyobraźnię, pani Joanno!

Te wszystkie zlecenia, których podejmuje się główny bohater, mają również drugą funkcję, być może ważniejszą niż sama praca. Piotr zamierza zgłębić kobiecą psychikę, by dociec powodów, dlaczego opuściła go ta, która ślubowała miłość do grobowej deski. Marzenie ściętej głowy? Przekonajcie się sami! Dla mnie ta dwutorowość w opowieści, tj. codzienność Piotra w pracy oraz jego wewnętrzne rozterki i przemyślenia, to strzał w dziesiątkę. Dzięki temu książka nie jest ani typową komedią, ani ckliwymi wynurzeniami porzuconego faceta.

Z twórczością Joanny M. Chmielewskiej znamy się już doskonale, większość jej książek jest już w mojej domowej biblioteczce, tak więc mniej więcej wiem, czego mam się spodziewać. Lubię pióro tej autorki, jej pomysły i kreacje bohaterów, a przy okazji „Męża zastępczego” dokładam do tej listy kolejną cechę – uwielbiam także jej poczucie humoru, którym emanuje książka. To jedna z tych pisarek, które mogę brać w ciemno, wiedząc, że się nie rozczaruję. Tą historią tylko to potwierdziła.

zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
2018-11-01 12:33:23
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

O Eli jako bohaterce książek dla dzieci słyszałam dużo dobrego, na długo zanim na rynku pojawiła się część o czworonogach, których jesteśmy z córą absolutnymi miłośniczkami. Choć moja Zosia ma dopiero czternaście miesięcy, to na kartach różnych publikacji wypatrzy każdego psiaka – nieważne, czy zajmuje pół ilustracji, czy merda ogonkiem gdzieś za krzakiem. Córa wie, że ten merdający ogon... O Eli jako bohaterce książek dla dzieci słyszałam dużo dobrego, na długo zanim na rynku pojawiła się część o czworonogach, których jesteśmy z córą absolutnymi miłośniczkami. Choć moja Zosia ma dopiero czternaście miesięcy, to na kartach różnych publikacji wypatrzy każdego psiaka – nieważne, czy zajmuje pół ilustracji, czy merda ogonkiem gdzieś za krzakiem. Córa wie, że ten merdający ogon należy do psa i to na nim skupi swoją uwagę. Tak więc książki, których głównymi bohaterami są psy, królują u nas od jakiegoś czasu. Założyłam, że z Elą będzie podobnie. I było!

O ile Zosia średnio może jeszcze słucha tego, co czytam, tak pokazuje na każdego psiaka w książce i po swojemu naśladuje swoje ulubione hau-hau. Dla dzieci starszych sama historia również będzie ciekawa, bo też wiele dzieciaków marzy przecież o własnym czworonogu, a na przeszkodzie stoją… rodzice. Ela nie jest odosobnionym przypadkiem w tej kwestii. I gdy tak marzy o swoim psie, poznaje psy cudze, a każdy z nich ma jakąś wadę. Jeden się ślini, inny za mocno ciągnie smycz. Osobiście uważam, że to bardzo dobre ujęcie tematu – nie idealizuje się psów, ale pokazuje, że one także mają swoje zwyczaje, różne temperamenty, czasem uciążliwe, choć zazwyczaj i tak kochane. Wiedząc o tym, można uniknąć rozczarowania, gdy już rodzice ulegnom prośbom swoich pociech, że to przecież nie tak miało być.

Kolejna zaleta książki to pokazanie, jak bardzo psy mogą się od siebie różnić – zarówno wyglądem, jak też usposobieniem. Zupełnie jak… ludzie. Wszyscy różnimy się od siebie i to właśnie czyni świat wyjątkowym miejscem. To dobry wstęp do rozmów na ten temat, często niełatwy do zrozumienia dla małego człowieka.

Podoba mi się także samo wydanie – duży format z równie dużymi ilustracjami w dobrym guście, tekst ustępujący miejsca pod względem ilości właście obrazowi, który dla dzieci jest najciekawszą formą przekazu i gruba oprawa, dzięki której książka tak szybko nie ulegnie zniszczeniu. To nasze pierwsze, ale myślę, że nie ostatnie spotkanie z Elą i jej przygodami. Zapewne sięgniemy także po te bardziej przystające wiekiem do mojej córy.

www.zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
2018-10-28 12:57:10
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Jeśli chwytliwy tytuł to połowa sukcesu w marketingu, to trzeba przyznać, że Katarzyna Miller przysporzyła sobie czytelników, jeszcze zanim ktokolwiek sięgnął po jej książkę. Bo kto z nas nie spotyka na swojej drodze toksycznych ludzi? Czasem wydaje się wręcz, że nasza droga jest nimi usłana. I co bardziej istotne – chyba każdy chciałby wiedzieć, jak obchodzić się z takimi ludźmi, by wyjść z... Jeśli chwytliwy tytuł to połowa sukcesu w marketingu, to trzeba przyznać, że Katarzyna Miller przysporzyła sobie czytelników, jeszcze zanim ktokolwiek sięgnął po jej książkę. Bo kto z nas nie spotyka na swojej drodze toksycznych ludzi? Czasem wydaje się wręcz, że nasza droga jest nimi usłana. I co bardziej istotne – chyba każdy chciałby wiedzieć, jak obchodzić się z takimi ludźmi, by wyjść z takiej relacji jeśli nie bez szwanku, to przynajmniej jedynie powierzchownie draśniętym.

Czytałam poprzednią książkę Katarzyny Miller, w której przekonywała mnie, że życie jest fajne, tak więc poznałam już lekki styl autorki, który przypadł mi do gustu. Tym razem poza dialogiem ze współautorką publikacji mamy wzięte na tapetę listy czytelników, którzy opisują różne sytuacje w swoim życiu i pytają, czy ich relacja jest toksyczna, czasem proszą o radę. Pomysł ciekawy, a realizacja jeszcze lepsza. Układ poszczególnych rozdziałów jest dla mnie wręcz genialny. Najpierw mamy list, napisany instensywnym kolorem jak na okładce, następnie wypunktowania, co znana psycholożka myśli na ten temat, a potem przechodzimy do charakterystycznej dla pani Miller wymiany zdań z drugą z autorek. Te wpunktowania to dla mnie rozwiązanie wręcz idealne, bardzo porządkuje tekst i pozwala na wrócenie do tego, co nas interesuje w każdej chwili, bez konieczności często bezowocnego wertowania kartek.

Tematyka jest bardzo zróżnicowana. Nie wszystkie kwestie są mi znajome, choćby z widzenia, ale duża część listów jest uniwersalna. Całość lub tylko ich fragmenty będą bliskie wielu czytelnikom. Podobnie zresztą jak słowa od autorki, która nie owija w bawełnę, tylko mówi, jak jest. Dużą zaletą jest także to, że Katarzyna Miller uświadamia autorom listów, że nie tylko inni są wobec nas toksyczni, sami siebie też potrafimy tak traktować i przekłada się to na nasze relacje w związku, rodzinie czy pracy. Czasem możemy poczuć się wręcz zaskoczeni tym, co autorka zalicza do zachowań toksycznych. Mało kto lubi nazywać rzeczy po imieniu, gdy dotyczą jego samego.

Porządna publikacja, której warto się przyjrzeć bliżej. W moim odczuciu lepsza od poprzedniej. Taka, do której będzie się wracać.

zaczytana.com.pl

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
705 295 1452
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (7)

Ulubieni autorzy (9)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (11)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd