Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/rozmowy/3196/jesli-romans-to-musi-byc-dziewczyna-i-kwiat

Jeśli romans, to musi być dziewczyna i kwiat

31 wartościowy tekst

(fot. Filip Skrońc)

Z Przemkiem Dębowskim, jednym z najbardziej cenionych polskich projektantów książek i współwłaścicielem wydawnictwa Karakter, rozmawiamy o graficznych przyzwyczajeniach czytelników i wydawców oraz próbach przełamywania wizualnych konwenansów.

Sebastian Frąckiewicz: Istnieje taki profil na Facebooku „Kupiłbym tę książkę, gdyby nie okładka”. Ludzie dyskutują tam na temat dobrych i złych okładek. Czy tak naprawdę możemy wprowadzić taki prosty podział? A jeśli tak, to jakimi kryteriami powinniśmy się do tego celu posługiwać?

Przemek Dębowski: Cieszę się, że wspomniałeś o profilu „Kupiłbym tę książkę...”, ponieważ znajduje się tam również moja okładka. A dokładnie okładka „Melancholii” Marka Bieńczyka, którą zrobiłem dla Świata Książki. To, że się tam znalazła jest właściwie odpowiedzią na Twoje pytanie. Dobra okładka powinna być przede wszystkim adekwatna do tematu i nastroju książki, ogólnie rzecz biorąc – do zawartości. Dlatego zgadzam się z oceną okładki tej książki Bieńczyka. Jej tytuł to „Melancholia”, a na zdjęciu stanowiącym dominantę okładki (taki był pomysł na całą serię, w której ta pozycja się ukazała) Bieńczyk jest na niej rozpromieniony i radosny. Nie ma w nim ani grama tajemnicy i melancholii. To było jedyne jego zdjęcie, jakie dostałem z wydawnictwa, choć to pewnie żadna wymówka. Powinniśmy wtedy zrobić sesję zdjęciową i namówić Marka Bieńczyka do melancholijnego wyrazu twarzy. Ale jak to często bywa – nie mieliśmy czasu.

Projektowanie okładek w Polsce straszliwie opiera się na schematach. Jeśli mamy tytuł z dziedziny literatury faktu, to na 99% u nas znajdziemy na okładce zdjęcie. Tymczasem na  przykład okładka brytyjskiego wydania „Białej gorączki” Hugo-Baddera opiera się na sugestywnej ilustracji. O wiele odważniejsze projekty graficzne znajdziemy także na czeskim rynku wydawniczym. Czy zatem w Polsce nie bierze się tej adekwatności zbyt dosłownie?

Na pewno tak, bo jak wydajesz w Polsce romans, to musi być młoda dziewczyna i kwiat, a jak reportaż to właśnie – jak już wspomniałeś – zdjęcie, najlepiej mocne. Kontrast, którego doświadczamy, gdy zestawimy polskie księgarnie z brytyjskimi czy czeskimi, wynika z tego, że w obydwu wymienionych przez Ciebie krajach udział małych wydawców w rynku jest o wiele większy niż u nas. A mały wydawca może sobie w większym stopniu pozwolić na ryzyko. Tymczasem polski rynek jest płytki, duzi wydawcy nie chcą ryzykować, więc nadal wolą wybierać projekty bezpieczne, konwencjonalne. Wychodzą z założenia, że może nie zadowolą wszystkich, ale na pewno nie odstraszą. Możemy powiedzieć, że w pewien sposób nie docenia się inteligencji czytelnika. Oczywiście taka okładka jak „White fever” nie mogłaby się ukazać w Polsce, ponieważ nasz rodzimy zwyczaj wydawniczy mówi, że na okładce literatury faktu musi być zdjęcie, no bo zdjęcie oznacza prawdę. Ale dziś tego nie przeskoczymy. Potrzeba więcej małych wydawców.

 
Ale ty przecież projektujesz sporo dla dużych wydawców.

Owszem, ale jestem przy tym bardzo grzeczny i trzymam się reguł. Wiem na przykład, że nie mogę zaproponować tytułu, który jest mniejszy niż 10% okładki, bo coś takiego nie przejdzie. Takie numery mogę sobie robić u siebie w Karakterze – nawet okładkę bez tytułu. Ale wiem, że w przypadku dużych wydawnictw to się nie sprawdzi.

A ostatnia edycja Italo Calvino w W.A.B?

To jest chwalebny wyjątek. Tu mnie złapałeś. Inna sprawa, że nie jest to tytuł o masowym zasięgu, ale dla osób, które już wiedzą, czego się po tej literaturze spodziewać.

                 

Widziałem też modernistyczną, bardzo odważną okładkę nowego wydania Kundery.

I znowu to kolejny, szczególny przypadek. Owoc współpracy wielu osób: mnie, Wojtka Kwietnia-Janikowskiego, z którym to projektowałem, działu marketingu wydawnictwa i samego Milana Kundery, który akceptował ostateczne projekty okładki. Nie była to prosta sprawa. Tym bardziej, że takiej osobie jak Kundera wydawnictwo nie może się sprzeciwić. Co w tym wypadku działało chyba na naszą korzyść.

                  
 
Ok, mówiliśmy o tej wielkości tytułu. Jakie są jeszcze inne żelazne reguły projektowania okładek w Polsce?

Nazwisko autora musi być bardzo duże. Nie można robić brązowych okładek – to jest podobno wręcz jakieś tabu, że brązowe okładki się nie sprzedają. Z tym spotkałem się wiele razy. Kiedyś unikało się ilustracji i nadal przeważają zdjęcia, szczególnie w romansach i literaturze kobiecej, choć muszę przyznać, że tej ilustracji pojawia się coraz więcej. Nie możesz działać wbrew konwenansom, możesz je co najwyżej twórczo wykorzystać. Jeżeli mamy do czynienia z książką popularną można zrobić jakąś ciekawą sesję fotograficzną. Możesz pokombinować z typografią, albo dać na okładce fragment tekstu książki. Z kolei na grzbiecie projektant może zrobić wszystko. Grzbiety nie interesują wydawców, bo w mediach pokazuje się okładki, więc można sobie poszaleć. Choć grzbiety będą coraz bardziej istotne, bo w księgarniach często nie ma miejsca na ekspozycję książek i są one upchnięte na półkach grzbietami.

To ciekawe, bo z jednej strony mamy taki zalew książek, że wydawca musi się na półce wyróżnić, a z drugiej jest zachowawczy.

Tak, ale  w granicach tak zwanego rozsądku. Projektant musi lawirować między tym, że wydawca chce się wyróżnić, ale z drugiej nie chce wystraszyć czytelnika.

A czy mimo wszystko w ostatnich latach nie jest widoczny jakiś postęp?

Mimo wszystko tak. Mam wrażenie, że im bardziej będzie rozwijała się książka elektroniczna, to wszystkie czytadła, rzeczy do jednorazowego skonsumowania, będą wydawane w e-bookach, a na papierze zostaną tytuły dla bardziej wysmakowanego czytelnika, który będzie chciał zapłacić więcej za książkę stanowiącą swego rodzaju designerski obiekt. Mam wrażenie, że wracamy do jakichś czasów sprzed kilkuset lat lub co najmniej XIX wieku, kiedy papierowa książka była czymś cennym. W ogóle bym się tego nie bał, bo wartościowa, dobra książka i tak w Polsce nie sprzedaje się w dużych nakładach. Sam często kupuję książki elektroniczne, ale rzeczy cenne dla mnie wolę w papierze.

Projektujesz także książki elektroniczne?

Nie, kompletnie się na tym nie znam, ale będę musiał się poznać, bo trzeba się rozwijać. Przyznam, że ostatnimi czasy bardziej niż projekt graficzny interesuje mnie materia, z jakiej wykonana jest książka: papier, oprawa itp. Wszystko mnie to strasznie kręci, a jednocześnie ubolewam, że wszystkie niekonwencjonalne rozwiązania, materiały są takie drogie. Ciekawe jest to, że wyprodukowanie książek w Polsce i w Niemczech to porównywalny koszt, natomiast cena książki w Niemczech w detalu jest 3 razy większa. Oczywiście, Niemcy zarabiają więcej, i tak dalej. Niemniej – z tego powodu w Niemczech wydawcy mają łatwiej, maja większe pole manewru.

Od czego zaczynasz swoją pracę nad oprawą graficzną książki? Jak się do tego przygotowujesz?

Czytam książkę i staram się zwizualizować nie tyle treść, co ducha, nastrój książki. Czasami czytam jakąś książkę i myślę sobie, że powinna być np. zielona. To są takie rzeczy, które materializują się w trakcie czytania tekstu w Wordzie. Do głowy wskakują też takie podstawowe parametry- czy publikacja powinna być wąska, czy grubsza; samą formę często dyktuje materia: duże zdjęcia wymagają na przykład większego formatu. Potem przechodzę do konkretów. Jeśli wiem, że to będzie non-fiction to niestety musi być zdjęcie i nie będzie „White Fever”. Natomiast jeśli jest to proza, literatura piękna, to wypisuję sobie słowa kluczowe. Jeśli jest to np. Alain Mabanckou „Jutro skończę dwadzieścia lat” - akcja dzieje się w Afryce, młody bohater ma różne marzenia, słucha na okrągło kasety Jacquesa Brela, to piszę sobie: chłopiec, kaseta, drzewo, słońce, żółty i tak dalej, i patrzę, czy te słowa mi się jakoś łączą. Staram się zbudować jakąś wizualną metaforę książki. W pierwszej wersji okładki „Jutro skończę dwadzieścia lat” na okładce była rozciągnięta taśma magnetofonowa, układająca się w kontury twarzy małego chłopca. Byłem bardzo z siebie zadowolony, ale moje koleżanki w ogóle nie odczytały tego, że ta taśma układa się w twarz chłopca. Więc zrobiłem drugą wersję, która poszła do druku. I tak to wygląda. Zbudowanie metafory wizualnej zajmuje mi sporo czasu. Natomiast zawsze staram się zrealizować plan minimum – pokombinować trochę z typografią, światłem, układem. Dziś to wygląda tak, że mam w miarę stałych klientów, którzy znają mój repertuar środków i stylów, i sami do mnie przychodzą.

Czy kody kolorystyczne mają duże znaczenie przy projektowaniu okładki?

Tak, ale wynikają znów z wydawniczych przyzwyczajeń. Na przykład książki o II Wojnie Światowej mają zawsze wielkie, czarno-białe zdjęcia na całej powierzchni okładki. Warto zwrócić również uwagę, jak wyglądają okładki szwedzkich kryminałów. Gdy pojawiła się trylogia Larssona, to większość kryminałów skandynawskich autorów wydanych po niej zaczęło ją przypominać –  masywne blokowe pismo na mrocznej okładce i duży format książki, żeby ludzie mieli poczucie dobrze wydanych pieniędzy. To ewidentne dyskontowanie sukcesu „Milennium”. I co ciekawe, to działa. Smutne jest natomiast to, jak się w Polsce wydaje Alice Munro – jej okładki są skandaliczne. Gdy pierwsze jej tytuły wydawały Dwie Siostry, miała okładki naprawdę w porządku. Natomiast Wydawnictwo Literackie i W.A.B poprzez sposób, w jake wydają Munro dziś, pozycjonują ją jako coś zbliżonego do tzw. ”literatury kobiecej”, w dodatku tej niskich lotów. To jest ewidentny przykład nieadekwatności, bo zawartość tego, co znajdziemy między okładkami a samą okładką, jest w przypadku Munro drastycznie różna.

Są jakieś książki, których jako projektant nigdy nie chciałbyś tknąć?

Odrzuciłem propozycje zrobienia okładki do książki Rafała Ziemkiewicza, bo autor mi nie leżał. Nie chciałbym też ilustrować tekstów religijnych.

Projektowałeś swego czasu okładki do nowych wydań Lema dla Wydawnictwa Literackiego. W Polsce okładki science fiction i fantaty też mają bardzo określony kod – hiperralistyczna ilustracja, przeładowanie okładek różnymi elementami, horror vacui.  Skąd wziął się Twój pomysł na Lema?

             

Lem to marzenia każdego projektanta. Oczywiście musiałem się odbić od ilustracji Daniela Mroza, których jako dziecko się bałem, choć są świetne. Lem w przeciwieństwie do innych autorów science fiction miał szczęście do dobrej oprawy graficznej. W przypadku Lema wyszedłem z założenia, że są to stare książki, więc postanowiłem się odwołać do palety barwnej pulpowych amerykańskich (bo polskich nie było) pism SF sprzed pół wieku i stylistyki rodem z lat 60-tych. Lem nie jest napisany nowoczesnym językiem, wręcz literacko jest archaiczny, zatem postanowiłem znaleźć ekwiwalent tej archaiczności w warstwie graficznej. A co do fantastyki w ogóle – tutaj oczekiwania czytelnicze są tak konkretne, a przyzwyczajenia graficzne tak zastane i skostniałe, że chyba nikt nie zaryzykowałby współpracę ze mną. Ale bardzo chciałbym zrobić okładkę do czegoś Philipa K. Dicka czy do „Diuny” Herberta. Może jeszcze mi się uda. Natomiast cały czas brakuje mi większego udziału ilustracji w polskich okładkach. Może to się zmieni, gdy dzisiejsze pokolenie dzieci wychowane na pięknie zaprojektowanej literaturze dziecięcej – a jest jej coraz więcej – będzie miało głód ilustracji w książkach dla dorosłych. Bardzo na to liczę.

 
Rozmawiał:  Sebastian Frąckiewicz

Więcej okładek Przemka Dębowskiego można zobaczyć na stronie www.przemekdebowski.com.
 


Pokaż wszystkie rozmowy
Komentarze
Autor:  Sebastian |  wypowiedzi: 21  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 601
avuca
24-11-2013 23:46
Dla niektórych książka to tylko treść i nic więcej. I to jest ok.
Ale są osoby, dla których forma też ma znaczenie. Dla mnie na przykład książka to nie tylko treść, ale też nośnik. Jestem kinestetykiem i kiedy czytam, zwracam uwagę na różne rzeczy - fakturę okładki, rodzaj wykorzystanego papieru, układ graficzny, czcionkę, nawet zapach itp. Przy czym to, że odbieram książkę różnymi zmysłami...
Dla niektórych książka to tylko treść i nic więcej. I to jest ok.
Ale są osoby, dla których forma też ma znaczenie. Dla mnie na przykład książka to nie tylko treść, ale też nośnik. Jestem kinestetykiem i kiedy czytam, zwracam uwagę na różne rzeczy - fakturę okładki, rodzaj wykorzystanego papieru, układ graficzny, czcionkę, nawet zapach itp. Przy czym to, że odbieram książkę różnymi zmysłami nie oznacza, że nie zwracam uwagi na jej treść. Po prostu w taki sposób czytam - po upływie pewnego czasu, kiedy myślę o jakiejś książce, zwykle oprócz fabuły jestem w stanie przywołać nie tylko emocje towarzyszące jej czytaniu, ale także konkretne odczucia zmysłowe, jak np. dotyk tłoczonych na materiałowym grzbiecie liter czy różnicę między matowymi i "śliskimi" elementami okładki. Dlatego zwracam dość dużą uwagę na to, jak książki są wydawane.

No i jest też kwestia zwykłego poczucia estetyki. Wygląd książki nie ma decydującego znaczenia jeżeli jestem na 100% pewna, że chcę daną pozycję kupić. Jeżeli jednak się waham (bo na przykład nie znam dobrze autora), to tak - wygląd okładki ma znaczenie. W takim wypadku mogę książkę odłożyć w księgarni i wypożyczyć ją z biblioteki. W końcu wydaję na książkę kilkadziesiąt złotych, więc chcę otrzymać za to produkt o adekwatnej wartości, czyli m.in. dobrze zredagowany i porządnie zaprojektowany.

ps. Mam na półce wszystkie wydane w Polsce książki Alice Munro, bo autorkę tę uwielbiam, ale nie ukrywam, że bardzo cierpię z powodu kiczowatych i tandetnych okładek WL i W.A.B. ;)
pokaż więcej
książek: 993
Agata
01-12-2013 09:49
Estetyka to jedno, ale myślę sobie, że dla wydawnictwa takie a nie inne okładki książek Alice Munro (pozostając przy tym jak widać z dyskusji bardzo wyrazistym przykładzie) to także złe kształtowanie charakteru marki (jak by to lepiej określić?)
Nie zawsze idziemy do księgarni po książkę ulubionego autora. Powiedzmy, ze ktoś idzie na imieniny do kolegi, który lubi reportaże a sam nie jest...
Estetyka to jedno, ale myślę sobie, że dla wydawnictwa takie a nie inne okładki książek Alice Munro (pozostając przy tym jak widać z dyskusji bardzo wyrazistym przykładzie) to także złe kształtowanie charakteru marki (jak by to lepiej określić?)
Nie zawsze idziemy do księgarni po książkę ulubionego autora. Powiedzmy, ze ktoś idzie na imieniny do kolegi, który lubi reportaże a sam nie jest znawcą gatunku i po drodze wstępuje do księgarni. Na książkę z czerwoną różą i bladą dziewczyną na czarnym tle nie zwróci nawet uwagi, będzie wybierał spośród tych ze zdjęciem na okładce.
Myślę, że większy bądź mniejszym stopniu działają tu te same zasady, które każą zdrowe jedzenie pakować w zielone opakowania a produkty ekskluzywne w czarne ze złotymi elementami.
pokaż więcej
książek: 1227
ogarbejbe
01-12-2013 10:26
Okej, jeśli nie mam konkretnego zakupu na myśli wchodząc do księgarni patrzę na okładki, bo niektóre po prostu już od razu przyciągają uwagę. Ale czasami dość mam kiczu i słodkości, albo mrocznego klimatu. Co za dużo to nie zdrowo. Najważniejszy jest opis na obwolucie, a nie to czy mam tam zdjęcie, wzorek czy motylka. Książka to treść, a nie wizerunek. I trzeba ryzykować, próbować, szaleć, a... Okej, jeśli nie mam konkretnego zakupu na myśli wchodząc do księgarni patrzę na okładki, bo niektóre po prostu już od razu przyciągają uwagę. Ale czasami dość mam kiczu i słodkości, albo mrocznego klimatu. Co za dużo to nie zdrowo. Najważniejszy jest opis na obwolucie, a nie to czy mam tam zdjęcie, wzorek czy motylka. Książka to treść, a nie wizerunek. I trzeba ryzykować, próbować, szaleć, a co najważniejsze intrygować.
pokaż więcej
książek: 797
aniaskl
10-12-2013 23:08
A tak na marginesie polećcie od której z książek Alice Munro zacząć?
książek: 569
Joanna
05-01-2014 20:47

książkoholiczka: Jednej rzeczy nie rozumiem, wyjaśnijcie mi co mają okładki książek do decyzji o ich kupnie? Kupujecie je żeby ładnie na półce wyglądały? Nie bez powodu mówi się "nie oceniaj książki po okładce". Jak dla mnie pozycje Pani Munro mogą być wydane z motylkami i kwiatkami na okładce bo wiem, że treść jest świetna. Nie kupuję przecież po to by patrzeć i podziwiać kawałek papieru ale...

książkoholiczka: Jednej rzeczy nie rozumiem, wyjaśnijcie mi co mają okładki książek do decyzji o ich kupnie? Kupujecie je żeby ładnie na półce wyglądały? Nie bez powodu mówi się "nie oceniaj książki po okładce". Jak dla mnie pozycje Pani Munro mogą być wydane z motylkami i kwiatkami na okładce bo wiem, że treść jest świetna. Nie kupuję przecież po to by patrzeć i podziwiać kawałek papieru ale treść jest ważna. Rozumiem, że można się zniechęcić do nieznanego nam autora/tytułu ale pisząc, że książka ma dobrą opinię i jest na jakiejś liście "warto przeczytać" rezygnujemy bo okładka jest do niczego? Nie rozumiem.

Dla mnie okładka, tytuł są najważniejsze w momencie, gdy idę do księgarni spontanicznie i wybieram książki, które zainteresują mnie najpierw wizualnie, właśnie okładką, albo zaintrygują tytułem. Później czytam tekst na odwrocie a na końcu sprawdzam jak wygląda układ w środku, jakie są fonty, odstępy, papier. Te rzeczy są dla mnie niezwykle istotne, bo wiem, że nawet jeśli książka będzie najlepsza, to nie będzie mi sprawiać przyjemności czytanie jej, jeśli czcionka będzie za mała.

Co do książek, które już znam, wiem czego się spodziewać: jeśli mam do wyboru ładną, intrygującą okładkę to ją wybiorę, zamiast paskudnej, która obraża mój gust i inteligencję. Jeśli na rynku jest tylko brzydka to albo ją kupię i zakleję własnym projektem:) albo nie kupię i poczekam na nowe wydanie.
O:)
pokaż więcej
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
W cieniu tamtych dni

Przepiękna książka! "W cieniu tamtych dni" jest to pierwsza powieść Magdaleny Majcher którą przeczytałam. Jestem nią oczarowana. Na stronica...

zgłoś błąd zgłoś błąd