Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/12357/kazdy-kataklizm-pochlania-milych-ludzi-wywiad-z-jackiem-dehnelem

Każdy kataklizm pochłania miłych ludzi – wywiad z Jackiem Dehnelem

12 wartościowy tekst

Bać się, śmiać się czy uciekać? Co nam pozostaje, kiedy po zimie, zamiast wiosny, przychodzi Polska? Na ten i inne tematy nie udało się niestety porozmawiać z naszymi umarłymi, za to na rozmowę zgodził się najzupełniej żywy Jacek Dehnel, którego nowa książka zdążyła ukazać się jeszcze przed końcem świata.

„Do Europy — tak, ale razem z naszymi umarłymi” – pisała Maria Janion. Ta myśl stała się punktem wyjścia powieści Jacka Dehnela, w której trochę śmieszno, trochę straszno, a na pewno bardzo aktualnie.

W pewnej krakowskiej kamienicy mieszka cały przekrój polskiego społeczeństwa. W tym Kuba i jego chłopak, Tomek. Kuba jest dziennikarzem. Wraz z ekipą telewizyjną trafia na cmentarz w Cikowicach pod Bochnią, skąd napływają informacje o napadach na groby i wykradzionych ciałach. Nie byłoby w tym może nic aż tak niezwykłego, gdyby nie jeden zagadkowy szczegół — nagrobne płyty zostały rozbite… od środka. I wtedy zaczyna się prawdziwe literackie szaleństwo! Kolejny cud nad Wisłą? Próba mająca zjednoczyć naród? Polska w ferworze! Medialna gorączka, polityczne oskarżenia i społeczne nastroje, od paniki po euforię. Tymczasem sytuacja stopniowo wymyka się spod kontroli… Bo są na świecie rzeczy, o których nie śniło się czytelnikom. [Opis wydawcy]

Grzegorz Przepiórka*: Panie Jacku, czy lubi pan horrory? I czy ma pan swój ulubiony – to może być książka, film lub… rzeczywistość? A tak zupełnie poważnie, to co pana dzisiaj najbardziej przeraża?

Jacek Dehnel: Pewien typ, tak. Nie przepadam za wszelkimi horrorami opartymi na zadawaniu fizycznego bólu, torturach, bryzgach krwi, wyrywanych wnętrznościach, więc slashery to nie dla mnie. Jeden z moich ulubionych horrorów to „Skeleton Key”, dziejący się na amerykańskiej prowincji, w dusznej Luizjanie, gdzie największą grozą jest klaustrofobiczne uwięzienie w obcym ciele. Z filmów o zombie – chyba świetny koncept w „Pontypool”, gdzie wirus przenosi się przez mowę fatyczną. Ale nie jestem koneserem ani specjalistą. A poważnie – przeraża mnie rzeczywistość: podgrzewana kryzysem klimatycznym Ziemia, na której coraz bardziej widzimy rozkwit groźnych ideologii, opartych na atawistycznych, negatywnych emocjach. To będzie się potęgowało.

Jaką ma pan strategię radzenia sobie ze strachem? Czy kiedy coraz mniej nam do śmiechu, to właśnie śmiech może być jedną z recept?

Nie mam stałej strategii. Śmiech jest jedną z nich – wiemy, że opowiadane dziś antysemickie dowcipy okołoholokaustowe miały pierwowzory w humorze gettowym czy witzach opowiadanych przez członków Sonderkommand, czyli nawet w największej grozie da się żartować. Ale przecież nasze doświadczenie strachu, tego rzeczywistego, polega na miotaniu się – najpierw się wściekamy, potem płaczemy, potem żartujemy, ktoś się modli, ktoś przeklina. Strach sprawia, że nasze emocje dostają kręćka.

Co pana najbardziej śmieszy? Co z tego, co dzisiaj dzieje się dookoła, da się jeszcze obrócić w żart, a co nie?

Da się wszystko, z wszystkiego da się żartować, choć mogą to być żarty desperackie. Natomiast pojawia się pytanie, czy z wszystkiego żartować wolno. I tu mam tylko jeden wyjątek: uważam, że nie wolno żartować z rzeczywistego cierpienia. Nie mam problemu z „szarganiem” takich czy innych autorytetów czy świętości, ale uważam, że nie wolno kpić z cierpienia, z grup i jednostek osaczonych, skrzywdzonych, opresjonowanych. Zresztą poza tym, że nie wolno, takie żarty po prostu mnie nie śmieszą. A co mnie śmieszy? Żarty sytuacyjne, humor językowy, zwłaszcza taki płatany przez rzeczywistość, produkt uboczny życia w postaci rozmaitych absurdów na styku języka i codzienności.

„Ale z naszymi umarłymi” ma bardziej wywoływać śmiech czy grozę? Czego w założeniu miało być więcej w pana nowej książce?

To już zależy od czytelników, każdy z nas odbiera teksty inaczej. W moim założeniu miała to być po prostu pułapka, tak jak pułapką jest to, o czym książka metaforycznie opowiada: czyli wprowadzanie do mainstreamu i oswajanie groźnych, ksenofobicznych ideologii. To nie jest temat miły czy kuszący, więc powieść na początku zaprasza satyrą, żartami z dobrze nam znanej sytuacji społeczno-politycznej. A potem robi się coraz bardziej ponuro. Choć jakiś typ humoru nie opuszcza bohaterów aż do ostatnich stron.

Fragment wiersza „Herostrates” Jana Lechonia brzmi: „A latem niech się słońce przegląda w motylach, / A wiosną – niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę”. Czy pan też wolałby zobaczyć wiosnę zamiast Polski?

Lechoń, w jakimś niesamowitym widzeniu, bo przecież kiedy to pisał, był nastolatkiem jeszcze, dotknął bardzo istotnej sprawy. Tego, że po ponad stuleciu poezji – i szerzej: literatury, sztuki – zaangażowanej, „walczącej o sprawę”, tworzonej „ku pokrzepieniu serc”, nowe pokolenie mogło wreszcie zająć się zupełnie czym innym niż naród, kraj, powstania i tak dalej. To samo działo się po 1989 z pokoleniem „Brulionu”, dokładnie o tym pisał Świetlicki w „Do Jana Polkowskiego”. No ale teraz Jan Polkowski jest wpychany na cokół, mianowany nowym wieszczem obok Wencla czy Rymkiewicza. Klimat się zmienia.

Oczywiście nie jest tak, że po 1918 czy po 1989 poezja zaangażowana straciła sens. Zaangażowany jest „Bal w operze” Tuwima, zaangażowane wiersze powstają i dziś – tylko nie w tym wzorcu niepodległościowym, skoro niepodległość została odzyskana. Okazuje się, że poeci mogą mówić o innych sprawach, na przykład o nierównościach społecznych czy krzywdzie ludzkiej zupełnie oderwanej od kwestii narodowych. Ja zajmuję się w moim pisaniu trochę wiosną, a trochę Polską. „Ale z naszymi umarłymi” należy do tego drugiego nurtu.

„Ale z naszymi umarłymi” jest książką krytyczną. Zapytam przekornie i naiwnie. Czy Jacek Dehnel czuje się patriotą? Co w Polsce i w tym, co polskie, jest mu bliskie?

A czemu nie? Oczywiście. Patriotyzm – czy ten lokalny, czy państwowy, czy szerszy, europejski, a nawet ogólnoziemski – to poczucie odpowiedzialności za wspólnotę, do której się należy. Bardzo bliski jest mi polski język, moje narzędzie pracy – z jego osobliwością, humorem, pięknymi niekiedy zestawieniami słów i sensów, z dziwnymi metaforami. Kiedy mój niemieckojęzyczny przyjaciel dowiedział się o powiedzeniu „Nie mój cyrk, nie moje małpy”, to tak się nim zachwycił, że nauczył się go fonetycznie i powtarza jako ulubioną maksymę. Lubię Warszawę, zresztą sporo polskich miast lubię. Nie lubię w nich smogu, betonowania, wycinania drzew, ale doceniam, że przez ostatnie lata zmieniły się często na lepsze. Bliska jest mi wreszcie polska literatura i sztuka, bo w dużej części odpowiadają one za moją wyobraźnię, za żelazny kapitał moich skojarzeń i metafor.

Tytuł książki zapowiada polemikę z romantyzmem. Dlaczego w Polsce nie potrafimy inaczej, tylko wciąż romantyzm i romantyzm? Dlaczego ten fantazmat tak mocno wrósł w Polaków? Z jakich powodów tak usilnie wleczemy za sobą kości do Europy?

Bo w czasie, kiedy kształtowało się pojęcie narodu i poczucie narodowe, byliśmy tym dziwnym tworem, to znaczy narodem pozbawionym państwowości, który tworzył sobie swoje przedziwne mitologie, żeby jakoś przetrwać. Wszystkie te przyjemne bajki o naszej wyjątkowości, wspaniałości, o Chrystusie narodów, o przeanielaniu się, o naszym szczególnym miejscu. Wówczas miało to sens, bo pozwalało gdzieś znajdować energię na trwanie i walczenie o swoje – teraz jest szkodliwe, psuje nas, rozkłada od środka. Sprawia, że nie możemy się skonfrontować ze swoją prawdziwą historią, tylko nieustannie robimy sobie dobrze mitami. To infantylne. Ale atrakcyjne.

„Zazwyczaj to kultura masowa zagospodarowuje pewne lęki, problemy, ekstrema, znajdując ich symboliczne odzwierciedlenia… Tymczasem na naszych oczach dokonuje się proces odwrotny: to rzeczywistość przyjmuje formę pewnej fantazji, która została powołana do życia przez kulturę masową” – cytuję z pana książki wypowiedź profesora antropologii. Przy okazji tego cytatu należy też wspomnieć o Loli, również książkowej postaci, która zaczytuje się, co znamienne, w „Pani Bovary”. Jak ustrzec się niezdrowego fantazjowania? Jaką radę dałby pan Loli? Albo pójdźmy jeszcze dalej – co by pan doradził bohaterce powieści Flauberta? Może mędrca szkiełko i oko?

Ha, niezdrowe fantazjowanie. Żebyż to było takie proste. W jednym z tych wielkich amerykańskich szpitali psychiatrycznych, wystawionych w połowie XIX wieku, Trans-Allegheny w Zachodniej Wirginii, spisywano przyczyny, dla których – zdaniem ówczesnych lekarzy – pacjenci postradali zmysły. I figurują tam – obok masturbacji, ospy, astmy i lenistwa – między innymi: czytanie powieści, przesadna nauka, przeciążenie umysłu studiami religijnymi. A zatem mędrca szkiełko i oko w XIX wieku upatrywało w myśleniu i nauce czynnika niekiedy szkodliwego. Ale to nie w wyobraźni i wiedzy, w ich rozbudzeniu lekturami czai się problem, tylko w naturze owych marzeń i układach społecznych.

Emma Bovary, prowincjonalna mieszczka, żona nudnego lekarza, była w szponach dwóch sprzecznych fantazji: mieszczańskiej fantazji o idealnym domu z wierną żoną, wygodnymi meblami i gromadką dzieci, oraz literackiej fantazji o wielkiej miłości. W Emmie biedermeier walczy z romantyzmem. To nie z nią jest coś nie tak – ani z fantazją czy ambicją jako taką – tylko z zakłamanym społeczeństwem, w którym żyje. Z Lolą jest wszystko w porządku. Jeśli jej życie jest niesatysfakcjonujące, to głównie dlatego, że wyszła za nieodpowiedniego człowieka – a nie dlatego, że czyta „Panią Bovary” na zajęcia uniwersytetu trzeciego wieku. To jej dość racjonalny sposób radzenia sobie z defektami życia: poprzez aspirowanie, poznawanie, rozwój. O ile Lola się rozwija, jej mąż się zwija, ale też jego fantazje są nakierowane na coś zupełnie innego, są infantylne: chce być wielki, wspaniały, wygrywać bitwy, mieć szacunek, choć przecież nie ma w nim nic ciekawego ani godnego podziwu.

Dobrze by było, żeby nasze społeczeństwo marzyło bardziej jak Lola niż jak Mundek. Żeby nasze fantazje były pożyteczne. Ale to da się osiągnąć tylko dzięki edukacji, budowaniu społeczeństwa obywatelskiego, pracy u podstaw. A tego prawie nikomu nie chce się robić. Łatwiej pomachać szabelką i wyimaginowanym skrzydłem husarskim załopotać.

Kuba, jeden z bohaterów książki, dziennikarz telewizyjny, stwierdza, że język, którym się posługuje, jest atrapą. Przychodzi mi na myśl słynne zdanie Ludwiga Wittgensteina – granice języka są granicami świata. Patrząc z tej perspektywy, czy ma pan wrażenie, że nasz świat się kurczy?

Język, to widać wyraźnie, stał się bardziej brutalny i bezwzględny, a także wulgarniejszy. Media społecznościowe sprawiły, że zatarły się granice pomiędzy kanałami komunikacji: na Facebooku piszemy, jakbyśmy siedzieli w gronie kumpli i mogli rzucać mięchem i niewybrednymi żartami, obmawiać innych, wypisywać spiskowe teorie. A równocześnie przesącza się to do komunikacji ogólnej. Dawniej to, co publikowane, było wybierane – czy to przez redakcję, czy przez cenzora, bo przecież ta selekcja nie zawsze była związana z poziomem tekstu – a teraz przetacza się przed naszymi oczami jak leci. Jest to, oczywiście, demokratyczne, jest to rzeczywisty „głos ludu”, ale sytuacja, w której – żeby to przenieść na jakąś sytuację sprzed lat stu pięćdziesięciu, powiedzmy pogadanki w karczmie nad siwuchą – część z tego trafia na szpalty gazet, jest nie do wytrzymania i kłóci się, jak sądzę, z naszymi obyczajami komunikacji. Stąd biorą się potem ci zadziwieni ludzie, którzy konstatują, że Twitter to nie jest ich prywatna kanciapka, że publiczny post na fejsie nie jest mówiony koledze na ucho – i że mogą z tego powodu stracić pracę albo zapłacić grzywnę, bo głoszenie niektórych poglądów jest karalne. I można bezkarnie powiedzieć Staszkowi, że chciałoby się wymordować jakąś mniejszość, ale już pisanie tego publicznie może skutkować – i słusznie – problemami.

Poza tym obserwujemy spłaszczanie i ograniczanie przekazu: nasz język opisuje głównie Polskę, wiadomości spoza kraju zajmują coraz mniej miejsca w serwisach. Po 1989 media publiczne, które w swojej misji powinny nas edukować, poszerzać horyzonty, tłumaczyć tak szybko zmieniający się świat, przeszły masowo na stronę rozrywki, która powinna być domeną mediów prywatnych, komercyjnych. A teraz w ogóle zmieniły się w rządową tubę propagandową jak za czasów komuny. Mamy więc albo propagit, albo piosenki i fajerwerki, seriale i przygody serialowych aktorów i aktorek, którzy poszli na lunch albo włożyli spodnie od dresu. Sztuka, teatr telewizji, programy kulturalne i przyrodnicze – wszystko to jest ignorowane, wypychane. Zamiast budować ambicje poznawcze publiczności, dostarcza się jej byle jaką rozrywkę.

Gdzie dzisiaj, poza mediami, toczą się boje o granice języka, a tym samym świata? W literaturze?

Też, oczywiście, choć w Polsce literatura jest ogólnie niszowa, a już ta, która traktuje język w sposób świadomy, jest niszą niszy. Właściwie nie ma żadnego znaczenia. Prędzej kino, które jest nadal sztuką masową, ma tu coś do ugrania – zarówno filmy, jak i seriale telewizyjne. „Years and Years” (brytyjski miniserial telewizyjny z 2019 roku – przyp. red.) zajmuje się na przykład nadchodzącymi przemianami społeczeństwa i polityki, więc kwestia języka władzy, propagandowego wykrzywiania rzeczywistości, jest tam jednym z ważnych elementów dystopii. Głównymi rozsadnikami nowego języka są teraz media: cyfrowe i tradycyjne, w Polsce do tego może ambony. I tyle.

W pana książce, oprócz Tomka, nikt się nie boi. Poszczególni bohaterowie, ale i bohater zbiorowy, nie dostrzegają zagrożenia. Nie uruchamiają się systemy alarmowe. Nikt nie reaguje. Jeśli spojrzeć na to przez pryzmat biologii, to mamy chyba do czynienia z jakąś dysfunkcją ciała migdałowatego, które jest odpowiedzialne za rozpoznawanie potencjalnego zagrożenia. Czy autor „Ale z naszymi umarłymi” amputował bohaterom swojej książki ciało migdałowate? Skąd bierze się ten brak strachu u jednych a przerażenie u Tomka?

Boją się, boją, z początku. Nie chcę tu zanadto streszczać książki – kilku recenzentów w swoich tekstach dojechało aż do ostatnich rozdziałów. Natomiast mogę powiedzieć, że po prostu starałem się dość wiernie przyłożyć metaforę zombich do tego, co obserwuję obecnie, a także do tego, co wiem z historii na temat narastania takich nastrojów. Otóż ci, którzy się boją, są w mniejszości – większość jest albo entuzjastami zmian, albo jest obojętna, uważa, że „jakoś to będzie”. A nawet jeśli się boją, to boją się tak dokumentnie, że nie protestują – przynajmniej dopóki zmiany nie uderzą w nich bezpośrednio.

Ci, którzy się boją, ale są na tyle odważni, żeby protestować, są natomiast nazywani histerykami, pożytecznymi idiotami w służbie bliżej nieokreślonych sił, defetystami. I znikają – czy dlatego, że uciekają, czy dlatego, że zostają przymuszeni do milczenia lub wręcz zostają zniknięci. Czasem nowa legislacja sprawia, że ich mowa staje się bezprawna, przestępcza, czasem wystarczy wykorzystanie „zdrowego aktywu narodu”, „tituszek” czy jak to sobie nazwiemy.

Globalna ekspansja zombie to w dużej mierze wynik inercji żywych. W napisanej przez pana książce nie ma ani jednego bohatera, który wyrażałby zdecydowany sprzeciw. Co mogłoby otrzeźwić tych, których czeka los zombie?

Są tacy bohaterowie: ktoś przecież chodzi na protesty, skoro są one rozpędzane, jest ksiądz, który potajemnie ukrywa cudzoziemców przed zombiakami. Ale prawdziwych bohaterów rzadko kiedy widzimy w akcji. Ja nie chciałem pisać książki o herosach, tylko o społeczeństwie, a społeczeństwo jest po prostu średnie. Większość z tych, którzy wyrażają niezgodę, robi to prywatnie: przy obiadowym stole, na fejsie, w rozmowach telefonicznych. Opisuję zatem to, co widzę. W największych protestach przeciwko niszczeniu demokracji w Polsce brało udział po sto tysięcy ludzi. Co to jest? Nic. W Pradze protestowało ćwierć miliona ludzi, a Czechów jest cztery razy mniej niż nas, czyli są dziesięć razy bardziej niż my aktywni. We Francji największy protest – przeciwko zamachom terrorystycznym – zgromadził prawie cztery miliony ludzi, z czego w Paryżu półtora miliona. A jest ich niespełna dwa razy więcej niż Polaków. Nie wiem, co mogłoby otrzeźwić ludzi. Skąd przekonanie, że coś by mogło? Nie mam wrażenia, żebyśmy się otrzeźwiali w związku z katastrofą klimatyczną. Pełne wyparcie, uspokajanie, machanie ręką, gadanie o „lewackiej histerii”.

Bohaterowie książki decydują się na ucieczkę. Czy rozważa pan podobną opcję, a może już tylko czeka pan na właściwy moment? Jeśli zaś tak, to gdzie?

Moja praca, podobnie jak praca mojego męża, który jest tłumaczem i pisarzem, sprawia, że tak czy owak jesteśmy powiązani z polszczyzną. Mogę zatem wyjechać z kraju, ale nie z języka. Na razie wyjeżdżam okresowo, na stypendia: w ubiegłym roku miesiąc w Berlinie, potem pół roku w Szwajcarii, zaraz dwumiesięczny pobyt w Wiedniu, rok 2020 w kolejnym miejscu. Ale to wypadkowa kilku rzeczy: tego, że mamy obaj wolne zawody, że na tyle zbudowaliśmy sobie pozycję literacką, by otrzymywać zaproszenia na te programy stypendialne, że nie mamy dzieci, że nasz kraj akurat należy do strefy Schengen i nie mamy problemów z wizami do krajów europejskich, i tak dalej. Nasza sytuacja jest zatem nieco może trudniejsza niż kogoś z bardziej „międzynarodowym” zawodem, ale w ogólnym rozrachunku dość komfortowa. W tej fazie zatem wybraliśmy rozwiązanie połowiczne, wszystko zależy od dalszego rozwoju wydarzeń.

Pisał pan tę książkę w różnych miejscach, ale każde z nich leży poza granicami Polski. Czy to przypadek? A może potrzebował pan być daleko, by pisać o tym, co blisko?

Faktycznie, pierwsze strony powstały w Nowym Jorku, gdzie byliśmy na krótkim wyjeździe, ale większość powieści napisałem na stypendiach pod Tuluzą i w Zugu. Wynikało to po prostu z jakichś uwarunkowań organizacyjnych – kiedy żyje się z pisania, trzeba godzić różne cykle, długie i krótkie: pisania tekstów doraźnych, cyklów, np. felietonów, a także dużych książek, przy czym na to od paru lat nakłada mi się synchronizowanie moich planów z planami Piotra, żeby pisać powieści o Szczupaczyńskiej. Ale kiedy skończyłem książkę i nanosiłem pod tekstem te daty i miejsca, pomyślałem sobie, że może to nie przypadek, może ten oddech był rzeczywiście konieczny. Tu jest już za duszno, bardziej bym się denerwował w trakcie pisania – a tam miałem widok na jezioro i zachody słońca, i tak sobie powoli tę zombi-Polonię opisywałem.

W powieściowej krakowskiej kamienicy więcej jest podziałów niż serdecznego sąsiedztwa, choć zdarzają się i pozytywne relacje. Ale czegóż się spodziewać, kiedy mieszkańcy słabo się znają. Okazję ku temu, by zadzierzgnąć bliskość, mają właściwie dopiero podczas ucieczki… po opuszczeniu kamienicy. Może nadinterpretowuję, ale wydaje mi się to bardzo znaczące. Uwolnienie się ze starych murów pozwala im na autentyczne spotkanie. Z jakich właściwie powodów wielu ludzi jest niechętnych spotkaniom z innością, nawiązywaniu dialogu? Czy właśnie przez utkwienie w starych murach? Atawizm?

To jest mała kamienica, pięć mieszkań, więc istnieją tam więzi – zarówno sympatie, jak i antypatie. W dzieciństwie wychowywałem się w domu z sześcioma mieszkaniami i pamiętam dobrze ten system zależności, rozmaitych stosunków i stosuneczków, zupełnie innych niż w mocno zanonimizowanym bloku o czterdziestu dwóch mieszkaniach, gdzie żyłem do końca liceum.

Spotkanie z innym człowiekiem oznacza po prostu wysiłek. Każde spotkanie z człowiekiem oznacza wysiłek, ale ta inność wszystko jeszcze bardziej utrudnia. Wygodnie nam zamykać się w swojskich grupkach, gdzie status quo nie jest przez nikogo kwestionowany i umownie zgadzamy się ze sobą w mniej więcej wszystkim. I tak to trwa: udajemy, że jest dobrze, wytrzymujemy siebie nawzajem, dopóki nie nadchodzi katastrofa. Czy choćby podział spadku. I wtedy się okazuje, że te zgody mogły być pozorne. Jedne związki ludzkie, choćby dotychczas powierzchowne, okazują się silne i pogłębiają się w nieoczekiwany sposób, a inne, z pozoru silne, bywa że wieloletnie, pękają pod wpływem nacisku, bo od dawna były puste. Znam mnóstwo takich historii z drugiej wojny światowej, z rozmaitych kataklizmów – świetnie to pokazuje „Szpital przemienienia” Żebrowskiego, ekranizacja powieści Lema: nowy, kryzysowy porządek ujawnia zupełnie nowe relacje międzyludzkie, zaskakujące postawy. Zimni dranie okazują się bohaterami, a mili panowie – łajdakami.

Pomimo katastrofy, w pewnym momencie bohaterowie książki wydają się pogodzeni z losem, jeśli nawet nie odrobinę szczęśliwi. I nie dlatego, że akurat przebywają wtedy w sanktuarium, ale że są… autentycznie razem. Czy to jest właśnie recepta na dziś, a może nawet uniwersalna recepta na człowieczeństwo – prawdziwa obecność, wzajemnie uważne, wspólne bycie?

Tak, to akurat jest recepta uniwersalna, na każde czasy. Ale z tych oczywistych, że lepiej być młodym, pięknym i bogatym niż starym, brzydkim i biednym. Więc tak: prawdziwe bycie ze sobą, otwarcie na siebie nawzajem, wysiłek w budowaniu relacji to sprawy ważne i potrzebne. Tyle że nie trzeba pisać powieści, żeby takie oczywistości komukolwiek mówić. Nie znaczy to jednak wcale, że pozwoli nam to uniknąć katastrofy. Każdy kataklizm pochłania miłych ludzi, kochające rodziny, dzieci z pulchnymi paluszkami lepkimi od lizaków.

„Wiem, że świat się skończył” – mówi w finale jedna z bohaterek. Abstrahując od polskiego kontekstu, wymienia się niekiedy hurtem schyłek cywilizacji europejskiej, kryzys klimatyczny, koniec homo sapiens w związku z ekspansją maszyn i sztucznej inteligencji. W dzisiejszej rzeczywistości nie jest więc tak spokojnie jak w „Piosence o końcu świata” Czesława Miłosza, a mimo to muzyka wciąż gra, jak na Titanicu. Czy zdążymy zmienić kurs? Czego jest w panu więcej w związku z nadchodzącym końcem świata – optymizmu czy pesymizmu?

No, umówmy się, że „schyłek cywilizacji europejskiej” różni się zdecydowanie od kryzysu klimatycznego. Pierwszy jest poglądem, nienowym i w zasadzie istniejącym sobie od niepamiętnych czasów – przy czym mającym pewien sens w okresie schyłku Cesarstwa Rzymskiego – a drugi jest naukową prawdą. Miłosz pisał „Piosenkę…” w samym apogeum wojny, w 1943 czy 1944 roku, ze środka koszmaru jako – tak przynajmniej to czytam – relację z końca świata w tych odległych miejscach, do których niszcząca fala jeszcze nie doszła. Jest bardzo podobny wiersz Woroszylskiego, zna to pan?

Niedługo po wojnie 1914-1918 w Europie powstały pierwsze
państwa faszystowskie W tych państwach
słońce wschodziło i zachodziło o normalnej porze opromieniając
dachy domostw i wzgórz zieloną spadzistość W oborach
łagodnie ryczało bydło Matki o świcie
budziły dzieci całując je w czoło Ojcowie wracając z pracy
ze znużeniem radosnym w kościach wdychali
dym domowego ogniska zaś po obiedzie
zasypiali w fotelu bądź też majsterkowali wytrwale bądź też
muzykowali z zapałem […]

I tak idzie ta idylla, „bez znaków na niebie komet żałobnych”, aż do:

naprawdę nie dostrzegali strachu w oczach sąsiada nie
słyszeli drżenia w głosie pytającego o drogę nie
dostrzegali różnicy nie słyszeli
głosu w sobie albo skoro
domyślali się czegoś nie mogli nic zrobić i pocieszali się
mówiąc My przynajmniej
nie robimy nic złego żyjemy jak żyliśmy zawsze Co było prawdą
A jednak były to
państwa faszystowskie.

I tyle. Oni obaj to przeżyli i wiedzieli, o czym piszą.

Jedyne pocieszenie jest takie, że końca świata nie będzie, będzie co najwyżej koniec ludzkości, a przyroda będzie tu sobie dalej ewoluowała i odtwarzała swoje bogactwo, które przetrzebiliśmy tak straszliwie. To budzi pewien optymizm. Pamięta pan u Wellsa, jak wehikuł czasu przenosi się daleko w przyszłość i są tam tylko gigantyczne, walczące ze sobą kraby? Może taka Ziemia będzie lepsza.

„Tak — przytaknął w końcu, jakby kapitulował — pewnie nic nie przetrwa. Ale opowiadać trzeba”. Naprawdę trzeba? Czemu służy opowiadanie w sytuacji, kiedy nic nie przetrwa? Czy opowiadanie nigdy nie jest pozbawione sensu?

Z tego, co zrobiła ludzkość, ponoć najdłużej będą trwały piramidy: mają formę zbliżoną do naturalnych gór, erozja będzie je niszczyła długo i powoli. Ale pomysł, że każdy z nas miałby budować swoją małą piramidę, jest nieznośny. Więc robimy różne rzeczy: jedni płodzą dzieci, inni są architektami, jeszcze inni piszą książki. I, podobnie jak w przypadku innych inwestycji, każda z nich jest opatrzona ryzykiem. A im dłużej istnieje w czasie, tym większa szansa, że ryzyko ją zmiecie: potomkowie wymrą, mosty się zawalą, książek zaś nie będzie komu czytać. Ale, z drugiej strony, takie trwanie dłuższe niż biologiczne życie to już coś. Innej wieczności, prócz tego kadłubka, nie mamy.

*Grzegorz Przepiórka – ukończył filologię polską (edytorstwo), kulturoznawstwo (Instytut Badań Literackich) oraz Polską Szkołę Reportażu. Pasjami czyta, podróżuje i przeprowadza wywiady. Autor artykułów – na temat książek, filmów, miejsc – oraz nielicznych wierszy. Zastępca redaktora naczelnego w periodyku architektoniczno-budowlanym.

Powiązane treści:
Niewidzialni są wśród nas – rozmowa z Maciejem Wasielewskim

10 milionów dobrych uczynków spełnionych przez 2 miliony uczestników! Czy obok takiej historii można przejść obojętnie? Opowieść o niewidzialnych wciąż ma moc – przemawia do wyobraźni i pobudza do działania. O fenomenie akcji, która wydarzyła się w Polsce, i jej twórcy Macieju Zimińskim, w bardzo osobistej książce pt. „Niewidzialna ręka” pisze Maciej Wasielewski.



więcej
Rozmawiałem z ludźmi, którzy zabijają zawodowo – wywiad z Robertem Ziębińskim

Akcja najnowszego kryminału Roberta Ziębińskiego dzieje się w fikcyjnym Kościanie Dolnym. Porozmawialiśmy z autorem o jego zamiłowaniu do podglądania życia małych miasteczek, o Kalinie – głównej bohaterce powieści „Furia”, oraz o życiu po „Playboyu”. Autor wyjawił również, co łączy go ze Stephenem Kingiem.



więcej
Sparing mistrzów – wywiad z Davidem Baldaccim i Remigiuszem Mrozem

Łączy ich nie tylko wielki sukces pisarski, ale również prawnicza droga zawodowa. Podobieństw między Remigiuszem Mrozem a Davidem Baldaccim jest zresztą więcej. Obaj pisali niegdyś pod pseudonimem, lubią również kreować podobnie problematyczne postaci. A co różni autorów, których książki zawsze trafiają na pierwsze miejsca list bestsellerów? 



więcej

Pokaż wszystkie aktualności
Komentarze
Autor:  Grzegorz |  wypowiedzi: 15  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 206
Grzegorz
11-07-2019 11:59
Zapraszam do dyskusji.
książek: 230
ChristinaL
12-07-2019 11:50
Znakomity wywiad ! Warto sie wczytac, bo duzo tu madrych mysli i duzo o rzeczach waznych dla nas teraz.
"Spotkanie z innym czlowiekiem oznacza po prostu wysilek"- prawdziwe do bolu.
Do glebokiego namyslu.

P/S Pana Jacka Dehnela uwielbiam za 'Lale', 'Balzakiana', a szczegolnie za 'Saturna'.
książek: 531
Armand_Duval
12-07-2019 12:35
Ale nadal ciężko brać na poważnie prawie czterdziestoletniego typa, który popierdala po mieście z laseczką. ;)
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 43
Legeriusz
12-07-2019 13:45
Bardzo ciekawy wywiad, ale lamentów nie rozumiem. Również jestem krytyczny wobec wielu przejawów bezkultury u nas, jednak przemiany w komunikacji, o których mowa, zachodzą także w innych krajach europejskich, a mieć żal, że społeczeństwo polskie jest bardziej konserwatywne, to obrażanie się na rzeczywistość.
Nie rozumiem też, dlaczego w Polsce pisarz nie mógł tworzyć z widokiem na zachód...
Bardzo ciekawy wywiad, ale lamentów nie rozumiem. Również jestem krytyczny wobec wielu przejawów bezkultury u nas, jednak przemiany w komunikacji, o których mowa, zachodzą także w innych krajach europejskich, a mieć żal, że społeczeństwo polskie jest bardziej konserwatywne, to obrażanie się na rzeczywistość.
Nie rozumiem też, dlaczego w Polsce pisarz nie mógł tworzyć z widokiem na zachód słońca i jeziorko? U nas takich miejsc dostatek.
pokaż więcej
książek: 230
ChristinaL
12-07-2019 15:00
Pisarz tworzy m.in. bedac na stypendiach, o ktorych tu mowa. A pobyt na nich moga wypelniac spotkania literackie, warsztaty, dostep do bibliografii i czas na pisanie wlasnie. W wypadku najnowszej ksiazki dokladnie okreslil dlaczego powstawala w czasie stypendialnym poza krajem.
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 3
Sandra
13-07-2019 08:53
@Armand_Duval Jacek Dehnel to ostatni szykowny facet w Polsce. Jego garderoba przypomina o tym, jak przyjemnie musiał kiedyś wyglądać świat, gdy poczucie estetyki nie było tylko teorią.
książek: 327
Maciek
13-07-2019 11:27
Dehnel ma swój styl, który może się nie podobać i być traktowany jako poza, jednak koniec końców liczy się tylko czy jest dobrym pisarzem, o czym zamierzam się przekonać czytając jego najnowszą książkę :) Po opisie mocno kojarzy mi się z Nocą żywych Żydów.
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 0
MonikaMakuszynska
14-07-2019 23:37
Panie Dehnel, gdyby Ludzkość kierowała się takimi wartościami, jakie Pan reprezentuje, o Wieczności a nie Końcu by rozmyślano. Dlatego proszę nie spoczywać i nie ustawać. Nadzieję, ma Pan umiejetność dawać.
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
Pachnidło. Historia pewnego mordercy

Bardzo lekka książka. Podoba mi się oryginalny pomysł i tak naprawdę zwrócenie uwagi na to, że czasy średniowiecza nie należały to 'najlepiej pachnący...

zgłoś błąd zgłoś błąd