Wiele wcieleń Kornela Filipowicza. Justyna Sobolewska o pracy nad biografią „Miron, Ilia, Kornel”

Ewa Cieślik
16.11.2020

Kornel Filipowicz podobał się światu, mówi Justyna Sobolewska. Biografia tego jednego z wybitniejszych polskich prozaików to opowieść o sztuce i życiu, w którym nie zabrakło wielkiej miłości – ta połączyła go m.in. z Marią Jaremą i Wisławą Szymborską. To także opowieść o wielu twarzach Mirona, Ilii i Kornela Filipowicza.

Wiele wcieleń Kornela Filipowicza. Justyna Sobolewska o pracy nad biografią „Miron, Ilia, Kornel” Mikołaj Grynberg

„Miron, Ilia, Kornel. Opowieść biograficzna o Kornelu Filipowiczu”, Justyna Sobolewska

[Opis wydawcy] „«Przecież Filipowicz nie miał biografii» – usłyszałam kiedyś. – «Pisał, łowił ryby i był outsiderem. Co w tym ciekawego?». Kiedy przyjrzymy się jego życiu, okaże się jednak, że podobnie jak w jego opowiadaniach pozornie nieefektowna szarość mieni się kolorami. Jako pisarz był doceniany, ale jednak ciągle pozostawał na uboczu: twórca krakowski, partner «naszej noblistki» Wisławy Szymborskiej. A tymczasem to był autor pierwszorzędny i – jak mawiał Jerzy Pilch – rasowy, mistrz krótkiej formy, do którego się pielgrzymowało. Opowieść o jego życiu toczy się w głównym nurcie polskiej historii, pokazuje zaangażowanie i wybory lewicowej inteligencji. Poprzez życie Filipowicza można zobaczyć całą epokę”. [Ze wstępu]

Ewa Cieślik: Żałuje pani, że nie poznała Kornela Filipowicza osobiście? A może spojrzenie z dystansu jest potrzebne, by napisać dobrą biografię?

Justyna Sobolewska: Zastanawiałam się nad tym. Myślę, że bym się go trochę bała. Z relacji jego przyjaciół wynika, że był dosyć wymagającym rozmówcą, sam nie był też specjalnie gadatliwy. Pewnie obawiałabym się spotkania z nim. Nasza rozmowa mogłaby potoczyć się nie tak, jak bym się spodziewała. Jak by to było, gdybym – jak opisywał Jerzy Pilch – wspięła się na to piętro, zapukała do drzwi, weszła do gabinetu, a tam, za stołami, siedziałby Kornel Filipowicz z kotką na kolanach, paląc papierosy? Może nie wiedziałabym co powiedzieć, powiedziałabym coś banalnego. Właściwie więc nie żałuję, że go nie poznałam. Myślę, że on by chciał, bym poznała jego książki – pisał je dla nas wszystkich i w swoją twórczość włożył bardzo dużą część siebie. Dzięki temu, że zajmowałam się jego życiem, mogłam przemyśleć wszystko, co napisał i wziąć sobie do serca. Mam więc wrażenie, że dobrze poznałam go od tej strony, od której on sobie życzył. A poznając jego życiorys, polubiłam go jeszcze bardziej – a nie jest to powszechne podczas pracy nad biografią. Słyszałam o wielu biografach, którzy się zniechęcili, kiedy poznawali bliżej swoich bohaterów, ich prywatne listy, niejawne informacje. A ja miałam odwrotnie. Był naprawdę ciekawym człowiekiem; wszystkie te warstwy, które odkrywałam, potwierdzały mi, że jest kimś, kim warto się zajmować.

Justyna Sobolewska

Reklama

Wspomina pani o poznawaniu twórczości Kornela Filipowicza. W jakim stopniu pisząc biografię literata można obyć się bez interpretowania jego literatury, a jak dalece trzeba szukać życia właśnie w twórczości? I ogólne pytanie – czy życie prywatne twórcy powinno wpływać na naszą ocenę jego książek?

To bardzo trudna kwestia – właściwie nierozstrzygalna. Bardzo często jest tak, że wielcy pisarze czy filozofowie byli małymi ludźmi. Popierali Hitlera, jak Heidegger czy Knut Hamsun, albo mieli poglądy rasistowskie, co wyciąga się czasem pisarzom ze Stanów Zjednoczonych. To kwestia indywidualna, ale ja jestem przeciwna bardzo restrykcyjnemu projektowaniu życia pisarza na jego twórczość, bo może okazać się, że zostaniemy z niczym. Jestem za tym, aby oddzielać twórczość od życia prywatnego – choć czasem się nie da. Niekiedy możemy odkryć w czyimś dzienniku coś tak małostkowego czy złego, że nic dla nas tej twórczości nie uratuje. Jednak gdy myślę o swoim dorastaniu do literatury, to nie przypominam sobie, bym skreśliła pisarza czy pisarkę, gdy odkryłam w ich życiu coś, co mi się nie podobało. Nie ma ludzi doskonałych, być może w każdym znajdziemy jakąś ciemną stronę, natomiast twórczość to twórczość, literatura to literatura.

Natomiast każdy biograf musi zadać sobie pytanie o granice, bo może nie wszystko powinno ujrzeć światło dzienne. Magdalena Grzebałkowska mówiła mi kiedyś, że gdy w biografii zawrzemy coś kontrowersyjnego – na przykład wielką kompromitację bohatera – to czytelnicy zapamiętają tylko tę kompromitację, ona stanie się esencją naszej książki. Są oczywiście różne rodzaje biografii – te skandalizujące, odbrązawiające, ukazujące tylko tę ciemną stronę. Kilka takich książek napisała choćby Joanna Siedlecka, udowadniając, że ktoś budował swoją biografię na kłamstwie. Była też głośna biografia Kapuścińskiego, która wywołała burzę. Wszystkie rodzaje biografii powstają i są potrzebne, a piszący sam musi wyważyć racje i zastanowić się, co chce przekazać – na tym polega odpowiedzialność biografa.

Ja nie miałam takich dylematów – połączyłam życie z twórczością, bo takie wskazówki zostawił sam Filipowicz. W jego literaturze jest zawartych wiele faktów, szczególnie w opowiadaniach o dzieciństwie czy tych obozowych, dlatego śledziłam te tropy. Zresztą jego literatura jest bardzo spójna – dziecięcy bohater w różnych opowiadaniach jest podobny, dzięki czemu tworzy się ciągłość, czytelnik może śledzić jego rozwój, dorastanie, zmianę wrażliwości. To właśnie interesowało Filipowicza – różne odcienie człowieczeństwa. A jeśli ktoś całkowicie poświęca się literaturze, to jego życia nie można przedstawiać w oderwaniu od sztuki, jako suchą opowieść o faktach. Ale nie można też upraszczać, zbyt prosto interpretować literatury, szukając w niej tylko faktów z życia. Mój cel jako biografa był inny od kogoś, kto pisze o sławnej osobie i chce odkryć nowe fakty. Filipowicz nie jest tak znany, przez wiele osób kojarzony jest przez Szymborską, dlatego chciałam go przypomnieć, przedstawić jego życie, tak bardzo połączone z myśleniem o Polsce, oraz zachęcić do czytania jego twórczości.

Kornel Filipowicz

Kornel Filipowicz – wieloletni partner Wisławy Szymborskiej, mąż Marii Jaremy. Czy to nie przewrotne, że tak dziś najczęściej myśli się o tym świetnym prozaiku? Najczęściej sytuacja jest odwrotna – to kobiety stoją w cieniu sławnych mężczyzn.

Tak, to bardzo ciekawe – wydobywają go z cienia mocne osobowości kobiet. Zwykle kobieta artysty pełni rolę muzy czy opiekuńczej żony albo promotorki twórczości. A Maria Jarema mówiła mu wręcz: „ja nie będę żadną żoną, dla mnie najważniejsza jest sztuka”! W tym sensie dla niego również najważniejsza była sztuka, więc był to związek równych osobowości. Trudny – pełen perturbacji, odchodzenia, zbliżania się, emocji, namiętności. Po latach, z Wisławą, również stworzył związek równorzędny – choć gdy się poznali, to on był bardziej znanym literatem, dopiero później się to zmieniło. Oboje priorytetowo traktowali swoją twórczość, zresztą przecież nawet nie mieszkali razem, każdy potrzebował swojej przestrzeni do pracy. Ich związek był niezwykle silny, choć inny niż z Marią Jaremą, nie tak emocjonalnie nasycony. Zresztą tamta relacja naznaczona była tragiczną śmiercią. W twórczości Filipowicza jest bardzo dużo Jaremianki, traktował pisanie jako przywoływanie zmarłej, próbę przywrócenia jej obecności.

A z Szymborską najpierw byli przyjaciółmi, później kochankami, partnerami, aż wypracowali taką bardzo dyskretną relację; ich przyjaciele mówili, że zachowywali się jak koledzy, nie obdarzali się publicznie czułością, ukrywali tę intymną stronę. Jednocześnie jednak z relacji wynika, że byli jak dwie połówki jabłka. Tworzyli wspaniałą parę, bardzo o siebie nawzajem dbali. Tadeusz Nyczek myślał niegdyś, że Filipowicz miał tylko jedną miłość życia – Wisławę – ale gdy przeczytał książkę Agnieszki Daukszy „Jaremianka”, zrozumiał, że Kornel miał to szczęście, że dwa razy przeżywał taką wielką miłość, choć za każdym razem zupełnie inną.

Reklama

Życie Filipowicza toczyło się na tle przełomowej polskiej historii – od czasów przedwojennych aż do 1989 roku. Pisze pani o tym, że nie starała się stworzyć fikcji opartej na dokumentach. Czy jego życie to idealny materiał do pracy biografa?

Nie starałam się stworzyć fikcji, bo sam Filipowicz był za dobrym psychologiem, obserwatorem człowieka, bym mogła sobie na to pozwolić. Interesowały go różne odcienie człowieczeństwa, dlatego, jeśli uprościłabym jego portret i wyobrażała sobie, co on mógł czuć, to miałabym poczucie, że działam wbrew niemu. Pewnie z zaświatów usłyszałabym wtedy jego złośliwy chichot! On pisał, że człowiek jest niepoznawalny – możemy coś o ludziach myśleć, ale nie jesteśmy w stanie zajrzeć nikomu do duszy. Wiele jego opowiadań mówi o tym, że mamy uproszczone sądy i gdy tak się naczytałam o tym, że nic nie wiemy o drugim człowieku, nie mogłam popełnić tego błędu.

A czy jego życie było dla mnie idealnym materiałem do pracy nad biografią? Tak. Dzięki jego życiu mogłam oglądać różne kluczowe momenty historii Polski, podejrzeć zachowania ludzkie, dyskusje, czyny, o których nie wiedziałam. Mam tu na myśli lata 30., aneksję Zaolzia, jego zaangażowanie antyfaszystowskie, to, co działo się na Uniwersytecie Jagiellońskim, w środowisku plastyków, do którego Filipowicz należał. Pozostał bardzo wierny swoim przekonaniom. Lewicową wizję świata wyniósł z dzieciństwa, od swojego mentora, PPS-owca Tadeusza Regera. Został jej wierny, choć jeszcze przed wojną, pod wpływem ówczesnych wydarzeń, stracił zaufanie do Związku Radzickiego czy ruchu komunistycznego. Po wojnie nie zapisał się do partii. Przez życie Filipowicza poznawałam też życiorysy osób podejmujących inne wybory polityczne – Przybosia, Różewicza, który prezentował inne myślenie o życiu społecznym czy sztuce – oraz całą tę formację inteligencji lewicowej, która później, w latach 70., tworzyła opozycję.

Myślę, że Filipowicz przeczuwał różne kierunki, w jakich możemy zmierzać. To szczególnie ciekawe dzisiaj, gdy widzimy, jak wiele się spełnia z jego wizji. Stąd popularność jego wierszy, choćby tego pod tytułem „Niewola”.

Kornel Filipowicz na spływie

Co dzisiejszy czytelnik znajdzie w pisarstwie Kornela Filipowicza?

Przede wszystkim ostrzeżenie, że pewne zjawiska wracają – na przykład nacjonalizm, totalitaryzm. Zawsze istnieje zagrożenie utraty demokracji. Filipowicz pisał o tym w stanie wojennym – przeczuwając, że nawet jeśli wywalczymy kiedyś demokrację, to bardzo łatwo możemy ją utracić. W jego opowiadaniach jest też dużo wizji, które dziś są nam bliskie – na przykład odmalowywał obraz Polski podzielonej na dwa obozy, połączone ze sobą, ale walczące, nienawidzące się, inaczej rozumiejące pojęcia takie jak patriotyzm czy polskość. Artur Sandauer, znakomity krytyk zauważył kiedyś, że Filipowicza interesowała ta prowincjonalna, zwykła Polska, szary Polak z miejscowości Pcim Dolny. Albo pisarz jadący z Warszawy na prowincję, albo dziewczyna z małego miasteczka – zresztą bardzo ciekawe są jego portrety kobiece. Przy okazji ostatnich wydarzeń w naszym kraju przypomniał mi się jego „Romans prowincjonalny”, którego bohaterka chce usunąć ciążę. Podejmuje dojrzałą decyzję, wie, czego chce, natomiast w miasteczku nikt jej na to nie pozwoli. To opowiadanie pokazuje, jak Filipowicz potrafił doskonale wejść w skórę ludzi tak innych od niego, choćby takiej dziewczyny z małego miasteczka, w którym wszyscy o sobie wszystko wiedzą, a lekarz i pleban zaglądają innym do łóżek. To bardzo współczesny tekst.

Filipowicz często pisał też o zwierzętach. Czego możemy się od niego nauczyć?

Ukazywał zwierzęta jako istoty autonomiczne, które wiedzą więcej niż człowiek, są czasem nawet wyżej od niego na drabinie stworzenia. Patrzą na tych ludzi z rodzajem politowania. One przeczuwają rozmaite rzeczy, mają właściwy stosunek do rzeczywistości. Mądrości dotyczące życia i bytu w jego twórczości wypowiada kot. W opowiadaniu „Rozmowy na schodach” kotka mówi do bohatera: „Nie przejmuj się, myśl o tym, co jest teraz; jest tylko to, co jest teraz. Zostaw swoje lęki, skup się na teraźniejszości”.

U Filipowicza zwierzęta to istoty bardzo skomplikowane – wszystkie, nawet mucha! W ostatnim jego wierszu pt. „Ostatnie słowo oskarżonego” proces toczy się o to, że człowiek zabił muchę, a przecież jest to istota doskonała. On mówi o świecie zwierząt jako skomplikowanym, doskonałym, któremu nie możemy narzucać reguł – przeciwnie, powinniśmy się od nich uczyć. Filipowicz w pewnym momencie przestał polować, jeszcze w latach 50. Pod wpływem syna. Zostało mu łowienie ryb – ale trzeba podkreślić, że dopiero dzisiaj mamy świadomość, że ryba czuje ból. Nikt się nad tym w czasach Filipowicza nie zastanawiał, to było hobby jak każde inne. A dla Filipowicza to było coś jeszcze ważniejszego, tak czynność, która przywraca do życia ( np. po powrocie z obozu koncentracyjnego. A letnie wyprawy kajakowe były najważniejszym wydarzeniem roku. Zawarte w jego twórczości spojrzenie na zwierzęta czy przyrodę jest nam niemal współczesne i nie wynika zupełnie z czasów, kiedy te dzieła powstawały, czyli lat 60. czy 70.

Ciekawa jestem, co Kornel Filipowicz mógłby nam przekazać, gdyby dziś wciąż żył. Pokrzepiłby nas czy raczej powiedziałby „a nie mówiłem”?

W jego wierszach zawarte są ostrzeżenia – mówi, że wszystko może się powtórzyć. Jest pewien utwór o poecie, który pisze odę do Stalina. Niestety spóźnił się i gdy skończył, Stalin był już wyklęty. Bohater jednak mówi do siebie: „zostawię sobie ten wiersz, taka oda do dyktatora może się jeszcze przydać”. Innym przykładem jest wspomniany już wiersz „Niewola”, w którym przypomina, że tracimy wolność, nie zdając sobie z tego sprawy. Z kolei w opowiadaniach Filipowicz stara się nie pognębiać czytelnika. Mówi tak jak jego kotka: „myśl o tym, co jest teraz”. Są też takie utwory, które rysują nadzieję, np. utwór „Nike”, który wybrałam do zbioru „Pamiętnik antybohatera”. Filipowicz chce, żebyśmy byli świadomi zagrożenia, ale nie snuje pesymistycznych wizji. W opowiadaniach wojennych ukazuje, jak można przeżyć, zachować siebie, jak się nie dać.

Reklama

Miluś, czyli zdrobnienie od Mirona. Eustachy na drugie, Kornel, Kornelek, Nelek – na trzecie. Jakby tego było mało – mówili na niego także Ilia. Filipowicz miał wiele imion, nosił wiele twarzy? Do tego nawiązuje pani w tytule swojej biografii?

Z pewną fascynacją odkrywałam, że on nie był zawsze Kornelem – dla wielu ludzi, w tym jego matki, pozostał Milusiem. Mironem został na chrzcie i do wojny tak go nazywano. Nie wiadomo skąd pojawił się Ilia – pisarz miał to wyjaśnić synowi, ale nie zdążył. Ilią był dla Jaremianki i syna Aleksandra. Wydaje mi się, że te różne imiona odzwierciedlają różne etapy jego życia, zanim stał się Kornelem – bo gdy zaczął publikować, to właśnie pod tym imieniem. Jest i Nelek, Milek, Filipek, Ilia… Czy to są całkiem różne osoby? Wydaje mi się że tak, bo on lubił gry i wcielenia. Widać to w opowiadaniach, ale też w świadectwach o nim i Wisławie. Gdy wyjeżdżali, wtedy na przykład zatrzymując się w hoteliku, on się przedstawiał jako Tulczyński, profesor biologii, a ona jako hrabina Lanckorońska. Taka gra we wcielenia czasem miała charakter erotyczny – tak jest choćby w opowiadaniach, w których pojawia się Maria Jarema udająca, że jest kimś innym. „Pani Maria nie mogła przyjść, jestem tu zamiast niej” – i wkracza kobieta w futrze… Być może częścią bycia pisarzem było dla niego przybieranie różnych tożsamości, które teraz wciąż widać w listach, które wymieniał również z wielbicielkami. Był nimi otoczony, a one chciały zdobyć Nelka, Milusia, Filipka, Ilię…

Tak, to te listy z odnalezionej walizki z Woli Justowskiej…

Tak. Te różne imiona i twarze, czy role to wszystko tworzy spójny obraz, bo dotyczy i życia, i twórczości. Ale nie był kimś , kto jest dwulicowy, albo udaje kogoś innego. Jednocześnie chciałam też zmienić jego wizerunek. Filipowicz ma najwięcej zdjęć z lat 80., które przedstawiają go jako nobliwego starca i mędrca. Chciałam uniknąć tego, by na okładce było jedno z tych zdjęć.

Tymczasem na okładce widzimy przystojnego mężczyznę, rodem z Hollywood.

W wydawnictwie nazwaliśmy to zdjęcie „Hemingwayem”. Chciałam pokazać, że Filipowicz był też tym młodym, pięknym mężczyzną, którego kochało wiele osób. Darzyli go uczuciami przyjaciele, kobiety… Zresztą chyba każdemu jest przyjemnie, gdy zostanie uwieczniony jako młody i w czasie, gdy podobał się światu. A Filipowicz podobał się światu.

Kornel Filipowicz na rybach

O jego spuściznę literacką dbała Szymborska i synowie, jego postać przypomniał szerokiemu gronu współczesnych czytelników cztery lata temu wybór korespondencji z Wisławą Szymborską. Rok później pojawił się pani wybór jego opowiadań „Moja kochana, dumna prowincja” oraz „Romans prowincjonalny”, następnie biografia Marii Jaremy pióra Agnieszki Daukszy. Teraz na rynek trafia „Pamiętnik antybohatera”, ponownie z pani wyborem utworów. Filipowicz miał szczęście?

Absolutnie tak. Historia literatury jest zaludniona nieobecnością. Z racji zawodu wiem, jak wiele pisarzy i pisarek przepada – by wymienić tu choćby Leopolda Buczkowskiego, Stanisława Dygata czy Tadeusza Konwickiego – od czasu śmierci jego twórczość jest mało obecna. Czas jest pod tym względem okrutny. Wróciła na szczęście Ginczanka… Jeden z najlepszych sposobów, by przypomnieć czytelnikom o danym twórcy, to publikacja dzienników czy prywatnej korespondencji – tak było między innymi z Iwaszkiewiczem. Po pojawieniu się w księgarniach listów Filipowicza i Szymborskiej rozpoczęły się pytania. „Co to był właściwie za pisarz, skoro Szymborska uważała, że to jemu należał się Nobel?”. Dzięki temu wydano dwa wybory jego utworów; mogliśmy razem z Wojtkiem Bonowiczem przypomnieć nasze ulubione opowiadania.

Filipowicz jest też teraz czytany za granicą. W ostatnich latach pojawiły się przekłady opowiadań na język angielski, hiszpański, za chwile wyjdą trzy tomy w Ukrainie – moja książka oraz jego opowiadania i wiersze. Rzadko się zdarza, by utwory zmarłego autora były jeszcze wydawane w przekładach. To tylko udowadnia, że jego twórczość jest naprawdę uniwersalna. I choć nie wiem, jak Kornel zareagowałby na moją książkę, to myślę, że Wisława byłaby zadowolona. Ona walczyła o Kornela w latach 90. i później, robiła wszystko, by go przywrócić.

Proponując współczesnemu czytelnikowi biografię Filipowicza, pisarza zmarłego 30 lat temu, mówi mu pani: „Nie goń za nowościami; w przeszłości wydano tyle wartościowych książek, po które warto sięgnąć”?

Przez pandemię, siedząc w zamknięciu, jesteśmy w takim czasie, kiedy świetnie sprawdza się klasyka. Gdy sama wracałam do jego opowiadań, poczułam, że są jak miód na duszę, a teraz szczególnie potrzebujemy czegoś, co nas podniesie na duchu. Wiele osób mówiło mi jeszcze wiosną, że sięga po klasykę, wyciąga z domowej biblioteczki stare książki. W momencie niepokoju i zawirowania potrzebna jest nam klasyka. Gdy boimy się tego, co będzie w przyszłości, dobrze jest patrzeć wstecz i znajdywać tam takich autorów, jak Kornel Filipowicz.

Jest pani w jury Nagrody Gombrowicza i Silesiusa, miałyśmy okazję rozmawiać też przy okazji Festiwalu w Szczebrzeszynie. Zna pani świetnie polską branżę książki – promuje pani literaturę, jednocześnie jest po drugiej stronie, bo sama tworzy. Jaka jest przyszłość czytelnictwa w Polsce, szczególnie w kontekście pandemii?

To, co nam zostaje, to czytać. Artyści są w strasznej sytuacji, ale jeśli jest jakaś najmniej zagrożona dziedzina sztuki, to właśnie literatura. Ciekawe czy pandemia odbije się na wskaźnikach czytelnictwa, bo wydaje mi się, że w czasie pandemii wiele osób sięga po książki. I choć na wiosnę rynek częściowo się wstrzymał, to jesienią mieliśmy wręcz nadmiar – jako recenzentka nie byłam w stanie ogarnąć nowości. Tak dzieje się ze szkodą na wielu tytułów. Nie jesteśmy w stanie tyle zauważyć, kupić, przeczytać. Patrząc jako jurorka, przyznaję, że pojawiają się ciekawe debiuty, wychodzą książki wyjątkowe. Sytuacja zresztą sprzyja pisaniu. Obecny czas jest trudny, ale dla literatury na pewno nie jest tragiczny. Z przerażeniem myślę o teatrach, kinach, sztuce, która wymaga spotykania się. A książki będą powstawać – tylko obyśmy dali radę to przeczytać.

Justyna Sobolewska – krytyczka literacka, dziennikarka tygodnika „Polityka”. Absolwentka polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. W 2012 roku ukazała się jej „Książka o czytaniu, czyli resztę dopisz sam” w Wydawnictwie Polityki. Wydanie rozszerzone „Książki o czytaniu” ukazało się w Wydawnictwie Iskry (2016). Autorka wyboru opowiadań Kornela Filipowicza „Moja kochana, dumna prowincja” (2017). Zasiada w jury Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej „Silesius” oraz w kapitule Nagrody Literackiej im. Witolda Gombrowicza. Laureatka PIK-owego Lauru (2015) przyznawanego przez Polską Izbę Książki za popularyzację czytelnictwa w kategorii mediów drukowanych. Mieszka w Warszawie.

Książka „Miron, Ilia, Kornel. Opowieść biograficzna o Kornelu Filipowiczu” jest już do kupienia w księgarniach online

„Miron, Ilia, Kornel. Opowieść biograficzna o Kornelu Filipowiczu” - przeczytaj fragment ksiażki!

Miron, Ilia, Kornel. Opowieść biograficzna o Kornelu Filipowiczu

Miron, Ilia, Kornel. Opowieść biograficzna o Kornelu Filipowiczu - fragment książki, J. Sobolewska


Reklama

komentarze [4]

Sortuj:
1703
151
21.11.2020 07:10

Zasadniczo nie jestem fanem krótkiej formy - za krótka, za mało, zwykle pozostaje mi niedosyt. Filipowicz jest mistrzem. Po przeczytaniu jego opowiadań pozostał tylko zachwyt. To prawdziwe perełki. Pomimo,że krótkie nadwyraz kompletne.


100
28
19.11.2020 08:22

Opowiadania Kornela Filipowicza to było dla mnie odkrycie. Nie wiedziałem, że są tak wspaniałe, tak inne.


1757
284
17.11.2020 01:45

Ależ ta Sobolewska jest ładna...


203
13
16.11.2020 10:52

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd