Emocje są kluczem do literatury. Wywiad z Zoë Folbigg, autorką książki „Stacja miłość”

Zofia Karaszewska
13.02.2020

Pewna młoda dziewczyna codziennie dojeżdżała podmiejskim pociągiem do pracy i zupełnie nie spodziewała się, że któregoś dnia zakocha się od pierwszego wejrzenia we współtowarzyszu podróży. Długo zbierała się na odwagę, żeby powiedzieć Mężczyźnie z Pociągu o swoim afekcie. W końcu zdecydowała się na ten krok… Myślicie, że to początek bajki? Nie, to sama prawda! Ta dziewczyna to Zoë Folbigg, a swoją miłosną historię opisała w bestsellerowej książce „Stacja miłość”.

Emocje są kluczem do literatury. Wywiad z Zoë Folbigg, autorką książki „Stacja miłość”

[Opis wydawcy] Książka, o której mówią wszyscy! Oparta na prawdziwej historii dziewczyny i jej Mężczyzny z Pociągu.

Pewnego zwykłego dnia Maya Flowers widzi, że do jej pociągu jadącego do Londynu wsiada nowy pasażer. Nagle ten dzień przestaje być zwykłym dniem. Maya natychmiast i nieodwołalnie wie, że on jest Tym Jedynym. Czas płynie, a oni codziennie zachowują się tak samo – on jest pogrążony w lekturze książki, a ona w marzeniach o ich przyszłym, szczęśliwym życiu. W końcu Maya zbiera się na odwagę i daje Mężczyźnie z Pociągu liścik z zaproszeniem na drinka. Tak zaczyna się historia utraconych okazji i odnalezienia szczęścia tam, gdzie najmniej się go spodziewasz.

Ta bazująca na prawdziwej historii powieść jest podnoszącym na duchu, afirmującym życie przypomnieniem, że podjęcie ryzyka może zmienić wszystko.

Fantastyczna historia, która pokazuje, że miłość można spotkać wszędzie!

Zofia Karaszewska: Zdarza ci się oceniać ludzi po książkach, które czytają?

Zoë Folbigg: Właściwie nie powinno się tak czynić, bo to niepoprawne. Ale jak przejść obojętnie wobec mężczyzny, który jedzie do pracy, pewnie nudnej, i czyta „Sto lat samotności”. Przecież to tyle mówi o człowieku!

A ty akurat bardzo lubisz Márqueza?

No, przecież wiadomo, że bardzo! (śmiech) Kiedy studiowałam w Meksyku sztukę i literaturę Ameryki Łacińskiej, zaczytywałam się w Márquezie, Borgesie, Fuentesie, Cortázarze i Allende. Kto by przypuszczał, że wiele lat później będę jechała sobie pociągiem do pracy i spotkam mężczyznę moich marzeń, który będzie czytał właśnie „Sto lat samotności”! Uwierz mi, nieczęsto to zdarza się w zwykłym, podmiejskim pociągu. Przeciętny Brytyjczyk w drodze do pracy nie czyta Márqueza. Gdy to zobaczyłam, wiedziałam, że to nie może być zwykły mężczyzna… Utwierdziłam się wtedy w niezrozumiałym wówczas olśnieniu, że on jest mężczyzną mojego życia.

Pociągi chyba są dla ciebie bardzo romantyczne.

Tak, i nie potrafię dokładnie zdefiniować dlaczego, ale na pewno jest w pociągach coś romantycznego i coś bardzo literackiego. Może mają w tym swój udział filmy z lat 50. ubiegłego wieku, niezwykle stylowe, nastrojowe i klimatyczne. Z Humphreyem Bogartem i Audrey Hepburn. Wiesz, o czym mówię, na przykład „Orient Express” Agathy Christie – ale bez tej zbrodni, oczywiście! Pociągi mają bezsprzecznie niezwykły urok, są zapowiedzią przygody, może szalonego romansu, niespodzianki, przeznaczenia…

I miłości…

Ja w tym pociągu wcale jej nie szukałam, nie liczyłam nawet na spotkanie kogoś nadzwyczajnego – po prostu jechałam, jak co dzień, do pracy. Tyle że w tych codziennych monotonnych podróżach, w tę i z powrotem, miałam zwyczaj puszczać wodze fantazji. Przypatrywałam się ludziom, dopisywałam im cechy, życiorysy, zdarzenia. Zastanawiałam się, kim są, co robią, czym żyją… Takie fantazjowanie w podróży jest przecież bardzo romantyczne. No i jak widzimy, bywa, że fantazje się urzeczywistniają.

Wierzysz w przeznaczenie?

Wierzę w los i jego siłę sprawczą, w to, co może nam on zgotować. Właściwie jestem przekonana, że przychodzimy na świat, żeby napotkać i poznać zapisane, przeznaczone nam postacie i zdarzenia. Wierzę, że Mark pojawił się w moim życiu nie ot tak, przypadkowo. To musiało być zrządzenie losu!

W Meksyku miałam przyjaciółkę, też Brytyjkę, która w domu pozostawiła swojego chłopaka tak dla niej ważnego, że w ogóle nie zwracała uwagi na innych mężczyzn. No i pewnego wieczoru idziemy do baru. Siedzimy, gadamy i w pewnej chwili zauważyłam, że po drugiej stronie sali siedzi mężczyzna pożerający oczami moją koleżankę. Ale jak! Pomyślałam wtedy, znając jej historię: Boże, bidulek, przecież nie ma najmniejszych szans! Więc odwracam się do niej, żeby jej go pokazać, a ta siedzi jak zahipnotyzowana i obserwuje właśnie tego mężczyznę… Teraz są dwadzieścia lat po ślubie! To musiało być przeznaczenie. Wierzę w przeznaczenie, ale może żeby zadziało się coś takiego, trzeba w nie wierzyć? Nie wiem.

Zoë Folbigg na swoim ślubie z Mężczyzną z Pociągu

Ty spotkałaś mężczyznę w pociągu i wiedziałaś, że jest ci przeznaczony?

Tak, kiedy tamtego dnia zobaczyłam Marka, to wiedziałam, że to będzie mężczyzna mojego życia. On wtedy nawet nie podniósł głowy znad książki, a jednak stało się, jak się stało. Wiem, że to było przeznaczenie.

Wiesz, że ta twoja historia jest trochę jak z bajki? Czujesz się jak Kopciuszek, który odnalazł swojego księcia?

Mój książę… Teraz wiem, że aby jednak taki cud miał miejsce, trzeba mu w tym trochę pomóc. Żeby to wszystko mogło się stać, trzeba szczęściu pomagać. Poza tym należy bez ustanku wciąż się utwierdzać w tym, że to był cud. Bo przecież bywają dni, kiedy rano w pośpiechu wyprawiam nasze spóźnione dzieci do szkoły i wszystko się wali – każda mama wie, jak to jest ze szkolnymi dziećmi… Wtedy robię taki krok wstecz, żeby z dystansu spokojnie ocenić, co mnie spotkało, i zbilansować to sobie. Powtarzałam zawsze w takiej sytuacji: „No, przecież ty to jednak naprawdę jesteś szczęściarą! Pamiętaj, jak to się zaczęło. Nie każdemu to się przytrafia”.

I teraz wiem na pewno, że szczęściu można, a nawet należy pomagać.

A myślisz, że możemy stracić swoje szanse, nie wykorzystać ich przez strach przed odrzuceniem?

Ależ tak! Na pewno bywa tak, że ludzie, lękając się odrzucenia i niepowodzenia, rezygnują z pewnych rzeczy, ruchów, reakcji. Faktem też jest, że chcąc coś zdobyć czy osiągnąć, trzeba determinacji, działania i czasu. Zanim zdecydowałam się przekazać Markowi liścik, minęło półtora roku. A niewiele brakowało, żebym tego w ogóle nie zrobiła, machnęła ręką, właśnie obawiając się odrzucenia. Teraz, kiedy mogę już być mądrą, bo wiem, co i jak się wydarzyło, chcę powiedzieć wszystkim, by byli odważni! Jeśli się wycofamy, przestraszymy, możemy wiele utracić, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Czasem patrzę na moich synów i myślę: rany, przecież gdyby nie ten mój wariacki odruch, to by ich tutaj z nami nie było…

Zoe Folbigg z mężem i dwoma synami

Tak, byłaś odważna! Często w życiu kierujesz się maksymą: „co gorszego może się zdarzyć”?

Takie słowa pojawiają się i odgrywają ważną rolę w mojej powieści, ale też zostały wypowiedziane w rzeczywistości, przez moją przyjaciółkę. Została ona bardzo doświadczona przez śmiertelną chorobę matki i kiedy zwierzyłam się jej z moich trosk – wobec jej dramatu zgoła błahych – i spytałam, co mam zrobić, ona odpowiedziała: „Porozmawiaj z nim! Co gorszego może się zdarzyć?!”. Dzięki temu zrozumiałam, że świat nie przestanie się kręcić, gdy spotka mnie odmowa. Przyznam, że popchnęło mnie to do działania i pomogło wyjść z zaklętego cienia tego cudownego nieznajomego. Zaczęłam działać i zrobiłam krok w kierunku mojej wymarzonej przyszłości.

A czy napisanie książki i puszczenie jej w świat też było dla ciebie aktem odwagi?

Ależ oczywiście, bo przecież maszynopis mojej debiutanckiej powieści odrzucało sporo wydawców. Ale co mi tam, mówiłam sobie, i wysyłałam go do następnych. Już wiedziałam, że najgorsze, co mnie może spotkać, to brak odpowiedzi. Jednocześnie mocno wierzyłam, że mi się uda, bo bardzo, ale to bardzo chciałam zostać pisarką.

Czego szukasz w literaturze i co sama chcesz dawać czytelnikowi? Jak wygląda w twoim życiu ten balans autor–czytelnik?

Sama szukam w książkach kompletnego pochłonięcia. Chcę się zanurzyć w opowieści, jak to się mówi: „bez pamięci”. Być może dlatego właśnie uwielbiam przepastne powieści literatury iberoamerykańskiej. Natomiast co sama chciałabym dać? Wytchnienie, szansę bezpiecznej ucieczki od trwogi dnia codziennego. Zbyt często się zamartwiamy – a to zmianami klimatycznymi czy tym, co będzie po brexicie, albo też tym, co wymyśli Trump. Chcę dać ludziom obraz świata, w którym rządzi miłość i dobro. To one sprawiają, że wszystko idzie do przodu i w dobrym kierunku.

W Polsce istnieje pojęcie „literatura wagonowa”. Twoja powieść nadaje jej nowy wymiar, bo jest lekka w odbiorze i w dużej mierze dzieje się w pociągu.

Kto wie, może rzeczywiście moja powieść otwiera nową erę w dziejach tego gatunku? (śmiech) Ludziom, z tego co wiem ze spotkań i reakcji, najbardziej podoba się w tej mojej debiutanckiej powieści możliwość oderwania się od zgryzot i wyzwań dnia codziennego. A to właśnie, i mówię to przecież otwarcie, zawsze było moim celem! Więc może to jest powód sukcesu mojej powieści?

Zoë Folbigg wraz z mężem, Markiem

W książce piszesz o intuicji i zdolności przewidywania przyszłości. Czy często zawierzasz przeczuciom?

Oczywiście, że ufam swojej intuicji. Przecież już to, jak potoczyła się moja znajomość z Markiem, było jej dziełem. Zresztą miałam w życiu przykłady trafnego przewidywania biegu zdarzeń. Pamiętam, jak w dzieciństwie moja siostra nagle wybiegła z ogrodu, gdzie się bawiłyśmy, i zanim ktoś przybiegł, krzycząc, że potrącił ją samochód, ja już wcześniej struchlałam, bo czułam, że to właśnie się stało… To fakt, że z bliskimi osobami wiążą nas tajemne nici i często wyczuwamy to, co dopiero ma się wydarzyć. Jak to nazwać? Może instynkt? W końcu jesteśmy w jakiejś części zwierzętami i naturalnie dziedziczymy po przodkach tę cechę. Chociaż często nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Czy dziś spełniają się twoje pisarskie marzenia?

Osiągnęłam wszystko, co sobie w tym pociągu podmiejskim w drodze do pracy wymyśliłam. Marzyłam o byciu pisarką i jestem nią. Mam mężczyznę, który pojawił się jak najpiękniejsze marzenie z bajki. Mam synów, którzy są ze mnie dumni, chociaż tego nie przyznają, bo chłopakom w tym wieku nie wypada zdradzać się z uczuciami.

Czy oni też czują się częścią twojej opowieści?

Są owocem tej niezwykłej historii. Napisałam tę powieść również dla nich, żeby i oni wiedzieli, jak to wszystko cudownie się zdarzyło i potoczyło! Cieszę się, że ona będzie żyła, gdy mnie już nie będzie.

Nad czym teraz pracujesz?

Właśnie skończyłam moją czwartą powieść. Postanowiłam, że dostarczę teraz czytelnikom coś innego. Moje książki zawsze kończyły się happy endem – wszystko się układało, było pięknie i przyjemnie – a tym razem będzie inaczej. Postanowiłam napisać coś smutnego, historię do pochlipywania…

Nad „Stacją miłość” też można uronić łezkę…

Emocje są kluczem do literatury.

Reklama

komentarze [8]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

173
55
12.02.2020 10:10

Zapraszam do dyskusji.


3805
3567
13.02.2020 17:38

Literatura wagonowa,czyli lekkie książki.No dobrze,a jak ktoś chce poczytać Dostojewskiego w wagonie.To źle ? Nie ulegsjny takim stertypom.Co do emocji w trakcie czytania,mam zawsze mi emocje towarzyszyły.Zwlascza przy horrorze i thriller


2731
587
13.02.2020 19:50

Literatura wagonowa, to taka, że po przeczytaniu bez żalu zostawiasz ją w wagonie.


3805
3567
13.02.2020 20:27

O to nie dla mnie,ja bym żadnej książki nie zostawił w wagonie.


0
1005
14.02.2020 06:52

To nie stereotyp. Pewnych książek nie da się czytać w pośpiechu, gdy ludzie się przepychają. Dostojewski do nich należy. Ty sam o sobie mówisz, że czytasz dla rozrywki i bez nadmiernego skupienia. To jest właśnie literatura wagonowa: że czyta się ją szybko, żeby zapewniła czas i dała rozrywkę.


3805
3567
14.02.2020 06:54

Czyli to co ja czytam w większości.Zreszta i tak nie mogę czytać.W czasie jazdy.


0
1005
14.02.2020 07:31

Ja też nie mogę czytać w czasie jazdy. W sumie to tak. To określenie pochodzi sprzed wielu lat, gdy granice pomiędzy literaturą wysoką a popularną były bardziej sztywne. I bardziej się wartościowało obie, czyli był sztywny podział na lepszą i gorszą. Teraz już tak nie ma. Słowo jednak pozostało.


2731
587
14.02.2020 10:51

Oprócz tego więcej ludzi, czy to dojeżdżając do pracy, czy w innych okolicznościach korzystało z kolei. W pociągu mogę czytać, w samochodzie i w autobusie nie. Jak gdzieś wyczytałam ponoć to jest normalne. Ponoć nasz mózg trochę głupieje, bo dostaje dwie sprzeczne informacje: spoczynek i ruch.


Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

zgłoś błąd