Reklama

„Nie warto”, a jednak czytamy – wywiad z Jackiem Dukajem

Grzegorz Przepiórka
09.08.2019

Jeszcze piszemy. Jeszcze czytamy. Nie zawsze mając świadomość, że coraz bardziej przemożne od pisma jest już wszystko, co popiśmienne. Co czeka czytelników książek za kilka bądź kilkanaście lat – wylądują na marginesie, uważani za rodzaj sekty, czy staną się elitą? Co właściwie tracimy, tak łatwo rezygnując z pisma? A co możemy zyskać? Czy człowiek bez pisma stanie się szczęśliwszy, czy raczej przeobrazi się w dryfującego barbarzyńcę? Z Jackiem Dukajem, który udał się w eseistyczną wędrówkę, by z perspektywy człowieka pisma zajrzeć w postpiśmienną przyszłość, rozmawiam nie tylko o kwestiach zasadniczych. Przy okazji autor doskonałej książki „Po piśmie” zdradza, w jaki sposób odręczne pisanie wpływa pozytywnie na nasze kompetencje lekturowe.

[Opis wydawcy] Koniec pisma i człowiek tracący podmiotowość w nowym dziele Jacka Dukaja. Intelektualna podróż wokół najbardziej fascynujących zagadnień współczesnej cywilizacji – aż do jej kresu i do kresu człowieka.

Przez ostatnich kilka tysięcy lat pismo, książki i biblioteki były nośnikami i skarbnicami wiedzy. Technologia pisma stworzyła cywilizację człowieka. Myślenie pismem oznacza myślenie symbolami, ideami i kategoriami. Wyniósłszy tę umiejętność na wyżyny sztuki, w istocie tworzy nasze życie duchowe. W „Po piśmie” Dukaj pokazuje ludzkość u progu nowej ery. Kolejne technologie bezpośredniego transferu przeżyć – od fonografu do telewizji, internetu i virtual reality – wyprowadzają nas z domeny pisma. Stopniowo, niezauważalnie odzwyczajamy się od człowieka, jakiego znaliśmy z literatury – od podmiotowego „ja”. „Mechanizm «wyzwalania z pisma» napędzają miliardy codziennych wyborów producentów i konsumentów kultury”. Literatura, filozofia, popkultura, neuronauka i fizyka – zaglądamy za kulisy cywilizacji i odkrywamy, że to nie człowiek posługuje się stworzonymi przez siebie narzędziami, ale to one coraz częściej posługują się człowiekiem. Nadchodzą czasy postpiśmienne, gdy miejsce człowieka-podmiotu i jego „ja” zajmują bezpośrednio przekazywane przeżycia. „Czy mogę powiedzieć o sobie: «jestem oglądaniem serialu», «jestem śledzeniem celebów na Instagramie»?”. Człowiek staje się maszyną do przeżywania.

Grzegorz Przepiórka: Pismo odchodzi do lamusa, coraz bardziej wypierane przez inne formy transferu przeżyć, takie jak m.in. fotografia, telewizja, virtual reality i wiele innych. Z pana książki wynika, że ta zmiana niesie fundamentalne skutki dla człowieka, choć zachodzi tak naturalnie, że jest niemal nieuchwytna. Zacznijmy od miłośników książek, którzy prawdopodobnie najboleśniej odczują tę (r)ewolucję. Jaki los ich czeka za kilka bądź kilkanaście lat – wylądują na marginesie społeczeństwa i będą uważani za rodzaj sekty czy staną się elitą?

Jacek Dukaj: To rzeczywiście jest zmiana ciągła, bez żadnych radykalnych cięć. Nikogo się też nie zmusza do porzucenia jego przyzwyczajeń. W tym właśnie rzecz, że to miliony drobnych skrętów naszych indywidualnych nawyków kumulują się w tę generalną cywilizacyjną metamorfozę. A nowe nawyki zostały umożliwione przez nowe technologie. Wolisz poświęcić wieczór na obejrzenie paru odcinków serialu niż przeczytanie książki – bo są te seriale dostępne, coraz lepsze i liczniejsze, bo ich produkcja jest zyskowna. Skype’ujesz czy dzwonisz, zamiast pisać listy – bo to szybsze, prostsze, naturalniejsze. Nabywasz wiedzę o świecie z przekazów audiowizualnych – bo one stanowią zewnętrzną warstwę tej otuliny cywilizacyjnej, w której żyjemy od rana do wieczora, coraz ściślej przylegającej do naszych zmysłów.

Czy posiadanie umysłu uwarunkowanego pismem – życie w myślunku pisma – w tym coraz bardziej postpiśmiennym świecie jest bardziej korzyścią czy ułomnością, to już zależy od osobistych celów i ambicji. Zakładam, że przez „miłośników książek” rozumiesz czytających literaturę piękną dla przyjemności. Od lat obserwujemy coraz węższe sprofilowanie tej grupy, np. przewaga w niej kobiet nad mężczyznami jest przygniatająca. Także coraz mniejsza procentowo część populacji odpowiada za zakup coraz większej liczby takich książek.

Elita i margines nie zawsze są do odróżnienia – przede wszystkim postrzegamy je jako mniejszość w pewnej opozycji do większości. Elita definiuje się dodatkowo przez umiejscowienie na szczycie drabiny aspiracji. Aspirujemy do bogactwa – czy piśmienność pomaga w zdobyciu bogactwa? W coraz mniejszym stopniu – i uważamy to za dobrą zmianę. Że nie są już wykluczeni np. dyslektycy czy ludzie niewykształceni w naszej kulturze, języku. Aspirujemy do prestiżu społecznego – czy poleganie na piśmie tu pomaga? W bardzo wąskich zakresach prestiżu pracowników nauki itp., w polityce już w ogóle. Aspirujemy do powodzenia w skali osobistej, np. atrakcyjności seksualnej – czy tu myślunek pisma pomaga? Raczej przeszkadza.

Można też próbować zdefiniować elitę obiektywnie: jako tych, co mają największy wpływ na rzeczywistość, tych, którzy znajdują się na górze piramid decyzyjnych. Tutaj argument jest bardziej subtelny: nie tyle za przechodzeniem tych funkcji w ręce ludzi postpiśmiennych, ile za utratą decyzyjności przez ludzi w ogóle. W coraz większym stopniu takie role pełnią same procedury, upodmiotowiona wiedza o rzeczywistości, procesy emergentne złożonych struktur – to, co nazywam Logosem.

Z jakich powodów tak łatwo przychodzi nam rezygnacja z pisma na rzecz metod bezpośredniego transferu przeżyć? Może w pewnym sensie wracamy na łono natury, gdyż ewolucyjnie jesteśmy przystosowani raczej do oglądania i słuchania, aniżeli pisania i czytania? Z tym że łono natury zostaje zastąpione przez łono technologii.

Tak, za tę łatwość w dużym stopniu odpowiada nasze ewolucyjne przystosowanie do odbioru przekazów wprost oddziałujących na zmysły – w odróżnieniu od dekodowania przekazów symbolicznych.

Istnieje jednak zasadnicza różnica i dodatkowe tu ułatwienie. W stanie natury to my musieliśmy się przystosowywać. Natomiast środowisko technologiczne coraz sprawniej i coraz szybciej przystosowuje się do nas, tym wyraźniej ujawniając całą nienaturalność takich technologii komunikacji, jak pismo.

Żyjemy w epoce przejściowej. Jeszcze posługujemy się pismem, ale zapewne większość ludzi, jeśli nie już, to za chwilę będzie preferować bezpośrednie formy przeżywania. Ile potrwa epoka przejściowa, zanim definitywnie porzucimy pismo (pomijając wyjątki w postaci nauk matematycznych czy skryptów programistów)? I od kiedy można datować jej początek – od narodzin fotografii czy od momentu rozwoju internetu?

Ile trwała epoka przejściowa między oralnością a dominacją pisma? Setki, jeśli nie tysiące lat, i to różnie w różnych kulturach.

Pierwszą technologią bezpośredniego transferu była fotografia. Ich wpływ rósł stopniowo. Główne kryterium stanowi liczba funkcji pisma, jakie mogą już przejąć inne technologie – łatwiejsze, naturalniejsze, powszechniejsze. To wyznacza tempo i stopień adaptacji człowieka do nowego myślunku.

Specyfika obecnego przejścia między myślunkami może polegać na tym, że pismo – jako np. przenikający cały nasz świat kod, jako dyskretne procedury, algorytmy, język matematyki – nie musi być już pisane i czytane przez ludzi, żeby nadal stanowić fundament całej naszej cywilizacji i warunek stylu życia.

Czy będzie panu żal pisma? A jeśli tak, to czego – związanego z piśmiennością – będzie panu żal najbardziej?

Ale to nie jest żal osobisty. Nikt mi nie odbierze książek. I tak nie starczyłoby mi życia, żeby przeczytać samą wybitną literaturę, nie licząc tej po prostu dobrej czy interesującej. Co najwyżej może chodzić o sentyment pokoleniowy, o poczucie przynależności do formacji kulturowej, której czas przemija.

Przypływy tego typu sentymentów są powszechne, częste i nieuchronne, np. zanik życia literackiego kwitnącego ongi w kawiarniach i periodykach literackich na rzecz życia literackiego prowadzonego w social mediach oraz przeżywania celebrytów. Przyzwyczaimy się. Już się przyzwyczailiśmy.

Literatura piękna to jednak bardzo niewielki, wręcz niszowy przejaw myślunku pisma. Choć istotnie często używany jako jego symbol.

Najgłębszej tu różnicy doświadczamy zaś chyba w rezultacie atrofii specyficznego typu świadomości zbudowanego przez pismo: tego wewnętrznego dystansu refleksji, autonarracji, opowiadania sobie przygód „ja”.

Nic już nie będzie takie samo! Tak przynajmniej wynika z pana książki, w której przedstawiony zostaje zarys konsekwencji przejścia z pisma na bezpośredni transfer. Skutki dotykają, bądź dotkną, religii, filozofii, polityki, ekonomii… Gdyby chcieć dokonać syntezy, co jest najistotniejszą konsekwencją? Mam wrażenie, że odpowiedź przemyca pan między wierszami i brzmi ona: barbarzyństwo. Czy epokę, w którą wkraczamy, będzie rzeczywiście znamionowało barbarzyństwo, a jeśli tak, to jak rozumieć barbarzyństwo postpiśmienne?

Absolutnie nie! Wprost polemizuję z takim ujęciem. O tym, co jest barbarzyństwem, decydują wartości ukształtowane przez dominujący myślunek. Najtrudniej właśnie wybić się ponad kulturę swojej epoki i przejrzeć mechanizmy, które odpowiadają za konstrukcję jej hierarchii dobra i zła, piękna i brzydoty. Tak samo u schyłku kultury oralnej za barbarzyńców miano ludzi pisma.

I od czego zależy ocena epok i myślunków minionych? Człowiek pisma patrzy wstecz na kultury przedpiśmienne i to ich przedstawicieli ma za prymitywów, barbarzyńców, bo przecież – „oni nie umieli pisać”. Człowiek postpiśmienny patrzy na nas – i co widzi? Autystów, zimne automaty, niewolników słowa i logiki: nie przeżywających, bo rozumujących; a zatem – „nieludzkich”.

Co tracimy, co nam umyka, kiedy nie opowiadamy, nie opisujemy, a słuchamy, doświadczamy śpiewu słowika? Wiem, wiem – analiza. Czy jednak słuchanie bądź oglądanie jest zupełnie pozbawione analizy? Czy wtedy nie ma szans na coś więcej niż przeżycio-świadomość?

Szansa zawsze jest. Zwłaszcza jeśli słucha czy patrzy człowiek myślunku pisma, a zatem wdrożony w tryb refleksji, analizy. Jednak w myślunku niewymuszającym tego nastawienia jest to nienaturalne. Nie ustanawia on takiego wymogu. Nie skłania do takich ćwiczeń duchowych. Niekiedy wprost od nich odstręcza. Np. myślunek oralny narzuca takie obciążenia pamięci – literalnego zapamiętywania długich ciągów słów – że nie da się wtedy równocześnie prowadzić krytycznej analizy.

Jako ludzie pisma wartościujemy negatywnie to wyłączanie kolejnych narzędzi refleksji – a przecież czysta przeżycio-świadomość może być właśnie spełnieniem wysokich aspiracji duchowych, jak w buddyzmie zen. Ów Zeitgeist ujawnia się na rozmaite sposoby, i to właśnie wśród osób najmocniej sformatowanych przez pismo. Polecam np. tekst Renaty Lis „Jak zwierzę”, opublikowany parę miesięcy temu w „Dwutygodniku”.

Nie można mieć jednak dwóch tak różnych umysłowości jednocześnie. Analityczna refleksja nie idzie w parze z oczyszczonym z nadświadomości czystym przepływem przeżywania.

Czy wraz z przejściem na bezpośredni transfer przeżyć zaczynamy dryfować jako ludzkość? A jeśli nawet tak, to czy człowiek, dryfując niegdyś przez setki tysięcy lat, nie był w lepszej sytuacji niż od momentu, kiedy dryfować przestał? Czy nie przysporzył sobie bowiem więcej cierpień, przechodząc na rolniczy tryb życia, nie mówiąc już o dużo późniejszych obozach koncentracyjnych?

Bardzo dobre pytanie. „Dryfowanie” można tu też opisać jako pozostawanie w stanie natury: jak zwierzęta, jak Conradowscy „brutes”. Zaprzestanie dryfowania sugeruje przejęcie kontroli nad kierunkiem rozwoju cywilizacji człowieka – ale czy rzeczywiście kiedykolwiek wykazaliśmy się taką kontrolą? Czy nie jest raczej tak, że dziś powodują nami innego rodzaju, ale też niekontrolowalne żywioły – jak wewnętrzna dynamika rywalizacji, gospodarki kapitalistycznej, czy inercja technologii?

To jedno z moich głównych podejrzeń: że technologia narzuca swoją własną celowość. Że to odkrywanie i przekładanie na praktyczne zastosowania kolejnych praw natury nie jest przypadkowe, i podskórna struktura rzeczywistości, Logos poprzedzający i nasze poznanie, i naszą cywilizację technologiczną, on w istocie dzierży ster dziejów ludzkości.

Różnica więc byłaby tylko taka, że przedtem nie mieliśmy świadomości tego procesu, a teraz możemy zastanawiać się i omawiać – jak tu sobie omawiamy – ów nie-dryf, owo podążanie naprzód z nieustannie przyspieszającym nurtem zmian. Ale w dłuższej perspektywie jego kierunek pozostaje dla nas taką samą tajemnicą, jaką jest kierunek ewolucji życia.

Czy rozwinięcie samoświadomości nie przysporzyło nam tylko cierpień? Ta droga rozumowania prowadzi do bardzo mrocznych miejsc. Nie jest trudno jak najbardziej logicznie dojść do wniosku, że sytuacją najlepszą jest w ogóle nieistnienie, skoro wtedy bilans cierpienia i szczęśliwości okazuje się najbardziej korzystny. U świtu świadomości piśmiennej, trzy tysiące lat temu, z takiego podejrzenia właśnie wzrósł duch starożytnych Greków. Mamy ten orficki fatalizm „skazanego na życie” w DNA Europy, nie wyleczył nas z niego do końca ani Sokrates, ani Jezus.

Czy porzucenie pisma i przejście na bezpośredni transfer przeżyć ma jakiekolwiek jasne strony? Czy człowiek ma szansę być szczęśliwy w epoce postpiśmiennej?

Co stanowi zalety, co wady danego myślunku – ten osąd wynika bezpośrednio z wartości wytworzonych przez ten myślunek. Dla człowieka myślunku pisma postpiśmienność ma niemal same ciemne strony. Dla człowieka myślunku transferu bezpośredniego – pismo niesie z sobą tyle obciążeń, ograniczeń i sztuczności, że stanowi wręcz przekleństwo.

Szczęście zaś to chwilowy stan hormonalny. Uczymy się je produkować, rozciągać w czasie, utrzymywać mózg w stanie niezmąconego spokoju i euforii. Coraz lepiej, z coraz mniejszymi skutkami ubocznymi.

Związek z postpiśmiennością jest tu wyłącznie pośredni: ten sam postęp technologiczny napędza oba te procesy.

Chociaż można zapytać o warunki umożliwiające w ogóle wykroczenie myślą poza ów dystopijny raj „Nowego wspaniałego świata” Huxleya. Czy nie jest tak, że czysty przeżywacz nie będzie miał w ogóle narzędzi intelektualnych do zakwestionowania stuprocentowo skutecznego mechanizmu pompowania mu w mózg bezwarunkowego szczęścia?

„Mniej szczęścia” – któżby tego pragnął? W imię czego?

Spróbujmy jednak popłynąć pod prąd. Czy można pozostać wolnym od narzucanych form bezpośredniego przeżywania? Jak nie dać się wchłonąć? Na przykład samo niekorzystanie z Facebooka, YouTube'a może nie wystarczyć, bo przecież otaczają nas bezpośredni przeżywacze. Jak pan sobie z tym radzi?

Nie radzę. Tak samo jestem formatowany przez nowy myślunek. Właśnie osobiste doświadczenie owego wpływu popchnęło mnie do tej eseistycznej wędrówki. Odgrodzenie się od social mediów to minimum higieny mentalnej.

Ale tak samo doświadczam np. wielu bezpośrednich i pośrednich efektów sublimacji powieści w formy audiowizualne, w seriale. I kiedy rozmawiam z ludźmi, jestem świadom, że coraz więcej odniesień i sposobów argumentacji wyniesionych przeze mnie z kultury pisma nie działa, nie trafia (w polityce i reklamie widać tę zmianę najwyraźniej). Kiedy piszę fikcję fabularną – wiem, że będzie ona odbierana głównie przez czytelników sformatowanych przez narracje audiowizualne.

Moja córka uczy się czytać. Ta umiejętność prawdopodobnie jej się przyda, gdyż wciąż żyjemy w epoce przejściowej. Ale być może, oprócz lektury, powinna spędzać dziennie trochę czasu, klikając w smartfona. W przeciwnym wypadku jak odnajdzie się w przyszłym społeczeństwie bezpośrednich przeżywaczy? Czy nie będzie wyobcowana? Oto dylemat. I czy warto w ogóle jeszcze czytać? Przecież, jak pan pisze, jedyna korzyść, która pozostała nam dzisiaj z czytania, to umiejętność dłuższego skupienia uwagi.

Więc może nie pytajmy, „czy warto”. Może w tym właśnie ma szansę ujawnić się szlachectwo, autoteliczność życia w piśmie, że „nie warto”, a jednak – czytamy.

Przemożność bezpośredniego transferu przeżyć pokazuje się i w tym, że już nie sposób się całkowicie wyobcować z tej kultury. Nie da się we współczesnym świecie pozostać „eremitą pisma”. Co najwyżej można walczyć o utrzymanie pewnych wąskich kompetencji piśmienności pomimo zanurzenia w cywilizacji przeżywaczy.

Bardzo długo będzie jeszcze można rozwijać i spełniać się w karierach myślunku pisma, w rozmaitych niszowych dziedzinach związanych np. z nauką ścisłą. Większym wyzwaniem jest natomiast wychowanie dziecka do takiego nastawienia życiowego, w którym będzie ono w tym właśnie widzieć wartość.

Epoka bezpośredniego transferu przeżyć kojarzy się przede wszystkim z telewizją, internetem. Okazuje się jednak, że można również poprzez czytanie książek być nie reprezentantem epoki pisma, a bezpośrednim przeżywaczem. Pułapka i paradoks. Dotyczy to na przykład lektury książek pisanych jak seriale, jeśli dobrze rozumiem, niezmuszających do wytężania umysłu. Nie wystarczy więc czytać, oprócz tego ważne jest, jak się czyta. Jaki zatem byłby właściwy sposób lektury? W jaki sposób pan czyta? 10-20 stron i refleksja, notatki, pytania zadawane sobie, autoanaliza, czy może inaczej?

Mniej więcej do zerowych lat XXI wieku seriale podążały za literaturą, starały się dogonić, odtworzyć na ekranie dokonania XIX- i XX-wiecznej powieści. Potem nastąpiło odwrócenie biegunów wartości: teraz to powieści starają się być jak najbardziej „jak seriale”. Tym samym seriale nie mają już czego gonić: ostatnią fazą do zaliczenia była tu literatura postmodernistyczna (doszedł do tego etapu np. „The OA”), potem natomiast musiałyby zacząć zjadać własny ogon, tzn. wzorować się na literaturze, która sama wzoruje się już na serialach.

Podobne karuzele wpływów i wartości pokazują złudność nadziei apostołów literatury „czystej”, wyabstrahowanej od epoki technologicznej. Już bowiem niemal cała XX-wieczna literatura powstawała pod presją takich technologii transferu bezpośredniego, jak radio czy kino.

Mogę tylko zdawać relację ze zmian swojego trybu lektury, nie aspirując tu do żadnej normatywności.

Praktycznie już nie czytam literatury pięknej z doskoku, na co dzień; na nią są oddzielne czasy i miejsca, jak wakacje, wyjazdy, choroby. Czas poza czasem, świat poza światem.

W ogóle bardzo trudno mi wejść w lekturę współczesnej fikcji fabularnej: bo to są scenariusze. Papier mi grzęźnie w gardle, jak próbuję je czytać. Ogromną część odkładam po kilkudziesięciu stronach i nigdy nie wracam. Ale jak już wejdę w taką lekturę, to czytam w jednym rzucie: dzień, dwa.

Natomiast rozmaitych książek eseistycznych, naukowych, krytycznoliterackich mam w równoległym czytaniu kilkanaście, czytam je nieraz tygodniami. I często z Kindle’a.

Zupełnie inny rodzaj adaptacji do tych zmian dostrzegłem u siebie w powrocie do ręcznego pisania wiecznym piórem. Zrazu podjąłem je po prostu dla poprawienia charakteru pisma, które straszliwie się mi popsuło po latach stukania w klawiaturę. Ten zamiar się nie powiódł – ale pióro wmusza także w szereg ćwiczeń mentalnych, bardzo rozwijających same kompetencje lekturowe. Np. pisząc piórem, musisz z góry mieć w głowie konstrukcję zdania, atrament nie ma bowiem funkcji delete. Tymczasem wszyscy już przyzwyczailiśmy się pisać z chaosu, sekwencyjnie: napiszę, poprawię, wymażę, zmienię, przesunę. I tak oto sens się konstruuje niejako sam, poza głową, gdzieś pomiędzy ręką i elektroniką. Żeby nie wspomnieć tu o zupełnie już zabójczej dla myślunku pisma funkcji autouzupełniania.

Pisanie piórem wdraża także w linearność, która jest warunkiem myślenia opartego na związkach wynikania i następstwa. I jest to wtrenowanie bardzo mocne, bo cielesne, kodujące w mózgu nawyki logiczne mechaniką ruchu ręki, koordynacją oko–dłoń. Ani technologie dźwiękowe, ani ekrany edytorów, na których wszystko można przesuwać w dwóch kierunkach, nie wpajają nam takiej struktury „jeśli – to”, „przyszłość – przeszłość”, „podmiot – przedmiot”.

Czy można wyćwiczyć w sobie sztukę prawdziwego czytania, a nie tylko przeżywania książek, nawet jeżeli jest się już częściowo naznaczonym przez bezpośredni transfer przeżyć?

Zależy jakich książek. Dobrym testem jest lektura powieści psychologicznych albo dialogów idei – które zmuszają do śledzenia i odgrywania w wyobraźni bytów i aktów, jakich nie da się objąć zmysłami, sprowadzić do przeżywania.

Ale tak naprawdę nie mam odpowiedzi na to pytanie. Nie poznałem jeszcze wystarczająco wiele historii osób, które wpierw się wychowały w myślunku przeżywactwa, a potem próbowały wejść w głęboką lekturę dzieł powstałych w myślunku pisma. Chodzi np. o pokolenie obecnych dzieci: urodzonych z tabletami w rączkach. Co z tego, że mogą przeczytać o tych wszystkich dziwnych fenomenach ducha, skoro nie będą miały do czego przyporządkować owych słów?

Bo także kultura, która nas ćwiczy od dzieciństwa – rozmowy, gesty, środowisko medialne, instytucje społeczne – nie stosuje, nie potrzebuje już tych kategorii. A to przede wszystkim ona nas warunkuje. Dlatego powiadam, że można myśleć pismem, samemu nie czytając i nie pisząc – jeśli się urodziło i wychowało w czystej kulturze pisma (jak np. chrześcijanie przed reformacją). I tak samo można mieć umysł postpiśmienny pomimo nabycia umiejętności pisania i czytania – jeśli żyje się już w cywilizacji i kulturze transferu bezpośredniego.

Jaki jest w ogóle sens powstania książki „Po piśmie”? Ci, którzy wolą surfować po internecie, by przeżywać, i tak będą to robić, raczej nie nawrócą się na piśmiennictwo. Ci, którzy lubują się w czytaniu, pewnie nadal będą się rozkoszować lekturą. Co nam daje orientacja, którą pan nam zaserwował w tej książce? Czy z troski o człowieka, człowieczeństwo, ją pan napisał? A może z osobistej potrzeby zrozumienia?

Napisałem o dziejach myślunków, bo to za mną chodziło, nie dawało spokoju, bo tak czy owak o tym od lat trułem ludziom. Już od dłuższego czasu piszę właściwie dla siebie. Oczywiście istnieją pewne uwarunkowania zewnętrzne, jestem związany z wydawnictwem, mam świadomość mechanizmów medialnych, konwencji tzw. życia literackiego. Ale nie potrafię się przymusić do żadnej dłuższej roboty literackiej dla zewnętrznych celów. Sensem napisania książki jest pisanie książki. Praca, jaką wykona ona na umyśle dowolnego czytelnika, będzie wielokrotnie mniejsza, niż ta, którą wykonałem na własnym umyśle, pisząc ją.

Czy literatura bez odbiorcy – lub kiedy odbiorca jest jednocześnie nadawcą – ma sens? Pytam o to, gdyż w „Po piśmie” zwraca pan uwagę, że kiedyś być może sensem literatury będzie nie czytanie, ale pisanie.

Z jednej strony – to dosyć logiczny skutek coraz większej łatwości publikacji przy coraz słabszym czytelnictwie. Z drugiej – coraz lepszego poznania reguł, które rządzą wyborami i gustami odbiorców kultury, w tym czytelników. Te reguły stopniowo uzyskują podmiotowość, osiągając pozycję autora. Z trzeciej – skutek przejęcia roli narracji słownych przez narracje audiowizualne: coraz wyraźniej widać, że czytanie „serialu na papierze”, „filmu na papierze” nie ma sensu; lepiej obejrzeć sam serial, film. Sens więc pozostaje w tym, co nieprzekładalne na audiowizualia, co najbardziej osobiste. Ostatnią sztuką człowieka będzie samo życie.

Oczywiście książka miewa wiele rozmaitych innych użytków, nie tylko literacki. Służy np. do zapładniania ideami – nawet gdy szczerze się z nimi nie zgadzasz, zostają w tobie, pracują na tobie.

Lecz istotnie, jeśli zaakceptujesz wartości człowieka pisma w postpiśmiennym świecie, to tylko pisanie dla siebie będzie miało sens. Pisanie dla innych, dla zysku, dla prestiżu, dla popularności, nie tylko zmusza do traktowania książki jako środka, narzędzia, ale w sposób konieczny wkręca cię w mechanizmy sukcesu, które niemal w całości są już mechanizmami kultury bezpośredniego transferu wrażeń: celebryctwo, telewizja, jutiub, fejsbuk, pijar. W takim świecie żyjemy. Ja tylko połączyłem te wszystkie zjawiska i wyciągnąłem logiczne konsekwencje.

Reklama

komentarze [27]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

206
0
09.08.2019 15:30

Zapraszam do dyskusji.


468
80
09.08.2019 16:56

Refleksja na temat stanu i przyszłości czytelnictwa jest bardzo smutna. Czy tego chcemy, czy nie, stajemy się społeczeństwem obrazu, a wkrótce przeżyć. Do tej pory nie sięgałem po literaturę podnoszącą omawiany w wywiadzie problem, ale może czas to zmienić?


3692
3455
09.08.2019 17:45

Życie bez YT bez sensu,dla mnie.Zawsze warto obejrzeć film o pustułeczka aninomaną wersję gry fantasty.


3692
3455
09.08.2019 17:55

Czasem,też się zastanawiam.Po co czytam,co mi to daję.Pytanie chyba,dziwne tu ? Ale kiedy kończę książke,myślę .No dobra przeczytałem i co dalej.Może życie,takie same.
Nic się nie zmieniło.Nadal,mam te same myśli ,te same oglądy.
Co wtedy robię,ano piszę opinię.I znowu....czytam.


2649
541
09.08.2019 18:13

Ja jednak myślę, że życie czasami zmienia się po przeczytaniu książki. Zmienia się nasze spojrzenie na niektóre sprawy i na drugiego człowieka.


Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

3692
3455
09.08.2019 18:45

Dla osób w 100 % zdrowych,może tak.Po za tym,myślę.Że tu chodzi,bardzo o osoby czytające amitną literaturą.Ja się zadowalam Michalak czy fantasty często młodzieżową.


47
41
10.08.2019 00:26

Mało krzepiąca perpsektywa dla czytaczy. Tylko, że nic nie stoi w miejscu, jak mawiał Pan Tarei... Nie będzie tak, będzie inaczej. Nas i tak pokryje już dawno proch. Szkoda może jedynie, iż z kulturą piśmienną odejdzie w przeszłość umiejętność krytycyzmu i przesiewu informacji. Już teraz jest z tym problem. Młodzi nasiąkają mądrościami celebkaznodziejów naszych czasów,...

więcej

1685
546
10.08.2019 12:04

"Przyzwyczaimy się. Już się przyzwyczailiśmy." - dokładnie tak jest. I zdumiewa mnie to w jakim świecie żyjemy... epoka przejściowa, z której na co dzień nie zdajemy sobie nawet sprawy. Żadna tam rewolucja, tylko małe kroczki, bardzo stopniowe zmiany, których nawet nie zauważamy i nie jesteśmy do końca świadomi (chociażby to jak Netflix i seriale wpływają na współczesne...

więcej

102
0
12.08.2019 11:46

Jeśli cała nasza wiedza będzie zdigitalizowana to istnieje niebezpieczeństwo, że jakiś kataklizm jak np. wyjątkowo niszczycielski rozbłysk słoneczny lub coś innego w skali całej planety spowoduje, że ją utracimy. Moim zdaniem książki w formie papierowej, będą z nami jeszcze bardzo długo :)


79
76
12.08.2019 17:02

A ja uważam inaczej.

Kultura społeczna rządzi się swoją dynamiką. Owszem teraz jesteśmy zachłyśnięci wszystkim, co mobilne, online i smart, ale to nam się za niedługo zacznie ulewać.
Upraszczając: Dzieci Kwiaty zakwestionowały wychuchany porządek swoich zawsze szczęśliwych matek - pań domu. Kolejne pokolenie zdjęło jednak kwiaty i paciorki, po czym zabrało się za biznes...

więcej

505
45
12.08.2019 20:09

I ja uważam podobnie. To całe olabogowanie, jak to kultura upada, jak to się nie czyta, jak to Sodoma i Gomora. Powtarzamy narrację pokoleń, zapatrzonych we własną epokę. Powtarzamy 'ta dzisiejsza młodzież', zamiast patrzeć w przyszłość w kontekście możliwości, widzimy zagrożenia, degrengoladę i upadek.
Byłoby to zabawne, gdyby nie było tak nudne.


489
158
13.08.2019 08:12

A ja obawiam się, ta cykliczność może zostać zaburzona przez rozwój technologiczny - dzieci kwiaty nie miały w rękach takich narzędzi jakimi dysponujemy my(za to mieli LSD :)), przez te 50 lat od czasów hipisów świat (materialny a nie idei) mocno przyśpieszył (zobaczcie ile nośników danych zdążyło umrzeć w tym czasie - winyle, kasety magnetofonowe, płyty cd i DVD, przy czym...

więcej

1375
17
13.08.2019 10:39

Winyle nie umarły, od czasu przedwczesnego ogłoszenia ich śmierci zdążyły się już odrodzić :)
Na zmartwychwstanie papieru też jeszcze przyjdzie czas. Mam nadzieję.


489
158
13.08.2019 10:57

Ale winyle to taka sympatyczna forma snobizmu dzisiaj, tak jak jazda zabytkowym samochodem, z papierem może być podobnie, byle sztuka czytania nie zanikła :(


Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

3692
3455
12.08.2019 17:54

Papier przetrwa setki lat,płyta CD ile ?


zgłoś błąd