rozwiń zwiń
Desther

Profil użytkownika: Desther

Warszawa Mężczyzna
Status Czytelnik
Aktywność 47 tygodni temu
75
Książek na półce
przeczytane
77
Książek
w biblioteczce
39
Opinii
339
Polubień
opinii
Warszawa Mężczyzna
Dodane| 2 książki
Ten użytkownik nie posiada opisu konta.

Opinie


Na półkach: ,

Lektura Plutonii za mną, czyli kolejna klasyka gatunku Sci-Fi o której co nieco do powiedzenia mam. Zależnie jak na to spojrzeń, książka Władimira Obruczewa to albo jedno z ostatnich głośnych opowiadań fantastycznych wydanych przed Rewolucją Październikową, lub też jedna z pierwszych Sci-Fi już radzieckich. Wynika to z faktu, że po raz pierwszy historia ta zadebiutowała w 1915 (stąd w epilogu wątek I Wojny Światowej) ale już książkowo ukazała się w 1924. Jak jednak na to nie spojrzeć, to i tak mamy tu do czynienia ze 100-letnią literaturą.

Czy Plutonia daje radę w 2024? Czy można bez zgrzytania zębów cieszyć się jej lekturą? I tak i nie. Historia opowiedziana tutaj to bardziej rozbudowana i aktualna naukowo “Podróż do wnętrza Ziemi” Juliusza Verna. 6-osobowa rosyjska ekipa udaje się na Arktykę, gdzie fundator wyprawy spodziewa się znaleźć nieodkryte wcześniej przez żadnego człowieka przejście do wnętrza naszej planety. Przejście to faktycznie istnieje i podziemny świat okazuje skrywać się niejedną tajemnice. Są tam bowiem całe morza, jeziora, rzeki, pustynie i lasy, a im dalej tym zmienia się nie tylko krajobraz ale także całe generacje zwierząt. W trakcie 400 stron ekipa naukowców natknie się na mamuty, tygrysy szablozębne, pterodaktyle, iguanodony czy brontozaury. A spotkanie mrowiska w tym prehistorycznym świecie będzie szczególnie wielkim zagrożeniem. Nie może być inaczej, kiedy obiekt ten jest zamieszkiwany przez mrówki o średnicy jednego metra, które ukradły wszystkie potrzebne zapasy na dalszą wyprawę.

Chociaż mówimy tu cały czas o historii fantastycznej i nawet sam Obruczew w posłowiu obala szansę na istnienie takiego świata, a jego książka miała być przede wszystkich zachętą dla ludzi do interesowania się m.in geologią, to nie da się jednak ukryć że Plutonia jest znacznie bardziej rozbudowaną i bliższą rzeczywistości historią niż to, co było w historii Verna. Każdy członek wyprawy coś od siebie wnosi do jej przebiegu i większość z nich to rasowi naukowcy, którzy na bieżąco analizują i badają to co widzą. Do tego fabuła regularnie przemieszcza bohaterów z miejsca na miejsce, by mogli w całkiem dużym spokoju odkrywać ten świat przed czytelnikiem. Dopiero w drugiej połowie lektury spotykają się faktycznie z przeszkodami, które stawiają pod znakiem zapytania dalszą wyprawę.

Plutonia to raj dla fanów literatury, którzy lubią opis przyrody i terenów dookoła. A ostatni rozdział przed epilogiem to praktycznie pełnoprawna debata naukowa i szansa do poznania klasycznych poglądów na temat tego, co skrywa w sobie nasza planeta. Do tego chociaż bohaterowie często się zlewają charakterem i momentami ciężko odróżnić który z nich specjalizował się czym i nie mają oni między sobą żadnych większych konfliktów, to jednak Obruczew trochę się postarał by tknąć w nich osobowość. Stąd zdarzają się żarty sytuacyjne czy gry słowne.

Zaskoczyło mnie też samo zakończenie. W kontraście do całej książki jest bardzo ponuro-przyziemne i na sam koniec przypomina czytelnikowi, że mówimy tu cały czas o realiach I Wojny Światowej, gdzie wojskowych mało interesowały takie rzeczy jak wyprawy naukowe.

Książka Obruczewa ma też swoje problemy. Przez prawie 400 stron to praktycznie monotonie prowadzona podróż przez nieznany świat i niewiele tu zwrotów akcji. Do tego klasycznie dla takich starszych opowiadań przygodowych wszystko jest tu na tyle bezpieczne, że bohaterowie (oraz ich pies zwany Generałem) wychodzą szybko ze wszystkich tarapatów. Bywały momenty, gdzie czytałem po maksymalnie 2-3 rozdziały i dawałem sobie spokój na jakiś czas. Tym bardziej, że rozdział rozdziałowi nierówny i niektóre są bardzo krótkie i bazują na jednym odkryciu, a inne trwają po kilkanaście stron. Przy czym i tak są głównie rozmową bohaterów. Bez odpowiedniego podejścia do tego tytułu można się szybko zrazić.

Do tego Obruczewowi zdarzają się pisarskie wpadki. Np. w pewnym momencie przez kilkadziesiąt stron w ogóle nie wspomina o Generale, psie który cały czas towarzyszył czwórce bohaterów. Zwyczajnie uznałem, że pies może umarł a autor zupełnie to zignorował i nie wspomniał o tym co pasowało o tyle, że bohaterowie w pewnym momencie uciekają przed lawą, są odcięci kilka dni i ewakuują się ostatecznie do łodzi, cały czas podkreślając trudne warunki tej ucieczki. Jakie było moje zdziwienie gdy okazało się, że pies cały ten czas z nimi był. Obruczew uznał, że nie musi poświęcać temu uwagi, mimo że warunki jakie opisał powinny mocno na los psa wpłynąć i powinno to być zaakcentowane.

Wątek ludu który zamieszkuje Plutonie to kiepsko zrealizowany motyw dodany praktycznie na sam koniec, byle by tylko mieć ten banał i w swoim opowiadaniu u siebie. Plemię które nie znało wcześniej ognia nic do historii nie wnosi poza uprowadzeniem dwóch badaczy, ale są oni czczeni jak bogowie i w żadnym momencie nie czuje się, że plemię to jest takim zagrożeniem dla badaczy jak wcześniej spotkane mrówki czy potok lawy.
Do tego rosyjscy naukowcy uprowadzają kobietę z tego plemienia, chcąc pokazać ją światu zewnętrznemu jako jeden z dowodów, ale ta ostatecznie ucieka. Wczuwając się w realia epoki i perspektywę pisarza to niesmaku do tego motywu nie mam, ale domyślam się że współczesny czytelnik widząc w Plutonii porwanie młodej kobiety w celu zrobienia z niej atrakcji naukowej może być oburzony.

Plutonie polecam wszystkim tym, którzy mieli kiedyś styczność z “Podróżą do Wnętrza Ziemii” Juliusza Verne i chcieli by znów zasmakować tego motywu w literaturze. Jest to też powrót do czasów, gdy Ziemia wydawała się skrywać jeszcze przed nami wielkie tajemnice i ludzie romantyzowali o podróżach w nieznane. A jednocześnie opowiadania o kolonizacji innych planet dopiero zaczynały raczkować.

Lektura Plutonii za mną, czyli kolejna klasyka gatunku Sci-Fi o której co nieco do powiedzenia mam. Zależnie jak na to spojrzeń, książka Władimira Obruczewa to albo jedno z ostatnich głośnych opowiadań fantastycznych wydanych przed Rewolucją Październikową, lub też jedna z pierwszych Sci-Fi już radzieckich. Wynika to z faktu, że po raz pierwszy historia ta zadebiutowała w...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

"Miasto Światłości" nie jest oczywiście najstarszym polskim opowiadaniem z silnymi elementami fantastyki naukowej, w końcu "Trylogia Księżycowa" Żuławskiego wyszła kilkanaście lat przed tytułem Smolarskiego. A jednak dwudziestolecie międzywojenne nie jest okresem, który specjalnie kojarzy się takim typem literatury. To prawda, bo chociaż można by tu dodać część twórczości Stefana Grabińskiego, to jednak literatura polska po odzyskaniu niepodległości lubiła roztrząsać kwestie bardziej przyziemne. A jeżeli już podejmowała temat najbliższej przyszłości to w kontekście politycznym.

Tym bardziej "Miasto Światłości" jest pewnym ewenementem, chociaż niestety mało znanym. Wydanie które posiadam pochodzi z 1988 roku - i to widać. Niestety, tytuł ten nie dostał nowszego wydania i powodzenia w szukaniu takowego.
Są w Internecie ślady nowszego wydania od Stalker Books, ale wierzcie mi że szukałem intensywnie czy jest on gdzieś dostępny! Lecz nic z tego, więc musiałem się zadowolić tym z końcówki PRL.

A o czym Miasto Światłości w ogóle jest? Pierwsze co zaskakuje to to, że mamy tu do czynienia z post-apo! Tak, polski pisarz w 1924 przedstawił nam wizję świata po tajemniczej wielkiej wojnie,
gdzie na skutek używania gazów bojowych (widać tu traumę i strach przed tą bronią po I Wojnie Światowej) większość ludzi została unicestwiona.
Część ludzkości jednak przetrwała i od setek lat prowadzi mocno
plemienno-średniowieczny tryb życia, zapominają większość technologii i zadowalając się głównie tą prymitywną. Wyjątkiem jest tytułowe Miasto Światłości. Dla wielu miejsce legendarne które dzięki zawansowanej technologii odgrodziło się od reszty świata i nie ucierpiało na skutek wojny.

Głównym bohaterem jest wychowany w puszczy Andrzej, którego los połączy świat lasu jak i miasta (choć niekoniecznie z dobrym dla oby światów skutkiem). Jest on człowiekiem z przepowiedni,
mesjaszem który zgodnie z pewnymi legendami ma wreszcie zakończyć trwającą od wieków sytuację. Smolarski przedstawiając tak dwa skrajne światy przedstawia również dwa mocno kontrastujące podejścia do życia i próbuje szukać
jakiegoś zdrowego środka w tym wszystkim.

Ludzie w mieście są niczym rośliny, wegetują ciesząc się dobrobytem. Nie muszą pracować, nie mają trosk ale i poczucia obowiązku i myślenia do przodu. Technologia i tajemnicze eliksiry pozwoliły im osiągnąć nieśmiertelność, ale skutek tego jest taki że w Mieście Światłości już praktycznie nic się nie rodzi. Jest to miasto ludzi starych nad którym paradoksalnie wisi widmo śmierci. Jednocześnie w mieście rządzi osobnik zwany Wielkim Magiem - Ize. Chociaż nie ma w tej książce magii i elementów fantasy, to nazwanie głównego organu miasta Radą Magów jest oczywiście celową ironią pisarza.
Miasto to technologicznie jest podobne do faktycznych realiów
roku 1924, ale wzbogacone o futurystyczne koncepty jak...wideorozmowy. Tak, polski pisarz był w tym aspekcie szybszy od chociażby Orwella.

Ludzie z puszczy z kolei są zahartowani, cieszą się z tradycji i funkcjonuje u nich dalej wiara z Chrześcijaństwo, ale jednocześnie brakuje im poczucia sztuki i estetyki. To świat gdzie człowiek z ambicjami i ciekawy świata się dusi, bo i większość trosk mieszkańców lasu to podstawa piramidy potrzeb i nic więcej.
Jednocześnie, ludziom tym marzą się dobra i cuda Miasta Światłości o którym słyszeli legendy, i wystarczy tylko iskra by konflikt zawisł w powietrzu.

"Miasto Światłości" jest niestety dzieckiem swoich czasów. Ta niedługa bo licząca trochę ponad 200 stron książka ma bardzo chaotyczną i posiadającą wiele luk strukturę, słabo i papierowo napisane postacie o bardzo teatralnych reakcjach. Do tego można się uśmiać z młodopolskich, poetyckich banałów i sztamp gdy dwójka przyjaciół witając się podkreśla łączącą ich przyjaźń tylko po to, by bez większego zaskoczenia jeden zdradził drugiego niewiele później

Większość postaci - i to nawet takich będących w zamyśle odpowiednikiem wiejskiego pijaczka - ma bardzo kwiecisty i bogaty język. Niewiele tutaj naturalnych konwersacji w które można uwierzyć, że mogły by się faktycznie odbyć miedzy
dwójką ludzi. Ma to jednak paradoksalnie swój urok epoki, a do tego od czasu do czasu postacie jakby same świadome sytuacji pozwalają sobie na bardziej bezpośrednie komentarze.

Do tego samo przesłanie książki jest mocno pesymistyczne i akcentuje motyw nowego początku i potrzeby odcięcia się od wad poprzedniego świata, co raczej nie pokrzepi na duchu współczesnego czytelnika.
Książka ma też pewne typowo polskie archaizmy jak rasistowskie podejście do innej nacji. Chodzi konkretnie o Japończyków, którzy nieraz są tu nazywani żółtkami. Jakby tego było mało, autor używa ich w roli wręcz postaci mistycznych i ich jedynym celem w fabule jest oddać przysługę bohaterowi i zniknąć na zawsze. Do tego nie wiedzieć czemu, Smolarski postawił akurat na Japończyków, mimo że praktycznie nic z ich faktycznej kultury do swojej powieści nie przenosi.

Pełno tu również fabularnych banałów i zwłaszcza Część Trzecia historii rozczarowuje i czyta się po prostu źle. A w pewnym momencie wydaje się, że zabrakło przed finałem jeszcze z jednego lub dwóch rozdziałów.

Sumując, Miasto Światłości to ciekawostka dla najwierniejszych fanów nadrabiani klasycznej Sci-Fi albo po prostu dawnej polskiej literatury. Patrząc na pisarstwo Smolarskiego to trochę zaczynam rozumieć, czemu wydawcy nie palą się do tworzenia
nowego wydania,. Do tego łatwo też zrozumieć czemu przepadła wtedy w literackim tłumie.
Elementy fantastyki naukowej to właściwie jedyna zachęta do sięgnięcia po nią. Jeżeli jednak jesteście w stanie dużo wybaczyć by zaspokoić ciekawość, to pewne elementy lektury są tu
zdecydowanie ponadczasowe. Potrafią skłonić do refleksji nad kondycją ludzkości i jakie ponure opcje mogą malować się na horyzoncie, nawet jeżeli są to przemyślenia dobrze nam już znane z nowszych dzieł popkultury.

"Miasto Światłości" nie jest oczywiście najstarszym polskim opowiadaniem z silnymi elementami fantastyki naukowej, w końcu "Trylogia Księżycowa" Żuławskiego wyszła kilkanaście lat przed tytułem Smolarskiego. A jednak dwudziestolecie międzywojenne nie jest okresem, który specjalnie kojarzy się takim typem literatury. To prawda, bo chociaż można by tu dodać część twórczości...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

"Księżycowa Księżniczka" to pod każdym względem tytuł w historii Burroughsa swojący pomiędzy Sagą Barsoom a Wenus.

Z jednej strony względem Barsoom pokazuje nam mniej wszechpotężnego bohatera, bo chociaż Julian V jest zdecydowanie silniejszy i zwinniejszy od nawet silnego wojownika z Księżyca, to jednak nie czuć tu jak w historiach na Marsie, że bohater jest w stanie wyjść cało z absolutnie każdej sytuacji. Jest tu nawet kolejna ewolucja, bo tak jak prawie wszystkie książki Barsoom kończyły się pokonaniem zła i happy endem, tak Księżycowy Tom 1 kończy się ucieczką bohatera z jego wybranką i tylko pozornie dobrym zakończeniem, którego realną grozę widać w kolejnym tomie.

Większość Księżycowej Ksieżniczki to klasyka od tego autora, więc poznawanie Ksieżycowych ras, uwikłanie się w politykę pomiędzy rodami a nawet całymi ludami, zakochanie się bohatera od pierwszego wejrzenia w tytułowej księżniczce oraz dużo podróżowania i walki. Sam tytuł zaczyna się jednak bardziej naukowo, bo od kosmicznej ekspedycji która pierwotnie zmierzała na Marsa, ale książka niestety bardzo szybko porzuca wątek ekipy, skupiając się tylko na Juliana i jego arcy-wrogu który sabotował misję.

Niestety, książka ta wychodząc w 1923 daje nam obraz Burroughsa który jeszcze mentalnie mocno w Sadze Barsoom tkwił, co objawia się w obrzydliwie źle napisanej Księżniczce. Nie jest to niestety wybranka serca Carsona Napiera z Wenus która potrafiła pokazać charakterek i jakieś strzępki duszy. Na-i-la to dama do ratowania, zakochana w bohaterze praktycznie też odkąd go zobaczyła, nie mająca głębszych przemyśleń i będąca na zmianę albo w trybie władczyni ludu (w którym jest realnie przez raptem kilka stron) albo przerażonej kobiety którą Julian musi ratować.

Do tego jest dość głupia nie rozumiejąc prostej sytuacji w jakiej w pewnym momencie znajdował się bohater i tworząc niepotrzebny i naciągany konflikt który rozwiązało by 10 sekund rozmowy albo i w ogóle gdyby użyła ułamek swojego mózgu. Nawet w perspektywy roku 1923 jest to po prostu słabe pisarstwo i nawet w ramach Sagi Barsoom zdarzały się Burroughsowi wyraźnie lepiej przemyślane postacie kobiece.

Dla fanów twórczości przygodowej Sci-Fi i nadrabiania Burroughsa to jednak ważna książka bo stanowiąca wstęp do kolejnego tomu, który porusza już ciekawsze obserwacje. Poza tym już w Tomie 1 widać zalążki komentarza do tego czym grozi pełna demobilizacja i ludzki brak kreatywności i poczucie ułudy pokoju. To jednak zostaje rozwinięte dopiero w dalszej części Księżycowej Sagi.

"Księżycowa Księżniczka" to pod każdym względem tytuł w historii Burroughsa swojący pomiędzy Sagą Barsoom a Wenus.

Z jednej strony względem Barsoom pokazuje nam mniej wszechpotężnego bohatera, bo chociaż Julian V jest zdecydowanie silniejszy i zwinniejszy od nawet silnego wojownika z Księżyca, to jednak nie czuć tu jak w historiach na Marsie, że bohater jest w stanie wyjść...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Więcej opinii

Aktywność użytkownika Desther

z ostatnich 3 m-cy

Tu pojawią się powiadomienia związane z aktywnością użytkownika w serwisie


ulubieni autorzy [1]

Katarzyna Clio Gucewicz
Ocena książek:
7,5 / 10
3 książki
0 cykli
8 fanów

statystyki

W sumie
przeczytano
75
książek
Średnio w roku
przeczytane
7
książek
Opinie były
pomocne
339
razy
W sumie
wystawione
69
ocen ze średnią 7,1

Spędzone
na czytaniu
437
godzin
Dziennie poświęcane
na czytanie
7
minut
W sumie
dodane
0
cytatów
W sumie
dodane
2
książek [+ Dodaj]