-
Artykuły
Jak dobrze znasz Katarzynę Bondę? Alfabet pisarki.
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Milion euro dla pisarki i burza w branży. Nagroda „Aena de Narrativa“ rozpala emocje
LubimyCzytać10 -
Artykuły
„Kawa z Mistrzem Zbrodni” – wygraj spotkanie z Wojciechem Chmielarzem z okazji Światowego Dnia Książki
LubimyCzytać18 -
Artykuły
"Przejścia. Którędy do miłości" Natalii de Barbaro. Mamy dla Was 40 egzemplarzy książki!
LubimyCzytać3
Biblioteczka
Natalia to wyalienowana nastolatka, której toku myślenia nie zrozumie byle przechodzień, a jej umiejętności obserwowania osobnika są rozwinięte w takim stopniu, że bez problemu odczyta Twoje emocje - nawet te najbardziej skrywane. Co jednak się stanie, gdy pozna nową przyjaciółkę, której świat jest tak daleki od jej jak stąd do Jowisza? A no właśnie.
Homoseksualizm ( jak wnioskujmy po tytule ) jest tematem drażliwym w Polsce, jak i na świecie, a mimo wszystko wciąż wszechobecnym. Dużo słyszy się o gejach, a mniej o lesbijkach i chyba nie tylko ja mam wrażenie, że nasza społeczność o wiele bardziej przyjmuje do świadomości współżycie dwóch kobiet i ich związek niż dwóch mężczyzn. Jeśli ktoś wątpi to wystarczy bardziej zanurzyć się w wir faktów codzień serwowanych nam przez telewizję - pobici geje, którzy nawet nie okazywali uczuć publicznie ( nawet głupie trzymanie się za rękę ). Może i będę kontrowersyjna porszając temat nacjonalizmu w naszej drogiej Polsce, co tworzy z takich sebków kogoś kogo tylko się poklepuje i nie reaguje na wyrządzane szkody. Bo, nie oszukujmy się, właśnie im najbardziej homoseksualizm przeszkadza. Jeśli tak bardzo ich to ubolewa, to kto im każe wyobrażać sobie ich sprawy łóżkowe?
Mniejsza z tym. Polski nie zmienimy z dnia na dzień, nad tym trzeba pracować, a wydaje się, że dzieje się coraz gorzej. Jednak ja dzisiaj nie o historii ojzyzny, ale o pewnej książce.
Ogólne wrażenie jakie mam po odłożeniu tej książki nie jest negatywne. Początki były niesamowicie trudne. Autor bombardował mnie niesamowitą ilością słów, o których istanieniu nawet nie miałam pojęcia, a co dopiero do zrozumienia było mi nie po drodze. I tak przez pierwsze strony, a w sumie nawet rozdział. Potem Edwardsson pisał już w moim języku i spokojnie rozumiałam treść. Choć też nie zawsze, bo przy niektórych dialogach z Manat ( nową przyjaciółką gotką Natalii ) gubiłam się odrobinę, a na sprawdzanie znaczenia słów mi niepotrzebnych w życiu codziennym nie miałam czasu. Niekiedy czułam się przytłoczona natłokiem rozmyślań na temat danego pojęcia jakim jest życie czy faceci. Dlatego dla osób, które potrzebują czegoś cięższego dla mózgu i własnych myśli Pamiętnik lesbijki jest idealny, natomiast do lekkiej lektury na nudne wieczory nie nadaje się w żadnej mierze. Wymaga myślenia, inaczej pogubimy się i to mocno w niektórych momentach.
A skoro już o dialogach i języku... to było na prawdę dziwne spotkać się z językiem potocznym ( mówionym na codzień ) w książce. Nie mówię, że czytało się to źle, ale tak zwyczajnie dziwnie. Widocznie jestem już przyzwyczajona do książek w języku pisanym. I tak szczerze to nie chcę tego zmieniać. Mimo wszystko ciekawie było poczytać takich dialogów bohaterów. W dodatku każdy z nich jest pisany pogrubioną czcionką, w której nie da się pogubić, a sama wielkość liter jest duża, przez co Pamiętnik lesbijki czyta się w niesamowitym tempie. Brawa dla wydawnictwa!
Natalii ( nie lubię używać jej zdrobnienia „Nati" ) specjalnie nie polubiłam, ale też nie mogę powiedzieć, że jej nienawidziłam bo była taka i taka i taka. Zdarzyło jej się nazwać gotów oraz metali tzw. brudami, co nieźle mnie zdenerwowało, bo do jednego z ich odłamów należę. Oh, te drogie subkultury! Facetów z góry przekreślała, nawet nie bacząc na dłuższą rozmowę, ale po kilku zdaniach już wiedziała czy facet to tak zwany skurwiel, czy nudziaż lub amator kobiet.
Po Pamietnik lesbijki sięgnęłam głównie dlatego, iż ciekawa byłam jak napisał takie coś... mężczyzna. To tak jakbym ja osobiście zaczęłąm mówić językiem psa i z tego pisała książkę. Poszło mu dobrza, ba!, nawet lepiej niż niejednemu by to się udało.
Nie licząc tych wad, o których wspominam, Pamiętnik lesbijki na prawdę mi się podobał. Potrzebowałam odskoczni od trudnych książek i może dlatego trak narzekam, ale mimo wszytsko myślę, że powinniście zapoznać się z historią Natalii oraz problemami jej umysłu, a także uczuć.
Natalia to wyalienowana nastolatka, której toku myślenia nie zrozumie byle przechodzień, a jej umiejętności obserwowania osobnika są rozwinięte w takim stopniu, że bez problemu odczyta Twoje emocje - nawet te najbardziej skrywane. Co jednak się stanie, gdy pozna nową przyjaciółkę, której świat jest tak daleki od jej jak stąd do Jowisza? A no właśnie.
Homoseksualizm ( jak...
Estella zostaje objęta programem ochrony świadków. Była ona bowiem świadkiem zabójstwa jednego z dillerów narkotyków, którzy sprzedawali towar jej mamie. Dziewczyna musi przeprowadzić się do Thunder Basin, gdzie ma zamieszkać z emerytowaną policjantką, jednak najważniejsze jest to, że znajdować się będzie zdala od szemranego towarzystwa jej matki oraz swojego dawnego życia. Dostaje nową tożsamość i nową historię. Jednak kłamstwa zapętlają się coraz bardziej, a wspomnienia z traumatycznego przeżycia nie pozwalają spokojnie spać w nocy. No ale przecież nawet największe z nich muszą w końcu zostać ujawnione. A wtedy może nie być tak kolorowo.
Zacznę od tego, że wiem, iż dzisiaj jest już drugi tydzień maja i przez te dwa tygodnie nie było postów. Ale cicho, dzisiaj jest. Czekajcie na najbliższe, będą ciekawe!
Z twórczością Becci Fitzpatrick miałam okazję spotkać się poprzez opinie moich zaufanych znajomych, a także blogerów. Do serii Szeptem zniechęcano mnie tak samo jak rozkochiwano. Jednak otrzymawszy propozycję zrecenzowania jej najnowszej książki, tym razem nie o Patchu czy Norze, stwierdziłam Czemu nie? i tak wlaśnie teraz piszę dla Was jej recenzję. Czy mi się spodobała?
Stella jest postacią, która przyżyła wiele, ale nie jest z tych co to rozpłaczą się przy każdej nadarzającej sie do tego okazji. Jest twarda, samodzielna i stara się być stabilna emocjonalnie. Niektórych może irytować, ponieważ czasem jest nie do zniesienia poprzez swoje zachowanie i jest denerwująca, jednak tylko na samym początku. Po kilkuset stronach ciągłej akcji i awantur, w które zaplątana była dziewczyna, zmienia się pod wpływem wydarzeń, co rozpisane jest jako bardzo naturalne i nie jest wymuszone. Stella mieszka u Carminy, a ich relacje są podobnego do tej sławnej dwójki z Toma i Jerrego. Tak samo jest z Chetem, którego Stella dopuszcza do siebie coraz bliżej.
W Niebezpiecznych kłamstwach, jak już ujawniłam, jest wątek miłosny. Bardzo dobrze wiecie, że w książkach ich nienawidzę. Muszę natomiast przyznać, że jest on w porządku. Nie denerwował mnie i był wprowadzony etapowo. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia i od razu padają sobie w ramiona. Dlatego miał u mnie plus. I do końca książki go nie stracił. Jest on także skonstruowany ciekawie, ponieważ brak w Niebezpiecznych kłamstwach trójkąta miłosnego, ale dylemat uczuciowy ( o ile można tak to nazwać ) jest wciąż obecny. Stella w swoim poprzendim życiu miała chłopaka imieniem Reed, a tu nagle poznaje innego. Stara się być wierna chłopakowi. Nie chcę Wam spojlerować dlatego powiem zaledwie, że warto się z tą sytuacją zapoznać.
Spodobało mi się w tej książce także poruszenie kwestii narkotyków, co pociągnęło za sobą życie w potologicznych relacjach oraz kwestie przebaczania. A tego ostatniego Becca Fitzpatrick nie poskąpiła.
Akcja głownie opiera się na nowym życiu Stelli wśród rancza, krów, pracy w barze, Checie i Carminie. Dochodzą do tego koszmary, wspomnienia i Trigger, który nie daje naszej bohaterce spokoju poprzez swoje ciągłe wybryki. Nie oszukujmy się, sama go do tego prowokuje. Jednak pod koniec Niebezpiecznych kłamstw dostajemy największą dawkę emocji.
Podsumowując: Niebezpieczne kłamstwa to na prawdę miła w czytaniu młodzieżówka. Główna bohaterka może lekko irytować, ale nie jest to aż tak bardzo dręczące jak w innych książkach, a samo zamieszkanie w Thunder Basin wprowadzi Was już w ten upragniony czas wakacji, ponieważ książka osadzona jest w lecie.
Estella zostaje objęta programem ochrony świadków. Była ona bowiem świadkiem zabójstwa jednego z dillerów narkotyków, którzy sprzedawali towar jej mamie. Dziewczyna musi przeprowadzić się do Thunder Basin, gdzie ma zamieszkać z emerytowaną policjantką, jednak najważniejsze jest to, że znajdować się będzie zdala od szemranego towarzystwa jej matki oraz swojego dawnego życia....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Kto z nas nie słyszał o zombie? Atakują nas zewsząd poprzez filmy ( takie jak World War Z ), seriale ( The Walking Dead ) czy książki. Alicja to zwykła nastolatka, o ile tak można ją określić. Posiada niezwykłe zdolności, które pozwalają jej na pokonywanie zombie. Jednak nie jest w tym sama. Wraz ze swoimi przyjaciółmi codziennie z nimi walczy, by ludzie czuli się bezpieczni. Jednak jak to wszytsko się potoczy? Co ich wszystkich czeka?
Alicja i uczta zombi to czwarty tom Kronik Białego Królika, który jest czymś w rodzaju zmodyfikowanej wersji naszej znanej Alicji z Krainy Czarów. Bardzo zmienionej. Alicja sama w sobie nie jest dzieckiem, ale pyskatą i denerwującą nastolatką. Niejednokrotnie miałam wrażenie, że interesuje ją tylko i wyłącznie własna osoba, a jej udawana skromność, już na pierwszych kartach powieści, była powodem setek przewrotów oczami. Już od pierwszej strony jej nie polubiłam. Wymienia rzeczy, które potrafi typu widzi duchy, jest niesamowicie silna, wyrwała najgorętszego chłopaka w tym biznesie, a następnie mówi, że jednak tego nie powie, bo jest taka skormna. Na szczęście nie tylko ona była narratorem. Narracja podzielona jest na kilku bohaterów, co działa nawet bardzo na korzyść książki, ponieważ pokazuje nam dane przeżycia ze strony różnych widzów, a nie tylko subiektywnego obserwatora.
Przyzwyczailiśmy się już do angielskich odpowiedników danych pojęć, reakcji, na przykład codziennie po kilkanaście razy mówimy „okey", mamy taki sport jak snowboard i inne. To już zostało dlatego nie ma sensu tego spolszczać. W książce zdarzyło mi się zauważyć nieliczne spolszczenia takie jak dżip orza tytułowe zombi zamiast zombie. Jednak nie powtrza się to aż nadto, a książkę mimo to czyta się bardzo dobrze. Nie chcę Wam mówić o czym dokładnie opowiada Alicja i uczta zombi żeby nie popusć Wam lektury. Mam taki syndrom przy powieściach młodzieżowych. Alicja i uczta zombi to warta polecenia książka na oderwanie się od filozoficznyh powieści o egzystencji życia. Idealna na wolne dni.
Najbardziej ze wszytskich postaci zainteresował mnie Szron, który po śmierci swojej ukochanej nie mógł myśleć o niczym innym. Zwłaszcza, że w książce pojawiają się dwie postacie, które nie pomagają mu o stracie zapomnieć. Był taki jednocześnie zagubiony jak również pewny swoich działań.
Samej Kat jednak nie potrafiłam rozgryźć. Przez długi czas wydawało mi się, że autorka stworzyła postaci, które potrafią tylko irytować, a słowa dziewczyny „Jestem tak ciasteczkowa, że jestem istnym ciasteczkiem" ciągle dudniły mi w głowie jako głupia skromność.
Podsumowując jest to świetna książka na odpoczynek. Nie wymaga zbytniego ndywrężania umysłu, a jest bardzo przyjemna. Miłe oderwanie od trudnych książek.
Kto z nas nie słyszał o zombie? Atakują nas zewsząd poprzez filmy ( takie jak World War Z ), seriale ( The Walking Dead ) czy książki. Alicja to zwykła nastolatka, o ile tak można ją określić. Posiada niezwykłe zdolności, które pozwalają jej na pokonywanie zombie. Jednak nie jest w tym sama. Wraz ze swoimi przyjaciółmi codziennie z nimi walczy, by ludzie czuli się...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2016-01-02
Berlin/Polska. Nie da się zapomnieć tego, że między tymi dwoma krajami, a także Rosją, wspólne kontakty były nie tyle napięte, co niemożliwe. Wojna skutecznie uczyniła nas wspólnymi wrogami, sojusznikami oraz sprawiła, że do dzisiaj odczuwamy skutki naszej przeszłości. Czy zauważyliście, że niektóre osoby po prostu nie lubią niemców? Nie podadzą Ci jasnego, czystego powodu, bo nie potrafią. Jest to spowodowane atakami z ich strony. Mimo iż to stereotyp, uparcie się go trzymamy. I przyznajmy się szczerze, że przymusowa nauka niemieckiego w większości szkół raczej nie powoduje miłości do tego kraju...
Margarete Leitloff mieszka wraz z rodzicami i siostrą w Berlinie, gdzie uczy się jak zostać przyszłą żoną i powoli poznaje świat. Pewengo dnia przypadkiem spotyka Kasimira May`a, który okazuje się być jej przyszłym mężem. Razem zamieszkują w Poznaniu skąd wywodzi się pan młody. Są szczęśliwi i wpólnie wychowują dwójkę dzieci. Do czasu.
Pewnego dnia Kasimir stwierdza, że wyrusza na wojnę. Grete tj. Gosia przeprowadza się do swojego rodzinnego miasta. Nie wie jeszcze jakie konsekwencje bedą się z tym wiązać.
Trzymając w rękach Dzieci Gosi tuż po dostaniu jej od listonosza nie wierzyłam, że udało mi się stać tak i patrzeć na jej cudną okładkę. Walka o nią była trudna, ponieważ początkowo nie mogłam się jej doczekać, później zgubiona została przez Pocztę Polską, która nie dostarczyła mi jeszcze jednej z nich. Okazało się jednak, że drugi egzemplarz już do mnie jedzie. Udało się! I na prawdę się cieszę, że jednak ją mam.
Ku mojemu pozytywnemu zdumieniu okazało się, że Dzieci Gosi pisane są w narracji pierwszoosobowej. Jeśli chodzi o autorkę czyli Iris May, jest to prawnuczka naszej tytułowej bohaterki. O samej Iris praktycznie nie wiemy nic. Na końcu książki znajduje się krótka notatka biograficzna, która w dwóch zdaniach ( serio, liczyłam ) opisuje nam kim tak na prawdę jest. Chamskie w tym, nie zostało napisane tam kiedy się urodziła. A to z kolei nie daje nam wiedzy tego, że Gosia tak na prawdę trzymała małą Iris w ramionach, gdy była dzieckiem. Chamsko.
Chcesz, by komuś dech zaparło, sama musisz ledwo dychać.
Sama próbowałam napisać historię, której bohaterami byliby moi pradziadkowie. Jednak za nic na świecie nie napisałabym jej w narracji oczami pradziadka czy prababci. Na tym punkcie jestem okropnie przewrażliwiona, ponieważ nienawidzę prawdziwych zdarzeń torturować tymi z mojej wyobraźni. Jak już coś historyczne to na prawdę, nie na niby.
Jednak to jak została przedstawiona historia punktem widzenia Gosi była na prawdę dobra. Uczucia kobiety, to jak się zachowywała i jakie decyzje podejmowała w chwilach niezwykle dla niej ważnych pozwalają nam wczuć się w atmosferę II wojny światowej. Jednak i tak gryzie, że to nie prawdziwy pamiętnik.
Umieranie to umieranie, nieważne, co starają się wmówić człowiekowi.
Skoro już o naszej bohaterce mówimy, to może coś więcej. Jak wspominałam Gosia jest Niemką, która wyszła za polaka. Jej mąż był synem założyciela bardzo znanej i cenionej Fabryki Chemicznej w Poznaniu, w której bardzo chciał objąć dowodzenie. Jednakże jako współpracownika jego matka wybrała męża siostry. Razem z Gosią Kasimir miał dwójkę dzieci - Romka i Helę. Kiedy Kazimierz umiera, zaczyna się piekło. A jest nim walka o narodowość, miłość swych dzieci oraz wolność i przeżycie w czasach trudnych dla każdego z mieszkańców zarówno Polski jak i Niemiec.
Ogromnym plusem tej książki jest dokładne opisanie życia jakie rozgrywało się w czasach drugiej wojny światowej. Było mi to potrzebne, ponieważ moja książka pt. „Wojna o słowa", którą mam nadzieję skończyć w tym roku, opiera się właśnie na codziennym życiu polaków w Warszawie. Jeśli ktoś ma coś ciekawego co by mi pomogło a mianowicie historia i działalność AK to byłabym wdzięczna za wysłanie mi takich informacji na maila. Ale wracając do książki. Rozpoczynając przygodę wraz z Gosią myślałam, że hasło przewodnie znajdujące się na okładce, a mianowicie „ Po której jesteś stronie?", będzie związane z walką o miłość Gosi i Kasimira. Pomyliłam się na całej linii. Okazało się bowiem, że wojna toczona przez Polskę i Niemcy toczyła się również o matkę i d z i e c i. Nie miłość, jak wcześniej myślałam. Z tyłu możemy znaleźć również drzewo genealogiczne rodziny May, jak i Leitloff. Do tego przypisy oraz tę dwuzdaniową notę biograficzną.
Jako książka historyczna dzieci Gosi spełniła swoje zadanie. Możemy wiele dowiedzieć się na temat życia Niemców oraz Polski pod zaborami. Oczywiście dowiadujemy się większości o naszych sąsiadach, bo przecież tam mieszka nasza bohaterka. Ogółem historia ta może nauczyć nas walki o swoje, mocnego ducha oraz wytrwałości w życiu codziennym. Jest to również książka dla tych znających Niemców tylko przez stereotypy.
Recenzja należy do bloga: http://zeglujacmiedzysnami.blogspot.com/
Berlin/Polska. Nie da się zapomnieć tego, że między tymi dwoma krajami, a także Rosją, wspólne kontakty były nie tyle napięte, co niemożliwe. Wojna skutecznie uczyniła nas wspólnymi wrogami, sojusznikami oraz sprawiła, że do dzisiaj odczuwamy skutki naszej przeszłości. Czy zauważyliście, że niektóre osoby po prostu nie lubią niemców? Nie podadzą Ci jasnego, czystego powodu,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Jak może wyglądać fikcja połączona z brutalnością naszego realizmu? Przesyłka z osobliwą zawartością? Niewyjaśnione samobójstwa? Psy przychodzące już od dziesiątek lat tylko w jeden dzień w roku? Kilka niby zwykłych opowiadań i jeden autor, który pokazuje nową rzeczywistość.
Na premierę tej książki czekałam bity miesiąc. Ciągle odliczałam dni do siedemnastego lutego, kiedy wreszcie będę mogła przeczytać Wigilijne psy. I udało się! Żałujcie, że nie widzieliście mojej miny, gdy trzymałam ją w rękach jak skarb, który mógłby się rozpaść po mniejszym uśmiechu niż ten, który wykwitł na mojej twarzy.
Zapewne pamiętacie Łukasza Orbitowskiego, a konkretniej recenzję jego innej książki Innej duszy, która nagrodzona została Paszportem Polityki 2015. Mówiłam tam co nieco o stylu autora i tutaj to przytoczymy. W Innej duszy styl był inny, co niekiedy powodowało rozciąganie się w nieskończoność książki. Wigilijne psy i inne opowieści pisane są normalnie - typowa książka, częste dialogi, odpowiedniej długości opisy. Jednak czytając tę książkę czułam jak niemiłosiernie mi sie dłuży.
Opowiadania pisane były w czasie, kiedy autor dopiero zaczynał smakować prawdziwego życia. Wiek siedemnastu lat jest z pewnością tym, gdzie już powoli ( bardzo powoli ) zaczyna się myśleć: Wow, dostanę dowód! I na tym zapewne w większości kończy się poczucie odpowiedzialności i zaczyna wiek młodzieńczego szaleństwa. Łukasz Orbitowski w swoich opowiadaniach zręcznie manewruje między światem fikcji, a rzeczywistością, tworząc zwykłą codzienność tak samo niebezpieczną jak fanscynującą.
Nie mam pojęcia dlaczego przeczytanie tej książki zajęło mi aż trzy tygodnie z hakiem. Może przez to, że na początku niektóre opowiadania wydawały sie nudne i powodowały uczucie monotonii. Mamy tutaj, przynajmniej z mojej strony, zjawisko słabo zaczynającej się akcji, która kończy się wielkim BUM, że każdy nagle je kocha i nie ma znaczenia jak dobrze się przy niej spało.
Takie połączenie wprost nie może się nie udać. Po przeczytaniu opowiadań bez żadnych ogródek powiem, że jest to świetny pomysł i wychodzi pracy na dobre, choć nie zawsze. Jednak Wigilijne psy są bardzo dobre, co do tego nie mam wątpliwości.
Prace są różne jednak opowiadają o ludziach z blokowisk. Nie są oni bogaci, utalentowani, obdarzeni niczym specjalnym. Dotyka ich codzienne życie - jedni stracili dorobek i skończyli jako bezrobotni pijacy mieszkający w obskurnym mieszkanku; inni stracili ojca poprzez wypadek samochodowy, a jeszcze inni przegrali życie, ponieważ tak miało sie potoczyć.
Zastanawiałam się przez pewnien czas, które z opowiadań podobało mi się najbardziej. Wybrałam Serce kolei, Wigilijne psy, Angelus oraz Nie umieraj przede mną.
Kolejną reczą, którą cechuje większość opowiadań jest otwarte zakończenie. Czasem było to nie do zniesienia, ponieważ bohater już trzymał nóż w dłoni, by kogoś zabić, a tu nagle BUM i Orbitowski robi nas w konia i radźcie sobie sami.
Do tego wszystkiego opowiadania są mieszaniną różnych gatunków. Horroru, thrillera, obyczajówki oraz lekkiej historii.
Podsumowując - opowiadania czyta się dosyć wolno i czasem są one nużące, jednak ich zakończenia potrafią nas w sobie rozkochać i efektem tego jest bardzo dobra książka. Zręczne połączenie prawdziwego świata z fikcją literacką dodaje Wigilijnym psom i innym opowieściom pewnego uroku. Do tego to wydanie!
Jak może wyglądać fikcja połączona z brutalnością naszego realizmu? Przesyłka z osobliwą zawartością? Niewyjaśnione samobójstwa? Psy przychodzące już od dziesiątek lat tylko w jeden dzień w roku? Kilka niby zwykłych opowiadań i jeden autor, który pokazuje nową rzeczywistość.
Na premierę tej książki czekałam bity miesiąc. Ciągle odliczałam dni do siedemnastego...
2016-03-13
Rodzina powinna kojarzyć się z ciepłem, bezpieczeństwem i wzajemnym zaufaniem. Większość ludzi zna to uczucie, jednak coraz liczniejsi znają także tą złą stronę, gdzie w domu jest przemoc, zło, pustka, alkohol i wzajemne problemy. Taki dom ma ośmioletnia Caroline Parker, której życie diametralnie zmieniło się w kilka ciężkich tygodni. Do jej rodziny wkroczył Richard - nowy mąż mamy. Carrie wraz z siostrą Emmą stara się jakoś przeżyć, a ze strony mamy na pomoc liczyć nie może. Wszytskie te wydarzenia prowadzą do nieuchronnej tragedii.
Śmierć jednego z rodziciela jest niewyobrażalnym ciosem emocjolanym. Jednak nie będę wypowiadała się zbyt obszernie, bo moja historia jest całkiem inna. Emma, jedna z sióstr, widziała na własne młode oczy jak złodziej zabił jej tatę. Jednak dziś jest zbyt mała, by to pamiętać, a już szczególnie związane z nim wspomnienia. Caroline natomiast pamięta i dba o to, byśmy wiedzieli jak bardzo go kochała oraz jak troszczył się o rodzinę. Dziewczynka regularnie wtrąca w opowieść przebłyski z czasów życia swojego taty, które pokazują jego obraz jako pełnego miłości i opiekuńczego.
Elizabeth Flock dopracowała tę książkę w niesamowity sposób - stworzyła narrację idealną dla ośmioletniego dziecka; zadbała o takie szczegóły jak mierzenie odległości lalkami Barbie oraz nazywanie ukochanego rodziciela jako tatusiem, a nie tatą/ojem/mężczyzną. Tok myślenia dziewczynki tworzy ją mądrą jak na swój wiek, ale też nie do granic możliwości. Albo autorka pamięta jak to jest być takim szkrabem, albo posiada takie dzieci. Cóż, mimo tego jestem pod ogromnie miłym zaskoczeniem, a to dopiero początek.
Emma i ja jest w pewnym stopniu brutalna, choć nie jest to rzeź o jakiej wspominałam w Muzeum Osobliwości Alice Hoffman, czy morderstwach typu Inna dusza Łukasza Orbitowskiego. Trzymając tę książkę w ręku czekałam na mordownię, masakry i wszystko co złe. Nie było czegoś takiego, choć nie zawiodłam się. Wyczekiwałam krwi, dostałam ją, choć w mniejszych ilościach niż się spodziewałam. Broń Boże nie jest to minus!
Postacie są bardzo dobrze wykreowane. Każda z nich ma w sobie to coś, co czyni je prawdziwymi. Pewnie spodziewacie się, że moją znienawidzoną postacią był Richard - zło wcielone, jednak nie. Mocno zła byłam na mamę Caroline, ponieważ była taką... lekką ciotą życiową, której obojętne jest dosłownie wszystko. Załamanie po stracie męża było uzasadnione, nie miałam pretensji, jednak po czystej nienawiści do swojej córki za to, że sobie radzi inaczej było po prostu karygodne ( osoby już czytające tę książkę wiedzą o co chodzi ).
Na początku Emma i ja była znośna, przeciętna i taka sobie. Jednak z każdą kolejną stroną byłam coraz bardziej ciekawa jak sprawy się potoczą, a w momencie już krytycznym w ciągu jednej sekundy moje serce przełamało się na dwie wymordowane połówki. A przy zamknięciu definitywnie książki jego stan wynosił zyliardy drobinek w mym wnętrzu. Elizabeth Flock posiekała moje uczucia, wrzuciła do garnka, ugotowała, póżniej zakopała w piwnicy, gdy nikt nie patrzył i nawet ugniotła ziemię własnymi stopami skacząc po niej jak na trampolinie. Ja nie żartuję.
Elizabeth Flock manipuluje nami wmawiając kłamstwa, których prawda jest głęboko ukryta. Wszystko siedzi w psychice dziewczynki, a także świecie do jakiego się przenosimy. Nie dajmy się zwieść, to własnie autorka pociąga za wszytskie sznurki. Zresztą jak zawsze.
Emma i ja to książka, która prawdą maluje nam najpiękniejszy obraz ośmiotalatka w domu skażonym obojętnością. Osobliwi bohaterowie i cudna złotowłosa Emma sprawią, że tej książki przez długi czas nie da się zapomnieć.
Rodzina powinna kojarzyć się z ciepłem, bezpieczeństwem i wzajemnym zaufaniem. Większość ludzi zna to uczucie, jednak coraz liczniejsi znają także tą złą stronę, gdzie w domu jest przemoc, zło, pustka, alkohol i wzajemne problemy. Taki dom ma ośmioletnia Caroline Parker, której życie diametralnie zmieniło się w kilka ciężkich tygodni. Do jej rodziny wkroczył Richard - nowy...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2016-03-05
Ostatnimi czasy w świecie nastoletniej Telli Holloway działo się sporo. Musiała wraz z rodzicami przeprowadzić się na koniec świata ( bo jak tu żyć bez komputera i zasięgu? ), by jej chory na niespotykaną chorobę brat czuł się choć odrobinę lepiej. Pewnego zwykłego dnia zostaje wplątana w Piekielny Wyścig, który zagwarantuje zdrowie dla Cody`ego. Jednak nie jest to coś co polega na skakaniu przez tyczkę. Pierwsze dwa mordercze etapy za nami. Zostały kolejne.
W mojej recenzji poprzedniej części bliżej przypatrywaliśmy się pierwszym dwóm etapom - dżungli i pustyni. Jak już zdążyliście zauważyć Piekielny Wyścig składa się z czterech i są one praktycznie znane od początku drugiej części. Wydawać by się mogło, że po morderczych przeprawach w środku lasu równikowego oraz pustyni, gdzie na horyzoncie nie było widać niczego oprócz piasku nic więcej nie może nas zaskoczyć. A tu jest błąd.
Na premierę Kamień i sól czekałam z zapartym tchem. Była to jedna z tych premier, których nie mogłam się doczekać. Jaką niespodzianką było, gdy otrzymałam paczkę od wydawcnitwa! Poprawili mi humor na kolejne kilka dni, za co jestem im niezwykle wdzięczna!
Nie mogłam się doczekać kiedy wreszcie ją zacznę. Muszę przyznać, że poczatki nie były aż tak spektakularne na jakie się nastawiłam. Momentami wydawało mi się, że autorka pisze zupełnie jak ja w szóstej klasie podstawówki. Takie na prawdę silne déjà vu. Natomiast miłym zaskoczeniem było, że Vitoria Scott nie dała rady mnie do siebie zniechęcić. Mimo iż Tella momentami zachowywała się jak typowa filmowa amerykańska dziewczyna ( nadal mam w głowie fragment, kiedy porównuje Guy`a do ciasteczka i mówi: mniam, mniam, mniam... ) nadal trzymam się tego, że jest dobrą główną bohaterką. Taką lekko pyskatą, sprawiającą kłopoty, przez co jest ciekawiej, a także niekiedy irytującą.
Kamień i sól, mimo moich powolnych początków wracania do świata Piekielnego Wyścigu, z każdym rozdziałem nabierała coraz szybszego tempa, aż wreszcie końcowe strony czytałam z takim zawzięciem, że skończyłam ją, choć miałam dla niej plany na inny termin. Mam siedziała obok mnie na lóżku oglądając serial, bo wymyśliłam sobie czytanie na jej łóżku o jedenastej w nocy. I jak tu mnie nie kochać * skromniacha* !
Książka Victorii Scott rozbiła moje serce zdjedzeniem, zarżnieciem, utopieniem czy innymi takimi t a k wielu bohaterów, że się po tym chyba nie pozbieram. A końcówka to po prostu... KONIEC, NIE SPOJLERUJ, TEŻ CHCEMY CZYTAĆ.
Jeśli miałabym wybrać mój ulubiony etap w Piekielnym Wyściu wydaje mi się, że wybrałam... dżunglę! Były to dopiero początku wspólnych wypraw, a dodatakowo według mnie działo się tam najwięcej.
Kamień i sól sprawił, że recenzji nie mogłam napisać jutro, tylko dzisiaj, a swojej lektury szkolnej na poniedziałek ( już widzicie moje lekkie zarobienie, a to nie wszystko ) nie potrafię tknąć! Ja wiem, że następna część będzie. MUSI BYĆ. I jak najszybciej muszę ją mieć!
Jeśli musiałabym opisać tę książkę w kilku słowach na pewno byłoby to: jedna z najlepszych, wciągająca do bólu, must have i łamacz serc. Polecam, zdecydowanie.
RECENZJA NALEZY DO ZBIORÓW CMENTARZA ZAPOMNIANYCH KSIĄŻEK
Ostatnimi czasy w świecie nastoletniej Telli Holloway działo się sporo. Musiała wraz z rodzicami przeprowadzić się na koniec świata ( bo jak tu żyć bez komputera i zasięgu? ), by jej chory na niespotykaną chorobę brat czuł się choć odrobinę lepiej. Pewnego zwykłego dnia zostaje wplątana w Piekielny Wyścig, który zagwarantuje zdrowie dla Cody`ego. Jednak nie jest to coś co...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2016-02-24
Myślę, że każdy z Was chociaż przelotnie miał do czynienia z książką, a właściwie czymś co się zwie Zniszcz ten Dziennik. Tym, którzy nie wiedzą, od razu mówię - była to książka poświęcona na wypełnianie i znęcanie się nad nią na wszelakie sposoby. Wykonałam większość z zadań, co poskutkowało rocznym siedzeniem na parapecie przez wylewające się ze środka jajko. TAK. JAJKO. Wspomnienia z sylwetra, pozdrawiam.
Jednak mam tutaj dla Was coś nowego. A co konkretnie?
Ja, Ty, My to książka, która pozwala na świetną zabawę wraz ze swoimi przyjaciółmi, rodziną, klasą, miastem, szkołą... Wszytskimi! Na każdej stronie napisane są zdania, które trzeba dokończyć rysunkiem, literami lub czymś tam jeszcze. Żeby Ja, Ty, My zawierała jeszcze więcej wspomnień na górze każdej z kart są luki do uzupełnienia, gdzie wpisuje się gdzie, kiedy i z kim robiło się daną stronę.
Każdą z nich wypełnia się po dwie osoby, co fajnie razem współgra i świetnie się łączy.
Razem z moją przyjaciółką Oliwią, mieszkającą dwa bloki dalej, postanowiłyśmy przetestować nowoprzybyłą do mnie zdobycz. Poszłyśmy ogólnie na spacer. W trakcie wypełniałyśmy Ja, Ty, My co muszę przyznać było i fajne, i przyjemne, i ludzie się aż tak dziwinie na nas nie patrzyli jak zawsze. Najpierw poszłyśmy do Biedronki pisząc na ścianie sklepu wybraną stronę. Później wybrałyśmy się na pobliski plac zabaw, gdzie było mokro i zimno. Napychałyśmy brzuchy chipsami i zrobiłyśmy sobie kilka pamiątowych zdjęć.
Żwawym jak to na nas krokiem wtargnęłyśmy do mojego domostwa i wypełniłyśmy resztę stron. Z Oliwią mamy tak dużo wspólnych głupich, śmiesznych rzeczy, że aż trudno je spamiętać. Przykładem może być Oliwsza wchodząca do samochodu na środku ulicy i przez całą drogę do domu siedząca na mojej pizzy, bo akuratnie leżała sobie kulturalnie na siedzeniu. Jednak przy tej książce uśmiałyśmy sie do łez.
Bez problemu mogę Wam powiedzieć, że jest to książka przy której czas na pewno nie będzie stracony. Bo jak może nim być z przyjaciółmi/rodziną, prawda?
RECENZJA NALEŻY DO ZBIORÓW CMENTARZA ZAPOMNIANYCH KSIĄŻEK
Myślę, że każdy z Was chociaż przelotnie miał do czynienia z książką, a właściwie czymś co się zwie Zniszcz ten Dziennik. Tym, którzy nie wiedzą, od razu mówię - była to książka poświęcona na wypełnianie i znęcanie się nad nią na wszelakie sposoby. Wykonałam większość z zadań, co poskutkowało rocznym siedzeniem na parapecie przez wylewające się ze środka jajko. TAK. JAJKO....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Początek XX wieku, Coney Island. Aż po horyzont rozciągają się światła lunaparków, magicznych miejsc, gdzie najgłębiej skrywane w dorosłych dzieci wychodzą na wolność. Wszędzie kolorowo i mogło by się wydawać, że ciemność i zło nie ma prawa nawet zaglądać przez dziurkę od klucza. A może jednak?
Coralie mieszka w pewnym miejscu, dosyć znanym w swym mieście. Muzeum Osobliwości prowadzone jest przez jej ojca, który co sezon sprowadza nowe żywe cuda. Okazuje się jednak, iż na dziesiąte urodziny dziewczynki zaplanowane jest coś szczególnego, co sprawi, że kilka ważnych lat z jej życia stanie się czystym piekłem.
...może wyjątkowo zacznijmy od okładki! * czujcie ten niezręczny i zagubiony głos, oj czujcie *
Ale, dobra, będę poważna, bo tego zazwyczaj w recenzjach wymagam... Ehh...
Okładka jest piękna, bajkowa. Króluje w niej przede wszytskim pastelowy róż - w środku jak i na zewnętrznej stronie. Biorąc ją do ręki miałam szczere nadzieje na coś w stylu Cyrku nocy Erin Morgenstern. Taki niezwykle magiczny klimat i miłe oderwanie się od codzienności poprzez lekką historię. Nadzieję tę pogłębiały słowa Jodi Picoult wyryte na górze okładki głoszące „Nieprawdopodobie piękna historia". Wkopałam się i tyle. I co? NO CO?! Przeczytajcie to się dowiecie.
Po skończeniu Muzeum Osobliwości miałam ochotę tę książkę zakopać w najbliższym grobie na cmentarzu, moim jak i tym noramlnym. Dlaczego, spytacie? Nie chodzi tu o idiotyzm tej książki, bo za grosz go tam nie było. Za bohaterów też nie, bo za bardzo nie ma czego opłakiwać. Więc? Ogółem dlatego, że ta historia w żadnej, nawet najmniejszej mierze nie ima się do tej cudownej okałdki! Muzeum Osobliwości można porównać do innego rodzaju Rzeźni numer 5. Coralie opiekuje się jej ojciec, który do przyjemniaczków i takich co to za pierwszy krok dziecka cieszą się jak idioci z pewnością nie należy. Jest to człowiek pozbawiony empatii, w którym trudno jest zauważyć coś innego niż egoizm, troskę wyłącznie o swoje dobro i zamykanie się we własnym świecie, gdzie próbuje upodobnić się do Boga tworząc samemu nowe osobliwości. Coralie notomiast jest niewinnym dzieckiem. Poznaje świat poprzez ciągłe siedzenie w domu oraz czytanie na przymus książek takich jak William Szekspir, a także dzięki swej opiekunce, dbającej o nią poparząną Maureen.
Jednak Coralie i jej ojciec nie są jedynymi bohaterami. Eddie to żydowski imigrant z Rosji ( z tej kobinacji śmiała się moja mama „Żydowski imigrant. I jeszcze z Rosji!" ), który odszedł od swojego rodziciela i postanowił żyć po swojemu. Nie jest to życie usłane różami, jednak Eddie niczym się nie przejmuje. Kiedy jeszcze mieszkał z ojcem pracował dla pewnego Czarodzieja, u którego nauczył się szpiegostwa.
Autorka wprowadziła narrację podzieloną na trzech narratorów. Pierwszy jest narrator wszechwiedzący, drugi to Eddie, a trzecim jest Coralie. Jednak odnoszę wrażenie, że Muzeum Osobliwości nadmiernie skupia sie na Eddie`m. Co rozdział jest pokazana jego historia, jego przeżycia, które, przykro mi to napisać, po prostu mnie nie ciekawiły. Rozumiem, że jego życie nie było specjalnie idealne, ale tragiczne też nie było. Nie bili go w domu, nie zgwałcili go, nie miał blizn, nie został zamordowany i nie zamieszkał w rowie na dłuższy czas.
Ogólnie powiedziawszy Muzeum Osobliwości jest książką łączącą kilka gatunków, a mianowicie realia historyczne z czasów początku XX wieku, obyczajówkę ukazującą brak miłości w rodzinie lub zamknięcie się rodzica na dziecko oraz lekki kryminał polegający na znalezieniu mordercy pewnej dziewczyny.
Myślę, że w tej części recenzji już rozumiecie dlaczego okładka pod żadnym pozorem nie pasuje do książki.
Muszę też dodać, iż czcionka podzielona jest na dwa rodzaje. Pierwsza jest zwykła, czytająca się szybko, przyeznaczona dla narratora trzecioosobowego, naszej Alice Hoffaman. Druga natomiast sprawia wrażenie mniejszej, przeznazona dla Eddie`ego i Coralie. Dzięki niej w linijce mieści się więcej słów, może to właśnie dlatego czytało mi się ją wolniej i ciężko wzdychałam, gdy okazywało się, iż następny rozdział właśnie tą czcionką jest pisany.
Historia sama w sobie jest świetna. I ciekawa i trochę może łzawa dla niektórych, ale na pewno genialnie skomponowana i napisana.
Alice Hoffman w swojej powieści opisuje pewne wydarzenie. Jest to pożar w fabryce, gdzie zginęło około 150 kobiet. I jest to prawdziwa informacja, ponieważ grzebiąc w Google Grafice znalazłam takie oto zdjęcie gazety, które to potwierdza. Fakt historyczny, brawo! Do tego jest bardzo ważny dla naszych bohaterów, ponieważ to właśnie w tym pożarze zaginęła osoba, której szuka Eddie.
Jako podsumowanie powiem to, co powtarzam cały czas odkąd skończyłam tę książkę - kartki Muzeum Osobliwości powinny być czarne, nie białe.
Jest to historia bardzo osobliwa, równie interesująca, co wciągająca. Trafia na moją ulubioną półkę.
RECENZJA NALEŻY DO ZBIORÓW CMENTARZA ZAPOMNIANYCH KSIĄŻEK
Początek XX wieku, Coney Island. Aż po horyzont rozciągają się światła lunaparków, magicznych miejsc, gdzie najgłębiej skrywane w dorosłych dzieci wychodzą na wolność. Wszędzie kolorowo i mogło by się wydawać, że ciemność i zło nie ma prawa nawet zaglądać przez dziurkę od klucza. A może jednak?
Coralie mieszka w pewnym miejscu, dosyć znanym w swym mieście. Muzeum...
2016-02-14
Wydawać by się mogło, że w naszym świecie nic ciekawego dziać się nie może. Ustawa 500+, wojny na wschodzie Europy oraz różne działania w sejmie czy trybunale to nie to samo co latanie na nietoperzu czy jazda na grzebiecie gigantycznego karalucha.
Gregor już dwa razy uratował Podziemie, choć nie chwali się tym przy każdej okazji. Razem z tatą czują niepokój - prawie nie dostają wiadomości od swoich przyjaciół i są pełni niepokoju, że w świecie pod Nowym Yorkiem znów nie jest bezpiecznie.
Wreszcie nadchodzi ten upragniony moment. Gregor wraz ze swoją sąsiadką, której pomaga w domu, schodzi do pralni, gdzie dwie książki temu dostał się przez szyb do tej sławnej krainy. Okazuje się, że wszyscy mieszkańcy Podziemia są w na prawdę wielkich tarapatch.
Klątwa Stałocieplnych dopadła naszych podziemnych braci. Jest to choroba, która powoduje śmierć w męczarniach. Na początku jest okey, nic specjalnego, jednak później na skórze pojawiają się wielkie fioletowe pęcherze. Oczywiście jest w Regali jeden przypadek, który zachorował najwcześniej i u niego choroba wyniszczyła prawie całe ciało.
Poprzednie dwie części Gregora były na prawdę świetne. Tak na prawdę trzymając w rękach Klątwę Stałocieplnych nie miałam ani jeden obawy, iż kolejny tom może mi się nie spodobać. I się nie myliłam! Muszę nawet wyznać, że jak do tej pory to właśnie t a historia z Podziemia jest moim oczkiem w głowie.
Tak więc jak wspominałam na początku Gregor wraca pod beton Nowego Yorku, by dowiedzieć się co tam się wyprawia. Może szczury wymyśliły coś, by ukarać ludzi za takie ich traktowanie? A może rzezacze ( mrówki ) mają z tym coś wspólnego?! Jednak dobrze wiemy, że mama Gregora po kilkumiesięcznej stracie męża i również długim czasie bez dwójki swych dzieci stanowczo odmawia powrotu do tamtego świata. Ale Gregor się nie poddaje! Tata też! Botka chce zobaczyć swojego przyjaciela Tempa, a szczury wysłane przez Ripreda skutecznie działają na korzyść powrotu. Mama ulega, lecz pod warunkiem, że pójdzie wraz z nimi.
Książek o intrygach pałacowych jest na prawdę mnóstwo. Seriali także, czego dowodem jest przez wszytskich kochane i znane Wspaniałe stulecie. Dlaczego jednak o tym wspominam? W Klątwie Stałocieplnych mamy właśnie z tym styczność. Władza odgrywa jedną z drugoplanowych ról, ale jednak. SPOJLER: Po objęciu tronu przez Nerissę, której poprzedniczka zaginęła, nie jest źle. Wszyscy jednak rozsiewają plotki, iż Nerissa jest zbyt słaba, strachliwa i dostaje demencji. Jednak na tronie siedzi, a nie lata nad sufitem mówiąc do swojego odbicia. KONIEC SPOJLERU.
Tak więc w Klątwie Stałociepnych spodziewać możecie się wielkiego oszustwa jakie będzie miało miejsce w Podziemiu oraz choroby, która sprawi, że konflikt między szczurami a mieszkańcami Regalii będzie jeszcze większy. Zdecydowanie jest to moja ulubiona część - dzieją się w niej niezwykle mylące wydarzenia, które sprawią, że kilka dni po jej przeczytaniu wciąż nie będziecie mogli uwierzyć jak mogły mieć miejsce!
RECEZNJA NALEŻY DO ZBIORÓW CMENTARZA ZAPOMNIANYCH KSIĄŻEK.
Wydawać by się mogło, że w naszym świecie nic ciekawego dziać się nie może. Ustawa 500+, wojny na wschodzie Europy oraz różne działania w sejmie czy trybunale to nie to samo co latanie na nietoperzu czy jazda na grzebiecie gigantycznego karalucha.
Gregor już dwa razy uratował Podziemie, choć nie chwali się tym przy każdej okazji. Razem z tatą czują niepokój -...
2016-02-03
Wyobraźmy sobie tym razem świat, gdzie naszymi druhami są roboty. Wyręczają w pracach, które w naszym wykonaniu wypadają odrobinę słabo - czasem gotowanie, sprzątanie i inne takie. Witamy w nowej rzeczywistości! A teraz uwaga, bo to jednak nie fajnie tak się wyręczać. Klonami innych.
Pewna dziewczyna odkrywa, że mimo iż przeżyła katastrofę na morzu ma swojego klona. A ten klon ukrywa w sobie serce rebeli.
Nowe pokolenie jako książka nieodłącznie toważyszyła mojemu skojarzeniu z Życiem Pi. Nie mam zielonego pojęcia dlaczego, jednak przeczuwam, że spowodowane może to być ich bliską siebie premierą lub wątkiem wyspy.
Naszą postacią, która oprowadza nas po archipelagu wysp słynących z klonów jest Zhara. Nie wnikajmy w to, że jej imię na początku wymawiałam całkiem inaczej. Zhara wraz ze znajomymi wybrała się ukradzionym statkiem na morską wyprawę, gdzie o mały włos, a doszłoby do jej śmierci. Jednak odratowano ją i od tamtej pory wraz z klonami, które określono jako defekty ukrywa się na wyspie planując rebelię.
Wbrew wszytskim pozorom jakie może nasuwać ten opis, nie jest to krwawa masakra. Głównym wątkiem jest tak zwana telenowela. Dziewczyna miała chłopaka, ten ją rzucił, choć miał być jej wierny i zakochał się w klonie, a ta loszka znalazła sobie pocieszenie u klona, ale go nie kochała, i ten klon dziewczyna do której poszedł ten chłopak kocha innego klona i ten chłopak zostaje sam i chce wrócić do byłej, ale ona nagle kocha tego klona... Możecie się pogubić. Największym moim zaskoczeniem jest, że to wszytsko rozumiem, a romans, który odgrywał się na kartach powieści sprawiał, że ciekawa byłam jego zakończenia. Szczerze kibicowałam Aidan`owi w jego „odkrywaniu uczuć", co do łatwych nie należało. Tak, to dziwne, że wkręciłam się w romans. To jest jakimś wybrykiem natury! Ja i książka romantyczna?! Jak widać możliwe...
Zhara jako nasze oczy i uszy spisała sie dobrze. Nie była zbyt natręna czy irytująca, a czasem nawet symapatyczna. Czasem. Elizja również, mimo swych wad nie była aż tak uciążliwa.
Narracja podzieona jest na Zharę oraz jej klona Elizję. Elizja świat postrzega bardziej zrobotyzowanie, co oczywiście świetnie oddaje jej naturę, a Zhara jako zwykłego człowieka uwięzionego pośród „sztucznych uczuć".
Podczas czytania Nowego pokolenia miałam wrażenie jakby autorka ledwo przekroczyła próg dorosłości ( jak Zhara ), a okazało się, że minęła jej magiczna liczba cztery. Plus do tego osiem. Za żadne świętości nie domyśliłabym się, że pisała to czterdziestoośmiolatka!
Wyznam, że nigdy nie czytałam serii od środka. Dobra, kogo ja tu okamuję! Zdarzyło mi się i była to akurat książka, która rozpoczęła moja przygodę z czytaniem. Ulysses Moore Pierdomenio Baccalario. Część siódma. Nie ważne. Grunt w tym, że nawet jeśli nie wiemy co działo się w części piewszej, nie pogubimy się zbytnio.
Jeśli chodzi o rebelię, która miała odbywać się na kartach Nowego pokolenia... była i też nie. Coś tam się działo, kogoś tam pozabijali i trochę pokiereszowali, jednak wybuchów żadnych nie było, tak samo oporu, czy czegoś typowego dla dystopii. A szkoda.
Jednak jeśli chodzi o moje ogólne wrażenia po przeczytaniu Nowego pokolenia rzeknę, że jest to książka skutecznie wciągająca przez sprawy serowe bohaterów, którzy tworzą tak wielki labirynt ze swych uczuć, że jest to aż tak głupie, że aż fajne.
Wyobraźmy sobie tym razem świat, gdzie naszymi druhami są roboty. Wyręczają w pracach, które w naszym wykonaniu wypadają odrobinę słabo - czasem gotowanie, sprzątanie i inne takie. Witamy w nowej rzeczywistości! A teraz uwaga, bo to jednak nie fajnie tak się wyręczać. Klonami innych.
Pewna dziewczyna odkrywa, że mimo iż przeżyła katastrofę na morzu ma swojego...
2016-01-31
Doro wraz z mamą i młodszą siostrą przeprowadzają się do pewnej wsi w województwie małopolskim. Teraz są szczęśliwi. Po ucieczce od ojca i męża tyrana wreszcie oddychają z ulgą. Jednak na pewno nie są jeszcze pozbawieni wrażeń. Czeka ich spotkanie z tajemniczym Domem na ulicy Wschodniej oraz przygodami z jego mieszkańcami. Wydaje się, że życie czasem nie poskąpi nam farta.
Jako recenzentka książek na swoim Cmentarzu zmieniłam się niesamowicie. Może to potwierdzić każdy z mojego otoczenia. Kiedyś, jeszcze przed założeniem bloga trzymałam się tylko jednej wyznaczonej ścieżki czytelniczej - albo dystopia, albo fantastyka, albo to, ale nie to. Byłam mocno ograniczona. Do dzisiaj jednak, mimo zmian jakie zaszły, żywię mocną miłość do książek, gdzie leje się krew, a bohaterowie mają złe stosunki z państwem. Jednak ile będę się trzymać nogawki mamusi? Pasowałoby poszerzać horyzonty.
Dzięki mojemu małemu Cmentarzowi udało mi się sięgnąć po takie cuda jak na przykład Inna dusza Orbitowskiego lub Światło, którego nie widać Doerra. Cofając się zaledwie rok nie było mowy o tym, abym przeczytała książkę obyczajową. Broniłabym się rękami i nogami. Na prawdę. NIC by mnie do tego nie zmusiło. A jednak się stało. Klaudia, co z Ciebie wyrosło...
Jeśli chodzi o obyczajówki, każdy wie, że to najbliższy naszej codzienności gatunek. Może miejscami trochę podkoloryzowany, jednak na pewno nie da się znaleźć tam wróżek, jednorożców i latającego potwora spagetti. Zazwyczaj. Filmy, owszem, bardzo lubię. Jednak co do książek to nigdy nie mogłam się przełamać, by takową do ręki włożyć. Jeśli już to może przez ładną okładkę, lecz mimo to lektura i tak wracała na półkę.
Moim pierwszym spotkaniem z tym gatunkiem, który bardzo miło wspomnam była na pewno książka Ten obcy, znana również jako lektura szkolna w klasach 4 - 6. Z góry mówię, że nie przeczytałam całości. Była to natomiast jedyna lektura, ba!, książka w tamtych czasach, gdzie zaszłam ponad połowę! Jednak wróćmy na Wschodnią.
Głównym bohaterem, którego oczami świat widzimy jest Teodor ( Doro ), który próbuje jakoś zaklimatyzować się w nowym otoczeniu. Nigdy specjalnie nie był lubiany ani szanowany. Jego ojciec znęcał się nad rodziną, co mocno się na nim odbiło. Chłopak jednak nie użala się nad sobą tylko przemierza życie z głową prawie uniesioną do góry, co jest wyczynem. Szczególnie spodobała mi się jego siostra Róża, która w całej tej książce była wulkanem pozytywnej energii wypluwającym z siebie cytaty z książki Pamiętnik Taty Muminka. Jako kilkulatek była to moje ukochana bajka. Oglądałam ją za każdym razem, gdy leciała wieczorynka ( ja taka stara... ) a potem kolejne i kolejne odcinki na dobrze już obeznanej stronie internetowej z serialami. Kiedyś nawet na jednym płakałam jakby mi książki palili żywcem... O czym ja tu? A, no tak, zostawmy moje dziwne dzieciństwo.
Róża dopasowywała każdego bohatera Domu na Wschodniej do jakiegoś chrakteru z Muminków. Doro był oczywiście Muminkiem.
Muszę przyznać, że chylę głowę, pani Sabino. Każdy bohater z osobna, a jest ich trochę, był dopracowany w najmniejszych szczegółach. Jednak uważam, że Roksana - czarnoskóra mieszkanka Domu na Wschodniej - była Mary Sue i jednoczesnie nie. Idelanie niedoskonała, że tak to ujmę. Była okropnie przewrażliwiona co do swojego koloru jak również innych ras. Zwłaszcza kiedy pojawiła się Gloria.
Babcia Emma, Pi-Stachu, Jachu - po prostu gratlacje. Postacie tak ludzcy, że aż zwyczajnie prawdziwi.
Doro wraz ze swoimi przyjaciółmi i siostrą nie tylko próbują się zadomowić, lecz także układać sobie spokojnie życie. Ogółem cała akcja Domu na Wschodniej rozwija się właśnie Domu na Wschodniej! Jest on schronieniem dla sierot, które bez opieki i wsparcia ( oraz niekiedy mocnych słów, żadnego wstydu ) pani Emmy, na pewno nie dałyby sobie rady. Pani Emma to taki typowy Anioł Stróż. Co z tego, że czasem z niewypażonym językiem.
Jest to jedna z niewielu książek, które przemówiły do mnie samą okładką. Miałam już tak, że po jednym spojrzeniu na okładkę od razu zapragnęłam mieć daną książkę. I zazwyczaj nigdy się nie mylilłam, bo lektura podobała mi się za każdym razem i to bez wyjątków. Szósty zmysł? A mówią, że książki nie ocenia się po okładce!
Zdecydowanie Dom na Wschodniej to książka na jesinne, zimowe wieczory z kubkiem herbaty czy kawy. Jest na to po prostu idealna. Rozdziały są krótkie, akcja wyśmienita, bo nie męczy ani nie nudzi, a bohaterowie zafundują Wam czas, którego na pewno nie będziecie żałować. Osobiście książkę tę uwielbiami. Aż szkoda mi było ją kończyć.
Doro wraz z mamą i młodszą siostrą przeprowadzają się do pewnej wsi w województwie małopolskim. Teraz są szczęśliwi. Po ucieczce od ojca i męża tyrana wreszcie oddychają z ulgą. Jednak na pewno nie są jeszcze pozbawieni wrażeń. Czeka ich spotkanie z tajemniczym Domem na ulicy Wschodniej oraz przygodami z jego mieszkańcami. Wydaje się, że życie czasem nie poskąpi nam farta....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2016-01-21
Nasza planeta została przeludniona. Aby znaleźć nową nadzieję dla ludzkości naukowcy i astrolodzy odkryli Geminę. Statek Zorza Polarna już od stu lat przemierza zakątki kosmosu, by dotrzeć do upragnionego celu.W tym oto miejscu żyje Rosalita Rosario, dziewczyna, której świat nieoczekiwanie staje na głowie.
Statek podzielony jest na Republiki, a każdą z nich cechuje coś innego. Rosa pochodzi z Republiki Terry, czyli nie najbiedniejszej, nie najbogatszej - tej szarej, zwyczajnej. Pewnego dnia dowiaduje się, że dostała stypendium i będzie uczyła się w największej i najbogatszej Złotej Republice. Czy jednak można dryfować w nieskończoność?
Ostatnio każdy zaczynał bez najmniejszej blokady zasypywać mnie wrażeniami/spojlerami oraz informacjami na temat Gwiezdnych Wojen. Bo premiera i tak dalej. Decyzję o przeczytaniu W objęciach gwiazd podjęłam dość długo przed premierą następnej części Gwiezdnych Wojen, zupełnie nieświadoma, że powstanie z tego taki raban.
Rosa jako główna bohaterka była po prostu... nijaka. Zwyczajna, niczym specjalnym się wyróżniała i to mnie irytowało. Była także egoistką, bo niedość, że nie chce się dowiedzieć nic o swojej rodzimej planecie, to jeszcze wścieka się o to, że ktoś obraża statek! Rozumiem, że się na nim wychowała, ale jednak to, że jest ziemianką trochę ją obowiązuje. Jednak ona nie zwraca na to uwagi, a do bycia ziemieninem się nie przyznaje.
Szkoda czasu na zamartwianie się rzeczami, których nie da się zmienić. To te, z którymi można coś zrobić, są warte uwagi.
Akcja W objęciach gwiazd była ciekawa, owszem, ale nie fascynująca, spontaniczna, czy niebezpieczna. Przez większą część książki toważyszymy głównej bohaterce, o zgrozo z narracją pierwoszoosobową, w jej nudnej codzienności. Co z tego, że największym jej szaleństwem było upicie się na imprezie i wracanie do domu w objęciach obcego chłopaka, który notabene nie jest obcy, bo się znają. Dopiero w ostatnich stu stronach coś się dzieje, jednak element zaskoczenia, który próbuje wprowadzić autorka jest nużący i tak na prawdę wcale nie jest elelementem zaskoczenia.
Jak tak patrzę na całą tą historię po jej przeczytaniu wydaje mi się, że raczej już nie sięgnę po tę książkę. Losy Rosality niezbyt mnie fascynują, a opisywanie jej dni po kolei, mało fascynujących, nie jest moją bajką.
Język autorki czasami mnie dobijał. Moja przyjaciółka stwierdziła, że pisze podobnie jak ona, jednak to porównanie to przepaść. Styl jest taki sobie, miejscami dziecinny. Z w ł a s z c z a zdrabnianie nazw poszczególnych Republik do na przykład Gwiezdna - Gwiazdki, Złota - Złotka. Z czasem staje się to tak dziecinne, że aż irytuje.
W objęciah gwiazd jest ładnie wydane. Gwiazdy i Rosalita na okładce mi się w sumie podobają, lecz opis z tyłu pozostawia wiele do życzeia.
Cóż mogę jeszcze powiedzieć? Jako podsumowanie powiem, że ta książka nie jest żadną skarbnicą mądrości, co jest plusem, bo takich książek dla rozywki jest coraz mniej. Jednak pozostawia wiele do życzenia.
RECENZJA NALEŻY DO ZBIORÓW CMENTARZA ZAPOMNIANYCH KSIĄŻEK.
ZABRANIA SIĘ KOPIOWANIA I ROZPOWSZECHNIANIA BEZ ZGODY AUTORA.
Nasza planeta została przeludniona. Aby znaleźć nową nadzieję dla ludzkości naukowcy i astrolodzy odkryli Geminę. Statek Zorza Polarna już od stu lat przemierza zakątki kosmosu, by dotrzeć do upragnionego celu.W tym oto miejscu żyje Rosalita Rosario, dziewczyna, której świat nieoczekiwanie staje na głowie.
Statek podzielony jest na Republiki, a każdą z nich...
Wobraźmy sobie nasz świat bez szkła, żarówki czy lodówki... Faktycznie, cofamy się do średniowiecza i/lub jak to się mówi „sto lat za murzynami". Takie życie dla niektórych jest niewyobrażalne, ponieważ nie ma się dostępu do Facebooka, Twittera, Instagrama, Aska i innych wymysłów przyszłości.Tak, okropne...
Czy wiedzieliscie może, że nowe wynalazki oraz pomysły ludzkości powodowane były reakcją łańcuchową? Jedno odpowiadało za powstanie drugiego! Jak na przykład wynalezienie prasy drukarskiej wywarło wpływ na rozwój fizyki molekularnej? I że handel lodem pozwolił na odkrycie nieznanych nam wtedy zakątów świata? A no właśnie!
Od zawsze uwielbiałam wiedzieć dlaczego coś działa dzięki czemuś i po co i dlaczego. Zostało mi tak do dzisiaj czyli minęło bardzo dużo czasu, bo przecież już siedzę na emeryturze, prawda? Dokładnie.
Otwierając paczkę od pana Oskara oniemiałam. Książka wyglądała obłędnie! Mówią, że nie ocenia się książki po okładce, ale przecież okładkę ocenić można! Rysunki na niej idealnie obrazują treść Małych wielkich odkryć oraz są typowymi dla uosobienia nauki szkicami. W dodatku ta żarówa znajdująca się w centrum jest przepiękna. Wyrazy szczerego szacunku dla grafika/grafików.
Małe wielkie odkrycia w przyjemny sposób pokazują nam powstanie kilku rzeczy które zmieniły nasz świat i pozwalają nam się nim cieszyć do dzisiaj. Jak wspominałam wcześniej jest to ze sobą ściśle powiązane, ponieważ bez czegoś nie powstałoby coś. Zaskaujące może być to, że osiągięcia inżynierii dźwięku, które pomagają nam lepiej widzieć, swój początek miały przez zawodzenia w burgundzkich jaskiniach! Trudno jest uwierzyć, że takie niepozorne drobnostki dokonały takich skoków!
Może się wydawać, że książka nie zawierająca jako takiej akcji oraz bohaterów może być nudna, nużąca i taka tylko na kaca książkowego. Jednak mimo tych braków Steven Johnson świetnie radzi sobie w roli narratora, który oprowadza nas po histori prowadząc za rączkę mówiąc co jest najciekawsze, tak, by nie stracić tak cennej uwagi dziecka, którym tak na prawdę jesteśmy my. Mimo wszytsko mój ostatnio sławny efekt podręcznika historycznego wystepuje, co miejscami jest nużące. Małe wielkie odkrycia jest wydrukowana k o l o r o w o, co prawie się nie zdarza. W środku ujrzeć możemy niezwykłe ilustracje znajdujące się co kilka stron. Mamy tam portrety, zdjęcia bohaterów historii aktualnie opisywanymi przez autora, szkice projektów maszyn, zdjęcia ludzi pracujących przy opisywanym wynalazku oraz innego tego typu dodatki do treści.
Podsumowując tę króciutką recenzję, książkę czyta się w miarę dobrze, dzięki młodemu autorowi znającemu się na teraźniejszości. Małe wielkie odkrycia sprawia, że samemu chcielibyśmy pójść do piwnicy i wynaleźć nowe dzieło, które po jakimś czasie sprawi, że nadejdzie do nas nowa przyszłość o jakiej nam się nie śniło.
Wobraźmy sobie nasz świat bez szkła, żarówki czy lodówki... Faktycznie, cofamy się do średniowiecza i/lub jak to się mówi „sto lat za murzynami". Takie życie dla niektórych jest niewyobrażalne, ponieważ nie ma się dostępu do Facebooka, Twittera, Instagrama, Aska i innych wymysłów przyszłości.Tak, okropne...
Czy wiedzieliscie może, że nowe wynalazki oraz pomysły...
2015-12-24
Bydgoszcz. Trzech chłopaków uwięzionych w cieniu kamienic lat dziewięćdziesiątych. Jednak pewnego dnia dochodzi do morderstwa na jednym z nich. I wszystko zaczyna się komplikować. Poznajemy losy zwykłych mieszkańców, niezwykłych zbrodni i jeszcze bardziej zadziwiających młodzieńców. Co czuł każdy z nich powoli odkrywając swoją „inną duszę"?
Powieść, która powinna być choć w połowie zgodna z faktami wymaga od pisarza niezwykłej wtrwałości i woli walki z literami i nieklejącymi się ze sobą słowami. Jednak efekt po żmudnej pracy na pewno nie jest na odwal się, a cała historia toczy się płynnie bez zbędnych ceregieli.
Inna dusza to książka, która ma w sobie pewnego rodzaju urok. Specyficzna narracja oraz klimat jaki tworzy autor wzbogacają tę ksiażkę o emocjonalny związek z całą jej historią.
Ale cukiernik to fach jak trzeba. Ludzie zawsze będą jedli słodycze, nawet jeśli braknie im na chleb. Ciastka są potrzebne staruszkom i na weselach. Zawsze będą wesela i staruszkowie, prorokuje tatko i garbi się nad spitfire`em.
Narracja, owszem jest specyficzna i nie da się tego ukryć. W jednym momencie mamy sprawozdanie oczami głównego bohatera, a po chwili jesteśmy w całkiem innym miejscu, z całkiem innym charakterem toważysząc mu w całkiem innych wydarzeniach. Spotyakałam się już z narracją dzieloną na dwie osoby, lecz takiej jeszcze nie czytałam. Mimo iż jest ona prowadzona w taki sposób zakłóca znane nam fakty jakie uczono nas w szkole. Narracja pierwszosobowa ogranicza się do uczuć bohatera i zdarzeń z jego udziałem. Jednak w Innej duszy spotkamy się z pierwszoosbową wszechwiedzącą. Gdy bohater-narrator odwraca się plecami do, dajmy na to, swojego ojca wie, że tamten widzi czubek jego głowy i zastanwia się jak strzelić go w łeb. Tak samo jest, gdy przeskakujemy do narracji trzeciosobowej - typowo wszechwiedzącej. Mimo, iż jesteśmy w całkiem innym miejscu i główny bohater staje się inną osobą nadal nosi w sobie wyznania narracji pierwszosobowej. Tak z beczki Wam to mówię, ponieważ trudno jest pisemnie opisać ten zabieg * za rok kupie aprarat do nagrywania...*
Przez styl pisania, potoczny język mówiony oraz na prawdę, na prawdę specyficzny sposób pisania ksiażkę czyta się dosyć wolno. Jej recenzja powinna pojawić się w przeciągu tygodnia, a zajęło mi to trzy. Jednak nie są stracone, co to to nie. Inna dusza niesamowicie mi się podobała, co potęguje pisanie Orbitowskiego.
Spółdzielnia mieszkaniowa to bandyci, a my jesteśmy bezrobotni. On, mój tatko, wciąż walczy, tylko sił jakby mniej. Dziesięć złotych uczyni go mocnym, dwadzieścia niezniszczalnym, a pięćdziesiątka chyba przemieni go w półboga.
Myślałam, że mam do czynienia z kryminałem. Jednak okazuje się, że nie. Zbrodnie, które zostały w książce popełnione od razu jasno mówią nam kto tak na prawdę był ich sprawcą, jak to przebiegało i jak zachowywał się morderca. Brak elemntu zaskoczenia, nie liczac tego, że jednak nie miałam pojęcia kim może być ofiara oraz jej kat.
Sposób w jaki została wydana Inna dusza sprawił, że już nie mogłam doczekać się jej rozpoczęcia. Jednak musiała trochę poczekać przez recenzje innych książek. Okładka jest cudowna, od razu rzuciła mi się w oczy. Jest także... ma taką dziwną fakturę. przypomina mi tym odrobinę karton, ponieważ jest matowa i co najważniejsze - nie brudzi się, a nawet jeśli to łatwo to zetrzeć. Cud książka!
Łukasz Orbitowski wykonał na prawdę dobrą robotę za co chylę głowę. Urok tej książki sprawia, że długo o niej nie zapomnę, a autora proszę o więcej. Inna dusza została także nominowana do Paszportu Polityki 2015.
Bydgoszcz. Trzech chłopaków uwięzionych w cieniu kamienic lat dziewięćdziesiątych. Jednak pewnego dnia dochodzi do morderstwa na jednym z nich. I wszystko zaczyna się komplikować. Poznajemy losy zwykłych mieszkańców, niezwykłych zbrodni i jeszcze bardziej zadziwiających młodzieńców. Co czuł każdy z nich powoli odkrywając swoją „inną duszę"?
Powieść, która powinna...
„Dziewiętnastoletnia Gwen Hooper przypływa na Cejlon, by zamieszkać z mężem na plantacji herbaty, którą jego rodzina prowadzi od pokoleń. Jest zakochana i zachwycona nowym życiem na egzotycznej wyspie.
Jednak Laurence, małomówny i zapracowany, nie poświęca żonie wiele czasu. Podczas samotnych dni w posiadłości Gwen natrafia na ślady tajemniczej przeszłości: ubranka dziecka w skrzyni, zamknięte drzwi, zarośnięty grób w ogrodzie. Laurence nie chce z nią rozmawiać o rodzinnych sekretach. Jednak Gwen sama już wkrótce będzie musiała ukrywać własną tajemnicę. "
Od niedawna jestem niezywkle zakochana w herbacie. Mogę pić ją litrami i wciąż pozostanie dla mnie niezwykle aromatycznym i smacznym napojem na każdą porę roku. Szczególnie kocham ją pić w moje oczko w głowie jakim jest zima. Wiadomy obraz, na zewnątrz lodówka i biało ( jeśli ma się szczęście... ) a Ty w środku w jednoczęściowej piżamie i z kubkiem herbaty przy jakiejś dobrej książce. Z opisu oraz tytułu książki mogliście się spodziewać, że zacznę od harbaty. Jestem odrobinę przewidywalna...
Jeśli już przejdziemy do książki to mam co do niej lekko mieszane uczucia. Z jednej strony było to, czego się spodziewałam czyli coś w podobie sensacji - ktoś coś ukrywa, jakiś sekret i nagle wychodzi to w jakimś stopniu na jaw, a druga osoba to zauważa i drąży. Z drugiej strony odrobinę się nudziłam. Autorka zdecydowanie widziała świat jaki został przedstawiony w książce. Są tam ujęte konkretne opisy, dzięki którym lepiej jest nam wyobrazić sobie świat zawarty w powieści.
Jeśli jednak chodzi o akcję jest ona prowadzona niezbyt szybko. Trochę trzeba się naczytać zanim przejdziemy do tych wszystkich tajemnic.
Podsumowując książka jest godna przeczytania, może bardziej dla kobiet niż dla mężczyzn, ale jednak. Trzeba tylko przebrnąć przez niekiedy nudne opisy by dotrzeć do upragnionego wnętrza.
„Dziewiętnastoletnia Gwen Hooper przypływa na Cejlon, by zamieszkać z mężem na plantacji herbaty, którą jego rodzina prowadzi od pokoleń. Jest zakochana i zachwycona nowym życiem na egzotycznej wyspie.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJednak Laurence, małomówny i zapracowany, nie poświęca żonie wiele czasu. Podczas samotnych dni w posiadłości Gwen natrafia na ślady tajemniczej przeszłości:...