-
Artykuły
Milion euro dla pisarki i burza w branży. Nagroda „Aena de Narrativa“ rozpala emocje
LubimyCzytać1 -
Artykuły
„Kawa z Mistrzem Zbrodni” – wygraj spotkanie z Wojciechem Chmielarzem z okazji Światowego Dnia Książki
LubimyCzytać8 -
Artykuły
"Przejścia. Którędy do miłości" Natalii de Barbaro. Mamy dla Was 40 egzemplarzy książki!
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Czytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać446
Biblioteczka
2026-03-29
2026-04-13
2026-04-12
2026-04-12
2026-03-31
Morza wszeteczne to pierwszy tom trylogii pirackiej napisanej przez Marcina Mortkę. Książkę wydało Wydawnictwo SQN, a zapoznałam się z nią poprzez audiobooka.
Akcja
Ciągle coś się dzieje. W tej książce nie ma nawet chwili na wzięcie oddechu, bo fabuła stale prze do przodu, a wydarzenia przeplatają się tak ściśle, że nie sposób się nudzić. Bardzo mocno zaangażowałam się w akcję, której nie dało się przewidzieć. Autor potrafi zaskoczyć i to na wielu płaszczyznach. Potrafi wymyśleć rozwiązania, które mogłyby innym nie przyjść do głowy. Co prawda momentami całość zaczyna przypominać chaos, trochę przez narzucone tempo, ale tworzy to świetną atmosferę.
Klimat
Piratów czuć pod każdym względem. Ani na sekundę czytelnik nie może zapomnieć, że akcja dzieje się na pokładzie okrętu. Autor przeplótł magię z demonami i morskimi motywami, co dało mieszankę wręcz wybuchowa. Piractwo w Morzach wszetecznych to nie tylko profesja, ale również skutek działania magii i powstawania deformacji. Te wprowadzają nie tylko urozmaicenie i nietuzinkowe możliwości, ale również dodają do wątków magicznych. Magia w tej książce została ukazana przede wszystkim jako przeszkodę do pokonania lub narzędzie. Za to demony i potwory miały już nieco więcej do zaprezentowania.
Język
Widać, że książkę stworzyła osoba zainteresowana językiem. I tu nie chodzi mi o oddanie natury piratów przez wypowiedzi, a raczej o stworzenie całej mowy demonów. Odegrała ona niemałą rolę w powieści, a sam proces nauki jej przez Rolanda otrzymał sporo uwagi. Jako nauczyciel języka obcego czytałam te fragmenty z ogromną satysfakcją i nie raz się przy nich śmiałam.
Jednocześnie, będąc książką morską, Morza wszeteczne wprowadzają dość sporo określeń specjalistycznych. Niektóre znaczenia musiałam sprawdzać, ale to bardziej z ciekawości niż z potrzeb wydarzeń. Język żeglarski nie utopi nieobeznanego czytelnika, co jest sporym atutem.
Humor
To książka absurdów. I to dobrze. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy śmiałam się pod nosem czy wręcz wybuchałam śmiechem – co było dziwnie odbierane w tramwaju, ale co tam. Humor, który Mortka umieścił w książce, jest specyficzny i nie przemówi do każdego. Mnie w pełni kupił. Stał się on źródłem wielu zaskoczeń, ale również nieco przygotował czytelnika na to, jak może się potoczyć akcja książki.
Bohaterowie
Mieszanka postaci, która towarzyszy kapitanowi Rolandowi jest naprawdę specyficzna. Jest ich też sporo i można się pośród nich nieco pogubić. Przyznam, że dopiero w połowie książki zaczęłam się orientować, kto jest kim. Każdy jest jednak wyjątkowym indywiduum, ma swój własny talent i własny język. Ułatwia to odnaleźć się wśród załogi, ale także nawiązać z nimi pewną więź. Są oni przerysowani do przesady, by nadać postaciom walorów satyrycznych, co nie każdemu podejdzie. Osobiście, dla mnie był to najlepszy element.
Wrażenia
Morza wszeteczne zostawiły mnie z chęcią do sięgnięcia po kolejny tom. Finał zapowiada, że przygoda się będzie rozwijać dalej i jestem naprawdę ciekawa, w którym kierunku to może pójść. Widzę ogromny potencjał w tej trylogii. Myślę, że fani książek o Kociołku odnaleźliby się w tej przygodzie całkiem sprawnie.
Morza wszeteczne to pierwszy tom trylogii pirackiej napisanej przez Marcina Mortkę. Książkę wydało Wydawnictwo SQN, a zapoznałam się z nią poprzez audiobooka.
Akcja
Ciągle coś się dzieje. W tej książce nie ma nawet chwili na wzięcie oddechu, bo fabuła stale prze do przodu, a wydarzenia przeplatają się tak ściśle, że nie sposób się nudzić. Bardzo mocno zaangażowałam się w...
2026-04-08
Smocza iskra to pierwszy tom serii Spark the Flames napisanej przez Ivy Asher. Ta pozycja to połączenie smoków z futurystycznym wielkim miastem oraz całą masą dworskich zagrywek. W Polsce książkę wydało Wydawnictwo MustRead.
Początkowo miałam spory problem z tą książką – nijak nie mogłam się w nią wgryźć. Nie jestem fanką prowadzenia narracji w czasie teraźniejszym, co jeszcze dodatkowo mnie odrzucało i potrzebowałam czasu, by się do tego przyzwyczaić. Ale główną przeszkodą był wstępny chaos. Działo się dużo, trochę nawet za dużo i trudno mi było się połapać w tym, gdzie się dzieje akcja, co się dokładnie dzieje i kim właściwie jest główna bohaterka.
Trudno mi powiedzieć, kiedy coś po prostu kliknęło. Nagle zdałam sobie sprawę, że jest pierwsza w nocy, a ja nie mam najmniejszej ochoty odkładać książki. Kolejnego razu ocknęłam się z lektury grubo po trzeciej i to tylko dlatego, że historia się skończyła. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz siedziałam nad książką do tak później pory – ani kiedy ostatnio nie zdawałam sobie sprawy, że siedzę do późna nad książką. Bo Smocza iskra wciągnęła mnie i to poważnie.
Czy jest to prześwietna pozycja, którą polecę każdemu? No nie. Jest ciekawa, to na pewno. Nie powiedziałabym, że jest jedyna w swoim rodzaju, ale mimo bazowania na typowych dla romantasy motywach nie czułam wtórności. Autorka zdołała je tak wzbogacić szerokim wachlarzem możliwości, dzięki czemu czytało się to bardzo dobrze i bez frustracji w formie déjà vu.
To jednak jest typowe romantasy i książka nie daje o tym zapomnieć. Dla fanów gatunku może się okazać świetna. Pozostałe elementy, takie jak futurystyczne miasto, mnóstwo nadnaturalnych stworzeń, magia, dworskie intrygi, tajemnice z przeszłości, to przede wszystkim otoczka, która jest wykorzystywana umiejętnie, ale przede wszystkim na potrzeby głównych wątków. Czyli relacji Even z Aesonem oraz eksplorowania problemów Ever.
Autorka tworząc historię ze zmiennokształtnymi smokami, wykreowała naprawdę ciekawy system społeczny. Jej smoki, choć nie pojawiają się zbyt mocno jako potężne bestie, a raczej głównie w swojej ludzkiej postaci, to dokładnie takie istoty, jak można się było spodziewać. Przeniosła typowo smocze i zwierzęce zachowania na ludzi i sprawiła, że wszystkie warczenia, zaborczość typowe dla romantasy nie tylko nabrały sensu, ale również wybrzmiewały dobrze. Momentami było to dziwne w odbiorze, ale zarysowała obrazy tej rasy tak jasno, że czytelnik przez cały czas miał świadomość, że nie czyta o ludziach (co często się zaciera przy innych nadnaturalnych rasach).
Jeśli chodzi o fabułę poza wątkiem relacji głównych bohaterów, wciągnęła mnie. Świat smoków okazał się być naprawdę bogatym miejscem. I pomimo początkowego chaosu później odnalazłam się w opowiadanej historii świetnie. Motywacje Ever były jasne, jej oderwanie od rzeczywistości smoków wyjaśnione, jej nieufność oraz ukrywany strach znajdowały solidne podstawy – w skrócie Asher w głównej osi fabularnej zbudowała potężny fundament pod kolejne tomy.
Jednocześnie wielu rzeczy mi zabrakło. Pojawiło się w książce kilka rzeczy, które zostały na ten moment porzucone. I o ile jest jasne, że część z nich będzie kontynuowana, tak mam wrażenie, że inne są zbyt małe, by o nich znów wspomnieć. Dało to jednak pewne poczucie niejasności i dysonansu, bo zdarzało się, że bohaterka mówiła, że musi coś zrobić, ale do tego już nigdy nie wróciła. Mimo że wydawało się ważne.
Smocza iskra to nie jest lektura dla każdego, ale uważam, że fani romantasy, smoków czy typowo kobiecego urban fantasy mogą się w niej dobrze odnaleźć. Trzeba jednak pamiętać, że jest to lektura dla dojrzałego czytelnika nie tylko ze względu na oczywiste dla gatunku sceny zbliżeń, ale również wulgarny język oraz często pojawiające się dwuznaczności (głównie w żartach). Przede wszystkim jest to lektura, która stanowi naprawdę dobrą oraz angażująca rozrywkę, a po odłożeniu pierwszego tomu nie mogę się doczekać, aż sięgnę po kolejny.
Smocza iskra to pierwszy tom serii Spark the Flames napisanej przez Ivy Asher. Ta pozycja to połączenie smoków z futurystycznym wielkim miastem oraz całą masą dworskich zagrywek. W Polsce książkę wydało Wydawnictwo MustRead.
Początkowo miałam spory problem z tą książką – nijak nie mogłam się w nią wgryźć. Nie jestem fanką prowadzenia narracji w czasie teraźniejszym, co...
2026-03-20
Koniec śmierci to ostatni tom trylogii Wspomnienie o przeszłości Ziemi napisanej przez chińskiego autora sci-fi Cixina Liu. W Polsce książkę wydało Wydawnictwo Rebis, a zapoznałam się z nią łącząc słuchanie audiobooka z papierowym wydaniem.
Od samego początku Koniec śmierci nieco mnie onieśmielał. Jest to książka potężna – ponad osiemset stron – a do tego z gatunku sci-fi oraz z serii, która już mi pokazała, że nie zawsze jest dla mnie w pełni zrozumiała. Podobnie jak poprzedni tom, bywały momenty, w których po prostu musiałam przejść nad akapitem czy dwoma bez zagłębiania się w nie, by nie zniechęcić się naukowym żargonem. Dzięki temu powoli przemierzałam całą książkę aż dotarłam do końca.
Mówiąc szczerze, o ile książka jako całość mi się podobała, tak najbardziej chwyciły mnie bajki, czy też baśnie, które jeden z bohaterów stworzył dla Trisolarian, a jednocześnie ukrył w nich przekaz dla Ziemian. Opowieści Yun Tianminga były naprawdę dobre same w sobie i zaangażowałam się w nie chyba bardziej niż w główną historię tej części. Do tego bardzo mocno zyskały na wartości, gdy zawarte w nich przekazy zostały odkodowane i znalazły ważne znaczenia w dominującej osi fabularnej. Bardzo dobrze się bawiłam, łącząc elementy opowieści z działaniami bohaterów.
Książka sama w sobie była długa. Przez mnogość wydarzeń, nawet jeśli w większości skupiały się na tej samej bohaterce, miałam wrażenie, jakbym czytała dwie albo trzy książki – wciąż należące do jednej serii, ale jednak w sporym stopniu niezależne. Nie dziwi mnie takie odczucie, zwłaszcza że akcja tej książki rozciąga się nie w latach, ale w milionach lat. W pewnym momencie pod względem czasu autor wszedł na tak abstrakcyjne poziomy, że nie byłam sobie w stanie nawet ich wyobrazić. Było to celowym zabiegiem przy tym, co zamierzał opisać, ale trochę stracił mnie jako czytelnika. Nijak nie mogłam się do tego odnieść, no bo jak, jak również moja wyobraźnia zawiodła w takiej w gruncie rzeczy niewyobrażalnej skali.
Ponieważ akcja śledziła losy jednej bohaterki na przestrzeni tysiącleci, nie można było się obejść bez technologii hibernacji. I chociaż autor wprowadził ją w poprzednich częściach, przez co do niej przywykłam, tak tutaj mnie zmęczyła. Były chwile, gdy odnosiłam wrażenie, że Cheng Xin obudziła się tylko po to, by pokazać czytelnikowi, jak zmienił się świat, a potem znów została zahibernowana. Te fragmenty zostawiły mnie w sporym zmieszaniu i nie wiedziałam, co dokładnie o nich myśleć.
Muszę jednak przyznać, że autor bardzo ciekawie poprowadził losy ludzkości. Co prawda niektóre wydarzenia opisane zostały nieco po macoszemu, ale ogólny obraz był jasny. Pokazał historię gatunku, który zmagał się z olbrzymim zagrożeniem i nie poddawał się w walce o istnienie swojego jutra. A jednocześnie w jego opisach czuć było zmęczenie nacji i pewną… rezygnację, mimo ciągle podejmowanych prób ocalenia ludzkości. Koniec śmierci z całą pewnością zostawia czytelnika z wieloma przemyśleniami, nawet jeśli nie do końca może on wiedzieć, co z nimi zrobić.
Kończąc czytanie tej trylogii czuję zarówno sporą satysfakcję, bo były to dobre historie, z których sporo wyciągnęłam, ale również dozę rozczarowania, którego pochodzenia nie potrafię w pełni wyjaśnić. Może to kwestia rozległości tekstu? A może moich braków, które utrudniły mi pełne zrozumienie przekazów? Naprawdę nie wiem. Z całą pewnością będę jednak miło wspominać tę historię, a wyciągnięte z niej wnioski zostaną ze mną na dłużej.
Koniec śmierci to ostatni tom trylogii Wspomnienie o przeszłości Ziemi napisanej przez chińskiego autora sci-fi Cixina Liu. W Polsce książkę wydało Wydawnictwo Rebis, a zapoznałam się z nią łącząc słuchanie audiobooka z papierowym wydaniem.
Od samego początku Koniec śmierci nieco mnie onieśmielał. Jest to książka potężna – ponad osiemset stron – a do tego z gatunku sci-fi...
2026-04-05
Ta część nie była aż tak porywająca, jak poprzednie. Miała w sobie chyba za dużo elementów, zabrakło takiego wątku przewodniego. Ale i tak się dobrze czytało.
Ta część nie była aż tak porywająca, jak poprzednie. Miała w sobie chyba za dużo elementów, zabrakło takiego wątku przewodniego. Ale i tak się dobrze czytało.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-04-04
Zdecydowanie wolę historię Kane'ów niż jakąkolwiek książkę o Percym. Riordan dużo lepiej bawi się mitologią egipską i ma w niej zdecydowanie większe pole do popisu w kwestii swojej wyobraźni.
Czytało się to naprawdę dobrze. Podoba mi się format nagrania, dodaje charakteru bohaterom. Sama historia wciągała.
Zdecydowanie wolę historię Kane'ów niż jakąkolwiek książkę o Percym. Riordan dużo lepiej bawi się mitologią egipską i ma w niej zdecydowanie większe pole do popisu w kwestii swojej wyobraźni.
Czytało się to naprawdę dobrze. Podoba mi się format nagrania, dodaje charakteru bohaterom. Sama historia wciągała.
2026-04-03
Była to naprawdę ciekawa pozycja, ale równocześnie czuję pewien zawód, bo pojedynek w Gospodzie Pijanego Nieśmiertelnego obiecany w opisie się nie wydarzył, mimo że cała książka polegała na dążeniu do niego...
Trochę się myliłam i gubiłam w bohaterach, ale ogólnie się bardzo dobrze bawiłam przy tej lekturze. Żałuję, że kolejne tomy nie wyszły po polsku. Może kiedyś się zainteresuje przeczytaniem tej historii dalej w angielskim przekładzie.
Była to naprawdę ciekawa pozycja, ale równocześnie czuję pewien zawód, bo pojedynek w Gospodzie Pijanego Nieśmiertelnego obiecany w opisie się nie wydarzył, mimo że cała książka polegała na dążeniu do niego...
Trochę się myliłam i gubiłam w bohaterach, ale ogólnie się bardzo dobrze bawiłam przy tej lekturze. Żałuję, że kolejne tomy nie wyszły po polsku. Może kiedyś się...
2026-03-22
Maja i czas motyli to książka dla dzieci napisana przez Radka Raka. Przepiękne ilustracje do jej wnętrza wykonała Aleksandra Krzanowska, a całość wydało Wydawnictwo Powergraph. Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością autora i zdecydowanie należało do udanych.
Maja i czas motyli to książka, która opowiada o chodzącej do piątej klasy Mai. W jej życiu zaszły wielkie zmiany przez rozstanie rodziców i dziewczynka spędza tydzień u mamy na nowoczesnym osiedlu, a tydzień u taty w wynajmowanym pokoju w domu pod lasem. Próbując odnaleźć się w tej nowej sytuacji, w nowym miejscu oraz z nowymi emocjami, zaczyna zauważać piękno ukryte w naturze.
Ta książka to nie tylko historia Mai, pełna emocji oraz pięknych ilustracji, ale również ogromna dawka wiedzy na temat otaczającego nas świata. Autor przemyca do narracji multum informacji o zwierzętach, głównie owadach. Do tego pomiędzy rozdziałami pojawiają się karty rodem z atlasów przyrodniczych – z zachwycającymi ilustracjami, opisami oraz nazwami łacińskimi gatunków. Wszystko okraszone komentarzem od autora, którym próbuje pobudzić dziecięcą ciekawość i przekazać czytelnikom miłość do wszystkiego, co żywe.
Osobiście byłam oczarowana sposobem, w jaki Radek Rak przedstawiał świat przyrody. Połączenie go z dziecięcą ciekawością, która pokonuje początkową niechęć, stanowiło genialny zabieg. Sprawiło to, że czytelnikowi łatwiej było się otworzyć na wiedzę oraz odkrywanie natury, bo robił to razem z główną bohaterką. Przekazywane informacje oraz drobne przygody, które przeżywała Maja związane z małymi zwierzątkami oraz owadami sprawiły, że i we mnie budziła się ciekawość i wręcz dziecięcy zachwyt.
Wzmacniają to cudowne ilustracje Aleksandry Krzanowskiej. Jest ich naprawdę sporo, a każda z nich po prostu zachwyca. Łapałam się na tym, że zamiast czytać dalej, przypatrywałam się mniej lub bardziej barwnym ilustracjom. Nie mogłam oderwać od nich wzroku. Doskonale uzupełniały historię i zachęcały, by się dalej w nią zagłębiać. Bardzo mi się podobało, że przy rysunkach roślin czy zwierząt pojawiały się również ich nazwy łacińskie, jak w prawdziwym, przyrodniczym atlasie.
W kwestii historii, to jest ona bardzo bogata. Autor porusza wiele tematów tak bardzo ważnych w świecie dzieci wchodzących powoli w wiek nastoletni. Świetnie pokazał dynamikę grupy rówieśniczej oraz jak łatwo jest wypaść z łask i stać się odludkiem w szkolnej klasie. Pokazał emocje, które przerastają dzieci, oraz bezradność dorosłych, którzy chcą pomóc, ale nie wiedzą, jak najlepiej to zrobić. Niejednokrotnie się przy tej pozycji wzruszałam, nieraz ścisnęło mnie za serce, ale były też chwile, gdy uśmiechałam się sama do siebie bądź zwyczajnie śmiałam.
Maja i czas motyli to książka naprawdę niezwykła. Jest pełna ciepła, jednocześnie porusza trudne, ale jak najbardziej realne problemy czy tematy. To pozycja, która sprawdzi się nie tylko idealnie do wspólnej lektury z dziećmi czy do polecenia młodszym, ale również może otworzyć oczy starszym. Bo jeśli jest jakaś lekcja, którą z niej wyniosłam, to to, by, tak jak Maja, nauczyć się obserwować naturę. Ma ona wiele do zaoferowania.
Recenzja powstała w ramach współpracy z wydawnictwem.
Maja i czas motyli to książka dla dzieci napisana przez Radka Raka. Przepiękne ilustracje do jej wnętrza wykonała Aleksandra Krzanowska, a całość wydało Wydawnictwo Powergraph. Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością autora i zdecydowanie należało do udanych.
Maja i czas motyli to książka, która opowiada o chodzącej do piątej klasy Mai. W jej życiu zaszły wielkie...
2026-03-24
Beksa to najnowsza powieść Agnieszki Kulbat, od której zdarzyło mi się sięgnąć zarówno po fantastykę, jak i thillery młodzieżowe. To tej drugiej grupy zalicza się również Beksa, wydana przez Wydawnictwo Book4YA.
Autorka już nie raz udowodniła, że bardzo dobrze sobie radzi w powieści. Tworzy dobrą fantastykę, ale jej thrillery młodzieżowe to zupełnie inna klasa. To petardy. Jestem co prawda laikiem gatunku i mało która pozycja mi podchodzi, ale Beksa była, krótko mówiąc, genialna. Fenomenalna. Gdybym mogła, przeczytałabym ją na raz – z żalem jednak odkładałam na bok, psiocząc pod nosem, że muszę spać (a raczej się wyspać).
Beksa opowiada historię Kaliny, która musiała szybko dorosnąć. Przez nieobecność rodziców przejęła na siebie obowiązek nie tylko wychowania młodszej siostry, ale również zapewnienia jej domu. Jej życie komplikuje się, w chwili, gdy poznaje Tymka – chłopaka, który szuka swojej zaginionej matki. I okazuje się, że jej zniknięcie ma coś wspólnego ze zniknięciem matki Kaliny sprzed lat. Stąd akcja już pędzi i to w taki sposób, że porywa czytelnika ze sobą.
Jeśli to nie wybrzmiało wcześniej, powtórzę – ta książka wciąga i naprawdę bardzo trudno jest się od niej oderwać. Autorka bardzo pomysłowo prowadzi narrację, która pozwala czytelnikowi odkrywać krok po kroku całą intrygę. Razem z bohaterami poznaje kolejne tajemnice oraz pogrzebane w przeszłości sekrety. Specyficznego uroku temu wszystkiemu dodaje również klimat starego blokowiska, gdzie rozgrywa się znacząca większość akcji. Były momenty, w których bez problemu mogłam sobie wyobrazić, że siedzę przy kuchennym stole obok Kaliny i Tymona, próbując rozwikłać zagadkę.
Bohaterowie, których wykreowała autorka, byli naprawdę dobrze skonstruowani. Od pierwszych chwil ich pojawienia się jasne było, co ich napędza oraz co jest dla nich najważniejsze – a co bardziej istotne, ukazywało się to w każdym ich działaniu. Kalina jako osoba z trudną przeszłością stanowiła bardzo dobrze przedstawioną postać mierzącą się z traumą, a jednocześnie próbującą być „twardą”, dla siostry. Z kolei Tymon, jako osoba w żałobie po stracie ojca, doskonale przejawiała oznaki samotności oraz potrzeby odpowiedzi.
Jak sama akcja i fabuła usnuta przez Agnieszkę Kulbat porywa, tak warto zwrócić również uwagę na pewne lekcje, płynące z tej historii. Przez różne koleje losu dwójka bohaterów nie tylko się do siebie zbliża, ale również odsłania swoje wnętrza. Beksa stanowi doskonały przykład ukazania świata, który wydaje się być pełen „twardych” ludzi, a jednocześnie jest w nim miejsce na wrażliwość i emocje. Do tego nie piętnuje ich, nie wzmacnia obrazu spychania smutku czy bezsilności na bok, a daje im miejsce i pozwala wybrzmieć. Jest to ważna lekcja nie tylko dla młodzieży, która wciąż uczy się mierzyć z własnymi emocjami, ale również dla dorosłych, którzy mogli zapomnieć, że czasami trzeba sobie na nie pozwolić.
Beksa to naprawdę warta uwagi pozycja, przy której łatwo zarwać nockę. Może stanowić świetną rozrywkę dla osób chcących zacząć czytać thrillery, ale także dla tych, którzy poszukują pełnej emocji pozycji z dawką zagadek kryminalnych. Zagwarantować mogę to, że przy tej książce nie ma mowy o nudzie.
Beksa to najnowsza powieść Agnieszki Kulbat, od której zdarzyło mi się sięgnąć zarówno po fantastykę, jak i thillery młodzieżowe. To tej drugiej grupy zalicza się również Beksa, wydana przez Wydawnictwo Book4YA.
Autorka już nie raz udowodniła, że bardzo dobrze sobie radzi w powieści. Tworzy dobrą fantastykę, ale jej thrillery młodzieżowe to zupełnie inna klasa. To petardy....
2026-03-12
The Raven Boys to pierwszy tom tetralogii Król Kruków napisanej przez Maggie Stiefvater. Książkę w Polsce wydało Wydawnictwo Uroboros. Czytając ją, przenosiłam się między polskim wydaniem papierowym w przekładzie Małgorzaty Kafel a oryginałem w audiobooku dostępnym na Storytel.
Zacznę od tego, że planowałam tę książkę przesłuchać po angielsku. Jeszcze nigdy nie miałam z tym problemu, czasami okazywało się to nawet przyjemniejsze niż czytanie przekładu. Jednak tutaj nie dałam rady. Przesłuchałam niecałą połowę i uznałam, że tego nie da się słuchać. Nie była to kwestia lektora – był w porządku, samego głosu czy interpretacji słuchało się dobrze. Winny był styl autorki. Sfiefvater, w moim odczuciu, niepotrzebnie komplikowała tekst. Sięgała po trudne słowa, które nie pojawiają się w użytku codziennym, a należą do kategorii „zabłyśnij na egzaminie ustnym na poziomie C2”.
I o ile rozumienie ich nie sprawiło mi problemu, tak całość brzmiała dla nie o tyle nienaturalnie, że musiałam zatrzymywać nagranie i zastanawiać się, co dokładnie autorka ma na myśli i co próbuje przekazać. Było to strasznie męczące przy audiobooku – w papierze najpewniej odebrałabym to inaczej. Żeby jednak na moją ocenę książki nie wpłynęła irytacja, przerzuciłam się na polski przekład. I to była najlepsza decyzja.
Tłumaczka odmieniła dla mnie tę książkę. Udało jej się zachować nieco ekscentryczny, nieco baśniowy klimat, który stworzyła autorka, a jednocześnie uprościć tekst pod przeciętnego odbiorcę. Bohaterowie nie zawsze mówili jak normalni ludzie, ale to dało się wyjaśnić na przykład ich pochodzeniem czy klasą społeczną. Polskie tłumaczenie sprawiło, że książka, którą miałam ochotę porzucić przez oryginał, stało się bardzo przyjemną lekturą.
Zostawiając kwestię tłumaczenia, fabularnie książka jest ciekawa. Autorka wprowadza małe, amerykańskie miasteczko, w którym żyją wróżki stawiające tarota i faktycznie posiadające nadprzyrodzone umiejętności, w którym chodzą duchy ludzi, którzy dopiero umrą, a także mieści się prestiżowa szkoła dla bogatych. Połączenie na pierwszy rzut oka wygląda bardzo specyficznie, jednak działa bardzo dobrze. Wszystko to dzięki Gansey’owi – uczniowi wspomnianej szkoły, który ma wręcz obsesję na punkcie linii mocy oraz legendarnej postaci Glendowera inspirowanej walijskim księciem.
Bohaterowie to specyficzna paczka. Cała piątka jest wyjątkowa na swój sposób i widać to na każdej płaszczyźnie. I chociaż to Blue jest wprowadzona jako pierwsza postać, przez co wydaje się być główną bohaterką, bardzo szybko staje się jasne, że wszystko toczyć się będzie wokół Gansey’a i jego przyjaciół. Naprawdę urzekło mnie, że autorce udało się stworzyć każdego z nich kompletnie innego i zachować ich inność konsekwentnie przez całą książkę. Do tego każdy z nich dostał swoje pięć minut, by zmierzyć się z osobistymi problemami w mniejszym lub większym stopniu.
The Raven Boys to książka, która łączy w sobie wiele gatunków. Czytelnik ma do czynienia nie tylko z wątkami młodzieżowymi i fantastycznymi, ale również z składnikami typowymi dla kryminałów czy thrillerów. Jednak przede wszystkim czuć w tej książce baśń, która dopiero się zaczyna. I jestem całkiem zaintrygowana, jak się dalej potoczy. Po kolejny tom sięgnę jednak tylko w przekładzie.
The Raven Boys to pierwszy tom tetralogii Król Kruków napisanej przez Maggie Stiefvater. Książkę w Polsce wydało Wydawnictwo Uroboros. Czytając ją, przenosiłam się między polskim wydaniem papierowym w przekładzie Małgorzaty Kafel a oryginałem w audiobooku dostępnym na Storytel.
Zacznę od tego, że planowałam tę książkę przesłuchać po angielsku. Jeszcze nigdy nie miałam z...
2026-03-26
Trochę bałam się sięgnąć po ten tom, bo historia wydawała się być w pełni zamknięta. Jednak w końcu się zdecydowałam, chociaż zamiast czytać, przesłuchałam audiobooka po angielsku. Trochę mi się przez to bohaterowie mylili, bo lektorka wymawiała ich imiona poprawnie, gdy moje wyobrażenie było nieco inne, ale szybko się przestawiłam. Pod względem fabuły ten tom wypada w gruncie rzeczy lepiej.
W przeciwieństwie do pierwszego tomu, bardziej zapada w pamięć, a cała książka skupia się na wydarzeniach fabularnych. Akcja jak się zacznie, tak trwa do końca, więc nie było momentów na różne misje, jak w pierwszym tomie – wszystkie zadania były związane z głównym wątkiem. Który sam w sobie był ciekawy, nawet jeśli główny czarny charakter mnie mało przekonał. Ale to mogła być kwestia dialogów. Wszystkie postacie wypowiadały się bardzo… patetycznie. Większość monologów przemieniała się w przemowy, które brzmiały dość sztucznie, oderwanie i nie na miejscu.
Zaskoczył mnie finał trójkąta miłosnego, co powinno zadziałać na plus, ale nie zadziałało – mam problem dostrzec podstawy pod tę decyzję, zwłaszcza że cała książka była na „nie”.
Ogólnie czytało się to dobrze. Lepiej niż pierwszy tom. Ale czy ciągnie mnie, by wrócić do tego świata dzięki świeżo wydanemu prequelowi? No, to już nie.
Trochę bałam się sięgnąć po ten tom, bo historia wydawała się być w pełni zamknięta. Jednak w końcu się zdecydowałam, chociaż zamiast czytać, przesłuchałam audiobooka po angielsku. Trochę mi się przez to bohaterowie mylili, bo lektorka wymawiała ich imiona poprawnie, gdy moje wyobrażenie było nieco inne, ale szybko się przestawiłam. Pod względem fabuły ten tom wypada w...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-02-12
Córka Bogini Księżyca wydawała mi się książką, która bardzo dobrze wpasuje się w moje gusta. Opis zapowiadał pełną epickich przygód historię z masą tajemnic. Jednak przy lekturze z każdym kolejnym rozdziałem mój zapał słabł, a sama książka okazała się być dość… nijaka.
Czytając, miałam silne wrażenie, że gdzieś kiedyś już coś takiego czytałam, a nawet przychodziły mi konkretne pozycje, które wykorzystywały podobne zabiegi. Tak naprawdę autorka napisała książkę bezpieczną. Sięgnęła po znane i lubiane motywy, po czym zbudowała z nich opowieść, którą się dobrze czyta i dobrze się przy niej bawi, ale niewiele z niej zostaje w pamięci.
Książka oparta jest raczej na epizodach niż wydarzeniach prowadzących jedne do kolejnych, co ma swój urok, ale w pewnym momencie zaczęło mnie nieco męczyć. Ciągle szukałam czegoś, co by je ze sobą ciaśniej połączyło. Pojawiło się takie połączenie, ale dopiero pod koniec, chociaż nie było w nim niczego zaskakującego. A samo zakończenie zostało skonstruowane w taki sposób, że równie dobrze mogłoby być końcem tej historii. Otwartym, ale wciąż końcem.
To nie jest zła książka. Ale nie jest też dobra. Po lekturze niewiele zostało mi w głowie jeśli chodzi o fabułę i przez to trochę się obawiałam sięgnąć po ciąg dalszy.
Córka Bogini Księżyca wydawała mi się książką, która bardzo dobrze wpasuje się w moje gusta. Opis zapowiadał pełną epickich przygód historię z masą tajemnic. Jednak przy lekturze z każdym kolejnym rozdziałem mój zapał słabł, a sama książka okazała się być dość… nijaka.
Czytając, miałam silne wrażenie, że gdzieś kiedyś już coś takiego czytałam, a nawet przychodziły mi...
2026-03-26
Jest to prosta historia o prostej fabule. Chociaż zabrakło mi tego baśniowego klimatu, który ceniłam w Caravalu. Autorka ma styl, przez który dużo się dzieje, ale kosztem tego jest fakt, że całość wypada... naiwnie. Zwłaszcza w kwestii motywacji postaci, przedstawiania miłości czy tego, że banalnie proste plany w pełni się udają.
Jest to coś między guilty pleasure a comfort read. A jednocześnie nie pasuje do żadnej z tych kategorii.
Jest to prosta historia o prostej fabule. Chociaż zabrakło mi tego baśniowego klimatu, który ceniłam w Caravalu. Autorka ma styl, przez który dużo się dzieje, ale kosztem tego jest fakt, że całość wypada... naiwnie. Zwłaszcza w kwestii motywacji postaci, przedstawiania miłości czy tego, że banalnie proste plany w pełni się udają.
Jest to coś między guilty pleasure a comfort...
2026-03-20
Poławiacze sunu to niezwykła książka osadzona na morzu, którą napisał Michał Organiściak. Jest to powieściowy debiut, o którym bym nie powiedziała, że jest debiutem. Książkę wydało Wydawnictwo Fabryka Słów.
Poławiacze sunu to morska opowieść o dwóch braciach, którzy muszą mierzyć się z różnymi przeciwnościami losy. Starszy, Marten, to żeglarz będący o krok od objęcia roli kapitana okrętu, który mierzy się z skrywanym w tajemnicy uzależnieniem. Z kolei młodszy, Cobar, to student prawa, którego bardziej interesują romanse niż nauka, przez co pakuje się w kłopoty. Ich losy zbiegają się i wprowadzają czytelnika w opowieść pełną magii, morza i morskich potyczek.
Pierwszym, co skrada uwagę przy tej pozycji, jest sunu. To narkotyk wyławiany z dna morskiego, który nie tylko uzależnia na zawsze, ale również daje potężne moce – od wyostrzonych zmysłów, przez supersiłę, aż do magii. Jest to naprawdę świetny zabieg światotwórczy. Nie dość, że nakłada ograniczenia na użytkowników magii, to jeszcze zmusza ich do ponoszenia potężnej ceny. Stanowi to bardzo dobrze przemyślany element świata, który stworzył autor i już za samo to należy mu się uznanie.
Postacie są bardzo ciekawie skonstruowane. Czytelnik z łatwością może je polubić i to niezależnie od tego, czy podziela ich przekonania lub wspiera decyzje. Nie jest też ich wiele, dzięki czemu nie tylko nie sposób się pośród nich pogubić, ale również można każdego bohatera poznać lepiej. Sporo ułatwia tutaj także styl autora, który jest naprawdę przyjemny, a do tego bardzo obrazowy. Przez książkę się płynie i kolejne rozdziały mijają w mgnieniu oka.
Jeśli chodzi o fabułę, może się wydawać, że wiele jej elementów się ze sobą nie łączy, ale to tylko pozory. Autor zadbał, by nie zostawiać niczego przypadkowi. Każde przedstawione na kartach powieści wydarzenie jest tam nie bez powodu, niczym kawałek układanki, której pełen obraz pojawia się dopiero przy złożeniu w całość. Igra to z umysłem czytelnika, ale równocześnie przynosi mnóstwo satysfakcji, gdy kolejny kawałek wpada na swoje miejsce i następuje moment „aha!”.
Akcja jest naprawdę warta. Nawet w chwilach, które funkcjonują jako mała dygresja od głównej osi fabularnej, tempo jest zachowane i żaden rozdział nie odbiega od narzuconego rytmu. I chociaż narracja prowadzona jest z kilku punktów widzenia, nie ma poczucia chaosu czy przesycenia. Autorowi udało się zachować wszystkie elementy w niemal idealnej równowadze. Sprawia to, że książkę naprawdę trudno jest wyrzucić z głowy. W ciągu dnia łapałam się na tym, że myślałam o ostatnich punktach fabularnych i nie mogłam się doczekać, aż znów usiądę do lektury.
Świat przedstawiony w Poławiaczach sunu to świat magiczny. Zostały w nim wprowadzone różne stworzenia, które ożywiają całość i nadają mu różnorodności. Wszechobecna magia, nawet jeśli niesie ze sobą wielką cenę, działa w tym świecie dobrze. Stawki są jasne od początku, a do tego napędzają sobą motywacje bohaterów. Chociaż muszę przyznać, że mam pewne wątpliwości co do rozwiązania problemu uzależnienia, który w pewnym momencie został dość mocno złagodzony. Oczywiście, rozwiązanie funkcjonuje w myśl zasady coś za coś, ale nie jestem fanką wiadomości, którą to wysyła czytelnikowi, a mianowicie, że uzależnienie można wyleczyć przez działanie drugiej osoby.
Michał Organiściak stworzył naprawdę dobrze dopracowaną powieść, przy której bawiłam się fenomenalnie. Zostawił przy tym na tyle szeroko otwarte zakończenie, że czytelnik ma spore podstawy oczekiwać ciągu dalszego. Jestem naprawdę ciekawa, co jeszcze autor ma w zanadrzu i liczę, że pozwoli na powrót do świata Martena oraz Cobara.
Recenzja powstała w ramach współpracy z wydawnictwem.
Poławiacze sunu to niezwykła książka osadzona na morzu, którą napisał Michał Organiściak. Jest to powieściowy debiut, o którym bym nie powiedziała, że jest debiutem. Książkę wydało Wydawnictwo Fabryka Słów.
Poławiacze sunu to morska opowieść o dwóch braciach, którzy muszą mierzyć się z różnymi przeciwnościami losy. Starszy, Marten, to żeglarz będący o krok od objęcia roli...
2026-03-20
Bond skradł show. Uwielbiam go.
Bond skradł show. Uwielbiam go.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
One for my enemy to książka Olivie Blake inspirowana historią „Romeo i Julia” znanego każdemu Szekspira. Książkę w Polsce wydało wydawnictwo Znak Horyzont. Było to moje pierwsze spotkanie z autorką i muszę przyznać, że zdecydowanie należało do udanych.
Połączenie współczesnego Nowego Jorku, pochodzących ze Wschodu czarownic oraz szekspirowskich motywów brzmi ciekawie? To właśnie jest One for my enemy w pigułce. Co więcej, książka zachowuje strukturę dramatu. Co prawda autorka napisała ją za pomocą klasycznej narracji, ale podział na akty oraz sceny zastąpił rozdziały czy części. Dzięki temu czytelnik mógł lepiej odczuć dramatyczne nawiązania.
One for my enemy to nie jest tylko „Romeo i Julia”. Tak, to główna inspiracja w tej historii, a do tego jeszcze zdublowana. Zakazana miłość dotyczy dwóch par w tej historii, choć każda z nich przechodzi przez ten wątek nieco inaczej. Jednak to nie jest wszystko. Czytelnik obeznany z twórczością Szekspira znajdzie w tej powieści wiele innych nawiązań czy typowych dla twórcy motywów. Osobiście dostrzegłam wątki nawiązujące do „Hamleta” oraz „Makbeta”, co mnie bardzo urzekło – to zdecydowanie moje ulubione sztuki Szekspira.
Ta książka jest dobra nie dlatego, że inspiruje się klasykiem. Blake stworzyła świat, w którym jest naprawdę wiele postaci, a jednak każda z nich była niezwykle indywidualna. Od samego początku jasne było, kto jest kim – chociaż tutaj typowy dla dramatów spis postaci pomógł w odnajdywaniu się – i nie było chwili, gdy bohaterowie się mieszali. Oczywiście, nie każdy otrzymał tyle samo czasu stronnicowego, ale wyszło to naturalnie i z potrzeb fabuły.
Jak się wciągnęłam, poszła szybko. Czytałam ją w dość intensywnym czasie wizyty rodziny, a i tak pochłonęłam ją w kilka dni. Czytało się ją dobrze, a styl Blake jest naprawę przyjemny. Z łatwością płynęło się między scenami i aktami, a opisywane wydarzenia po prostu wciągały. Tak trochę to ta książka wyciągnęła mnie z małego stuporu czytelniczego i przypomniała, że ja przecież kocham czytać.
W fabule dużo się dzieje. Śledząc losy dwóch rodzin czarownic walczących między sobą o dominację na rynku oraz dwóch par pochodzących z tych właśnie rodzin, nie można narzekać na nudę. Nie ma też chaosu. Narracja skacze między bohaterami i wydarzeniami, ale robi to z głową. Zawsze pozostawia czytelnika na skraju, przez co chce się wiedzieć, co będzie dalej. Sprawia to, że książkę trudno jest odłożyć.
Magia ma swoją ważną rolę, ale dopiero później. W pierwszej połowie zastanawiałam się, czemu autorka wprowadziła czarownice, skoro równie dobrze mogła bazować na historii bez elementów fantastycznych. Dopiero później, mniej więcej w drugiej połowie, wyszło na jaw, jak bardzo ta historia potrzebuje magii. Jednak sam system magiczny był dla mnie nieco niejasny. Bywało, że bohaterowie okazywali się zdolni robić coś, o czym przez połowę książki nie było ani słowa. Trochę się w tym gubiłam, aż w końcu wzruszyłam ramionami i po prostu czytałam dalej.
One for my enemy to dobra książka. Ma w sobie wiele elementów, od romansu, przez magię, aż po polityczne zagrywki światka czarownic (chociaż tych jest zdecydowanie najmniej). Jestem też ogromną fanką swego typu dwoistego zakończenia. Bardzo dobrze wpasowało się w to, jak autorka stworzyła bohaterów. Nie było wymuszone, a w pełni naturalne i zbieżne z ich motywacjami, celami oraz charakterami. Ze swojej strony polecam, jeśli szukacie stosunkowo spokojnej fantastyki.
One for my enemy to książka Olivie Blake inspirowana historią „Romeo i Julia” znanego każdemu Szekspira. Książkę w Polsce wydało wydawnictwo Znak Horyzont. Było to moje pierwsze spotkanie z autorką i muszę przyznać, że zdecydowanie należało do udanych.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPołączenie współczesnego Nowego Jorku, pochodzących ze Wschodu czarownic oraz szekspirowskich motywów brzmi ciekawie? To...