rozwiń zwiń

Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach: ,

One for my enemy to książka Olivie Blake inspirowana historią „Romeo i Julia” znanego każdemu Szekspira. Książkę w Polsce wydało wydawnictwo Znak Horyzont. Było to moje pierwsze spotkanie z autorką i muszę przyznać, że zdecydowanie należało do udanych.

Połączenie współczesnego Nowego Jorku, pochodzących ze Wschodu czarownic oraz szekspirowskich motywów brzmi ciekawie? To właśnie jest One for my enemy w pigułce. Co więcej, książka zachowuje strukturę dramatu. Co prawda autorka napisała ją za pomocą klasycznej narracji, ale podział na akty oraz sceny zastąpił rozdziały czy części. Dzięki temu czytelnik mógł lepiej odczuć dramatyczne nawiązania.

One for my enemy to nie jest tylko „Romeo i Julia”. Tak, to główna inspiracja w tej historii, a do tego jeszcze zdublowana. Zakazana miłość dotyczy dwóch par w tej historii, choć każda z nich przechodzi przez ten wątek nieco inaczej. Jednak to nie jest wszystko. Czytelnik obeznany z twórczością Szekspira znajdzie w tej powieści wiele innych nawiązań czy typowych dla twórcy motywów. Osobiście dostrzegłam wątki nawiązujące do „Hamleta” oraz „Makbeta”, co mnie bardzo urzekło – to zdecydowanie moje ulubione sztuki Szekspira.

Ta książka jest dobra nie dlatego, że inspiruje się klasykiem. Blake stworzyła świat, w którym jest naprawdę wiele postaci, a jednak każda z nich była niezwykle indywidualna. Od samego początku jasne było, kto jest kim – chociaż tutaj typowy dla dramatów spis postaci pomógł w odnajdywaniu się – i nie było chwili, gdy bohaterowie się mieszali. Oczywiście, nie każdy otrzymał tyle samo czasu stronnicowego, ale wyszło to naturalnie i z potrzeb fabuły.

Jak się wciągnęłam, poszła szybko. Czytałam ją w dość intensywnym czasie wizyty rodziny, a i tak pochłonęłam ją w kilka dni. Czytało się ją dobrze, a styl Blake jest naprawę przyjemny. Z łatwością płynęło się między scenami i aktami, a opisywane wydarzenia po prostu wciągały. Tak trochę to ta książka wyciągnęła mnie z małego stuporu czytelniczego i przypomniała, że ja przecież kocham czytać.

W fabule dużo się dzieje. Śledząc losy dwóch rodzin czarownic walczących między sobą o dominację na rynku oraz dwóch par pochodzących z tych właśnie rodzin, nie można narzekać na nudę. Nie ma też chaosu. Narracja skacze między bohaterami i wydarzeniami, ale robi to z głową. Zawsze pozostawia czytelnika na skraju, przez co chce się wiedzieć, co będzie dalej. Sprawia to, że książkę trudno jest odłożyć.

Magia ma swoją ważną rolę, ale dopiero później. W pierwszej połowie zastanawiałam się, czemu autorka wprowadziła czarownice, skoro równie dobrze mogła bazować na historii bez elementów fantastycznych. Dopiero później, mniej więcej w drugiej połowie, wyszło na jaw, jak bardzo ta historia potrzebuje magii. Jednak sam system magiczny był dla mnie nieco niejasny. Bywało, że bohaterowie okazywali się zdolni robić coś, o czym przez połowę książki nie było ani słowa. Trochę się w tym gubiłam, aż w końcu wzruszyłam ramionami i po prostu czytałam dalej.

One for my enemy to dobra książka. Ma w sobie wiele elementów, od romansu, przez magię, aż po polityczne zagrywki światka czarownic (chociaż tych jest zdecydowanie najmniej). Jestem też ogromną fanką swego typu dwoistego zakończenia. Bardzo dobrze wpasowało się w to, jak autorka stworzyła bohaterów. Nie było wymuszone, a w pełni naturalne i zbieżne z ich motywacjami, celami oraz charakterami. Ze swojej strony polecam, jeśli szukacie stosunkowo spokojnej fantastyki.

One for my enemy to książka Olivie Blake inspirowana historią „Romeo i Julia” znanego każdemu Szekspira. Książkę w Polsce wydało wydawnictwo Znak Horyzont. Było to moje pierwsze spotkanie z autorką i muszę przyznać, że zdecydowanie należało do udanych.

Połączenie współczesnego Nowego Jorku, pochodzących ze Wschodu czarownic oraz szekspirowskich motywów brzmi ciekawie? To...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Morza wszeteczne to pierwszy tom trylogii pirackiej napisanej przez Marcina Mortkę. Książkę wydało Wydawnictwo SQN, a zapoznałam się z nią poprzez audiobooka.

Akcja
Ciągle coś się dzieje. W tej książce nie ma nawet chwili na wzięcie oddechu, bo fabuła stale prze do przodu, a wydarzenia przeplatają się tak ściśle, że nie sposób się nudzić. Bardzo mocno zaangażowałam się w akcję, której nie dało się przewidzieć. Autor potrafi zaskoczyć i to na wielu płaszczyznach. Potrafi wymyśleć rozwiązania, które mogłyby innym nie przyjść do głowy. Co prawda momentami całość zaczyna przypominać chaos, trochę przez narzucone tempo, ale tworzy to świetną atmosferę.

Klimat
Piratów czuć pod każdym względem. Ani na sekundę czytelnik nie może zapomnieć, że akcja dzieje się na pokładzie okrętu. Autor przeplótł magię z demonami i morskimi motywami, co dało mieszankę wręcz wybuchowa. Piractwo w Morzach wszetecznych to nie tylko profesja, ale również skutek działania magii i powstawania deformacji. Te wprowadzają nie tylko urozmaicenie i nietuzinkowe możliwości, ale również dodają do wątków magicznych. Magia w tej książce została ukazana przede wszystkim jako przeszkodę do pokonania lub narzędzie. Za to demony i potwory miały już nieco więcej do zaprezentowania.

Język
Widać, że książkę stworzyła osoba zainteresowana językiem. I tu nie chodzi mi o oddanie natury piratów przez wypowiedzi, a raczej o stworzenie całej mowy demonów. Odegrała ona niemałą rolę w powieści, a sam proces nauki jej przez Rolanda otrzymał sporo uwagi. Jako nauczyciel języka obcego czytałam te fragmenty z ogromną satysfakcją i nie raz się przy nich śmiałam.
Jednocześnie, będąc książką morską, Morza wszeteczne wprowadzają dość sporo określeń specjalistycznych. Niektóre znaczenia musiałam sprawdzać, ale to bardziej z ciekawości niż z potrzeb wydarzeń. Język żeglarski nie utopi nieobeznanego czytelnika, co jest sporym atutem.

Humor
To książka absurdów. I to dobrze. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy śmiałam się pod nosem czy wręcz wybuchałam śmiechem – co było dziwnie odbierane w tramwaju, ale co tam. Humor, który Mortka umieścił w książce, jest specyficzny i nie przemówi do każdego. Mnie w pełni kupił. Stał się on źródłem wielu zaskoczeń, ale również nieco przygotował czytelnika na to, jak może się potoczyć akcja książki.

Bohaterowie
Mieszanka postaci, która towarzyszy kapitanowi Rolandowi jest naprawdę specyficzna. Jest ich też sporo i można się pośród nich nieco pogubić. Przyznam, że dopiero w połowie książki zaczęłam się orientować, kto jest kim. Każdy jest jednak wyjątkowym indywiduum, ma swój własny talent i własny język. Ułatwia to odnaleźć się wśród załogi, ale także nawiązać z nimi pewną więź. Są oni przerysowani do przesady, by nadać postaciom walorów satyrycznych, co nie każdemu podejdzie. Osobiście, dla mnie był to najlepszy element.

Wrażenia
Morza wszeteczne zostawiły mnie z chęcią do sięgnięcia po kolejny tom. Finał zapowiada, że przygoda się będzie rozwijać dalej i jestem naprawdę ciekawa, w którym kierunku to może pójść. Widzę ogromny potencjał w tej trylogii. Myślę, że fani książek o Kociołku odnaleźliby się w tej przygodzie całkiem sprawnie.

Morza wszeteczne to pierwszy tom trylogii pirackiej napisanej przez Marcina Mortkę. Książkę wydało Wydawnictwo SQN, a zapoznałam się z nią poprzez audiobooka.

Akcja
Ciągle coś się dzieje. W tej książce nie ma nawet chwili na wzięcie oddechu, bo fabuła stale prze do przodu, a wydarzenia przeplatają się tak ściśle, że nie sposób się nudzić. Bardzo mocno zaangażowałam się w...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Smocza iskra to pierwszy tom serii Spark the Flames napisanej przez Ivy Asher. Ta pozycja to połączenie smoków z futurystycznym wielkim miastem oraz całą masą dworskich zagrywek. W Polsce książkę wydało Wydawnictwo MustRead.

Początkowo miałam spory problem z tą książką – nijak nie mogłam się w nią wgryźć. Nie jestem fanką prowadzenia narracji w czasie teraźniejszym, co jeszcze dodatkowo mnie odrzucało i potrzebowałam czasu, by się do tego przyzwyczaić. Ale główną przeszkodą był wstępny chaos. Działo się dużo, trochę nawet za dużo i trudno mi było się połapać w tym, gdzie się dzieje akcja, co się dokładnie dzieje i kim właściwie jest główna bohaterka.

Trudno mi powiedzieć, kiedy coś po prostu kliknęło. Nagle zdałam sobie sprawę, że jest pierwsza w nocy, a ja nie mam najmniejszej ochoty odkładać książki. Kolejnego razu ocknęłam się z lektury grubo po trzeciej i to tylko dlatego, że historia się skończyła. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz siedziałam nad książką do tak później pory – ani kiedy ostatnio nie zdawałam sobie sprawy, że siedzę do późna nad książką. Bo Smocza iskra wciągnęła mnie i to poważnie.

Czy jest to prześwietna pozycja, którą polecę każdemu? No nie. Jest ciekawa, to na pewno. Nie powiedziałabym, że jest jedyna w swoim rodzaju, ale mimo bazowania na typowych dla romantasy motywach nie czułam wtórności. Autorka zdołała je tak wzbogacić szerokim wachlarzem możliwości, dzięki czemu czytało się to bardzo dobrze i bez frustracji w formie déjà vu.

To jednak jest typowe romantasy i książka nie daje o tym zapomnieć. Dla fanów gatunku może się okazać świetna. Pozostałe elementy, takie jak futurystyczne miasto, mnóstwo nadnaturalnych stworzeń, magia, dworskie intrygi, tajemnice z przeszłości, to przede wszystkim otoczka, która jest wykorzystywana umiejętnie, ale przede wszystkim na potrzeby głównych wątków. Czyli relacji Even z Aesonem oraz eksplorowania problemów Ever.

Autorka tworząc historię ze zmiennokształtnymi smokami, wykreowała naprawdę ciekawy system społeczny. Jej smoki, choć nie pojawiają się zbyt mocno jako potężne bestie, a raczej głównie w swojej ludzkiej postaci, to dokładnie takie istoty, jak można się było spodziewać. Przeniosła typowo smocze i zwierzęce zachowania na ludzi i sprawiła, że wszystkie warczenia, zaborczość typowe dla romantasy nie tylko nabrały sensu, ale również wybrzmiewały dobrze. Momentami było to dziwne w odbiorze, ale zarysowała obrazy tej rasy tak jasno, że czytelnik przez cały czas miał świadomość, że nie czyta o ludziach (co często się zaciera przy innych nadnaturalnych rasach).

Jeśli chodzi o fabułę poza wątkiem relacji głównych bohaterów, wciągnęła mnie. Świat smoków okazał się być naprawdę bogatym miejscem. I pomimo początkowego chaosu później odnalazłam się w opowiadanej historii świetnie. Motywacje Ever były jasne, jej oderwanie od rzeczywistości smoków wyjaśnione, jej nieufność oraz ukrywany strach znajdowały solidne podstawy – w skrócie Asher w głównej osi fabularnej zbudowała potężny fundament pod kolejne tomy.

Jednocześnie wielu rzeczy mi zabrakło. Pojawiło się w książce kilka rzeczy, które zostały na ten moment porzucone. I o ile jest jasne, że część z nich będzie kontynuowana, tak mam wrażenie, że inne są zbyt małe, by o nich znów wspomnieć. Dało to jednak pewne poczucie niejasności i dysonansu, bo zdarzało się, że bohaterka mówiła, że musi coś zrobić, ale do tego już nigdy nie wróciła. Mimo że wydawało się ważne.

Smocza iskra to nie jest lektura dla każdego, ale uważam, że fani romantasy, smoków czy typowo kobiecego urban fantasy mogą się w niej dobrze odnaleźć. Trzeba jednak pamiętać, że jest to lektura dla dojrzałego czytelnika nie tylko ze względu na oczywiste dla gatunku sceny zbliżeń, ale również wulgarny język oraz często pojawiające się dwuznaczności (głównie w żartach). Przede wszystkim jest to lektura, która stanowi naprawdę dobrą oraz angażująca rozrywkę, a po odłożeniu pierwszego tomu nie mogę się doczekać, aż sięgnę po kolejny.

Smocza iskra to pierwszy tom serii Spark the Flames napisanej przez Ivy Asher. Ta pozycja to połączenie smoków z futurystycznym wielkim miastem oraz całą masą dworskich zagrywek. W Polsce książkę wydało Wydawnictwo MustRead.

Początkowo miałam spory problem z tą książką – nijak nie mogłam się w nią wgryźć. Nie jestem fanką prowadzenia narracji w czasie teraźniejszym, co...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Koniec śmierci to ostatni tom trylogii Wspomnienie o przeszłości Ziemi napisanej przez chińskiego autora sci-fi Cixina Liu. W Polsce książkę wydało Wydawnictwo Rebis, a zapoznałam się z nią łącząc słuchanie audiobooka z papierowym wydaniem.

Od samego początku Koniec śmierci nieco mnie onieśmielał. Jest to książka potężna – ponad osiemset stron – a do tego z gatunku sci-fi oraz z serii, która już mi pokazała, że nie zawsze jest dla mnie w pełni zrozumiała. Podobnie jak poprzedni tom, bywały momenty, w których po prostu musiałam przejść nad akapitem czy dwoma bez zagłębiania się w nie, by nie zniechęcić się naukowym żargonem. Dzięki temu powoli przemierzałam całą książkę aż dotarłam do końca.

Mówiąc szczerze, o ile książka jako całość mi się podobała, tak najbardziej chwyciły mnie bajki, czy też baśnie, które jeden z bohaterów stworzył dla Trisolarian, a jednocześnie ukrył w nich przekaz dla Ziemian. Opowieści Yun Tianminga były naprawdę dobre same w sobie i zaangażowałam się w nie chyba bardziej niż w główną historię tej części. Do tego bardzo mocno zyskały na wartości, gdy zawarte w nich przekazy zostały odkodowane i znalazły ważne znaczenia w dominującej osi fabularnej. Bardzo dobrze się bawiłam, łącząc elementy opowieści z działaniami bohaterów.

Książka sama w sobie była długa. Przez mnogość wydarzeń, nawet jeśli w większości skupiały się na tej samej bohaterce, miałam wrażenie, jakbym czytała dwie albo trzy książki – wciąż należące do jednej serii, ale jednak w sporym stopniu niezależne. Nie dziwi mnie takie odczucie, zwłaszcza że akcja tej książki rozciąga się nie w latach, ale w milionach lat. W pewnym momencie pod względem czasu autor wszedł na tak abstrakcyjne poziomy, że nie byłam sobie w stanie nawet ich wyobrazić. Było to celowym zabiegiem przy tym, co zamierzał opisać, ale trochę stracił mnie jako czytelnika. Nijak nie mogłam się do tego odnieść, no bo jak, jak również moja wyobraźnia zawiodła w takiej w gruncie rzeczy niewyobrażalnej skali.

Ponieważ akcja śledziła losy jednej bohaterki na przestrzeni tysiącleci, nie można było się obejść bez technologii hibernacji. I chociaż autor wprowadził ją w poprzednich częściach, przez co do niej przywykłam, tak tutaj mnie zmęczyła. Były chwile, gdy odnosiłam wrażenie, że Cheng Xin obudziła się tylko po to, by pokazać czytelnikowi, jak zmienił się świat, a potem znów została zahibernowana. Te fragmenty zostawiły mnie w sporym zmieszaniu i nie wiedziałam, co dokładnie o nich myśleć.

Muszę jednak przyznać, że autor bardzo ciekawie poprowadził losy ludzkości. Co prawda niektóre wydarzenia opisane zostały nieco po macoszemu, ale ogólny obraz był jasny. Pokazał historię gatunku, który zmagał się z olbrzymim zagrożeniem i nie poddawał się w walce o istnienie swojego jutra. A jednocześnie w jego opisach czuć było zmęczenie nacji i pewną… rezygnację, mimo ciągle podejmowanych prób ocalenia ludzkości. Koniec śmierci z całą pewnością zostawia czytelnika z wieloma przemyśleniami, nawet jeśli nie do końca może on wiedzieć, co z nimi zrobić.

Kończąc czytanie tej trylogii czuję zarówno sporą satysfakcję, bo były to dobre historie, z których sporo wyciągnęłam, ale również dozę rozczarowania, którego pochodzenia nie potrafię w pełni wyjaśnić. Może to kwestia rozległości tekstu? A może moich braków, które utrudniły mi pełne zrozumienie przekazów? Naprawdę nie wiem. Z całą pewnością będę jednak miło wspominać tę historię, a wyciągnięte z niej wnioski zostaną ze mną na dłużej.

Koniec śmierci to ostatni tom trylogii Wspomnienie o przeszłości Ziemi napisanej przez chińskiego autora sci-fi Cixina Liu. W Polsce książkę wydało Wydawnictwo Rebis, a zapoznałam się z nią łącząc słuchanie audiobooka z papierowym wydaniem.

Od samego początku Koniec śmierci nieco mnie onieśmielał. Jest to książka potężna – ponad osiemset stron – a do tego z gatunku sci-fi...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Ta część nie była aż tak porywająca, jak poprzednie. Miała w sobie chyba za dużo elementów, zabrakło takiego wątku przewodniego. Ale i tak się dobrze czytało.

Ta część nie była aż tak porywająca, jak poprzednie. Miała w sobie chyba za dużo elementów, zabrakło takiego wątku przewodniego. Ale i tak się dobrze czytało.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Zdecydowanie wolę historię Kane'ów niż jakąkolwiek książkę o Percym. Riordan dużo lepiej bawi się mitologią egipską i ma w niej zdecydowanie większe pole do popisu w kwestii swojej wyobraźni.

Czytało się to naprawdę dobrze. Podoba mi się format nagrania, dodaje charakteru bohaterom. Sama historia wciągała.

Zdecydowanie wolę historię Kane'ów niż jakąkolwiek książkę o Percym. Riordan dużo lepiej bawi się mitologią egipską i ma w niej zdecydowanie większe pole do popisu w kwestii swojej wyobraźni.

Czytało się to naprawdę dobrze. Podoba mi się format nagrania, dodaje charakteru bohaterom. Sama historia wciągała.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Była to naprawdę ciekawa pozycja, ale równocześnie czuję pewien zawód, bo pojedynek w Gospodzie Pijanego Nieśmiertelnego obiecany w opisie się nie wydarzył, mimo że cała książka polegała na dążeniu do niego...

Trochę się myliłam i gubiłam w bohaterach, ale ogólnie się bardzo dobrze bawiłam przy tej lekturze. Żałuję, że kolejne tomy nie wyszły po polsku. Może kiedyś się zainteresuje przeczytaniem tej historii dalej w angielskim przekładzie.

Była to naprawdę ciekawa pozycja, ale równocześnie czuję pewien zawód, bo pojedynek w Gospodzie Pijanego Nieśmiertelnego obiecany w opisie się nie wydarzył, mimo że cała książka polegała na dążeniu do niego...

Trochę się myliłam i gubiłam w bohaterach, ale ogólnie się bardzo dobrze bawiłam przy tej lekturze. Żałuję, że kolejne tomy nie wyszły po polsku. Może kiedyś się...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Maja i czas motyli Aleksandra Krzanowska, Radek Rak
Ocena 8,8
Maja i czas motyli Aleksandra Krzanowska, Radek Rak

Na półkach: , ,

Maja i czas motyli to książka dla dzieci napisana przez Radka Raka. Przepiękne ilustracje do jej wnętrza wykonała Aleksandra Krzanowska, a całość wydało Wydawnictwo Powergraph. Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością autora i zdecydowanie należało do udanych.

Maja i czas motyli to książka, która opowiada o chodzącej do piątej klasy Mai. W jej życiu zaszły wielkie zmiany przez rozstanie rodziców i dziewczynka spędza tydzień u mamy na nowoczesnym osiedlu, a tydzień u taty w wynajmowanym pokoju w domu pod lasem. Próbując odnaleźć się w tej nowej sytuacji, w nowym miejscu oraz z nowymi emocjami, zaczyna zauważać piękno ukryte w naturze.

Ta książka to nie tylko historia Mai, pełna emocji oraz pięknych ilustracji, ale również ogromna dawka wiedzy na temat otaczającego nas świata. Autor przemyca do narracji multum informacji o zwierzętach, głównie owadach. Do tego pomiędzy rozdziałami pojawiają się karty rodem z atlasów przyrodniczych – z zachwycającymi ilustracjami, opisami oraz nazwami łacińskimi gatunków. Wszystko okraszone komentarzem od autora, którym próbuje pobudzić dziecięcą ciekawość i przekazać czytelnikom miłość do wszystkiego, co żywe.

Osobiście byłam oczarowana sposobem, w jaki Radek Rak przedstawiał świat przyrody. Połączenie go z dziecięcą ciekawością, która pokonuje początkową niechęć, stanowiło genialny zabieg. Sprawiło to, że czytelnikowi łatwiej było się otworzyć na wiedzę oraz odkrywanie natury, bo robił to razem z główną bohaterką. Przekazywane informacje oraz drobne przygody, które przeżywała Maja związane z małymi zwierzątkami oraz owadami sprawiły, że i we mnie budziła się ciekawość i wręcz dziecięcy zachwyt.

Wzmacniają to cudowne ilustracje Aleksandry Krzanowskiej. Jest ich naprawdę sporo, a każda z nich po prostu zachwyca. Łapałam się na tym, że zamiast czytać dalej, przypatrywałam się mniej lub bardziej barwnym ilustracjom. Nie mogłam oderwać od nich wzroku. Doskonale uzupełniały historię i zachęcały, by się dalej w nią zagłębiać. Bardzo mi się podobało, że przy rysunkach roślin czy zwierząt pojawiały się również ich nazwy łacińskie, jak w prawdziwym, przyrodniczym atlasie.

W kwestii historii, to jest ona bardzo bogata. Autor porusza wiele tematów tak bardzo ważnych w świecie dzieci wchodzących powoli w wiek nastoletni. Świetnie pokazał dynamikę grupy rówieśniczej oraz jak łatwo jest wypaść z łask i stać się odludkiem w szkolnej klasie. Pokazał emocje, które przerastają dzieci, oraz bezradność dorosłych, którzy chcą pomóc, ale nie wiedzą, jak najlepiej to zrobić. Niejednokrotnie się przy tej pozycji wzruszałam, nieraz ścisnęło mnie za serce, ale były też chwile, gdy uśmiechałam się sama do siebie bądź zwyczajnie śmiałam.

Maja i czas motyli to książka naprawdę niezwykła. Jest pełna ciepła, jednocześnie porusza trudne, ale jak najbardziej realne problemy czy tematy. To pozycja, która sprawdzi się nie tylko idealnie do wspólnej lektury z dziećmi czy do polecenia młodszym, ale również może otworzyć oczy starszym. Bo jeśli jest jakaś lekcja, którą z niej wyniosłam, to to, by, tak jak Maja, nauczyć się obserwować naturę. Ma ona wiele do zaoferowania.

Recenzja powstała w ramach współpracy z wydawnictwem.

Maja i czas motyli to książka dla dzieci napisana przez Radka Raka. Przepiękne ilustracje do jej wnętrza wykonała Aleksandra Krzanowska, a całość wydało Wydawnictwo Powergraph. Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością autora i zdecydowanie należało do udanych.

Maja i czas motyli to książka, która opowiada o chodzącej do piątej klasy Mai. W jej życiu zaszły wielkie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Beksa to najnowsza powieść Agnieszki Kulbat, od której zdarzyło mi się sięgnąć zarówno po fantastykę, jak i thillery młodzieżowe. To tej drugiej grupy zalicza się również Beksa, wydana przez Wydawnictwo Book4YA.

Autorka już nie raz udowodniła, że bardzo dobrze sobie radzi w powieści. Tworzy dobrą fantastykę, ale jej thrillery młodzieżowe to zupełnie inna klasa. To petardy. Jestem co prawda laikiem gatunku i mało która pozycja mi podchodzi, ale Beksa była, krótko mówiąc, genialna. Fenomenalna. Gdybym mogła, przeczytałabym ją na raz – z żalem jednak odkładałam na bok, psiocząc pod nosem, że muszę spać (a raczej się wyspać).

Beksa opowiada historię Kaliny, która musiała szybko dorosnąć. Przez nieobecność rodziców przejęła na siebie obowiązek nie tylko wychowania młodszej siostry, ale również zapewnienia jej domu. Jej życie komplikuje się, w chwili, gdy poznaje Tymka – chłopaka, który szuka swojej zaginionej matki. I okazuje się, że jej zniknięcie ma coś wspólnego ze zniknięciem matki Kaliny sprzed lat. Stąd akcja już pędzi i to w taki sposób, że porywa czytelnika ze sobą.

Jeśli to nie wybrzmiało wcześniej, powtórzę – ta książka wciąga i naprawdę bardzo trudno jest się od niej oderwać. Autorka bardzo pomysłowo prowadzi narrację, która pozwala czytelnikowi odkrywać krok po kroku całą intrygę. Razem z bohaterami poznaje kolejne tajemnice oraz pogrzebane w przeszłości sekrety. Specyficznego uroku temu wszystkiemu dodaje również klimat starego blokowiska, gdzie rozgrywa się znacząca większość akcji. Były momenty, w których bez problemu mogłam sobie wyobrazić, że siedzę przy kuchennym stole obok Kaliny i Tymona, próbując rozwikłać zagadkę.

Bohaterowie, których wykreowała autorka, byli naprawdę dobrze skonstruowani. Od pierwszych chwil ich pojawienia się jasne było, co ich napędza oraz co jest dla nich najważniejsze – a co bardziej istotne, ukazywało się to w każdym ich działaniu. Kalina jako osoba z trudną przeszłością stanowiła bardzo dobrze przedstawioną postać mierzącą się z traumą, a jednocześnie próbującą być „twardą”, dla siostry. Z kolei Tymon, jako osoba w żałobie po stracie ojca, doskonale przejawiała oznaki samotności oraz potrzeby odpowiedzi.

Jak sama akcja i fabuła usnuta przez Agnieszkę Kulbat porywa, tak warto zwrócić również uwagę na pewne lekcje, płynące z tej historii. Przez różne koleje losu dwójka bohaterów nie tylko się do siebie zbliża, ale również odsłania swoje wnętrza. Beksa stanowi doskonały przykład ukazania świata, który wydaje się być pełen „twardych” ludzi, a jednocześnie jest w nim miejsce na wrażliwość i emocje. Do tego nie piętnuje ich, nie wzmacnia obrazu spychania smutku czy bezsilności na bok, a daje im miejsce i pozwala wybrzmieć. Jest to ważna lekcja nie tylko dla młodzieży, która wciąż uczy się mierzyć z własnymi emocjami, ale również dla dorosłych, którzy mogli zapomnieć, że czasami trzeba sobie na nie pozwolić.

Beksa to naprawdę warta uwagi pozycja, przy której łatwo zarwać nockę. Może stanowić świetną rozrywkę dla osób chcących zacząć czytać thrillery, ale także dla tych, którzy poszukują pełnej emocji pozycji z dawką zagadek kryminalnych. Zagwarantować mogę to, że przy tej książce nie ma mowy o nudzie.

Beksa to najnowsza powieść Agnieszki Kulbat, od której zdarzyło mi się sięgnąć zarówno po fantastykę, jak i thillery młodzieżowe. To tej drugiej grupy zalicza się również Beksa, wydana przez Wydawnictwo Book4YA.

Autorka już nie raz udowodniła, że bardzo dobrze sobie radzi w powieści. Tworzy dobrą fantastykę, ale jej thrillery młodzieżowe to zupełnie inna klasa. To petardy....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

The Raven Boys to pierwszy tom tetralogii Król Kruków napisanej przez Maggie Stiefvater. Książkę w Polsce wydało Wydawnictwo Uroboros. Czytając ją, przenosiłam się między polskim wydaniem papierowym w przekładzie Małgorzaty Kafel a oryginałem w audiobooku dostępnym na Storytel.

Zacznę od tego, że planowałam tę książkę przesłuchać po angielsku. Jeszcze nigdy nie miałam z tym problemu, czasami okazywało się to nawet przyjemniejsze niż czytanie przekładu. Jednak tutaj nie dałam rady. Przesłuchałam niecałą połowę i uznałam, że tego nie da się słuchać. Nie była to kwestia lektora – był w porządku, samego głosu czy interpretacji słuchało się dobrze. Winny był styl autorki. Sfiefvater, w moim odczuciu, niepotrzebnie komplikowała tekst. Sięgała po trudne słowa, które nie pojawiają się w użytku codziennym, a należą do kategorii „zabłyśnij na egzaminie ustnym na poziomie C2”.

I o ile rozumienie ich nie sprawiło mi problemu, tak całość brzmiała dla nie o tyle nienaturalnie, że musiałam zatrzymywać nagranie i zastanawiać się, co dokładnie autorka ma na myśli i co próbuje przekazać. Było to strasznie męczące przy audiobooku – w papierze najpewniej odebrałabym to inaczej. Żeby jednak na moją ocenę książki nie wpłynęła irytacja, przerzuciłam się na polski przekład. I to była najlepsza decyzja.

Tłumaczka odmieniła dla mnie tę książkę. Udało jej się zachować nieco ekscentryczny, nieco baśniowy klimat, który stworzyła autorka, a jednocześnie uprościć tekst pod przeciętnego odbiorcę. Bohaterowie nie zawsze mówili jak normalni ludzie, ale to dało się wyjaśnić na przykład ich pochodzeniem czy klasą społeczną. Polskie tłumaczenie sprawiło, że książka, którą miałam ochotę porzucić przez oryginał, stało się bardzo przyjemną lekturą.

Zostawiając kwestię tłumaczenia, fabularnie książka jest ciekawa. Autorka wprowadza małe, amerykańskie miasteczko, w którym żyją wróżki stawiające tarota i faktycznie posiadające nadprzyrodzone umiejętności, w którym chodzą duchy ludzi, którzy dopiero umrą, a także mieści się prestiżowa szkoła dla bogatych. Połączenie na pierwszy rzut oka wygląda bardzo specyficznie, jednak działa bardzo dobrze. Wszystko to dzięki Gansey’owi – uczniowi wspomnianej szkoły, który ma wręcz obsesję na punkcie linii mocy oraz legendarnej postaci Glendowera inspirowanej walijskim księciem.

Bohaterowie to specyficzna paczka. Cała piątka jest wyjątkowa na swój sposób i widać to na każdej płaszczyźnie. I chociaż to Blue jest wprowadzona jako pierwsza postać, przez co wydaje się być główną bohaterką, bardzo szybko staje się jasne, że wszystko toczyć się będzie wokół Gansey’a i jego przyjaciół. Naprawdę urzekło mnie, że autorce udało się stworzyć każdego z nich kompletnie innego i zachować ich inność konsekwentnie przez całą książkę. Do tego każdy z nich dostał swoje pięć minut, by zmierzyć się z osobistymi problemami w mniejszym lub większym stopniu.

The Raven Boys to książka, która łączy w sobie wiele gatunków. Czytelnik ma do czynienia nie tylko z wątkami młodzieżowymi i fantastycznymi, ale również z składnikami typowymi dla kryminałów czy thrillerów. Jednak przede wszystkim czuć w tej książce baśń, która dopiero się zaczyna. I jestem całkiem zaintrygowana, jak się dalej potoczy. Po kolejny tom sięgnę jednak tylko w przekładzie.

The Raven Boys to pierwszy tom tetralogii Król Kruków napisanej przez Maggie Stiefvater. Książkę w Polsce wydało Wydawnictwo Uroboros. Czytając ją, przenosiłam się między polskim wydaniem papierowym w przekładzie Małgorzaty Kafel a oryginałem w audiobooku dostępnym na Storytel.

Zacznę od tego, że planowałam tę książkę przesłuchać po angielsku. Jeszcze nigdy nie miałam z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Trochę bałam się sięgnąć po ten tom, bo historia wydawała się być w pełni zamknięta. Jednak w końcu się zdecydowałam, chociaż zamiast czytać, przesłuchałam audiobooka po angielsku. Trochę mi się przez to bohaterowie mylili, bo lektorka wymawiała ich imiona poprawnie, gdy moje wyobrażenie było nieco inne, ale szybko się przestawiłam. Pod względem fabuły ten tom wypada w gruncie rzeczy lepiej.
W przeciwieństwie do pierwszego tomu, bardziej zapada w pamięć, a cała książka skupia się na wydarzeniach fabularnych. Akcja jak się zacznie, tak trwa do końca, więc nie było momentów na różne misje, jak w pierwszym tomie – wszystkie zadania były związane z głównym wątkiem. Który sam w sobie był ciekawy, nawet jeśli główny czarny charakter mnie mało przekonał. Ale to mogła być kwestia dialogów. Wszystkie postacie wypowiadały się bardzo… patetycznie. Większość monologów przemieniała się w przemowy, które brzmiały dość sztucznie, oderwanie i nie na miejscu.
Zaskoczył mnie finał trójkąta miłosnego, co powinno zadziałać na plus, ale nie zadziałało – mam problem dostrzec podstawy pod tę decyzję, zwłaszcza że cała książka była na „nie”.
Ogólnie czytało się to dobrze. Lepiej niż pierwszy tom. Ale czy ciągnie mnie, by wrócić do tego świata dzięki świeżo wydanemu prequelowi? No, to już nie.

Trochę bałam się sięgnąć po ten tom, bo historia wydawała się być w pełni zamknięta. Jednak w końcu się zdecydowałam, chociaż zamiast czytać, przesłuchałam audiobooka po angielsku. Trochę mi się przez to bohaterowie mylili, bo lektorka wymawiała ich imiona poprawnie, gdy moje wyobrażenie było nieco inne, ale szybko się przestawiłam. Pod względem fabuły ten tom wypada w...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Córka Bogini Księżyca wydawała mi się książką, która bardzo dobrze wpasuje się w moje gusta. Opis zapowiadał pełną epickich przygód historię z masą tajemnic. Jednak przy lekturze z każdym kolejnym rozdziałem mój zapał słabł, a sama książka okazała się być dość… nijaka.
Czytając, miałam silne wrażenie, że gdzieś kiedyś już coś takiego czytałam, a nawet przychodziły mi konkretne pozycje, które wykorzystywały podobne zabiegi. Tak naprawdę autorka napisała książkę bezpieczną. Sięgnęła po znane i lubiane motywy, po czym zbudowała z nich opowieść, którą się dobrze czyta i dobrze się przy niej bawi, ale niewiele z niej zostaje w pamięci.
Książka oparta jest raczej na epizodach niż wydarzeniach prowadzących jedne do kolejnych, co ma swój urok, ale w pewnym momencie zaczęło mnie nieco męczyć. Ciągle szukałam czegoś, co by je ze sobą ciaśniej połączyło. Pojawiło się takie połączenie, ale dopiero pod koniec, chociaż nie było w nim niczego zaskakującego. A samo zakończenie zostało skonstruowane w taki sposób, że równie dobrze mogłoby być końcem tej historii. Otwartym, ale wciąż końcem.
To nie jest zła książka. Ale nie jest też dobra. Po lekturze niewiele zostało mi w głowie jeśli chodzi o fabułę i przez to trochę się obawiałam sięgnąć po ciąg dalszy.

Córka Bogini Księżyca wydawała mi się książką, która bardzo dobrze wpasuje się w moje gusta. Opis zapowiadał pełną epickich przygód historię z masą tajemnic. Jednak przy lekturze z każdym kolejnym rozdziałem mój zapał słabł, a sama książka okazała się być dość… nijaka.
Czytając, miałam silne wrażenie, że gdzieś kiedyś już coś takiego czytałam, a nawet przychodziły mi...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Jest to prosta historia o prostej fabule. Chociaż zabrakło mi tego baśniowego klimatu, który ceniłam w Caravalu. Autorka ma styl, przez który dużo się dzieje, ale kosztem tego jest fakt, że całość wypada... naiwnie. Zwłaszcza w kwestii motywacji postaci, przedstawiania miłości czy tego, że banalnie proste plany w pełni się udają.
Jest to coś między guilty pleasure a comfort read. A jednocześnie nie pasuje do żadnej z tych kategorii.

Jest to prosta historia o prostej fabule. Chociaż zabrakło mi tego baśniowego klimatu, który ceniłam w Caravalu. Autorka ma styl, przez który dużo się dzieje, ale kosztem tego jest fakt, że całość wypada... naiwnie. Zwłaszcza w kwestii motywacji postaci, przedstawiania miłości czy tego, że banalnie proste plany w pełni się udają.
Jest to coś między guilty pleasure a comfort...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Poławiacze sunu to niezwykła książka osadzona na morzu, którą napisał Michał Organiściak. Jest to powieściowy debiut, o którym bym nie powiedziała, że jest debiutem. Książkę wydało Wydawnictwo Fabryka Słów.

Poławiacze sunu to morska opowieść o dwóch braciach, którzy muszą mierzyć się z różnymi przeciwnościami losy. Starszy, Marten, to żeglarz będący o krok od objęcia roli kapitana okrętu, który mierzy się z skrywanym w tajemnicy uzależnieniem. Z kolei młodszy, Cobar, to student prawa, którego bardziej interesują romanse niż nauka, przez co pakuje się w kłopoty. Ich losy zbiegają się i wprowadzają czytelnika w opowieść pełną magii, morza i morskich potyczek.

Pierwszym, co skrada uwagę przy tej pozycji, jest sunu. To narkotyk wyławiany z dna morskiego, który nie tylko uzależnia na zawsze, ale również daje potężne moce – od wyostrzonych zmysłów, przez supersiłę, aż do magii. Jest to naprawdę świetny zabieg światotwórczy. Nie dość, że nakłada ograniczenia na użytkowników magii, to jeszcze zmusza ich do ponoszenia potężnej ceny. Stanowi to bardzo dobrze przemyślany element świata, który stworzył autor i już za samo to należy mu się uznanie.

Postacie są bardzo ciekawie skonstruowane. Czytelnik z łatwością może je polubić i to niezależnie od tego, czy podziela ich przekonania lub wspiera decyzje. Nie jest też ich wiele, dzięki czemu nie tylko nie sposób się pośród nich pogubić, ale również można każdego bohatera poznać lepiej. Sporo ułatwia tutaj także styl autora, który jest naprawdę przyjemny, a do tego bardzo obrazowy. Przez książkę się płynie i kolejne rozdziały mijają w mgnieniu oka.

Jeśli chodzi o fabułę, może się wydawać, że wiele jej elementów się ze sobą nie łączy, ale to tylko pozory. Autor zadbał, by nie zostawiać niczego przypadkowi. Każde przedstawione na kartach powieści wydarzenie jest tam nie bez powodu, niczym kawałek układanki, której pełen obraz pojawia się dopiero przy złożeniu w całość. Igra to z umysłem czytelnika, ale równocześnie przynosi mnóstwo satysfakcji, gdy kolejny kawałek wpada na swoje miejsce i następuje moment „aha!”.

Akcja jest naprawdę warta. Nawet w chwilach, które funkcjonują jako mała dygresja od głównej osi fabularnej, tempo jest zachowane i żaden rozdział nie odbiega od narzuconego rytmu. I chociaż narracja prowadzona jest z kilku punktów widzenia, nie ma poczucia chaosu czy przesycenia. Autorowi udało się zachować wszystkie elementy w niemal idealnej równowadze. Sprawia to, że książkę naprawdę trudno jest wyrzucić z głowy. W ciągu dnia łapałam się na tym, że myślałam o ostatnich punktach fabularnych i nie mogłam się doczekać, aż znów usiądę do lektury.

Świat przedstawiony w Poławiaczach sunu to świat magiczny. Zostały w nim wprowadzone różne stworzenia, które ożywiają całość i nadają mu różnorodności. Wszechobecna magia, nawet jeśli niesie ze sobą wielką cenę, działa w tym świecie dobrze. Stawki są jasne od początku, a do tego napędzają sobą motywacje bohaterów. Chociaż muszę przyznać, że mam pewne wątpliwości co do rozwiązania problemu uzależnienia, który w pewnym momencie został dość mocno złagodzony. Oczywiście, rozwiązanie funkcjonuje w myśl zasady coś za coś, ale nie jestem fanką wiadomości, którą to wysyła czytelnikowi, a mianowicie, że uzależnienie można wyleczyć przez działanie drugiej osoby.

Michał Organiściak stworzył naprawdę dobrze dopracowaną powieść, przy której bawiłam się fenomenalnie. Zostawił przy tym na tyle szeroko otwarte zakończenie, że czytelnik ma spore podstawy oczekiwać ciągu dalszego. Jestem naprawdę ciekawa, co jeszcze autor ma w zanadrzu i liczę, że pozwoli na powrót do świata Martena oraz Cobara.

Recenzja powstała w ramach współpracy z wydawnictwem.

Poławiacze sunu to niezwykła książka osadzona na morzu, którą napisał Michał Organiściak. Jest to powieściowy debiut, o którym bym nie powiedziała, że jest debiutem. Książkę wydało Wydawnictwo Fabryka Słów.

Poławiacze sunu to morska opowieść o dwóch braciach, którzy muszą mierzyć się z różnymi przeciwnościami losy. Starszy, Marten, to żeglarz będący o krok od objęcia roli...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Bond skradł show. Uwielbiam go.

Bond skradł show. Uwielbiam go.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Dualizm to drugi tom trylogii Projekt Echo napisanej przez Natalię Szmigiel. Książka została wydana przez autorkę. Odkryłam ją kiedyś przez przypadek na Instagramie i nie żałuję, że dałam się porwać tej opowieści.

Książka kontynuuje opowieść z poprzedniego tomu, z Keito uwięzionym w świecie Echo z zadaniem odnalezienia Prawdziwego, ale równocześnie pokazuje dużo bardziej, co się dzieje w rzeczywistości. Ze sporą chęcią wróciła do tej historii, chociaż początkowo nieco trudno było mi się w nim odnaleźć. Na szczęście wystarczyło kilka stron, bym przypomniała sobie najważniejsze rzeczy.

Muszę przyznać, że ten tom czytało mi się lepiej niż poprzedni. Z jednej strony przywykłam do stylu autorki, a z drugiej wszystko to, co było dla mnie wadą przy pierwszej części, tutaj nie tylko nie było zaskoczeniem, ale również nabrało sensu w fabule. Postać Seungkwana była dla mnie zawsze problematyczna – bardzo gryzł się z wizerunkiem ugodowych, oddanych i lojalnych pracowników, który utrwalił mi się w głowie. W tej części dużo lepiej zrozumiałam jego postać i muszę przyznać, że jest naprawdę genialna.

Seugkwan to idealny przykład postaci obsesyjnej i egoistycznej, której działania w gruncie rzeczy napędzają praktycznie całą fabułę. Można się pokusić o sformułowanie, że jest czarnym charakterem tej książki. I jest to o tyle ciekawe, że on jako postać tak siebie nie postrzega. Czytelnik ciągle widzi dowody na to, że ten bohater uważa się za dobrego, za oddanego i zdolnego poświęcić wszystko (łącznie z człowieczeństwem) dla Keito. Tworzy to naprawdę głęboki dysonans u czytelnika i nauczyłam się go doceniać. To postać bardzo dobrze skonstruowana. Nie jest może bohaterem, którego polubiłam, bo trudno go polubić, ale nie sposób go nie docenić. Zwłaszcza kiedy pogrąża się coraz bardziej w swojej obsesji.

Jeśli chodzi o główną część historii, czyli Keito i Sotę, była ona dla mnie odrobię chaotyczna. Będę szczera, kiedy powiem, że nie zawsze w pełni rozumiałam, co się działo. Ma to wiele wspólnego z pojęciem Robota, które nieco mnie przerosło i potrzebowałam naprawdę dłuższej chwili, by mniej więcej zrozumieć, o co chodzi. Autorka wszystko tłumaczy, ale już przy pierwszym tomie odkryłam, że dla mnie te wyjaśnienia to często za mało i muszę zobaczyć to wszystko w akcji, w fabule, jak to działa, bo same powiedzenie, jak jest, to trochę mało.

Podobało mi się, że mieliśmy okazję zobaczyć nieco więcej elementów Echa, tym razem nieco mniej idealnych. A i że również te idealny zostały obdarte w jakimś stopniu z woalki i razem z bohaterami mogliśmy zobaczyć je takie, jakie są naprawdę. Trzeba przyznać, że autorka dużo tutaj namąciła mi w głowie. Z jednej strony wiedziałam, że Echo nie jest idealne, podobnie jak jej twórca, ale z drugiej dopiero w tym tomie dostałam na to dowód, którego nie sposób było w żaden sposób umniejszyć. W pewnym sensie poczułam się obdarta ze swojego kocyka bezpieczeństwa w tej lekturze i zmuszona, by spojrzeć na postacie w inny sposób. I bardzo mi się to podobało. Wzmocniło przemiany, jakie zaszły w bohaterach.

W kwestii stylu to zdecydowanie widać poprawę. Czuć po tekście, że autorka rozwinęła swój warsztat. Były momenty, kiedy odnosiłam wrażenie, że czytam o tym samym, chociaż to głównie w wątku Seungkwana. Z jednej strony rozumiem, że to miało podkreślić jego obsesję i charakter, ale w pewnym momencie stało się to ciut męczące. Odniosłam też wrażenie, że autorka bardzo chciała, by czytelnik to zauważył, więc celowo o tym trochę niepotrzebnie przypominała. Były to jednak momenty. Ogólnie książkę czytało się dużo przyjemniej niż pierwszy tom.

Po finale, jaki został przedstawiony w Dualizmie, jestem naprawdę zaintrygowana, co zamierza zaprezentować autorka w ostatnim tomie. Nie mogę się doczekać, aż będę mogła po niego sięgnąć i poznać zakończenie historii Keito, Soty oraz co stanie się z Seungkwanem, co mnie, mówiąc szczerze, w tym momencie ciekawi chyba najbardziej. Ostatnia scena nie zdradza zbyt wiele i jest tak szeroko otwarta, jak tylko się da – sprawia to, że można oczekiwać wszystkiego.

Dualizm to drugi tom trylogii Projekt Echo napisanej przez Natalię Szmigiel. Książka została wydana przez autorkę. Odkryłam ją kiedyś przez przypadek na Instagramie i nie żałuję, że dałam się porwać tej opowieści.

Książka kontynuuje opowieść z poprzedniego tomu, z Keito uwięzionym w świecie Echo z zadaniem odnalezienia Prawdziwego, ale równocześnie pokazuje dużo bardziej,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Wojna w blasku dnia to trzeci tom cyklu Demonicznego napisanego przez Petera V. Bretta. Książki wydało w Polsce wydawnictwo Fabryka Słów, a ja zapoznałam się z nimi w wydaniu dwuczęściowym (dwuksiążkowym). Książki przesłuchałam w formie audiobooka.

Recenzja dotyczy część 1 i 2 tomu trzeciego.

Powiem to wprost – z tomu na tom jestem coraz bardziej rozczarowana tą serią. Pierwszy tom był świetny i bawiłam się przy nim wspaniale. Dał mi dokładnie to, czego szukałam, czyli dorastającego bohatera, brutalny świat z demonami i do tego pełen niebezpieczeństw. A potem pojawiły się wątki Krasjan, które przyniosły ze sobą zbyt wiele podobieństwo do Diuny i wszystko zaczęło się psuć.

O ile jeszcze podobieństwo do Diuny rozumiem, w końcu obie historie bazują na tej samej kulturze jako źródle i inspiracji dla tworzonych nacji, tak od tomu drugiego treści książki zaczęły się coraz bardziej oddalać od demonów. A to przecież miała być historia o walce z nimi. W Wojnie w blasku dnia podział tomu na dwie części bardzo wyraźnie podkreśla również podział fabularny. Bo w gruncie rzeczy cześć pierwsza to liczne intrygi polityczne i matrymonialne (które zdecydowanie górują), a dopiero druga ma coś wspólnego z demonami.

Przez pierwszą część się przemęczyłam, niestety. Nie dała mi niczego, czego oczekiwałam po tej książce. A do tego wprowadziła perspektywę Inevery, która wniosła niewiele nowego. W zasadzie stanowiła przypomnienie historii, którą jako czytelnicy poznaliśmy w tomie pierwszym z punktu widzenia Arlena oraz w tomie drugim z punku widzenia Jardira – więc w gruncie rzeczy po raz trzeci czyta się o niemal o tym samym. Nie odczułam, by te wprowadzone informacje jakoś odświeżyły mi te wątki. Wręcz przeciwnie, to, co było najważniejsze, pojawiło się później gdzieś w narracji, więc nie były niczym nowym. Jedyne, co udało się autorowi osiągnąć, to przybliżyć czytelnikowi instytucję dama’thing i pokazać, że to w gruncie rzeczy przeniesione z Diuny i dostosowane do realiów cyklu Bene Gesserit.

Męczyło mnie także to ogromne skupienie na wątkach matrymonialnych. O ile rozumiem potrzeby sojuszów politycznych, gdzie takie wątki sprawdzają się najlepiej, tak mam wrażenie, że czytałam tylko i wyłącznie o tym. Dotyczyło to Rojera, dotyczyło to Leeshy, Inevery, Jardira, także Arlena i Renny – w zasadzie nie uchronił się żaden główny bohater. I to jeszcze byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że oprócz tego nie działo się praktycznie nic innego. A jeśli pojawiały się demony, to epizodycznie. Boli mnie, że tak ważny element świata został sprowadzony do narzędzia i traci na znaczeniu, o ile nie jest konieczny, by przeć akcję do przodu, jak to się dzieje w drugiej części.

Zostając jeszcze przy bohaterach, po lekturze pierwszej części chyba straciłam sympatię do każdego z nich. O ile po poprzednim tomie wciąż lubiłam Arlena, Wondę czy Rojera, tak tutaj zostali oni do tego stopnia spłyceni, potraktowani po macoszemu lub wpakowani niezbyt udanie w wątek pseudomiłosny, że stracili wszystko, co czyniło ich dobrze zbudowanymi postaciami. Leesha zmieniła się głównie w narzędzie zazdrości, podobnie jak Renna, która chociaż wprowadziła bardzo ciekawy aspekt wzmacniania się demoniczną magią, tak zszedł on na plan dalszy, bo ciągle wywoływała sceny chorobliwej zazdrości, która nie miała najmniejszego sensu. Ani tym bardziej trudno mi było zrozumieć, jaki to ma znaczenie dla książki, poza wymęczeniem czytelnika.

Druga część była lepsza, ale niewiele. Przede wszystkim w końcu pojawiły się demony. W końcu! W książce o demonach, przypomnę. Ale i tak trudno było mi odnaleźć satysfakcję w scenach walki z nimi. Jednym z powodów było rozbicie fabularne akcji na dwie, oddalone od siebie lokację. Autor dokonał wyboru, by wydarzenia dziejące się w tym samym czasie (noc nowiu) opisać najpierw z Zakątu, a potem z Lenna Everama. Zgrzytało mi to lekko, bo przejście między lokacjami miało miejsce dopiero po tym, jak bohaterowie z Zakątka całkowicie zamknęli wątek nowiu. Trochę pomieszało mi to w głowie, bo z jednej strony zamknięto temat, ale na następnej stronie otwierał się on dla Jardira i czas się cofał o kilka dni. Dla innych może to zadziałało, ale osobiście odczułam spadek znaczenia tych wydarzeń.

Finał był najlepszym momentem w książce, choć mam wrażenie, że był nieco pośpieszny. I o ile wprowadza ogromne zmiany, które z pewnością sporo namieszają w kolejnych tomach, jako czytelnik znalazłam się w trudnej chwili. Bardzo poważnie rozważam, czy nie porzucić serii. Mam dość irytowania się na krążenie w kółko wokół tych samych tematów matrymonialnych przez połowę tomu i kompletne spychanie na bok tego, co powinno być stałym elementem fabuły. Jednak jestem optymistką i trudno mi zrezygnować. To kwestia, którą muszę poważnie przemyśleć.

Wojna w blasku dnia to trzeci tom cyklu Demonicznego napisanego przez Petera V. Bretta. Książki wydało w Polsce wydawnictwo Fabryka Słów, a ja zapoznałam się z nimi w wydaniu dwuczęściowym (dwuksiążkowym). Książki przesłuchałam w formie audiobooka.

Recenzja dotyczy część 1 i 2 tomu trzeciego.

Powiem to wprost – z tomu na tom jestem coraz bardziej rozczarowana tą serią....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Wojna w blasku dnia to trzeci tom cyklu Demonicznego napisanego przez Petera V. Bretta. Książki wydało w Polsce wydawnictwo Fabryka Słów, a ja zapoznałam się z nimi w wydaniu dwuczęściowym (dwuksiążkowym). Książki przesłuchałam w formie audiobooka.

Recenzja dotyczy część 1 i 2 tomu trzeciego.

Powiem to wprost – z tomu na tom jestem coraz bardziej rozczarowana tą serią. Pierwszy tom był świetny i bawiłam się przy nim wspaniale. Dał mi dokładnie to, czego szukałam, czyli dorastającego bohatera, brutalny świat z demonami i do tego pełen niebezpieczeństw. A potem pojawiły się wątki Krasjan, które przyniosły ze sobą zbyt wiele podobieństwo do Diuny i wszystko zaczęło się psuć.

O ile jeszcze podobieństwo do Diuny rozumiem, w końcu obie historie bazują na tej samej kulturze jako źródle i inspiracji dla tworzonych nacji, tak od tomu drugiego treści książki zaczęły się coraz bardziej oddalać od demonów. A to przecież miała być historia o walce z nimi. W Wojnie w blasku dnia podział tomu na dwie części bardzo wyraźnie podkreśla również podział fabularny. Bo w gruncie rzeczy cześć pierwsza to liczne intrygi polityczne i matrymonialne (które zdecydowanie górują), a dopiero druga ma coś wspólnego z demonami.

Przez pierwszą część się przemęczyłam, niestety. Nie dała mi niczego, czego oczekiwałam po tej książce. A do tego wprowadziła perspektywę Inevery, która wniosła niewiele nowego. W zasadzie stanowiła przypomnienie historii, którą jako czytelnicy poznaliśmy w tomie pierwszym z punktu widzenia Arlena oraz w tomie drugim z punku widzenia Jardira – więc w gruncie rzeczy po raz trzeci czyta się o niemal o tym samym. Nie odczułam, by te wprowadzone informacje jakoś odświeżyły mi te wątki. Wręcz przeciwnie, to, co było najważniejsze, pojawiło się później gdzieś w narracji, więc nie były niczym nowym. Jedyne, co udało się autorowi osiągnąć, to przybliżyć czytelnikowi instytucję dama’thing i pokazać, że to w gruncie rzeczy przeniesione z Diuny i dostosowane do realiów cyklu Bene Gesserit.

Męczyło mnie także to ogromne skupienie na wątkach matrymonialnych. O ile rozumiem potrzeby sojuszów politycznych, gdzie takie wątki sprawdzają się najlepiej, tak mam wrażenie, że czytałam tylko i wyłącznie o tym. Dotyczyło to Rojera, dotyczyło to Leeshy, Inevery, Jardira, także Arlena i Renny – w zasadzie nie uchronił się żaden główny bohater. I to jeszcze byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że oprócz tego nie działo się praktycznie nic innego. A jeśli pojawiały się demony, to epizodycznie. Boli mnie, że tak ważny element świata został sprowadzony do narzędzia i traci na znaczeniu, o ile nie jest konieczny, by przeć akcję do przodu, jak to się dzieje w drugiej części.

Zostając jeszcze przy bohaterach, po lekturze pierwszej części chyba straciłam sympatię do każdego z nich. O ile po poprzednim tomie wciąż lubiłam Arlena, Wondę czy Rojera, tak tutaj zostali oni do tego stopnia spłyceni, potraktowani po macoszemu lub wpakowani niezbyt udanie w wątek pseudomiłosny, że stracili wszystko, co czyniło ich dobrze zbudowanymi postaciami. Leesha zmieniła się głównie w narzędzie zazdrości, podobnie jak Renna, która chociaż wprowadziła bardzo ciekawy aspekt wzmacniania się demoniczną magią, tak zszedł on na plan dalszy, bo ciągle wywoływała sceny chorobliwej zazdrości, która nie miała najmniejszego sensu. Ani tym bardziej trudno mi było zrozumieć, jaki to ma znaczenie dla książki, poza wymęczeniem czytelnika.

Druga część była lepsza, ale niewiele. Przede wszystkim w końcu pojawiły się demony. W końcu! W książce o demonach, przypomnę. Ale i tak trudno było mi odnaleźć satysfakcję w scenach walki z nimi. Jednym z powodów było rozbicie fabularne akcji na dwie, oddalone od siebie lokację. Autor dokonał wyboru, by wydarzenia dziejące się w tym samym czasie (noc nowiu) opisać najpierw z Zakątu, a potem z Lenna Everama. Zgrzytało mi to lekko, bo przejście między lokacjami miało miejsce dopiero po tym, jak bohaterowie z Zakątka całkowicie zamknęli wątek nowiu. Trochę pomieszało mi to w głowie, bo z jednej strony zamknięto temat, ale na następnej stronie otwierał się on dla Jardira i czas się cofał o kilka dni. Dla innych może to zadziałało, ale osobiście odczułam spadek znaczenia tych wydarzeń.

Finał był najlepszym momentem w książce, choć mam wrażenie, że był nieco pośpieszny. I o ile wprowadza ogromne zmiany, które z pewnością sporo namieszają w kolejnych tomach, jako czytelnik znalazłam się w trudnej chwili. Bardzo poważnie rozważam, czy nie porzucić serii. Mam dość irytowania się na krążenie w kółko wokół tych samych tematów matrymonialnych przez połowę tomu i kompletne spychanie na bok tego, co powinno być stałym elementem fabuły. Jednak jestem optymistką i trudno mi zrezygnować. To kwestia, którą muszę poważnie przemyśleć.

Wojna w blasku dnia to trzeci tom cyklu Demonicznego napisanego przez Petera V. Bretta. Książki wydało w Polsce wydawnictwo Fabryka Słów, a ja zapoznałam się z nimi w wydaniu dwuczęściowym (dwuksiążkowym). Książki przesłuchałam w formie audiobooka.

Recenzja dotyczy część 1 i 2 tomu trzeciego.

Powiem to wprost – z tomu na tom jestem coraz bardziej rozczarowana tą serią....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Ciemny las to drugi tom trylogii Wspomnienie o przyszłości Ziemi napisanej przez chińskiego autora Cixina Liu. W Polsce wydało ją Wydawnictwo Rebis. Po serię sięgnęłam w ramach wyzwania 12 serii w 12 miesięcy, a ten tom przesłuchałam jako audiobook.

Nie wiem, czy decyzja, by przerzucić się na audiobooka, była najlepsza. Żeby nie było, słuchało się tej książki bardzo dobrze, a lektor spisał się doskonale. Jednak w tym tomie pojawiło się dużo więcej informacji naukowych i technologicznych niż w poprzednim, a do tego autor wplótł w tekst sporo myśli filozoficznych, które trudno mi się śledziło, gdy nie miałam ich przed oczami. Miało to więc wpływ na to, jak rozumiałam opisywane wydarzenia.

Nie sprawiło to jednak, że książkę odebrałam źle – wręcz przeciwnie, zaskoczyła mnie na wielu płaszczyznach i w gruncie rzeczy bardzo mi się podobała. Wywołała też w moim umyśle mnóstwo refleksji, nad którymi spędziłam kilka bezsennych wieczorów. Z wielu względów ten tom podszedł mi nawet lepiej niż poprzedni, choć mam w nim pewne „ale”.

W całej książce autor najbardziej przekonał mnie pomysłem na wpatrujących się w ścianę jako głównej taktyce w starciu ludzkości przeciwko Trisolarianom. Nie dość, że idealnie pasowało to do stworzonej przez niego sytuacji, gdzie wszelkie informacje były przechwytywane przez przyszłych najeźdźców, to jeszcze samo w sobie było dość… absurdalne. Ale w takim pozytywnym sensie. W gruncie rzeczy taka taktyka byłaby nie do pomyślenia – przekazać ogromną władzę na barki kilku ludzi, którzy mają wręcz zabronione dzielić się swoimi planami, a ich polecenia powinny być wypełniane bez żadnych pytań. Brzmi to nieco jak pomysł na komedię.

A jednak autor sprawia, że działa to świetnie. Stanowi to nie tylko źródło wielu paradoksów, z którymi mierzą się bohaterowie, ale jest również bogatą pożywką do rozmyślań dla zarówno postaci jak i czytelnika. Do tego wprowadza mnóstwo niewiadomych, które zamieniają się w grę – co jest planem, a co jest zmyłką. Co prawda grę komplikuje nieco fakt, że do zrozumienia wielu pomysłów trzeba nieco bardziej rozumieć fizykę, astrofizykę czy technologię, ale nie znaczy to, że nie można dobrze się bawić przy czytaniu lub słuchaniu jako swoisty obserwator.

Ciemny las to książka, której akcja rozgrywa się na przestrzeni nie tyle co lat, a wieków. Przedstawia nie tylko ogromny przeskok technologiczny, ale finalnie również i upadek technologii. A do tego dzięki hibernacji i przeniesieniu postaci z przeszłości do przyszłości autor buduje świetnie wybrzmiewający kontrast pozwalający na porównanie dwóch rzeczywistości. Buduje tym nieco przerażający obraz świata oraz ludzi, z którego wiele elementów można odnaleźć także w codzienności – co tylko dodaje całości terroru.

Najciekawszy element stanowi jednak problem, który przedstawia sam tytuł. Cixin Liu stworzył ideę wszechświata wypełnionego życiem będący swoistym ciemnym lasem – miejscem pełnym niebezpieczeństw, gdzie lepiej milczeć i się kryć, niż być znanym. Gdzie lepiej atakować i unicestwić innych, by samemu pozostać ukrytym. To naprawdę intrygujący koncept, chociaż muszę przyznać, że potrzebowałam czasu, by dokładniej go zrozumieć. Podejrzewam, że było to spowodowane formą audiobooka, która nieco utrudniła mi przyswojenie treści (jestem jednak wzrokowcem).

Nie jest to książka bez wad. Dla mnie była bardzo długa, a obecności wielu przedstawionych wydarzeń nie bardzo rozumiem. Może to być moje ograniczenie poznawcze, może to kwestia audiobooka, a może zrozumienie ma dopiero nadejść, na co trochę liczę. Długość książki, a także rozciągnięcie akcji na setki lat sprawiły, że miałam wrażenie, że nie przeczytałam jednej pozycji, a wręcz kilka. Z tego powodu nieco trudno mi tak dokładniej powiedzieć, co jest główną fabułą – po prostu bardzo dużo się działo.

Nie zmienia to jednak faktu, że całość wybrzmiewa bardzo dobrze. Ciemny las zdecydowanie przeczy klątwie drugiego tomu, która często przewija się w rozbudowanej fantastyce. Może nie wszystko zrozumiałam, ale i tak książka stanowi kawał świetnego science fiction, po który warto sięgnąć.

Ciemny las to drugi tom trylogii Wspomnienie o przyszłości Ziemi napisanej przez chińskiego autora Cixina Liu. W Polsce wydało ją Wydawnictwo Rebis. Po serię sięgnęłam w ramach wyzwania 12 serii w 12 miesięcy, a ten tom przesłuchałam jako audiobook.

Nie wiem, czy decyzja, by przerzucić się na audiobooka, była najlepsza. Żeby nie było, słuchało się tej książki bardzo...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Słońce Londynu to drugi i finałowy tom dylogii Imperium Kolibra napisanej przez Żanetę Siemsię-Pindur. Książka wydana przez Wydawnictwo Spisek Pisarzy opowiada historię świata, gdzie Aztekowie podbili Europę, a ich bogowie okazują się prawdziwi – i głodni ofiar.

Minęło sporo czasu, odkąd czytałam pierwszy tom i chociaż wiele rzeczy zostało mi w głowie, z sporą ulgą powitałam podsumowanie poprzedniej części. Pomogło mi się to odnaleźć w zbudowanym przez autorkę świecie, a także odkopać w pamięci wszystko, co było mi potrzebne do powrotu do lektury skupionej na losach Eztliego oraz Toltecatla. Sięgnęłam po ten tom bardzo podekscytowana, że w końcu poznam ich dalszą historię.

Trzeba przyznać autorce, że wykonała świetną robotę z przeniesieniem kultury Azteków do Europy, zbudowaniem silnie podzielonego społeczeństwa i zmierzeniem się z konsekwencjami takich decyzji światotwórczych. Podział między ludźmi w Londynie widać na każdym kroku – wystarczy spojrzeć na imiona bohaterów. Sam Eztli de Garlande, jeszcze przed całą spiralą wydarzeń z pierwszego tomu, nie miał łatwo przez swoje mieszane pochodzenie. Ten tom idzie jednak dalej i mocniej zagłębia się nie tylko w brutalne rządy Azteków, ale również w rewolucyjne działania Europejczyków.

Cała książka przesycona jest ciężką atmosferą. Jest to spowodowanie nie tylko stawkami, o jakie toczy się fabuła, ale również srogą zimą panującą nad miastem. Pradawny i niebezpieczny bóg wciąż czeka na swoją ofiarę, a im dłużej czeka, tym poważniejsza staje się sytuacja. Czytelnik ma okazję śledzić wydarzenia z dwóch różnych frontów, zarówno ze strony kapłanów, jak i strony rewolucjonistów. Nadaje to całej powieści ciekawej dynamiki, która sprawia, że trudno się od niej oderwać.

Nie będę ukrywać, że to właśnie rewolucja będąca naturalnym wynikiem panowania Azteków była tym, co mnie w książce najbardziej zainteresowało. Książka nikogo nie szczędziła i przedstawiła brutalną rzeczywistość walki uciskanych klas społecznych z władzą i religią tych, którzy mimo upływu lat wciąż zostali w ich oczach najeźdźcami. Najciekawszym aspektem ich działań był fakt, że wśród rewolucjonistów nie znajdowali się tylko Europejczycy, a motywacje Azteków były naprawdę różnorodne. Można było wyczytać z tych postaci mnóstwo o ludzkiej naturze.

Jeśli chodzi o główną fabułę, czyli historię Eztliego i Toltecatla, to trzeba przyznać, że obie postaci przechodzą ogromne przemiany. Naprawdę niewiele przypominają siebie z początku pierwszego tomu czy nawet i tego. Z fascynacją czytałam o tym, jak zmieniało się ich podejście i jak zmuszali samych siebie do działań, by chronić najbliższych oraz samych siebie oraz to, jak to na nich wpływało.

Autorka naprawdę zwinnie prowadziła fabułę, a jednocześnie bardzo wiele zostawiała czytelnikowi do odkrycia. Wiele rzeczy nie zostało powiedzianych wprost, przynajmniej początkowo, co zostawiało mnóstwo przestrzeni do namysłów i snucia własnych teorii. Część moich podejrzeń się sprawdziła, ale w wielu aspektach odczułam spory szok. Samo zakończenie było dla mnie niespodziewane. Cały wątek boga okazał się być dużo bardziej zawiły, niż początkowo zakładałam, co podziałało na plus. Dodało całości głębi i sprawiło, że po lekturze miałam do czego wracać myślami.

Słońce Londynu to zaskakujący finał dylogii, który przynosi mnóstwo satysfakcji, jak i całą gamę innych emocji. Autorka nie bierze jeńców wśród swoich postaci, ale także wśród czytelników. Sprawia tym samym, że książka jest fascynującą lekturą, od której naprawdę trudno jest się oderwać. I chociaż zakończenie jest kompletne, tak został we mnie pewien żal, że nadszedł czas pożegnać się z tą historią oraz światem. Cieszę się jednak, że dane mi było poznać tę dylogię.

Recenzja powstała w ramach współpracy z wydawnictwem.

Słońce Londynu to drugi i finałowy tom dylogii Imperium Kolibra napisanej przez Żanetę Siemsię-Pindur. Książka wydana przez Wydawnictwo Spisek Pisarzy opowiada historię świata, gdzie Aztekowie podbili Europę, a ich bogowie okazują się prawdziwi – i głodni ofiar.

Minęło sporo czasu, odkąd czytałam pierwszy tom i chociaż wiele rzeczy zostało mi w głowie, z sporą ulgą...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to