Frances, Bobbi i Melissa. „Rozmowy z przyjaciółmi” Sally Rooney

Bartek Czartoryski
23.02.2021

Zlaicyzowana już Irlandia po kryzysie finansowym z 2008 roku religijną opresyjność zastąpiła czysto kapitalistyczną refleksją nad bytem. A przynajmniej tak wygląda rzeczywistość przefiltrowana przez Frances, bohaterkę debiutanckiej powieści Sally Rooney, choć może celniej byłoby napisać, że dwudziestojednoletnia (często podkreśla się tutaj jej młodość) poetka to zaledwie połowa duetu.

Frances, Bobbi i Melissa. „Rozmowy z przyjaciółmi” Sally Rooney

Dziewczynie trudno jest bowiem myśleć o sobie bez chociażby instynktownego napomknięcia o Bobbi, do niedawna partnerce, teraz najlepszej przyjaciółce, z którą robi furorę na dublińskich slamach. Tyle że ich relacja wydaje się jedynie tak silna, jak silne jest przywiązanie doń rzutkiej koleżanki. Te zostaje wystawione na próbę, kiedy obie, po jednym ze swoich eksplozywnych performance’ów, zostają zaproszone przez Melissę, starszą o nich od dekadę pisarkę i fotografkę, do jej domu.

Rozmowy z przyjaciółmi Sally RooneyKobieta chce napisać o nich artykuł i jest wyraźnie zainteresowana radykalną Bobbi, bardziej na poziomie intelektualnym niż fizycznym, ale jedno absolutnie nie wyklucza drugiego. Przy kolacyjnym stole Frances czuje się i wyobcowana, i zazdrosna, stąd, niejako z konieczności, zwraca się ku Nickowi, mężowi Melissy, aktorowi o plakatowej urodzie, który, przynajmniej na pierwszy rzut oka, przynależy do zupełnie innego niż one świata.

Tyle że Frances, jak sama się określa, wojująca komunistka, przycina mężczyznę do generycznego, burżujskiego szablonu. Ale jest nim zafascynowana erotycznie. Relacja ze starszym i żonatym mężczyzną to dla niej kolejny krok i ku dorosłości, przed którą się broni, tkwiąc w niejakim limbo, i ku odkryciu prawdziwej siebie. Brzmi banalnie, lecz do tej pory decyzje, nawet te dotyczące jej seksualności, zdawała się podejmować Bobbi. Nie znamy co prawda powodu ich rozstania, ale spotkały się przy wódczanym toaście z butelki po coli i wtedy to Frances, zapytana ni stąd, ni zowąd, czy lubi kobiety, przytaknęła. Bo czemu nie?

Drobne łzy wypłynęły mi z oczu i pociekły na poduszkę. Nie wiedziałam, dlaczego płaczę, nie byłam smutna. To samo miałam z Bobbi, która uważała, że w ten sposób uchodzą ze mnie tłumione uczucia. Nie mogłam powstrzymać łez, więc tylko zaśmiałam się sama z siebie, by pokazać, że mój płacz nic nie znaczy. Wiedziałam, że się kompromituję, ale nie umiałam nic na to poradzić.

– „Rozmowy z przyjaciółmi” Sally Rooney

Reklama

To bohaterka, którą określiłbym mianem poszukującej, trzymająca się kurczowo wypracowanego systemu, zasad i reguł, nie bacząc na to, czy faktycznie przystają one do tego, czego sama chce i co sama czuje. Łatwo byłoby pewnie zdyskredytować światopogląd Frances jako cokolwiek naiwny, po młodzieńczemu idealistyczny i pretensjonalny niczym dyskusje kawiorowej lewicy nad szampanem, ale podobny protekcjonalizm to przecież wyróżnik patriarchatu, przeciwko któremu obie dziewczyny aktywnie występują. Po tym, jak nawiązuje nieplatoniczny romans z Nickiem, młoda poetka czuje niejakie zakłopotanie, że tak bardzo podoba jej się jego pełen drogich utensyliów i wysmakowanie urządzony dom, którego bywa, pod nieobecność Melissy, okazjonalną mieszkanką. Jest to bowiem dla niej symbol wszystkiego, czego nie znosi, ekscesywne epatowanie bogactwem, którego, jako córka alkoholika z klasy robotniczej, nigdy nie zaznała. Bobbi, podzielająca jej ideały, pochodzi z bogatej rodziny. Ba, nawet Nick twierdzi, że jest czystej krwi marksistą.

Sally Rooney nie próbuje wyśmiewać tego, co Frances myśli o świecie, raczej podkreśla oczywisty fakt, że nie wszystko, co sobie umyśliliśmy, wytrzyma zderzenie z rzeczywistością. Trudno orzec, na ile to klasowe kompleksy, a na ile strach przed koniecznością przedsięwzięcia pewnych działań, które wymuszą na niej kompromisy, ale dziewczyna podświadomie odpycha od siebie myśl, że to swoiste zawieszenie jest półśrodkiem, a nie rozwiązaniem. Romans z Nickiem, będący jej bodaj pierwszą tak poważną świadomą i autonomiczną decyzją emocjonalną i seksualną — to ona jest tu stroną dominującą — również traktuje, przynajmniej pozornie, z chłodem, stwierdza, że to wszystko ironiczne, bo przecież doskonale wpisuje się w schemat, którego próbowała uniknąć.

Przy kolacji opowiadaliśmy trochę o sobie. Wyjaśniłam, że chcę obalić kapitalizm i czuję się osobiście uciskana przez maskulinizm. Nick oświadczył, że „w gruncie rzeczy” jest marksistą i nie chciałby, żebym go oceniała za to, że ma dom. Wolę już to niż przez całe życie płacić komuś za wynajem, powiedział. Ale zdaję sobie sprawę, że to problematyczne. Odniosłam wrażenie, że jego rodzina jest bardzo bogata, lecz nie miałam odwagi drążyć tematu, i tak było mi głupio, że nigdy za nic nie płacę. Nick miał dwoje rodzeństwa, jego rodzice nadal byli małżeństwem.

– „Rozmowy z przyjaciółmi” Sally Rooney

Reklama

Rola potajemnej (przynajmniej z początku) kochanki jest dla Frances niemalże ucieleśnieniem burżuazyjnej fantazji, stąd usiłuje traktować ten związek sarkastycznie. Przygniata ją i wstyd, i złość na siebie, lecz finalnie wygrywa pożądanie i fascynacja drugim człowiekiem, cielesna i uczuciowa. A przecież jest jeszcze Bobbi, której (i do której) uczucia jeszcze nie wygasły. Ostatnia strona książki, której treści, rzecz jasna, nie zdradzę, jest tym mocniejsza, że pozostawia czytelnika w swoistym rozkroku: czy dokonało się istne katharsis, czy raczej stupor będzie trwał dalej? Frances udaje się wydać i, co ważne, sprzedać swoje pierwsze opowiadanie, a Rooney każe wierzyć, że to jej pierwszy krok na drodze ku rozpoznawalności oraz niezależności materialnej, co ta również odczytuje jako swoiste sprzeniewierzenie się niedawnym ideałom.

Dziewczyna zaczyna pojmować, że konflikty toczone gdzieś na obrzeżach własnego ego nie są przywilejem możnych. Powieść Rooney mówi o ciągłym redefiniowaniu siebie oraz, szumnie mówiąc, sensie życia, co każda z czwórki centralnych postaci jej książki robi po swojemu. Nie istnieje odgórny przepis moralny regulujący to, czy miłością da się i można dzielić się z innymi, albo czy uczucia mogą mieć jedynego tylko adresata. Nie sposób też wygrać każdego ideologicznego boju z prostej zresztą przyczyny: nie zawsze ma się rację.

Sally Rooney

Kusi pomyśleć, że Rooney nie przypadkiem zapisuje wszystkie dialogi jak leci, bez żadnego, w polskim wydaniu, dywizu, w oryginale — cudzysłowu. Dla Frances tytułowe „Rozmowy z przyjaciółmi” są treścią codzienności, równie istotną, co myśli. Takiemu postawieniu sprawy sprzyja sam styl autorki, konkretny, bezpośredni, mówiący zwykle o tym, co się robi, co się dzieje i co się wydarza, nawet opisy są lakoniczne, acz celne. Mimo że nie sposób nie doszukać się paralel między omawianym tytułem a późniejszymi „Normalnymi ludźmi”, spopularyzowanymi przez serial HBO, to jednak pierwsza powieść Rooney jest dziełem jak najbardziej autonomicznym i, jeśli miałbym wyrazić osobistą preferencję, lepszym niż ta, która przyniosła jej sławę.

Zresztą i „Rozmowy…” mają zostać przełożone na język telewizji, a na jesieni pisarka wydaje swoją trzecią książkę. Strzelam, że będzie ona traktowała o normalnych ludziach.

Artykuł na podstawie książki „Rozmowy z przyjaciółmi” Sally Rooney we współpracy z wydawnictwem W.A.B.

Powieść jest już dostępna w sprzedaży.

Reklama

komentarze [2]

Sortuj:
405
37
24.02.2021 19:45

Po okładce można poznać, że to autorka 'Normalnych ludzi' (nieco razi za mocny odcień żółtego) - niedawno skończyłam czytać tę książkę i muszę przyznać, że początkowo trudno było mi się odnaleźć w dialogach (przez brak myślników), ale później to szło dość płynnie, naturalnie. Tej książki na pewno nie kupię w najbliższym czasie, ale zapewne przeczytam, jak kiedyś wpadnie mi...

więcej

40
0
23.02.2021 10:27

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd