Co pisarze skrywają pod literacką bielizną?

Grzegorz Przepiórka
15.09.2019

Już są! Od kilku tygodni można zaczytywać się i rozkoszować zapiskami intymnymi Anny Świrszczyńskiej pt. „Jeszcze kocham”. Lektura osobliwa, choć niejedyna tego rodzaju na polskim rynku wydawniczym. Był już „Kronos” Gombrowicza i „Księga namiętności” Żeromskiego. Był „Dziennik 1957–1958” Herlinga-Grudzińskiego i „Tajny dziennik” Białoszewskiego. Co można wyczytać z intymności pisarzy? I czy sięganie za parawan literatury, by ujrzeć nagiego literata, da się usprawiedliwić?

Na początek uwaga techniczna. Ktoś mógłby przecież zadać pytanie: dlaczego taki a nie inny dobór dzienników? Dlaczego nie „Dziennik 1954” Tyrmanda, pisane przez pół wieku „Dzienniki” Dąbrowskiej czy Nałkowskiej albo Iwaszkiewicza? A może lepiej byłoby zaczerpnąć świeżości z „Dziennika roku Chrystusowego” Dehnela bądź „Wielorybów i ciem” Twardocha?

Każdy z wymienionych tytułów to bez wątpienia znakomity przykład journal intime. Ale, bez wyjątku, zostały one napisane z myślą o przyszłym czytelniku – odpowiednio wystylizowane, poprawione gdzie trzeba, stanowiąc tym samym owoc pisarskiej kreacji. Nawet jeśli niektórzy autorzy, jak Tyrmand czy Nałkowska, odżegnywali się od takich zabiegów, sugerując, że na żywca zapisują życie, to śledztwa historyków literatury czy krytyków wykazywały co innego. Czy w związku z tymi zabiegami nie tracą owe dzienniki nieco ze swojej intymności? Czy jest to intymność w pełnym tego słowa znaczeniu – intymne, czyli nie na pokaz, a przynajmniej nie publiczny?

Ku intymności nieosłoniętej

„Jeszcze kocham. Zapiski intymne” Anny Świrszczyńskiej i pozostałe wymienione we wstępie skarbnice intymności takich wątpliwości nie budzą. Mamy w nich do czynienia z intymnością w pełni tego słowa znaczeniu, autentyczną i daleko posuniętą. Co to oznacza?

Po pierwsze, są one pisane nie dla czytelniczych oczu, bez intencji druku, ewentualnie z zamiarem bardzo mglistym, obarczonym wahaniem lub odroczonym na lat 50 po śmierci pisarza. Stanowią przez to rozmowę autora z samym sobą, co pozwala bez skrępowania się odsłonić i wylewać emocje, pisać o sprawach erotycznych, fizjologii, słabościach, drobiazgach etc.

Po drugie, intymność manifestuje się nie tylko w treści, ale i w formie bez formy. Niedoskonałe, chropowate, urywkowe, pełne powtórzeń – krótko mówiąc, nieliterackie jest to pisanie. Będące raczej brulionem niż przygotowanym do druku tekstem. Zazwyczaj pozostawione jako manuskrypt, stanowiący wyzwanie dla przyszłych redaktorów. Nie bez przyczyny wydawcy unikają określenia dziennik, stosując, jak w przypadku Świrszczyńskiej czy Gombrowicza, zasadną formułę „zapiski”.

Wszystko to pozwala ufać, że obcujemy z intymnością nieupudrowaną, a dzięki temu dotykamy tajemnicy. Nie jest to jednak obcowanie proste, bo zapiski zazwyczaj przypominają nieliterackie chaszcze. Bywa, że przedarcie się przez nie stanowi nie lada trud nawet dla największych fanów pisarki bądź pisarza. Czy warto się zatem trudzić? Czy nie lepiej poprzestać na lekturze czysto literackiego pisarstwa? Co można wyczytać z intymności?

Namiętny Żeromski

Przede wszystkim można wyczytać człowieka. Nie pisarza, nie autora utworów z kanonu bądź spisu lektur szkolnych, nie postać z pomników i podręczników – ale człowieka.

Czytanie zapisków zbliża, wpuszcza na nowo krew w żyły autora, czyni go obecnym tu i teraz, gdyż dzienniki na ogół pisane są z perspektywy „dzisiaj”. Charakteryzuje je momentalność i naoczność. Ma to ogromne znaczenie zwłaszcza w przypadku tych pisarzy, których nazwiska prawie wszyscy kojarzą, a książek przez nich napisanych prawie nikt z ochotą nie czyta, bo zasłona czasu uniemożliwia ich zrozumienie lub znalezienie klucza do nowego odczytania.

Przykładem takiego pisarza jest Stefan Żeromski. Kogóż dzisiaj obchodzi, że był czterokrotnie nominowany do Nagrody Nobla. Jego „Syzyfowe prace” to syzyfowa lektura, a „Echa leśne” nie odbijają się już nawet dalekim echem. Może „Przedwiośnie”, które ożyło lat temu wiele dzięki ekranizacji, wzbudzić potrafi jeszcze szczątkowe zainteresowanie w szkołach. Żeromski, choć odznaczony pośmiertnie przez władzę w 2018 roku Orderem Orła Białego, odbierany jest dzisiaj raczej jako nudziarz społeczno-narodowy czy nawet grafoman.

Wizerunki Stefana z portretów czy popiersi, przedstawiające go jako literata czyniącego społeczną powinność, starszego pana o bardzo poważnym wyrazie twarzy, niewiele mają wspólnego z temperamentnym autoportretem, który pisarz skreślił sobie w latach młodości. Zapiski powstawały między 1882 a 1891 rokiem, kiedy to Żeromski pracował jako korepetytor m.in. w Łysowie i Nałęczowie, uczył się w kieleckim gimnazjum, a następnie studiował w Instytucie Weterynarii w Warszawie. 14 z 23 zapisanych brulionów zostało opublikowanych w latach 1953–1956 wbrew wyrażonym w testamencie intencjom pisarza, a ich wydanie stało się wydarzeniem literackim. W 2014 roku wydawnictwo Poligraf dokonało wznowienia zapisków pod znamiennym tytułem: „Księga namiętności. Dzienniki intymne Stefana Żeromskiego”. Można w tej stosunkowo grubej książce – stąd może w tytule „księga” – między innymi takie fragmenty przeczytać:

„Wczoraj w zupełnym negliżu spędziłem u niej w nocy godzin ze dwie «Z nikim – jak z tobą... ty mój jedyny!» A to jej pachnące ciało, giętkie jak pręt wikliny, a te jej namiętne ruchy kurtyzanki, a szepty rozkoszne, a usta gorejące, a jej poświęcenie się dla mnie, a dobroć bezgraniczna – ach”.

Albo:

„Przeszedłem przez sztachety dzielące ogród od podwórza i znalazłem się na tyle dworu, gdzie nigdy jeszcze nie byłem. […] Dały się słyszeć cichutkie kroki: poznałem jej kroki. Drzwi się otwarły i stanęła w nich moja Angela – cała w płomieniach. […] Usłałem posłanie z mojego futra, jak w chacie Eskimosa, i rzuciliśmy się na nie z radością, że jest nareszcie i takie. Świeca stała na ziemi. Aniela broniła się przez chwilę, potem oszalała niemal w tym uścisku. Jak żyję na tym padole płaczu i bałamucę cnotliwe niewiasty, nie widziałem i widzieć nie będę takiej namiętności, takiej boskiej namiętności. Co za bezwstydność w pieszczeniu, co za szepty i pocałunki, jaka sztuka dla sztuki!”

Nocne przygody, romanse, miłosne zadurzenia opisane w „Księdze…” pozwalają dojrzeć w Żeromskim człowieka z krwi i kości, nie tylko warstwę duchową, ale przede wszystkim fizyczną.

„Przyjmuję drugi naturalistyczny pewnik, że w uczuciu miłością zwanym, zasadniczą, albo bodaj nie jedyną rolę popęd płciowy odgrywa. Z niego tworzą się dopiero owe subtelne kombinacje, idealna tęsknota, którą za miłość bierzem, tworzy się zazdrość et consortes. Kochamy się przede wszystkim i bodaj czy nie jedynie organami płciowymi”.

„Jedna rzecz mnie martwi: spuszczam się co noc – ale to w tak haniebny sposób, że gdyby prześcieradło sztorcem postawić na podłodze, to wygodnie służyć by mogło za parawan! Jeżeli te polucyjki potrwają z tydzień, to ja będę rzeczywistym «flakiem»”.

Przy czym Żeromski, opisując chwile rozkoszy, nigdy nie przekracza granic przyzwoitości: „Helenka leżała już. Mogłem całować obnażone nóżki i piersi… Ale nie! Takich chwil nie opisuje się. Zatrzymujemy je w pamięci w całej pełni, ogarniamy wrażliwością duszy naszej, a zewnętrzne fakta notujem dla pamięci”.

Nie oznacza to również, że odkrywanie przez młodego pisarza naturalistycznych prawd pozbawia go subtelności. Pisze na przykład: „Pocałunki – to lepszy wynalazek niż poezja. Poeta, co wycałował kobietę, pewno wierszy nie pisze”. Albo gdzie indziej: „co ja bym począł bez mojej Heleny? Ja się po prostu modlę do niej. Tak – to moja religia”.

Czytanie dzienników pozwala zatem w pełni poznać męski punkt widzenia na namiętność, miłość i seks, tym samym – dojrzeć Żeromskiego mężczyznę. Takie zaś potraktowanie odbrązawia pomnikową postać – dając autorowi „Przedwiośnia” szansę na drugie wśród czytelników życie.

Jak kochać się po sześćdziesiątce?

Zapiski intymne mają moc odbrązawiania pomnikowych postaci, ale jest w nich potencjał do efektownego i efektywnego przywoływania tych pisarzy, którzy zeszli na drugi bądź trzeci plan. Przykładem jest Anna Świrszczyńska, zapomniana w ostatnich latach, już chyba tylko pojawiająca się jako temat zajęć w sylabusach polonistycznych seminariów. Niesprawiedliwie i niełaskawie obszedł się z nią czas, pomimo tego, że Czesław Miłosz książkę jej poświęconą zatytułował „Jakiegoż to gościa mieliśmy”, uznając Świrszczyńską za jedną z najwybitniejszych polskich poetek.

Jej talent objawił się w dwudziestoleciu międzywojennym i nie uszedł uwadze Tuwima oraz Wierzyńskiego, którzy nie omieszkali zaprosić młodziutkiej Anny do stolika w słynnej Ziemiańskiej. Świrszczyńska rozbłysła na nowo w latach 70., wybrzmiewając w poezji głosem świeżym, odważnym, szokującym, a przede wszystkim na wskroś kobiecym, przez co wyprzedzającym swoje czasy. Jej poezja jest dziś nadal aktualna i to nie tylko w kontekście feministycznym.

Słusznie zatem wydawnictwo W.A.B. przywraca czytelnikom autorkę tomiku „Jestem baba”. Czyni to jednak nie poprzez wznowienie poezji, wspomnianej książki Miłosza czy nawet publikację biografii, ale wpuszczając czytelnika do świata Świrszczyńskiej kuchennymi drzwiami – poprzez życie intymne. I czyni jak najbardziej słusznie, zważając na współczesną mentalność czytelników, którzy charakteryzują się tym, że najpierw przeżywają osobę pisarza, by następnie sięgnąć po jego książki (niedawno zwracał na to uwagę w „Po piśmie” Jacek Dukaj).

Najpierw więc zapiski włączone do „Jeszcze kocham”. A może następnie tomik poezji „Jestem baba”? Teksty w obu zbiorach powstawały niemalże równolegle. Wiersze rodziły się na kanwie wydarzeń, stanów odnotowanych w formie zapisków. To daje wyjątkową szansę, by zaobserwować, jak poezja krystalizuje się z życia – poprzez zapiski lub w towarzystwie zapisków, które stanowiły niejako brudnopis literacki.

Jeśli jednak ktoś nie ma ochoty na równoległą lekturę, to „Jeszcze kocham” można czytać autonomicznie. Zaryzykowałbym nawet, że można rozkoszować się zapiskami, nie znając sylwetki autorki czy zupełnie bagatelizując kwestię autorstwa. Jak już ktoś słusznie zauważył, „zapiski Anny są nie tylko głosem wyjątkowej poetki. Poruszane w książce tematy dotyczą każdej z kobiet”. Czy jednak tylko kobiet? Według mnie Świrszczyńska emanuje w tej książce kobiecością, ale w gruncie rzeczy dotyka tego, co najbardziej ludzkie, bez względu na płeć. Pisze chociażby o miłości, a co więcej, są to amory niezwykłe. Przeżywa bowiem uniesienia po sześćdziesiątce, powtarzając jak refren, że ma już siwe włosy, a przy tym dziwiąc się, że mogłaby kochać dwóch, trzech jednocześnie.

Zastanawiające jest to silne późne uczucie w życiu Świrszczyńskiej. Co ono właściwie nam mówi? Może to, że na miłość nigdy nie jest za późno i że ten cud zdarza się niespodziewanie, bez względu na wiek. Ładnie brzmi, ale to nie jest pełna odpowiedź. Romanse Świrszczyńskiej mają także swój rewers – są ucieczką od samotności, desperackim odwracaniem się od śmierci, którą poetka dostrzega już na horyzoncie. Ponadto emocje przeplatają się tutaj z próbą uchwycenia kontroli nad sobą. Być może właśnie temu służą zapiski. Świrszczyńska stopuje samą siebie, broni się, a chwilę potem ulega. Cóż to za dynamizm życia porwany w wir uczuć najróżniejszych – jakże sprzecznych, choć zarazem ludzkich!

Podobnie jak u Żeromskiego, intymność Świrszczyńskiej wiąże się też z ciałem, przybliża do ciała, odsłania je poprzez seksualność. I to jest piękne, bo ekspozycja idzie w parze z afirmacją! Nigdzie w zapiskach 60-letniej Świrszczyńskiej nie widać nawet cienia wstydu. Akceptacja samej siebie wręcz wzmaga się wraz z dowodami zainteresowania ze strony adoratorów. Świrszczyńska docenia ciało i pozwala, aby było szczęśliwe:

„Ale następna noc po dwu tygodniach była właśnie inna, niespodziewana, szczęście ciała, gorące, szalone, mówił, że to było złączenie dwu istot, przeniknięcie dwu istot, ale ja to odczułam niemistycznie, lecz jako urodę życia, oszałamiające piękno życia, wyrażone w miłości ciała”.

Przyłapać pisarza na pisaniu

Bardzo często intymność bywa utożsamiana z cielesnością. Byłoby jednak zawężeniem patrzeć na nią wyłącznie przez pryzmat ciała. Intymne może być przecież wszystko, co nieprzeznaczone do oglądu publicznego, ale zarezerwowane co najwyżej dla kilku najbliższych osób lub tylko dla samego autora zapisków. Przykładem tego rodzaju zwierzeń byłby „Dziennik 1957–1958” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, stanowiący rozmowę z samym sobą i sporządzony bez zamiaru druku. Zapiski prowadzone w kalendarzowym notatniku zostały odnalezione przez córkę pisarza i wydane po jego śmierci.

W odróżnieniu od śladów intymności, o których była mowa wcześniej, Herling-Grudziński w znikomym stopniu wystawia na widok swoją cielesność. Intymność zawiera się tutaj we fragmentarycznym odnotowywaniu spraw rodzinnych, bieżących lektur, snów, życia towarzyskiego, współpracy z periodykami i radiem, podróży po Włoszech, obejrzanych filmów, muzealnych wystaw czy spektakli teatralnych. Cenny ten wgląd tym bardziej, że późniejszy „Dziennik pisany nocą” nie odsłania już osobistej strony autora „Innego świata”. Nie ujrzymy już w nim Herlinga-Grudzińskiego chociażby w wydaniu ojcowskim:

„Urodziny małego, skończył dwa latka. Trochę mnie niepokoi to, że ciągle jeszcze nie mówi. Był bardzo zabawny, zapaliłem mu dwie świeczki w torcie”. „Nigdy bym nie przypuszczał, że posiadanie dziecka może tyle znaczyć”.

Autor „Innego świata” nie będzie też więcej wyrażał tak otwarcie swoich egzystencjalnych wątpliwości: „Zupełnie samo, jak gdyby niepomyślane, wyskakuje z ukrycia i zagląda mi w oczy pytanie: «Co ze mną będzie?». Co ze mną będzie?”.

Poza unikalną możliwością zbliżenia się do Gustawa-człowieka, intymność „Dziennika 1957–1958” posiada jeszcze jedną, być może największą wartość. Pozwala mianowicie podpatrywać pisarza w jego „laboratorium”. Wiele bowiem miejsca poświęca Herling-Grudziński przygotowywanym publikacjom, a przy tym samemu procesowi twórczemu. Pisze o niemocy i odzyskiwaniu wiary. Odnotowuje, kiedy i ile napisał:

„Poza dobrym tytułem W oczach Conrada i paroma zdaniami wstępu – nic. Okropny dzień – niskie ciśnienie, krew nie dopływa do mózgu” […] Wróciłem do Conrada – szło mi to dzisiaj doskonale”.

Odsłania pomysły:

„Dziwaczna historia – przyszedł mi do głowy nawet nie pomysł, ale tylko sam tytuł noweli: «Cmentarz Południa». Czy to wystarczy?” Od dawna już chciałem jechać na cmentarz w Neapolu. Pojadę jutro z samej ciekawości i żeby się przekonać, czy coś się pod tym tytułem kryje”.

I rozwija na oczach czytelnika koncepcje, jak choćby szkic ostatecznie zniszczonej powieści „Ciemny staw”, której robocze fragmenty przechowały się wyłącznie na stronach „Dziennika 1957–1958”. Pozwala się, tym samym, przyłapać na pisarskiej robocie.

Tajemnica „Kronosu”

Na koniec o zapiskach tyle niezwykłych, co i wprawiających w konsternację, a przy tym budzących spory co do zasadności ich wydania. Mowa o „Kronosie” Witolda Gombrowicza. Pisarz zamiar prowadzenia dziennika intymnego powziął około roku 1953, kiedy to najpierw wytężył pamięć, by sięgnąć nią niemal do swojego poczęcia, a następnie już naocznie w rytmie miesięcznym, aż do śmierci, odnotowywał co ważniejsze sprawy ze swojego życia.

Trudno w tych zapiskach rozpoznać choćby cień genialnego pisarza, jak i znaleźć podobieństwo do jakiegokolwiek innego dziennika intymnego. Mamy też do czynienia z intymnością szczególną, bo Gombrowicz co prawda odsłania życie prywatne, ale niemal bezosobowo. „Kronos” to spis faktów, wyliczeń, detali, dotyczących m.in. finansów, erotyki, zdrowia, literatury. Kronika życia, ale prowadzona w zupełnie nienarracyjny sposób. Wszystko spisane językiem suchym, pozbawionym emocji. Dla czytelnika istna męka. Dla gombrowiczologów pewnie gratka.

Czy jednak Gombrowicz dla tych kilku wybranych dokonywał zapisków? A może pod przyszłą autobiografię? Albo jako materiał pomocniczy dla tych, którzy za pomocą biografii kiedyś zapragną go uwiecznić? Odznaczał się przecież dbałością o swoją popularność. Rita Gombrowicz, wdowa po pisarzu, sugeruje inne uzasadnienie. „Kronos” należy czytać w zestawieniu z publikowanym w paryskiej „Kulturze” „Dziennikiem”. Były prowadzone równolegle, co miałoby dowodzić ich komplementarności… Czemu nie, jeśli komuś to wystarcza.

Tak czy inaczej, z jakiegoś względu te zapiski były ważne, inaczej Witold nie powiedziałby Ricie: „Jeśli wybuchnie pożar, bierz «Kronos» i umowy i uciekaj najszybciej jak możesz!”. Jest jakaś tajemnica zawarta w tej specyficznej intymności. Lektura „Kronosu” byłaby zatem obcowaniem z tajemnicą… i może w tym jest największa wartość. W intymności, która pozostaje tajemnicą.

*Grzegorz Przepiórka – ukończył filologię polską (edytorstwo), kulturoznawstwo (Instytut Badań Literackich) oraz Polską Szkołę Reportażu. Pasjami czyta, podróżuje i przeprowadza wywiady. Autor artykułów – na temat książek, filmów, miejsc – oraz nielicznych wierszy. Zastępca redaktora naczelnego w periodyku architektoniczno-budowlanym. 

Reklama

komentarze [3]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

206
0
12.09.2019 11:56

Zapraszam do dyskusji.


3717
3479
15.09.2019 12:31

Trudno jest się,odnieść do artykułu.Bez ironii i dwuznaczności.Myśle,że seks i intymność towarzyszy od zawsze literaturze.Ja się skupiam,na tej literaturze popularnej zwykłej.Owszem,ludzie czytający ambitne dzieła literackie.Coś więcej i lepiej napiszę.


1253
126
15.09.2019 18:08

Ależ ten Żeromski infantylny.


zgłoś błąd