OczytanyFacet 
oczytanyfacet.pl
Bibliotekarz, meloman i podróżnik. Czytanie mam we krwi. Od jakiegoś czasu również piszę o literaturze i czytelnictwie.
36 lat, mężczyzna, Wrocław, status: Czytelnik, dodał: 1 ksiązkę, ostatnio widziany 21 godzin temu
Teraz czytam
  • Kudłacz
    Kudłacz
    Autor:
    H. Beam Piper to jeden z ojców amerykańskiej science fiction. jeden z pisarzy, którzy byli filarami dla magazynów pulpowych Hugo Gernsbacka. Tworzył wyśmienite space opery i fantastykę kosmiczną, a ta...
    czytelników: 65 | opinie: 3 | ocena: 6,35 (23 głosy) | inne wydania: 1
  • The Bookshop
    The Bookshop
    Autor:
    Penelope Fitzgerald's wonderful Booker-nominated novel. This, Penelope Fitzgerald's second novel, was her first to be shortlisted for the Booker Prize. It is set in a small East Anglian coastal town,...
    czytelników: 34 | opinie: 0 | ocena: 6,8 (5 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-10-21 20:55:12
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
 
2018-10-11 20:27:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Wyobraźcie sobie świat, w którym wszystko, co piękne, jest złudzeniem. Świat, w którym nie ma już Londynu, Moskwy, Ameryki czy Włoch. Są za to bardzo drogie holograficzne widoki za oknami jednakowych mieszkań. Jedyne co jest prawdziwe, to nędza podupadających betonowych blokowisk w pogardzanej Urkainie.

Wiktor Pielewin jest jednym z najznakomitszych współczesnych pisarzy rosyjskich, bardzo...
Wyobraźcie sobie świat, w którym wszystko, co piękne, jest złudzeniem. Świat, w którym nie ma już Londynu, Moskwy, Ameryki czy Włoch. Są za to bardzo drogie holograficzne widoki za oknami jednakowych mieszkań. Jedyne co jest prawdziwe, to nędza podupadających betonowych blokowisk w pogardzanej Urkainie.

Wiktor Pielewin jest jednym z najznakomitszych współczesnych pisarzy rosyjskich, bardzo krytykowanym i niedocenianym w ojczyźnie. Głównie z powodu tego, o czym i w jaki sposób pisze. Przede wszystkim porusza tematy bliskie mu, jako Rosjaninowi, sytuacji w kraju, zakłamania władz nieliczących się z obywatelami. W jego najnowszej powieści S.N.U.F.F. nawiązania do ostatnich wydarzeń, konfliktu zbrojnego między Rosją a Ukrainą, są aż nazbyt wyraźne.

W powieści toczone są nieustanne wojny między ludźmi, zamieszkującymi Big Biz, wielką, kulistą sferę, utrzymującą się nad powierzchnią ziemi, a Orkami, również ludźmi, ale rzekomo gorszego gatunku, zamieszkującymi Urkainę na zrujnowanej planecie. Pielewin nie opowiada się po żadnej ze stron, po równo obdarzając razami, wytykając błędy i słabości. Konflikt ów jest cyklicznie nakręcany, wręcz wywoływany przez przedstawicieli mediów, i uważany niemal za sacrum. Dla tego nowym bogiem ludzi jest Manitu, wiadomości i rozrywkę ogląda się na manitu, a za wszystko płaci również manitu.

Pielewin nie ograniczył się jednak tylko do jednego wątku. Stanowi on fundament całej historii, w której autor prezentuje swoją oryginalną, heterotopiczną wizję przyszłości, która jednocześnie niepokoi i bawi, jak niejednoznaczny sen. W S.N.U.F.F. obnażona zostaje obłuda i płycizna moralna oraz intelektualna mediów. Obrywa się wszelkim rządom, a także mniejszościom seksualnym, którym pisarz zarzuca faktyczne kierowanie sprawami publicznymi zza kulis. Obala mit emigranta, któremu udało się wydostać do lepszego świata na zachodzie, i tam zacząć nowe życie. Pokazuje prawdziwe oblicze demokracji, a także jak łatwo jest dokonać niesłusznej mitologizacji przeszłości, zniekształcając fakty historyczne. W zasadzie Pielewin nie zostawia żadnego elementu naszej cywilizacji bez choćby drobnej szpileczki wbitej w czułe miejsce.

S.N.U.F.F. jest trudną powieścią. Nie tylko przez poruszaną tematykę, ale także przez niezwykłą kreację świata, która fanom mangi może przypomnieć słynny komiks GUNNM, oraz styl, w jakim została napisana. Jest pełna niuansów, nawiązań do rzeczywistości i skomplikowanych metafor. Pielewin jest też umiarkowanie niegrzeczny, trochę szokujący, z pewnością bardzo niepoprawny politycznie i ironiczny, a nawet odrobinę seksistowski. Nie brakuje mu jednak specyficznego, rozbrajającego wręcz poczucia humoru, serwowanego w odpowiednich momentach, dla rozładowania napięcia.

Jeśli chcecie w końcu otworzyć oczy i przekonać się jak brzydka i absurdalna jest rzeczywistość kreowana przez ludzi, koniecznie przeczytaj S.N.U.F.F. Jeśli jednak wciąż wolicie dawać się wodzić za nos celebrytom z programów telewizyjnych, omijajcie ją w księgarni szerokim łukiem.

Recenzja z bloga www.oczytanyfacet.pl

pokaż więcej

 
2018-10-03 17:52:14
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Ciężka praca daje satysfakcję i może być źródłem radości. A także lekarstwem na wszelkie smutki, żale i bóle duszy. Pozwala pogodzić się z tym, co nieuniknione, czego nie da się zmienić. Daje szanse na ponowne ułożenie się życiem, oczyszcza, uszlachetnia, kształtuje charakter. Może także złamać najtwardszego ducha. Powieść Niewidzialni norweskiego pisarza Roya Jacobsena przypomina nam o tym i... Ciężka praca daje satysfakcję i może być źródłem radości. A także lekarstwem na wszelkie smutki, żale i bóle duszy. Pozwala pogodzić się z tym, co nieuniknione, czego nie da się zmienić. Daje szanse na ponowne ułożenie się życiem, oczyszcza, uszlachetnia, kształtuje charakter. Może także złamać najtwardszego ducha. Powieść Niewidzialni norweskiego pisarza Roya Jacobsena przypomina nam o tym i wielu innych sprawach, o których, zaabsorbowani codziennością, coraz częściej zapominamy.

Roy Jacobsen napisał uniwersalną powieść o życiu. Czytając Niewidzialnych, można odnaleźć w losach Marii, Hansa, Ingrid i pozostałych bohaterów siebie, cząstki, a nawet całe fragmenty swojej własnej biografii. Opowiadając o niełatwej egzystencji na skandynawskiej wyspie, Jacobsen mówi o pełni życia, poznawaniu jego głębi i jego prawdziwych, intensywnych smaków. Pokazuje, jak można się cieszyć nawet z najbardziej prozaicznych i najmniejszych rzeczy. A wszystko to otrzymujemy, będąc jak najbliżej natury.

Nie jest to łatwy byt. Bohaterowie Jacobsena często muszą walczyć z otaczającym ich morzem, dziką, nieokrzesaną przyrodą, która za wytrwałość potrafi się pięknie odwdzięczyć. Rodzina Barroy, teoretycznie jest biedna. W rzeczywistości jednak posiada skarby, których wartości nie przebiją żadne drogocenne kamienie. Krajobrazy, widoki, niezwykłe zjawiska atmosferyczne, w których kontemplacji nikt ani nic nie przeszkadza. Niewidzialni to wielki hymn pochwalny, pieśń miłosna dla przyrody i sił natury.

Niewidzialni to jednak nie tylko opowieść o silnych więzach łączących ludzi z matką naturą, ale też o Norwegii jakiej już dziś nie zobaczymy. O zmianach zachodzących na norweskiej prowincji, o technice i mechanizacji, wkraczających w ten nieskażony dotąd, prosty świat. To również świadectwo tego, jak wielkie może być przywiązanie do ziemi, że równie mocno można kochać zarówno ją, jak i człowieka, oraz hołd złożony rodzinie. U Jacobsena jest ona bardzo ważna. Bez niej człowiek nic nie znaczy wobec świata i rządzących nim sił, choćby dla innych ludzi był wielkim panem i mocarzem.

Jacobsen pisze w oschłym, surowym stylu, przypominającym beznamiętną relację naocznego świadka wydarzeń rozgrywających się na wyspie Barroy i w okolicy. Skromne, niemal szczątkowe opisy otoczenia, pojawiających się w książce postaci, czynności, które wykonują, pobudzają wyobraźnię czytelnika bardziej niż nie jeden rozwlekle i szczegółowo oddany pejzaż. Między słowami zaś znajdziemy wiele niewypowiedzianych westchnień, wzruszeń i emocji.

Niewidzialni to piękna powieść, stanowiąca pierwszy tom cyklu o Ingrid Barroy. Blisko jej do innej znanej skandynawskiej sagi, A lasy wiecznie śpiewają, głównie na płaszczyźnie lirycznej. Miłośnicy literatury skandynawskiej, a zwłaszcza twórczości Trygve Gulbranssena pokochają tę książkę. Świetne nowe rozpoczęcie Serii Pisarzy Dzieł Skandynawskich.

Recenzja z blogu: www.oczytanyfacet.pl

pokaż więcej

 
2018-09-28 22:34:16
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Każdy ma jakieś marzenia. Czy będzie to nowy super telefon, wygrana w talent show, czy daleka podróż, albo własny dom w ciekawym miejscu, z zapierającym dech widokiem. Opis realizacji tych marzeń, tego, co nam dało ich spełnienie, zadowolenie czy rozczarowanie, jak wpłynęło to na nasze życie, może być ciekawą lekturą. Pod dwoma warunkami. Musi to być dobrze napisane, a dla czytelnika samo... Każdy ma jakieś marzenia. Czy będzie to nowy super telefon, wygrana w talent show, czy daleka podróż, albo własny dom w ciekawym miejscu, z zapierającym dech widokiem. Opis realizacji tych marzeń, tego, co nam dało ich spełnienie, zadowolenie czy rozczarowanie, jak wpłynęło to na nasze życie, może być ciekawą lekturą. Pod dwoma warunkami. Musi to być dobrze napisane, a dla czytelnika samo marzenie i jego wykonanie powinno być interesujące.

Podróż dookoła świata albo w jakieś egzotyczne miejsce, staje się jednym z coraz bardziej powszechnych pragnień, co już samo przez się zaprzecza jednemu z twierdzeń, które Robert Rient z upodobaniem powtarza w książce. Skoro marzymy o tak mało przyziemnych rzeczach, jak podróże, w Polsce nie może się żyć aż tak źle, jak autor próbuje nam wmówić. Daleka podróż w celu odnalezienia siebie samego, wsłuchania się w siebie, odkrycia właściwej ścieżki, jest jeszcze bardziej powszechna. Każda, nawet najkrótsza podróż, w jakiś sposób wpływa na podróżującego oczyszczająco, pozwala mu odkrywać nieznane dotychczas elementy swojej osobowości, cechy, o które byśmy siebie nie podejrzewali. I tu pojawia się pytanie, czy faktycznie trzeba objechać świat, by poznać siebie?

Nie. Zwłaszcza jeśli tak jak w Przebłysku, czytamy o tym, jak to autor snuł się bez celu, tracąc całe dnie na plażach, trochę zwiedzając, i kosztując lokalnych przysmaków. Równie dobrze można wyruszyć na mało uczęszczane szlaki w Bieszczadach, szlakiem orlich gniazd lub inny z miliona pomysłów na wyciszenie i medytację w pięknych warunkach rodzimej przyrody. W międzyczasie Robert rozmyśla nad życiem i całą resztą, a rozmyślania te są dosyć oczywiste, przewidywalne. Spośród tych rozważań, jedyna oryginalna myśl, to pytanie „po co cierpię?”. Jedna, warta zapamiętania myśl, to zbyt mało jak na książkę filozoficzno-podróżniczą.

Druga część Przebłysku, ta stricte podróżnicza, również pozostawia wiele do życzenia. Robert Rient przemierzył kawał świata. Odwiedził wiele krajów i miast, a Przebłysk to raptem nieco ponad trzysta stron, z których to sporą część stanowią interesujące fotografie i zajmujące nieraz pół strony cytaty z innych utworów literackich. Biorąc pod uwagę jeszcze rozmyślania autora, miejsca na relację z podróży pozostaje niewiele. I jest ona bardzo skąpa. Najczęściej czytamy o tym, ile kosztował bilet, w jakich liniach lotniczych, ceny niektórych produktów, a także, w jakim hotelu autor się zatrzymał, a czasem również gdzie i za ile jadł. Krótko, treściwie, jak w reklamie albo w artykułach z National Geographic Traveler, czyli bez polotu, bez kolorów i bez życia. Swoje wrażenia z odwiedzin w kolejnych pięknych miejscach pisarz wzbogaca często o zbyt osobiste wyznania. Zdradza drobne szczegóły ze swojego życia, które nie mają żadnego związku z tym, co aktualnie przeżywa. Te fragmenty, w których Rient opowiada trochę o lokalnej historii czy wierzeniach, brzmią znów bardzo podręcznikowo i encyklopedycznie.

Przebłysk Roberta Rienta jest nudny. Przebłysków i fajerwerków brak, a jedyne co czasem błyska podczas lektury książki, to myśl, kiedy ona się skończy, i będzie można z czystym sumieniem sięgnąć po inny tytuł. Jeśli jednak lubi się takie literackie selfie i „tu byłem”, to książka może się podobać.

Recenzja pochodzi z bloga www.oczytanyfacet.pl

pokaż więcej

 
2018-09-27 19:43:07
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Piękna, bardzo mądra współczesna baśń. Idealna lektura dla młodzieży, dla ich rodziców i w zasadzie dla każdego, kto choć przez chwilę chciałby znów być dzieckiem. Fantastyczna opowieść o świecie pełnym magii, w którą nikt, albo prawie nikt, już nie wierzy. O smokach, potworach z bagien, czarownicach i wiedźmach. A przede wszystkim opowieść o prostym życiu, zgodnie z tym, co dyktuje serce.

...
Piękna, bardzo mądra współczesna baśń. Idealna lektura dla młodzieży, dla ich rodziców i w zasadzie dla każdego, kto choć przez chwilę chciałby znów być dzieckiem. Fantastyczna opowieść o świecie pełnym magii, w którą nikt, albo prawie nikt, już nie wierzy. O smokach, potworach z bagien, czarownicach i wiedźmach. A przede wszystkim opowieść o prostym życiu, zgodnie z tym, co dyktuje serce.

Dzieci i młodzież mogą się wiele nauczyć dzięki Dziewczynce która wypiła księżyc. Jednym z ważniejszych tematów powieści, jest dorastanie i związane z tym dojrzewanie ciała, zmiany zachodzące także w umyśle i nieuchronne pożegnanie z rodzicami, opiekunami. Autorka oswaja młodych czytelników ze śmiercią i odchodzeniem. Uczy, że każde działanie, wszystko ma swoje konsekwencje, a także podstawę. Sam talent, czy też dar, nie wystarczą. Trzeba dla niego stworzyć solidne fundamenty, zdobywając wiedzę teoretyczną i praktyczną.

Zarówno małym, jak i dużym czytelnikom Kelly Barnhill przypomina, że nie można wierzyć we wszystko, co słyszymy. Trzeba wątpić, zadawać pytania i dociekać, nawet jeśli po uzyskaniu odpowiedzi okaże się, iż dotarliśmy do punktu wyjścia. Tylko w ten sposób jesteśmy w stanie się rozwijać i zmieniać świat na lepsze. Ważne, by w życiu robić to, co daje szczęście. Ważna jest rodzina i miłość. A najważniejsze przesłanie książki to przestroga przed rozpaczą. Nie można się poddawać smutkowi, trzeba mieć nadzieję.

Można by wymieniać i wymieniać, a i tak któryś z ważkich problemów, poruszonych przez pisarkę, umknie. Dziewczynka która wypiła księżyc, jest świetnie napisaną, mistrzowsko skonstruowaną uniwersalną przypowieścią. Pełna niuansów powieść zawiera wszystkie elementy składowe dziecięcych hitów. Budząca niepokój, ale i ciekawość, sceneria. Magiczne miejsca i niezwykły, przytulny, pełen miłości dom w drzewie. Bardzo stara tajemnica, o której niemal wszyscy już zapomnieli. Bohaterowie, magiczne istoty, budzące sympatię już od pierwszego pojawienia się, a także ci ciepli i silni, dający poczucie bezpieczeństwa.

Jest przyjaźń i zaufanie, które zostaje nadszarpnięte, ale nie zniszczone. Nie mogło zabraknąć także wroga, zagrożenia, które należy pokonać, i które pojawia się z zaskoczenia, z zupełnie innej strony, niż można by się spodziewać. Co bardzo istotne, główny czarny charakter powieści nie jest złym ot tak po prostu. Za jego postępowaniem kryją się przykre wydarzenia z przeszłości, które ukształtowały go właśnie takim, a nie innym.

Kelly Barnhill czerpie garściami z baśni, legend, z literatury dziecięcej i fantastyki. W Dziewczynce która wypiła księżyc, znajdziemy wiele podobieństw do Opowieści z Narni, do prozy Neila Gaimana, Terrego Pratchetta, odrobinę Shreka, a nawet coś z naszego podwórka, siedmiomilowe buty. W połączeniu z niezwykłą wyobraźnią i wrażliwością autorki, wszystko jest świeże, a niektóre fabularne rozwiązania, jak na przykład Szalona Kobieta, która osiągając pewien poziom obłędu, dotknęła magii, zachwycają oryginalnością. Język powieści jest prosty, ale też daleki od popularnych młodzieżowych książek, przez które czytelnik prześlizguje się zarówno umysłem, jak i wzrokiem. Powieść uczy, bawi i wzrusza. Dziewczynkę która wypiła księżyc, należy czytać całymi rodzinami.

Recenzja pochodzi z bloga www.oczytanyfacet.pl

pokaż więcej

 
2018-09-24 22:48:28
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

W każdej wojnie najbardziej cierpią cywile. Najczęściej są oni winni tylko tego, że z przekonania czy ze strachu popierali ideologię, która do owej wojny doprowadziła. Trudno jest oceniać, która ze stron, który z dwóch głównych najeźdźców drugiej wojny światowej, był gorszy. Alvydas Šlepikas opowiada o nienawiści, jaką Rosjanie żywili do Niemców i okrutnym traktowaniu, na jakie żadna istota... W każdej wojnie najbardziej cierpią cywile. Najczęściej są oni winni tylko tego, że z przekonania czy ze strachu popierali ideologię, która do owej wojny doprowadziła. Trudno jest oceniać, która ze stron, który z dwóch głównych najeźdźców drugiej wojny światowej, był gorszy. Alvydas Šlepikas opowiada o nienawiści, jaką Rosjanie żywili do Niemców i okrutnym traktowaniu, na jakie żadna istota ludzka nie zasłużyła. A w szczególności dziecko. Opisy te w niczym się nie różnią, od opisywanych w innych książkach poczynań niemieckiej armii.

Rzecz dzieje się zimą 1946 roku, gdy wojna niby się już zakończyła, ale nie dla rdzennych mieszkańców Prus Wschodnich. Nie dla cywili pochodzenia niemieckiego. Nowi kolonizatorzy, jak mówią o czerwonoarmistach i przybyłych z nimi nowych mieszkańcach, odgrywają się na starcach, kobietach i dzieciach, za wszystkie krzywdy, jakich doznali ze strony niemieckich żołnierzy.

Šlepikas pisze w bardzo prostym, surowym stylu, często przypominającym podpis pod zdjęciem w fotoreportażu, albo notatkę z wywiadu. Skojarzenia są jak najbardziej słuszne, gdyż powieść powstała na podstawie prawdziwych wydarzeń, losów tak zwanych „wilczych dzieci„, czyli niemieckich sierot, poszukujących na Litwie pożywienia i bezpiecznego schronienia. Mam na imię Marytė to zimna, przejmująca do szpiku kości, zamrażająca serce i umysł, proza. Znajdziemy w niej też pewien rodzaj surowego piękna i odrobinę liryki, jak w scenie, gdy seria z automatu przygważdża szaleńca do nadpływającej nocy.

Ten bardzo dziennikarski, a miejscami przywodzący na myśl też dramat sceniczny, sposób prowadzenia narracji świetnie oddaje zniszczoną przez wojnę psychikę, i stan ducha bohaterów. Upodabniają się oni do zwierząt, których jedynym priorytetem jest przetrwanie, i umożliwienie przetrwania swoim młodym. Czas, gdy wszystko zostało zbrukane, nie ma już poświęconej ziemi, a człowiek staje się wilkiem, powoduje, że w chwili słabości matka jest w stanie wypowiedzieć straszne słowa o swoim dziecku, „lepiej by było, gdyby umarł„, a chłopcy zbyt szybko stają się mężczyznami. Wszelkie inne instynkty i uczucia zostają stłumione, niemal wyparte przez wszechobecny strach i głód. Ten ostatni zostaje prawie że spersonifikowany. Nie jako człowiek, ale jako potworek, pasożyt lęgnący się w ciele, i opuszczający je, gdy człowiek umiera.

Opowieść o losach Renate i jej rodzeństwa, bliska jest historii z naszego rodzimego podwórka, o której opowiada film 300 mil do nieba. Jednakże historia wilczych dzieci jest dużo bardziej dramatyczna i przerażająca. Przez całe dekady milczano na ten temat, zamiatając sprawę pod dywan. Jak czytamy w posłowiu, dziś wciąż temat ten nie otrzymał zielonego światła. Może nie ukrywa się go już za wszelką cenę, ale też nie ułatwia opowiedzenia o tym szerszej publiczności. A przecież jutro, za rok czy za dziesięć lat, może być już na to za późno. Mam na imię Marytė jest więc książką, która musiała powstać, którą trzeba czytać, o której trzeba rozmawiać. To mała wielka powieść.

Recenzja z bloga: www.oczytanyfacet.pl

pokaż więcej

 
2018-09-23 17:17:07
Ma nowego znajomego: Pola St
 
2018-09-23 10:45:30
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Czy istnieje idealna wersja mnie samego i mojego życia? Takie pytanie zadaje sobie i czytelnikom, w nowej powieści Jakub Małecki. Odpowiedź na to pytanie jest tylko jedna. Nie. Można być najlepszą wersją siebie, ale nie idealną, a na to, jak będzie wyglądało nasze życie, czy będzie tą najlepszą z możliwych, wpływ mamy już dużo mniejszy niż głoszą popularne slogany. Warto przypominać także o... Czy istnieje idealna wersja mnie samego i mojego życia? Takie pytanie zadaje sobie i czytelnikom, w nowej powieści Jakub Małecki. Odpowiedź na to pytanie jest tylko jedna. Nie. Można być najlepszą wersją siebie, ale nie idealną, a na to, jak będzie wyglądało nasze życie, czy będzie tą najlepszą z możliwych, wpływ mamy już dużo mniejszy niż głoszą popularne slogany. Warto przypominać także o sprawach oczywistych, bo natura ludzka jest ułomna i mamy tendencję do zapominania. Za to więc autorowi należą się podziękowania.

Nikt nie idzie, jest największą zmianą w twórczości Jakub Małeckiego, odkąd z fantastyki przeniósł się do powieści obyczajowej. Jego ostatnie trzy książki rozgrywały się na wsi, ewentualnie w małych miasteczkach. Tym razem autor akcję książki umieścił w Warszawie, nie wykorzystując jednak w pełni potencjału, jaki skrywają w sobie duże miasta. W Dygocie, Śladach i w Rdzy, wiele rzeczy działo się w tle głównych wątków. Jak na obrazach, gdzie pierwszemu planowi towarzyszy bogate tło, często przyciągające uwagę równie mocno co temat malowidła.

Duże miasto, zwłaszcza takie jak stolica, nigdy nie zasypia. Wiecznie się tam coś dzieje. W Nikt nie idzie tego nie widać. Obserwujemy wydarzenia z życia Marzeny, Klemensa, Olgi i Igora, bardzo wyalienowanych bohaterów. Wszystko kręci się wokół tej czwórki, żadnego skrętu w bok, wyjechania linią poza margines. Można odnieść wrażenie, że Małecki ubrał ich w te śmieszne stroje, jakie noszą aktorzy na planie filmu SciFi, i umieścił ich w pomieszczeniu o zielnych ścianach, aby właściwie kostiumy i tło nałożyć potem. Tylko że autor chyba o tym zapomniał.
Proza Małeckiego po raz kolejny okazała się skąpą w opisy i emocje, a te uczucia, które towarzyszą bohaterom Nikt nie idzie, są idealną kopią tych, które znajdziemy we wcześniejszych książkach autora. Jego bohaterów zawsze spotyka w życiu coś, co uruchamia w nich blokadę. Nie potrafią żyć i odczuwać emocji w pełni. Stojąc za grubą szybą obserwują tylko prawdziwe życie i swoje odbicie nakładające się na nie. Wolą nie przekraczać tej granicy, za którą czują się bezpiecznie, nie mogąc nikogo zranić, i nie będąc przez nikogo ranionym. Często nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego, że znaleźliśmy się w takiej pułapce, a co za tym idzie, nie próbujemy się z niej wydostać. Dobrze, że się o tym pisze, ale gdy temat jest wałkowany w kolejnej książce, oczekiwałoby się jakiegoś remedium, rozwiązania, albo chociaż rady. Tego w nowej powieści Jakub Małeckiego nie znajdziemy.
Również wśród postaci brak świeżej krwi. Wycofane, zamknięte w sobie i ciche kobiety, przyjmujące rzeczywistość z pozorną obojętnością i stoickim spokojem. W rzeczywistości od środka zżerane przez obawy, lęki, nadzieje i oczekiwania. Silni, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, mężczyźni, dobrzy wujaszkowie, a także ci słabi, niebędący w stanie dać oparcia swoim bliskim. To stała obsada książek Małeckiego. Jest też bardzo typowy dla jego powieści, bohater niepełnosprawny, inny niż wszyscy, niezasymilowany. Pod względem formy, także niczym nie zaskakuje. Poszatkowana narracja, opowiadana z punktu widzenia różnych bohaterów, i skoki w czasie, choć obejmujące tylko trzydzieści lat, a nie jak bywało wcześniej, kilka pokoleń.

Z jednej strony to dobrze, że sięgając po kolejną powieść Jakuba Małeckiego, wiadomo czego można się po niej spodziewać. Nie każdy lubi przecież zmiany. Niektórzy wolą podążać utartymi szlakami. Nikt nie idzie jest przyjemną lekturą, i z pewnością zachwyci czytelnika, który dopiero rozpoczyna przygodę z twórczością pisarza. Ci, którzy w literaturze poszukują nowych torów, a proza młodego autora jest im znana, mogą nie być zainteresowani dalszym poznawaniem świata według Małeckiego.

Recenzja z bloga www.oczytanyfacet.pl

pokaż więcej

 
2018-09-17 21:20:01
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
 
2018-09-14 11:29:57
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
 
2018-09-05 18:29:37
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
 
2018-08-30 16:26:49
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

www.oczytanyfacet.pl

Zadie Smith ma tak niezwykły dar pisania i opowiadania, że gdy czytamy jej teksty niebeletrystyczne zebrane w tomie Widzi mi się, stajemy się na chwilę częścią jej otoczenia. Widzimy i przeżywamy to, co ona, idziemy razem ulicą, wspólnie odczuwamy oburzenie na widok świeżo wybudowanego muru wokół jej starej szkoły, i godzinami kontemplujemy wystawę w Nowojorskiej galerii...
www.oczytanyfacet.pl

Zadie Smith ma tak niezwykły dar pisania i opowiadania, że gdy czytamy jej teksty niebeletrystyczne zebrane w tomie Widzi mi się, stajemy się na chwilę częścią jej otoczenia. Widzimy i przeżywamy to, co ona, idziemy razem ulicą, wspólnie odczuwamy oburzenie na widok świeżo wybudowanego muru wokół jej starej szkoły, i godzinami kontemplujemy wystawę w Nowojorskiej galerii sztuki.

Mimo że nie ze wszystkim, o czym pisze autorka, można się zgodzić, nie wzbudza to w czytelniku świętego oburzenia i niechęci. Gdy Zadie Smith przedstawia swoje poglądy czy spostrzeżenia, które są nam dalekie, robi to w taki sposób, że z łatwością jesteśmy w stanie zrozumieć jej punkt widzenia i ze spokojem przyjąć go do wiadomości. Nie jest kategoryczna w swoich opiniach i bywa, że po głębszym zastanowieniu się, zgadzamy się z autorką. Skłania czytelnika do refleksji nad sobą, a co ważniejsze, zweryfikowania swojego spojrzenia na świat.

Czytając pierwsze zdania kolejnych felietonów w Widzi mi się, nie mamy pewności, do czego pisarka dąży, o czym tak naprawdę będzie ów artykuł, recenzja czy mini wykład. Można się spodziewać wszystkiego, a konkluzje na koniec niemal zawsze zaskakują. Ta nieprzewidywalność jest szalenie urocza. Niektóre z tekstów są dla nas mało atrakcyjne, może nawet nieczytelne, ponieważ nie znamy kontekstu kulturowego, albo temat jest obcy, jak na przykład para amerykańskich komików, którym Zadie Smith poświęciła cały jeden felieton. Inne natomiast udowadniają, jaki świat jest mały, a codzienność bywa bardzo podobna pod różnymi szerokościami geograficznymi.
Autorka Białych łez wykorzystuje fantastyczne analogie, o których nigdy byśmy nie pomyśleli w związku z takim, a nie innym tematem. Zestawienie ze sobą tancerzy, ich stylu i choreografii, z pisarzami, choć wydawałoby się, że są to sfery kultury odległe od siebie o miliony lat świetlnych, brzmi całkiem sensownie, a porównanie zmieniających się gustów muzycznych do tradycji domu rodzinnego i ewoluującej osobowości to czysta poezja.

Zadie Smith pisze, że jest kobietą o wąskich horyzontach, ukierunkowaną tylko na literaturę, w której też przypina sobie łątkę pisarki-amatorki. Nie jest to jednak prawda. Widzi mi się, ukazują właśnie jej wszechstronną wiedzę na temat literatury, filozofii, kina, malarstwa i muzyki. Za każdym razem, gdy pisarka wspomina jakąś powieść, poetę, opowiada o wystawie malarskiej, cytuje filozofów i klasyków, czy uchyla rąbka tajemnicy skrywającej życie prywatne, czytelnik czuje się lekko zawstydzony swoją niewiedzą i brakiem rozeznania. Jednak gdy w tekście pojawiają się znane nam tytuły, rozpiera nas duma i radość z faktu, iż nie jest tak źle, skoro choć ułamek z tego, co chłonie Zadie Smith, jest i nam znane.

Hasło promocyjne Widzi mi się głosi, iż jest to „Manifest Zadie Smith„. Słowo manifest ma kilka definicji, spośród których tylko dwie opisują z grubsza tę książkę. Manifest jest wyrazem czyichś uczuć lub poglądów i publicznym protestem, skarga. Czy faktycznie ten zbiór felietonów i recenzji o bardzo szerokiej tematyce można nazwać manifestem? I czemu do jednego worka wrzucono eseje oraz recenzje? Wydaje się to trochę nieprzemyślanym posunięciem. W każdym razie Widzi mi się jest bardzo ciekawą książką, którą należy czytać powoli, wspomagając się słownikami, encyklopediami i internetem. Gdyby autorka nie miała już w dorobku powieści pod tytułem O pięknie, byłby to idealny tytuł dla tego tomu.

pokaż więcej

 
2018-08-28 09:32:35
Ma nowego znajomego: Anna
 
2018-08-27 19:58:31
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Anna Gavalda jest niekwestionowaną mistrzynią współczesnej prozy. Pisze świetne powieści, nowele, jak i krótkie opowiadanka, i za każdym razem jest to oryginalny tekst. Zarówno pod względem treści, jak i formy. Bardzo płynnie i z gracją przechodzi od typowo powieściowej lekkości do ciężaru psychoanalizy. W swoje utwory wplata bowiem zawsze jakiś pierwiastek psychologii, skupiając się na... Anna Gavalda jest niekwestionowaną mistrzynią współczesnej prozy. Pisze świetne powieści, nowele, jak i krótkie opowiadanka, i za każdym razem jest to oryginalny tekst. Zarówno pod względem treści, jak i formy. Bardzo płynnie i z gracją przechodzi od typowo powieściowej lekkości do ciężaru psychoanalizy. W swoje utwory wplata bowiem zawsze jakiś pierwiastek psychologii, skupiając się na jednostce, na konkretnym człowieku. Nie męczy przy tym czytelnika wielostronicowymi analizami, rozdrapywaniem ran i podcinaniem sobie żył.

Jest świetną obserwatorką, co w tomie opowiadań Rozbrojeni udowadnia po raz kolejny. Najnowsza próbka jej talentu to zaledwie siedem krótkich historii, które do książki zostały wybrane według dobrze przemyślanego klucza. Gavalda pisze o samotności i poszukiwaniu lekarstwa na nią, ale to jest tylko pretekst do tego, by bohaterów owych opowiadań poddać surowej, acz pełnej sympatii, zrozumienia i współczucia krytyce. Tyka ich palcem, mówiąc „Uciekasz przed bliskością tchórzu„, „Jesteś egoistą zapatrzonym w siebie„,”To ty jesteś źródłem swoich problemów„ ,„To tylko powierzchowność, przestań się pod nią ukrywać”. Wytykając te i wiele innych wad, napisanym przez siebie postaciom, tak naprawdę mówi do nas, poruszając ospałe sumienia.

Jej bohaterami są ludzie młodzi, w średnim wieku, oraz ci, którzy przekroczyli już tę granicę i dołączyli do grona osób starszych. Są to i kobiety i mężczyźni. W każdą z tych postaci, czy to zbuntowaną emigrantkę z Europy Wschodniej, młodą wdowę z problemem alkoholowym, starszego pana żegnającego zmarłego przyjaciela, czy trzydziesto parolatka wracającego do domu po suto zakrapianym alkoholem i używkami weekendzie, Gavalda wczuwa się bardzo dokładnie. Niemal wchodzi pod ich skórę, a nam pozostaje tylko zastanawiać się, jak to jest możliwe być jednocześnie młodą kobietą, starym mężczyzną i wszystkim, co pomiędzy nimi.

W pozornie banalnych historiach, pisanych i czytanych z lekkością słodkiej bezy, Anna Gavalda ukrywa wiele ważkich dla nas problemów i emocji. Jednym, prostym zdaniem potrafi wywołać łzy albo uśmiech. Pozostaje przy tym stonowana i delikatna, nie ciągnąc czytelnika na siłę w rozpacz albo głośny i rubaszny śmiech. Tak jak głosi napis na okładce, jest to książka „o cudownie uzdrawiającej mocy”. Oczyszcza i pozwala wziąć naprawdę głęboki oddech. Nie sposób się nie zgodzić z redaktorem „La Parisienne„, który twierdzi, że Rozbrojeni to „czyta przyjemność czytania”.

pokaż więcej

 
2018-08-24 15:56:49
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Pęknięta Ziemia (tom 1) | Seria: Imaginatio [SQN]

Pomysł na świat przedstawiony w trylogii N.K. Jemisin może zachwycać. I udaje się to pisarce do momentu, gdy uświadomimy sobie jak wiele w nim zapożyczeń z innych dzieł literatury fantasy i SciFi, a także z kina.

Wszystko wskazuje na to, że ów świat to bardzo daleka przyszłość dzisiejszej Ziemi. Majaczące na horyzoncie ruiny wielkich budowli, pozostałości po pradawnej cywilizacji, skupiska...
Pomysł na świat przedstawiony w trylogii N.K. Jemisin może zachwycać. I udaje się to pisarce do momentu, gdy uświadomimy sobie jak wiele w nim zapożyczeń z innych dzieł literatury fantasy i SciFi, a także z kina.

Wszystko wskazuje na to, że ów świat to bardzo daleka przyszłość dzisiejszej Ziemi. Majaczące na horyzoncie ruiny wielkich budowli, pozostałości po pradawnej cywilizacji, skupiska ludzkie w postaci lepiej lub bardziej chronionych wspólnot i ogromne pustkowia, przemierzane przez wędrowców, ewentualnie ludzi nieprzynależących do żadnej wspólnoty. Można odnieść wrażenie, że to kontynuacja przygód Mad Maxa. Szkoła dla górotworów przywodzi na myśl najsłynniejszą szkołę w literaturze fantasy, a mianowicie Hogwart. Wykorzystywanie wadliwych żwirów jako naturalnych systemów ochrony przed trzęsieniami ziemi, podłączanie ich na stałe do wyszukanej maszynerii, to znowuż motyw zaczerpnięty z filmu Raport mniejszości. Główna bohaterka natomiast i wszystkie jej wcielenia, to żeńska wersja Geda z Ziemiomorza. W zasadzie różni ich tylko płeć i rodzaj nadprzyrodzonych zdolności.

Zbyt odtwórcze podążanie za mistrzami gatunku prowadzi do schematyczności i nudy. Fabularnie Piąta pora roku także nie zaskakuje czytelnika. Essun wędruje w poszukiwaniu córki, po drodze gromadząc swoja „drużynę pierścienia”, i w zasadzie nic się nie dzieje. Raz czy dwa wybuchnie jakiś wulkan, obudzony mocą któregoś z bohaterów, albo też jakaś plująca lawą góra zostanie uśpiona, ewentualnie ktoś popada w obłęd, czy też zostaje opętany, i mówi nie swoim głosem. Po miedzy tymi punktami w narracji, Essun i jej młodsze wcielenia oraz pozostałe postaci snują się i z braku innego zajęcia urządzają sobie orgietki.

Piąta pora roku jest powieścią na wskroś feministyczną, i to w najgorszym tego słowa znaczeniu. Fakt, że pierwsze skrzypce grają tutaj kobiety, nie jest ani trochę problem. Niestety mamy tu do czynienia niemal z samymi kobietami, a nieliczni mężczyźni są gejami, bardziej kobiecymi niż kobiety, biseksualni, transwestytami, a jeśli już są męskimi facetami, to bezbarwnymi, stanowiącymi jedynie osobowe tło. Kobiety natomiast są oczywiście mocarne, samodzielne, strzelają z kuszy, to one żądzą i stają przed odwiecznym problemem: dziecko czy praca i przygody. Przesada w żadną ze stron nie jest wskazana, a Jemisin okrasza ją jeszcze swoimi niecodziennymi fantazjami seksualnymi i, jak stereotypowa feministka na manifestacji, szokuje kutasami, fiutami i rżnięciem do nieprzytomności.

Można u Jemisin znaleźć nawiązania do sytuacji osób czarnoskórych, niewolnictwa, rasizmu i strachu przed odmiennością. Są one wyraźne, chwilami wręcz toporne, podane wprost na talerzu. To jednak tylko puste hasła i stereotypy, bez wniosków i jakiegoś przesłania dla potomnych. To wszystko, w połączeniu z wtórnością pisarki, jej niekonsekwencją w tworzeniu zaludnionego przez roggi i zjadaczy kamieni świata skutecznie zniechęca do sięgania po dalsze tomy.

Recenzja opublikowana pierwotnie na blogu:http://www.oczytanyfacet.pl/piata-pora-roku-n-k-jemisin/

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
599 35 287
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (22)

zgłoś błąd zgłoś błąd