Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/rozmowy/12599/komiksy-to-literatura-naszej-epoki-rozmowa-z-eddiem-campbellem

Komiksy to literatura naszej epoki. Rozmowa z Eddiem Campbellem

8 wartościowy tekst

Na umówione spotkanie spóźniłem się dobre dziesięć minut, źle zaplanowawszy logistykę, ale Eddie Campbell czekał na mnie z szerokim uśmiechem i zimnym piwem. Z rysownikiem legendarnego już komiksu „Prosto z piekła” – ostatnio ponownie podzielonego na zeszyty i wydawanego za granicą z nałożonymi przez niego kolorami – rozmawiałem podczas tegorocznego Comic-Conu w San Diego.

Legendarny brytyjski rysownik kojarzony jest przede wszystkim z kultowym dziełem „Prosto z piekła”, powstałym na podstawie scenariusza Alana Moore'a. W naszej rozmowie Eddie Campbell opowiada o tym, czym jest dla niego komiks i jak postrzeganie tego medium przez odbiorców ewoluowało przez lata. Wyraża także własne (nie do końca pochlebne) zdanie na temat korporacji filmowych dokonujących adaptacji komiksów.

[Opis wydawcy] „Prosto z piekła” to historia Kuby Rozpruwacza, prawdopodobnie najbardziej znanego seryjnego mordercy w historii. „Janko Rozpruwacz”, „Jack emboweler” (jak pisano o nim w „Kurjerze Codziennym” w 1888 r.) zyskał swą niesławę za sprawą morderstw pięciu prostytutek na londyńskim East Endzie. Czy tamte wydarzenia były preludium do krwawego XX wieku?

Prawie sto lat później angielski scenarzysta komiksowy Alan Moore, odczuwający potrzebę oderwania się od klasycznego komiksu, postanowił zestawić fakty i mity o morderstwach w Whitechapel w formie powieści graficznej, przygotowując się do tego ze skrupulatnością naukowca.
Moore mówi o swojej pracy: „Wierzę, że jeżeli wgryziesz się w historię wystarczająco mocno, jeżeli tniesz precyzyjnie, uporczywie, i postępujesz metodycznie, wtedy jesteś w stanie nie tylko pokazać wewnętrzny mechanizm rzeczy, ale również i ich sens…”. Rzeczywiście – przemyślany i trzymający w napięciu scenariusz Moore’a i dynamiczna oprawa graficzna Eddiego Campbella porywają czytelnika w podróż w czasie, z której po powrocie trzeba będzie raz jeszcze zadać sobie pytanie o to, co na tym świecie jest prawdziwe, a co fałszywe.

Bartek Czartoryski: Na rozgrzewkę powiedz mi, jakie trudności napotkałeś, gdy po latach zasiadłeś do „Prosto z piekła”, chcąc pokolorować komiks liczący przeszło pół tysiąca stron?

Eddie Campbell: Podstawową trudnością było przede wszystkim to, że nie posiadam już oryginalnych prac i musiałem pracować na reprodukcjach, a przy skanowaniu zawsze traci się odrobinę ostrości. Dlatego zanim przystąpiłem do kolorowania, byłem zmuszony rysować po starych liniach, żeby zachować odpowiedni kontrast czerni i bieli.

Jakich technik używałeś?

Tylko Photoshopa.

Żartujesz.

Bynajmniej.

Mógłbym przysiąc, że niektóre kadry malowałeś ręcznie.

Bo się starałem! Rozumiesz, to dla mnie jedyna szansa, żeby poprawić to, co gryzło mnie całymi latami. Nie płacą mi aż tyle, abym zrobił wszystko tak, jak bym chciał, ale się przykładam.

Skąd w ogóle ten pomysł?

Jako rysownika interesowało mnie przede wszystkim odtworzenie świata sprzed przeszło stu lat, a przecież nie był on czarno-biały, lecz kolorowy. Ale kiedy rysowałem pierwsze wydanie „Prosto z piekła”, nawet nie myślałem, żeby wszystko malować, było to zbyt duże przedsięwzięcie i nie dałbym rady zrobić tego sam. Dzisiaj jest to znacznie łatwiejsze, wystarczy tablet. I dlatego chciałem skorzystać z okazji. Trzydzieści lat temu nie miałem też dostatecznej wiedzy na temat epoki i teraz mogę usprawnić pewne rzeczy. Rysowałem na przykład ogromne powozy, kiedy powinienem był szkicować nieduże, nierzucające się w oczy. Chciałem odtworzyć Londyn dla czytelnika, jednocześnie nie przeładowując wszystkiego szczegółami, nie interesowały mnie typy lamp gazowych czy rasy koni. Bo jak chodzisz po swoim mieście, nie myślisz o tym, jak ono działa i funkcjonuje. Moim zamiarem było oddać doświadczenie spaceru po ówczesnym Londynie.

Co jeszcze zmieniałeś, nakładając kolory?

Gdzieniegdzie pozmieniałem perspektywę i optycznie zmniejszyłem mieszkania angielskiej biedoty. Ba, sam miewałem mniejsze pokoje niż niektórzy bohaterowie, a przecież mówimy o nędzarzach. Ale też nie chciałem robić z „Prosto z piekła” dramatu kostiumowego, co to, to nie.

I Alan Moore, który napisał scenariusz, nie miał nic przeciwko tym ingerencjom?

Alan miał to wszystko gdzieś, machnął ręką.

Gdy rysowałeś „Prosto z piekła”, które było przecież wydawane na przestrzeni lat, miałeś do dyspozycji choćby pobieżny szkic całej opowieści, czy pracowaliście małymi kroczkami?

Nie, nie, robiliśmy wszystko rozdział po rozdziale, co generowało niemałe trudności. Bo kiedy uznaliśmy z Alanem, że coś sknociliśmy, nie było żadnej możliwości poprawy. Na pewnym etapie tak bardzo nie wyrabiał się ze scenariuszem, że podsyłał mi pojedyncze strony i nie miałem zielonego pojęcia, co będzie dalej, a musiałem rysować na bieżąco. Jest na przykład taka scena, gdy doktor Gull odcina swojej ofierze pierś i kładzie ją obok ciała. Tyle że Alan za późno się zorientował, że w złym miejscu. Strona poszła już do wydawcy i mieliśmy tylko kilka paneli, żeby to naprawić. No i Alan wymyślił, że Gull po chwili zastanowienia przekłada ją gdzie indziej. I kiedy trzeba tak improwizować, strona po stronie, nie ma za bardzo miejsca na błędy i ich naprawę.

Sam tekst pozostawiono w nowym wydaniu bez zmian?

Można tak powiedzieć. Poprawiono interpunkcję, bo swojego czasu uważałem, że sam dymek może zastąpić wszystkie przecinki, kropki i tak dalej. No i skorygowaliśmy literówki. Słyszałeś może, że swojego czasu komiksy amerykańskie przeładowane były wykrzyknikami z pewnego powodu?

Jakiego?

Już tłumaczę. Bo przecież, jak może zauważyłeś, Stan Lee praktycznie każdą wypowiedź kończył wykrzyknikiem nie dlatego, że to była jego zachcianka. Po prostu sama kropka na ówczesnych prasach drukarskich mogła się omsknąć i wypaść za dymek. Dlatego wykrzyknik był o wiele bezpieczniejszy. Krąży też plotka, że słowo „flick” („pstryknięcie” – przyp. red.) było zakazane, bo istniało ryzyko, że litery „l” i „i” się ze sobą zleją. Podobnie rzadko używano też imienia „Clint”.

Sama idea publikacji kolorowej wersji „Prosto z piekła” wyszła od ciebie?

Wydawnictwo chciało wypuścić kolejną edycję komiksu i coś przy tej okazji zmienić albo odświeżyć. Wymyślili, że znowu podzielą całość na zeszyty. Uznałem, że to krok w tył i żeby go niejako zrównoważyć, zaproponowałem nałożenie koloru. Z początku chcieli po prostu dorzucić jakieś dodatki, ale nie mam żadnych. Nie trzymam swoich prac, po prostu wszystko dawno temu wyrzuciłem. Szkicuję na serwetkach, na czym się da.

Alan Moore znany jest z bardzo szczegółowych i dopracowanych scenariuszy. Czy zostawiały one tobie jakąkolwiek swobodę artystyczną?

Nie, niezbyt. Ale dostosowałem się do tego stylu pracy. Zdarzyło się może raz, że się o coś pożarliśmy. Alan pisze naprawdę szczegółowo i jego scenariusze nie pozostawiają niedomówień. I dlatego teraz, kiedy nakładam kolory, zerkam na to, co napisał, i łapię się na tym, że nie zawsze uporałem się z wyzwaniem, że niekiedy mogłem narysować coś lepiej, bardziej interesująco, ale byłem zmęczony i poszedłem na łatwiznę. Dostrzegam, że to czy owo zasługuje na lepszą kreskę. Głównie poprawiłem logistykę i organizację stron, coś powiększyłem, zmniejszyłem.

Podobała ci się adaptacja filmowa „Prosto z piekła” z Johnnym Deppem?

Ani trochę. Zupełnie nie wykorzystali potencjału tej opowieści, zmarnowali postacie. Ale wtedy nikt nie zdawał sobie sprawy, jak ogromne jest zapotrzebowanie na kino komiksowe trzymające się adaptowanego materiału, a nie uciekające od niego. Dzisiaj wydaje się to czymś oczywistym.

Uważasz, że popularność Marvel Cinematic Universe pomogła branży komiksowej?

Trudno mi powiedzieć, a i nie jestem tymi filmami aż tak bardzo zainteresowany. Lecz na pewno ludzie, którzy wcześniej nie mieli zbyt częstego kontaktu z komiksem, zrozumieli, że to coś więcej niż obrazki na papierze, że to cała równoległa kultura, że niektórzy siedzą przed telewizorem z otwartymi japami, a inni przebierają się za fikcyjne postaci, uczestniczą aktywnie w czymś, co kochają. I jest to ogromna grupa ludzi. Weźmy chociażby niedawne oburzenie związane z finałem „Gry o tron”, co zaowocowało między innymi głośną petycją o ponowną realizację ostatniego sezonu. Czytałem, że sami twórcy, aktorzy, strasznie się tym przejęli. Z piętnaście lat temu wszyscy wzruszyliby ramionami. Bo to „tylko fani”. Ale wszystko się pozmieniało. Komiks jest dzisiaj fundamentem, na którym się buduje. Nie jest to sytuacja, która mnie jakoś wyjątkowo cieszy, lecz z drugiej strony daje niesamowite szanse. Spójrz na Neila Gaimana, który zaczynał jako scenarzysta komiksowy, a teraz jest gwiazdą. I wydaje mi się, że komiks jest obecnie niezbędnym kulturze tworzywem, choć wykorzystują go prawie wyłącznie korporacje, które chcą się jedynie dorobić.

Skoro o tym mowa… obejrzysz nadchodzący serial HBO o „Strażnikach”?

Ech, korporacje nie szanują nawet tak genialnych dzieł. Obchodzi je jedynie to, czy na tym zarobią, chcą wyciągnąć z jednego pomysłu jak najwięcej. Chęć nakręcenia kontynuacji wynika z niezrozumienia samej tej opowieści, która jest czymś absolutnie wyjątkowym. Nie ma drugiego takiego komiksu. Nie da się tego powtórzyć, można tylko imitować niepotrzebnymi spin-offami. Bo czy dopisywałbyś, na przykład, kontynuację „Wojny i pokoju”? To, oczywiście, pytanie retoryczne.

Dlatego tak rzadko pracujesz dla Marvela czy DC?

Coś tam dla nich zrobiłem. „Kapitana Amerykę”, „X-Men”, „Hellblazera”… Bo kiedy już mi się coś proponuje, boję się odmówić. Żyję w lęku, że jutro nie przyjdzie żadne zlecenie, nie zarobię ani grosza i czeka mnie bieda. Lecz czasem jest to jednak coś fajnego, bo rysuję postacie takie jak Iron Man czy Wolverine. Pamiętam, jak ktoś napisał kiedyś, że mój Tony Stark ma retro image. A ja nawet nie miałem o tym pojęcia, bo nie czytałem z nim żadnego komiksu od ćwierćwiecza!

Ale, jak rozumiem, o zostaniu rysownikiem komiksowym myślałeś od dawien dawna?

Tak, ale kiedy byłem w szkole artystycznej, nie mogłem za bardzo mówić o komiksach, bo one na tym obszarze po prostu nie istniały, co dzisiaj, kiedy stały się niemal literaturą naszej epoki, trudno sobie wyobrazić. Dlatego przez pięć lat pracowałem w fabryce i przez cały czas rysowałem myślami. I po powrocie do domu. Gdybym miał pracę przy biurku, nie mógłbym się na tym skupić, a jako że wykonywałem mechaniczne, powtarzalne ruchy, odpływałem myślami gdzie indziej.

Zainteresowałeś się też wtedy okultyzmem? „Prosto z piekła” jest nim przecież przesiąknięte.

Nie, te wszystkie dziwactwa to domena Alana! Ja chciałem tylko rysować Londyn.

Powiązane treści:
San Diego Comic-Con 2019 według mnie

W San Diego dopiero co zakończył sie Comic-Con, czyli wydarzenie, w którym chciałby wziąć udział każdy fan popkultury. Wiadomości o „Wiedźminie”, „Grze o tron” czy najnowszych adaptacjach komiksów spisywał dla nas Bartek Czartoryski. Przeczytajcie jego (subiektywną) relację. 



więcej
Alana Moore'a teoria wszystkiego

Alan Moore – ekscentryk, anarchista, okultysta. Jednocześnie jednak również odnowiciel komiksu i jeden z najważniejszych (a może najważniejszy?) twórców tego medium. Sylwetkę tego nietuzinkowego artysty przedstawia Bartosz Czartoryski.



więcej
Kolejna książka Kinga zostanie zekranizowana

Powieści Stephena Kinga są bardzo lubiane przez filmowców – wiele z nich to niemal gotowy materiał na film. Regularnie w mediach pojawiają się więc informacje o kolejnych ekranizacjach. Najnowsza z nich będzie opierać się na książce, w której dziewięcioletnia główna bohaterka gubi się na Szlaku Appalachów. Rodzinna wycieczka zmienia się w koszmar, po którym nic już nie będzie takie samo…



więcej

Pokaż wszystkie rozmowy
Komentarze
Autor:  Bartek |  wypowiedzi: 6  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 40
Bartek
23-08-2019 16:12
Zapraszam do dyskusji.
książek: 46
Legeriusz
25-08-2019 11:26
Bardzo ciekawy wywiad. Sprawa błędów w rysunkach. Pracowitości. Kwestia korporacji. Tylko kiepski tytuł, jak z Faktu. Campbell mówi, że komiksy to niemal literatura naszej epoki, a nie że są.
książek: 449
Robert
25-08-2019 14:07
Wywiad ciekawy, „Prosto z piekła” to rewelacyjny utwór. Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że wszystko, o czym mówi Campbell dotyczy rynku amerykańskiego. U nas niestety komiks leży i kwiczy, co gorsza nie zapowiada się, by sytuacja ta miała się zmienić. Polscy czytelnicy nie doceniają tego rodzaju twórczości, z reguły kierując się przeświadczeniem, że komiks jest w dużej mierze dedykowany dla... Wywiad ciekawy, „Prosto z piekła” to rewelacyjny utwór. Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że wszystko, o czym mówi Campbell dotyczy rynku amerykańskiego. U nas niestety komiks leży i kwiczy, co gorsza nie zapowiada się, by sytuacja ta miała się zmienić. Polscy czytelnicy nie doceniają tego rodzaju twórczości, z reguły kierując się przeświadczeniem, że komiks jest w dużej mierze dedykowany dla dzieci i młodzieży. W polskich warunkach nie ma większych szans na powstawanie takich powieści graficznych, a szkoda.

Na Zachodzie wydawnictwa i odbiorcy inaczej traktują tego rodzaju formę wyrazu, tam istnieje szansa, by podejmować w komiksie poważne tematy (a takim przecież historia Kuby Rozpruwacza jest). W wywiadzie wspomniano też o jednej istotnej rzeczy - niedofinansowaniu twórców. Campbell mimo faktu, że tworzył lata temu monumentalne tomiszcze komiksowe zdawał sobie sprawę, że nie może zrobić tego tak, jakby mógł, ponieważ po prostu musiał zmieścić się w czasie, by nie pracować w ostatecznym rozrachunku za grosze. Stworzenie komiksu od researchu tematu, poprzez zbudowanie koncepcji, napisanie scenariusza, wykonanie rysunków i korekt to przecież ogrom pracy, niepomierny w stosunku do choćby pisania samej książki.
pokaż więcej
książek: 1372
Monika
25-08-2019 14:23
Nie wiem, na ile polscy czytelnicy nie doceniają, a na ile jest to kwestia cen komiksów. Ja komiksy bardzo chętnie bym czytała, czasami czytuję, ale kupowanie ich jest u mnie na bardzo, ale to bardzo odległym miejscu. Bo jak mam za kilkadziesiąt stron obrazków, najwyżej kilkadziesiąt minut rozrywki, zapłacić tyle, ile płacę za kilkaset stron tekstu i kilkanaście, kilkadziesiąt godzin czytania,... Nie wiem, na ile polscy czytelnicy nie doceniają, a na ile jest to kwestia cen komiksów. Ja komiksy bardzo chętnie bym czytała, czasami czytuję, ale kupowanie ich jest u mnie na bardzo, ale to bardzo odległym miejscu. Bo jak mam za kilkadziesiąt stron obrazków, najwyżej kilkadziesiąt minut rozrywki, zapłacić tyle, ile płacę za kilkaset stron tekstu i kilkanaście, kilkadziesiąt godzin czytania, to niestety rachunek jest prosty. Na 60 komiksów miesięcznie mnie nie stać, a na 4 książki spokojnie mogę sobie pozwolić.
pokaż więcej
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
Zbudzone furie

Po nie udanym autora ze space-operą w drugim tomie długo wahałem się, nim sięgnąłem po trzeci. Niesłusznie, chociaż nie jest to tak dobra powieść, jak...

zgłoś błąd zgłoś błąd