Zagrałem va banque. Wywiad z Cezarym Borowym o książce „Spowiedź Hana Solo”

Grzegorz Przepiórka
03.11.2020

Dobra wiadomość dla fanów książki „Spowiedź Hana Solo. Byłem przemytnikiem w Indiach”. Ciąg dalszy nastąpi. Tymczasem o indyjskim życiu, najbardziej uduchowionym społeczeństwie na świecie, Polakach za granicą, szczerości wobec samego siebie i rozgrzeszaniu przez opowieść – z Cezarym Borowym rozmawia Grzegorz Przepiórka. Dowiecie się również, czy przemyt to grzech. Diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach.

Zagrałem va banque. Wywiad z Cezarym Borowym o książce „Spowiedź Hana Solo”

spowiedź hana solo[Opis wydawcy] „Spowiedź Hana Solo. Byłem przemytnikiem w Indiach” – to relacja uczestnika wydarzeń. Barwna, soczysta, osobista, naładowana emocjami i wrażeniami jak Indie. Budzi nostalgię i tęsknotę za włóczęgą. Opowieść o czasach, które nigdy nie wrócą. O podróżach i ideach, ludziach po drodze, wyjątkowej wspólnocie, której powstanie umożliwiło dzielenie ekstremalnych doświadczeń i uzależnienie od adrenaliny. W konkursie Magellana Magazynu Literackiego KSIĄŻKI - nagroda główna w kategorii najlepsza książka reportażowa 2020 roku.

Reklama

Grzegorz Przepiórka: Zacznijmy od końca. „Publikując tę książkę, wybieram się w kolejną podróż. Czuję się podobnie jak wtedy, gdy pierwszy raz leciałem w nieznane, do Indii”. Czy z tej podróży również urodzi się książka? W jakie nieznane pan się wybrał i jaką prawdę o sobie tym razem odkrył?

Cezary Borowy: Moja książka jest pewnego rodzaju coming outem. A taki proces ogłaszania światu prawdy o sobie zawsze dostarcza mocnych przeżyć. Robię trochę notatek, rodzaj dziennika z wydarzeń wokół publikacji mojej książki i zapisuję emocje, które temu towarzyszą. Książka? Może, ale mam już zaplanowane trzy kolejne. „Dziennik debiutującego autora” musi zatem poczekać w kolejce. Po opublikowaniu książki, która jest przecież debiutem, dowiedziałem się, że potrafię w interesujący sposób opowiadać historie. Można mieć wewnętrznie takie przeświadczenie, ale dopiero opinie czytelników to potwierdzą lub temu zaprzeczą. Dostaję bardzo dużo wyrazów sympatii od nieznanych mi osób, to bardzo wzmacniające.

Pierwszym warunkiem dobrej spowiedzi jest rachunek sumienia. Jak uruchomił pan pamięć po 30 latach? W książce bardzo lakonicznie wspomina pan o notatkach – czy to oznacza, że podczas pobytu w Azji trzy dekady temu prowadził pan coś w rodzaju dziennika?

Mam sporo zdjęć z tamtego okresu, kilka filmów video, sporo listów, papierowych zaznaczam, które wysyłałem do domu i swoje notatki również. Same zdjęcia i notatki by nie wystarczyły, ale były przydatne, aby uruchomić pamięć. Pieszy marsz w 2018 roku przez Indie również pomógł, dużo samotności, dużo czasu na skupienie. Istnieje teoria, że wszystko co przeżyliśmy jest w naszym umyśle, trzeba tylko odpowiednio „pogrzebać”. Wydarzenia w tamtych latach były dla mnie bardzo intensywne, pełne emocji. Nie miałem więc problemów z przywołaniem okoliczności wydarzeń. Czasem też korzystałem z pamięci kolegów, gdy na przykład nie byłem pewien jakiegoś szczegółu.

Jak wyglądał dzień, w którym wyjechał pan z Polski? Jaka była wtedy rzeczywistość, poza tym, że była szara? Powodem ucieczki był brak nadziei czy niecierpliwość? To był zdaje się moment, kiedy zanosiło się już na zmiany.

Wyjechałem, a właściwie uciekłem z PRL-u w 1986 roku. Absolutnie nie zanosiło się wówczas na zmiany. W Polsce, poza biedą, panowała straszna apatia. Dodam jeszcze jedno zdanie, nawet po wygranych wyborach 4 czerwca 1989 roku nikt nie przewidywał, że PRL upadnie. Istniał Związek Radziecki, a w Polsce stacjonowały liczne garnizony Armii Czerwonej. Liczono na zmiany, ale w ramach tamtego ustroju. Nikt nie przewidywał, że to się tak fantastycznie potoczy, że tak szybko staniemy się częścią Zachodu. Owszem, byłem niecierpliwy, ale przede wszystkim chciałem podróżować, ale tak naprawdę jak Arkady Fiedler.

„Han Solo”, bo tak pana „ochrzcili” towarzysze w Indiach, zapożyczając przydomek od bohatera „Gwiezdnych wojen”, ziścił się z pana dziecięcych marzeń o podróżowaniu. Czy dzisiaj pan o czymś marzy?

Oczywiście, ja jestem cały z marzeń. Obecnie odbywam pewnego rodzaju podróż ze swoją książką i jak to w dobrej wędrówce, dzieją się rzeczy wcześniej nieplanowane. Nie miałem takich zamiarów, ale pod wpływem czytelników piszę kolejną część. Tym razem będą to relacje, wspomnienia dziewczyn, które były kurierami złota na Dalekim Wschodzie. Marzę, aby ta książka, druga część „Spowiedzi Hana Solo”, spełniła oczekiwania osób, które się jej domagają i czekają na nią.

Reklama

A o czym marzą Indusi? Czy w sposobie życia, którego osią jest dharma, czyli wykonywanie swoich obowiązków w miejscu wyznaczonym przez urodzenie, co oznacza niejako pogodzenie się z losem, jest miejsce na marzenia?

W życiu hindusa ważne są trzy cele: dharma, kama i artha. Kama to miłość, artha dążenie do poprawy życia materialnego swojej rodziny, dharma to obowiązki wynikające z miejsca urodzenia. Wszystkie muszą być zgodne ze sobą, nie można iść na skróty i na przykład zarabiać pieniądze niezgodnie ze swoją dharmą. Bywają bardzo miłe interpretacje tych życiowych zadań. Dharmą żonatego mężczyzny jest uprawiać miłość (kama) z żoną. Oczywiście większa będzie jego zasługa, jeżeli będzie wykonywał ten obowiązek dobrze. Musimy pamiętać, że w Indiach ciągle większość mieszkańców jest bardzo biedna. Koncentrują się na sprawach codziennych, na przeżyciu kolejnego dnia. Poprawie warunków mieszkaniowych i oczywiście dzieciach. Długoletnim planem każdej rodziny jest odpowiednie dobranie współmałżonka dla dziecka. W przypadku córek wiąże się to z zebraniem dużego posagu. W przypadku syna jest łatwiej, ale pieniądze też mają znaczenie. Bogaci rodzice nie pozwolą wyjść swojej córce za biedaka, nawet jak jest z tej samej kasty.

Na zdjęciach, które znalazły się w książce, mamy Indie z końcówki lat 80., a obok z 2018 r. Szczerze powiedziawszy, dostrzegam niewielką różnicę. Czy pan zauważa istotne zmiany na przestrzeni lat, obserwując Indie od frontu?

Pierwsze wrażenia po wylądowaniu w Indiach to jest wszechobecny tłum ludzi przemieszczających się w nieładzie we wszystkich kierunkach. Takie było moje pierwsze wrażenie i takie mają kolejne pokolenia podróżników. New Delhi trzydzieści lat temu miało 10 milionów mieszkańców, dzisiaj to 20 milionów. Ogromny przyrost naturalny, dodatkowo migracja ze wsi do miast powoduje, że biedne przecież państwo nie nadąża z budową infrastruktury. Opiszę taki współczesny widok na ulicy. Kilkunastoosobowa rodzina zamieszkała pod wiaduktem pomiędzy dwoma jezdniami. To wygodne miejsce, trwały, mocny dach nad głową, zagospodarowali więc sobie tę przestrzeń. Tak było kiedyś, tak jest dzisiaj, różnica polega na tym, że obecnie mają na słupie zawieszony płaski telewizor zasilany z generatora. Ten kraj ciągle zadziwia tym, że jeszcze istnieje jako jeden organizm. Wszystko wydaje się tam zbudowane byle jak, tak na łapu capu, powiązane sznurkiem, a jednak się kręci i działa. Zdolność do improwizacji to z pewnością wspólna cecha Polaków i Indusów.

Z pewnością Indusi zmienili się wewnętrznie. Nie ma w nich czołobitności względem białych, co podkreśla pan kilkukrotnie w książce. Jak Indie osiągnęły pewność siebie, poczucie godności? Jaką drogę ku temu przeszły? Co miało na to wpływ?

Po prostu upływ czasu, kolejne pokolenia nie pamiętają już rządów Anglików. Dzisiaj biały człowiek jest po prostu gościem, a nie panem. Gdy czyta się indyjskie gazety albo ogląda ich angielskojęzyczne programy publicystyczne, to widać, że toczy się tam stała dyskusja na temat państwa. Jest to kraj demokratyczny, z wolną prasą, jest więc mnóstwo krytyki w stosunku do rządzących, ale te dyskusje świadczą, że czują się gospodarzami.

„Hindusi boga szukają w sobie, a nie na zewnątrz”. Czy podczas pieszej wędrówki po Indiach odkrył pan w sobie boga?

Mogę o sobie powiedzieć, że pasjonuję się hinduizmem. Sporo na ten temat czytam, coraz więcej wiem i powoli układają mi się w głowie elementy tego systemu. Mam też wrażenie, że wielu podróżników nawet nie próbuje głębiej poznać tej cywilizacji, bo wydaje się tak złożona, że życia zabraknie na ogarnięcie wszystkich zależności. O sobie powiem, że próbuję. Tym niemniej nie przyjmuję tego za swoje. Myślę, że jak większość rozumnych ludzi próbuję też samego siebie poznać i zrozumieć swoje motywy, ale to nie oznacza, że zostanę hindusem.

Podejrzewam, że nikt w Indiach nie mówi wprost „ależ jestem boska lub boski”, ale z pewnością hinduizm i specyficzne rozumienie boskości kształtuje Indusów. Są chociażby wegetarianami. Jak jeszcze hinduizm odciska się na Indusach?

Nie wiem, czy specyficzne, może to nasze rozumienie boga jest specyficzne? Zależy, z której strony patrzymy. Hinduizm to jedyna religia na świecie, która nie mówi o sobie, że jest jedyną prawdziwą. Hindusi dopuszczają istnienie innych religii na równych prawach. To nie jest tolerancja, to jest akceptacja. Tolerancja jest wtedy, gdy mamy przeświadczenie o wyższości swojej racji, ale pozwalamy adwersarzowi, żeby miał swoją, aczkolwiek wiemy, że się myli. Akceptacja zakłada pogodzenie się, że są różne ścieżki dojścia do absolutu. Jest wiele rzek, ale i tak wszystkie prowadzą do morza, mówią hindusi. Dzięki tej akceptacji innych religii, chętnie o tym rozmawiają, są chyba najbardziej uduchowionym społeczeństwem na świecie. Podczas długich podróży pociągiem potrafili poprosić mnie, abym opowiedział im o swoim bogu.

Dwa lata temu podjął pan pieszą wędrówkę po Indiach. Głównymi punktami na szlaku były drzewa. Mam wrażenie, że jest w tym coś więcej niż dendrologiczna pasja wynikająca z wykształcenia. Dlaczego warto pielgrzymować do drzew?

Może dlatego, że stoją ciągle w tym samym miejscu, nie uciekają. To oczywiście żart, ale jest coś magicznego w starych drzewach. Gdy po długiej wędrówce stanąłem obok Kanimara Teak, największego drzewa tekowego na świecie, kilkusetletniego giganta, uświadomiłem sobie, że on wykiełkował w czasach, gdy Vasco da Gama wylądował w Indiach. Poczułem się wtedy taki mały. Co znaczy kilkadziesiąt lat ludzkiego życia. Z drugiej strony stojąc tam, opierając się o niego, miałem silne poczucie jedności z przyrodą. To drzewo i ja jesteśmy częścią tego samego, życia.

Posłużę się teraz pytaniem, które zadał pan Kumarowi, jednemu z bohaterów książki. „Jesteś tyle lat od mnie starszy, tyle przeżyłeś, powiedz mi, co jest w życiu ważne?” Jaka byłaby dziś pana odpowiedź?

Często się nad tym zastanawiałem, zadawałem ją innym, starszym osobom. W Polsce na tak zadane pytanie najczęściej słyszy się odpowiedź, że zdrowie jest najważniejsze. Niby tak, ale zdrowie jest również ważne za przeproszeniem dla krowy, bo jak zachoruje, to ją wyślą do rzeźni. Ale co jest ważne w życiu, zakładając, że jesteśmy zdrowi? Rodzina? Oczywiście, ale dlaczego? Dla mnie najważniejsze w życiu jest poczucie sensu tego, co robię, czym się zajmuję. To właśnie usłyszałem przed laty od starego indyjskiego prawnika, który wyciągnął mnie z więzienia w Bombaju.


Mówi się, że za granicą nie ma nic gorszego, jak trafić na Polaka, tymczasem w książce niemal z rozczuleniem wspomina pan solidarność, wzajemne zaufanie, jakie panowały w „polskiej mafii”. To się dzisiaj określa jako kapitał społeczny. Dzięki temu możliwe były spektakularne operacje przemytnicze, które zostały opisane w książce. Jak wytłumaczy pan ten fenomen? Dlaczego akurat w Azji wspólnotowość zadziałała?

Mam nadzieję, że dzisiaj to zdanie, że najgorzej za granicą trafić na rodaka jest już nieaktualne. Społeczność, bo wolę to określenie, polskich przemytników na dalekim wschodzie liczyła 100-200 osób. Łącznie może kilkaset, bo przez te prawie dziesięć lat była pewna rotacja, ktoś wracał do kraju, ktoś inny dołączał. Nie była więc to duża grupa, wszyscy się znaliśmy, wspieraliśmy, wręcz przyjaźniliśmy. Byliśmy sami w ogromnej Azji, nie mogliśmy liczyć na państwo polskie. Nawet nie wiedzieliśmy, że jest coś takiego, jak ubezpieczenie w podróży. Zresztą kto by nas miał ubezpieczyć? W każdej sytuacji, zwykłej choroby, wypadku na motocyklowej wycieczce, aresztowania mogliśmy tylko liczyć na przyjaciół. Dzisiaj ty masz kłopot, jutro ja. Solidarność naszą bronią. Byliśmy mocno przesiąknięci duchem festiwalu pierwszej Solidarności z 1980 roku. Może wynikało to również ze składu osobowego, który ułożył się tak, że ton nadawały silne osobowości z poczuciem odpowiedzialności za innych.

Przejdźmy do sedna: czy przemyt to grzech?

Tu jestem przyłapany na niekonsekwencji. Bo szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Dałem w tytule słowo spowiedź, bo ma to sugerować szczerą wypowiedź, ale w kategorii grzechu tego nie rozpatrywałem. Literalnie mówiąc, przemyt to jest handel. Kupowaliśmy kamery i złoto w Singapurze i po przejechaniu pięciu tysięcy kilometrów sprzedawaliśmy w Indiach, nakładając odpowiednią marżę za ryzyko. Handel zawsze na tym polegał. Z tą różnicą, że po drodze przekraczaliśmy granicę i nie płaciliśmy cła, czyli podatku. Można inaczej postawić pytanie: czy niepłacenie podatku jest grzechem? Czy łamanie prawa zawsze jest grzechem? Kiedy pracowałem w Londynie na czarno, to naloty na budowy robił Home Office w poszukiwaniu nielegalnych pracowników. W takich sytuacjach musiałem się ukrywać, bo też przecież łamałem prawo zarówno Wielkiej Brytanii, jak i Polski. Proszę uruchomić wyobraźnię. Młodzi, energiczni ludzie żyją w kraju (PRL), w którym przeciętna pensja wynosi 20 dolarów, pięćdziesiąt czy sto razy mniej niż na Zachodzie. Na mieszkanie czeka się trzydzieści lat. Według wszystkich znaków na niebie i ziemi system ten miał trwać wiecznie, a na pewno przez całe nasze życie. Wydawało się, że jedyną szansą na jego obalenie była wojna nuklearna, którą Związek Radziecki by przegrał. Ale toczyłaby się na terenie Polski, więc nikt sobie tego nie życzył. Żyjąc zgodnie z obowiązującym prawem PRL-u, nie było żadnej opcji na poprawę indywidualnego losu. Wyjazd do pracy na Zachód był łamaniem prawa, turystyka handlowa, czyli przemyt była łamaniem prawa. Czy mieliśmy etyczne wątpliwości, widząc jaką szansę na zmianę losu dają nam Indie? Nie, nie mieliśmy. Chcieliśmy rozwalić ten szklany sufit, który nad nami wisiał i to nam się udało. Nie spotkałem jeszcze nikogo, kto by żałował, że w tym uczestniczył.

Jaki był stosunek Polaków do Indusów? Czy zdarzały się bliższe relacje? Z książki wynika, że zasadniczo traktowanie przez Polaków nie różniło się od tego, z jakim mieszkańcy Indii mieli do czynienia w czasach Imperium Brytyjskiego. Podam jeden przykład. „Kamerdyner w czerwonym uniformie podał mi obiad i kawę. Czytałem książkę, zasnąłem dobrze po północy. Napięcie minionego dnia odeszło, spałem twardo. Przynajmniej do chwili, gdy o szóstej rano otworzyły się drzwi i kamerdyner obudził mnie, delikatnie dotykając w ramię. Jak ja go opieprzyłem! – You bloody bastard! Ty gnojku! Po jaką cholerę mnie budzisz? – Newspaper, sir”.

Reklama

Zupełnie nie mogę się z tym zgodzić. Anglicy nie zapraszali do picia whisky swoich indyjskich służących. Dla nas, chłopaków i dziewczyn z PRL-u, to była norma. W hotelach, gdzie rezydowaliśmy, każdy boy hotelowy był naszym kumplem. Często dosiadali się do naszych imprez. Z partnerami handlowymi, odbiorcami towarów czy agentami lotniczymi byliśmy wręcz zaprzyjaźnieni. Często te relacje trwają do dzisiaj. W marcu tego roku, gdy z powodu koronawirusa linie lotnicze z dnia na dzień zrezygnowały z lotów, mój syn był z przyjaciółmi w Nepalu. Znalezienie jakiegoś wolnego miejsca w którejś z latających linii było trudne. Moi indyjscy przyjaciele z tamtych lat szczerze oferowali każdą potrzebną pomoc. Nie, nie było w nas nic z Anglików. Ta scena, która jest zacytowana, nic nie mówi o moim stosunku do Indusów, tylko do durnego kamerdynera bez wyobraźni. Ochrzaniłbym go podobnymi słowami, gdyby był Grekiem czy Polakiem.

Jaki wizerunek Polaków pozostawiła w Azji „polska mafia” i podobne grupy?

Społeczność polskich przemytników, bo słowo „mafia” nawet w cudzysłowie jest mylące. Byliśmy handlującymi studentami, kumplami. Wracając do pytania, dostaję relacje od czytelników kochających Indie, że w niektórych miejscach ciągle nas wspominają. Cytuję wypowiedź nieznanej mi czytelniczki: „Ileż to ja opowieści na Paharhandżu wysłuchałam o Polakach z PRLu, co Azję podbijali! Jacy szarmanccy byli, jacy honorowi, jaką fantazję mieli i jakim potokiem płynął Johnie Walker! Delhijscy Hindusi wciąż wzdychają za imprezami z tamtych lat i za czasami, gdy system można było wystrychnąć na dudka.” To, że opłacało się przemycać towary akurat do Indii, było spowodowane konkretną polityką gospodarczą tamtych rządów. Autarkia miała przynieść dobrobyt milionom biedaków, ale nie przyniosła. Dzisiaj Indusi zgodnie oceniają okres do 1991 roku jako błędny, podobnie jak my PRL.

Wikipedia przynosi następującą definicję: solidarność to wspólnota działania, podyktowana wspólnotą interesów. Może właśnie tutaj kryje się odpowiedź na pytanie, dlaczego Jednooki Tomek, z którym przebywał pan w więzieniu nie uzyskał pomocy od „polskiej mafii”? Zabrakło bezinteresowności?

Tomek był kurierem konkretnej grupy, która była spoza naszej społeczności. Nikt ich nie znał, oni zostawili go w więzieniu bez opieki. Osobiście po wyjściu zrobiłem ściepkę wśród kumpli i pewną kwotę mu zawiozłem. Poprawiło mu to warunki, ale było za mało, żeby go wyciągnąć. Nie przypuszczałem, że to tak się może skończyć. Myślałem, że po prostu posiedzi półtora roku i w końcu go wypuszczą. Tam w tym baraku radził sobie całkiem nieźle. Myślę, że zabrakło mi wyobraźni.

Czwarty warunek dobrej spowiedzi to szczerość. Być szczerym względem przyjaciół i czytelników to jedno. A jak wypracować szczerość względem samego siebie? Czy podczas pieszej wędrówki przez Indie dwa lata temu odkrył pan obszary, w których był pan nieszczery względem samego siebie?

Mam taką konstrukcję psychiczną, że staram się nazywać rzeczy po imieniu, szczególnie w takim wewnętrznym, osobistym dialogu. Swoją aktywność w Indiach miałem więc przepracowaną już znacznie wcześniej. Nigdy tego nie żałowałem, ale staram się unikać w rozmowach, w wywiadach tematu etycznej oceny swojej postawy. Trzeba na tamte wydarzenia patrzeć w kontekście czasu, w jakim się działy, ale ze zrozumieniem przyjmuję krytykę moich życiowych decyzji.

Czy wędrówka po Indiach i książkowa spowiedź przyniosły panu rozgrzeszenie?

Publikując swoją książkę, nie miałem pojęcia, jakie skutki wywoła dla mnie i dla mojej rodziny. To był skok z pomostu na główkę do wody, bez sprawdzenia, jak głębokie jest w danym miejscu jezioro. Trochę takie zagranie va banque, ryzykowne na wielu płaszczyznach. Ostatecznie przyznaję się publicznie do łamania prawa. Nie wiedziałem, co z tego może wyniknąć. Na szczęście ryzyko się „opłaciło”. Książka została świetnie przyjęta, zarówno przez czytelników, jak i przez środowisko dawnych przemytników, dzisiaj pań i panów w okolicach sześćdziesiątego roku życia. Mnie zaś pozwoliła połączyć pewną klamrą tamtego Hana Solo z dzisiejszym Cezarym Borowym. Nie wiem, czy można to nazwać rozgrzeszeniem, ale to pisanie wprowadziło mnie w pewien stan spokoju, spójności mojego zewnętrznego wizerunku z moim prawdziwym ja. Teraz już nic nie muszę ukrywać, to daje siłę spokoju. Przy tej okazji okazało się, że potrafię pisać, a to co mam do opowiedzenia jest interesujące dla innych. Mam więc bardzo wiele marzeń i planów na kolejną dekadę swojego życia.

Fot. otwierająca: mat. prasowe wydawcy

Zapraszamy do lektury fragmentu książki „Spowiedź Hana Solo”:

Spowiedź Hana Solo

Issuu is a digital publishing platform that makes it simple to publish magazines, catalogs, newspapers, books, and more online. Easily share your publications and get them in front of Issuu's millions of monthly readers.

Reklama

komentarze [1]

Sortuj:
206
0
03.11.2020 10:05

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd