-
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Dlaczego poziom czytelnictwa w Polsce nie rośnie? Raport Biblioteki Narodowej
Iza Sadowska17 -
Artykuły
Wakacje pełne magii - weź udział w akcji recenzenckiej i przenieś się do magicznego świata
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Czytamy w święta. 3 kwietnia 2026
LubimyCzytać378
Biblioteczka
2026-03-14
2026-02-20
Czytałem polskie tłumaczenie. Sięgnąłem po ten klasyk spowodowany premierą kolejnej filmowej adaptacji tej książki, z Margot Robbie oraz Jacobem Elordi. Całość przeczytałem w ciągu kilku dni i była to nad wyraz przyjemna lektura. Dawno nie czytałem niczego po prostu dla frajdy, pozbawionego przesadnie intelektualnych rozważań. Wichrowe Wzgórza to po prostu dobra nowela, pełna romansów, namiętności, intryg. Dość pesymistyczna, muszę przyznać, wszak wszyscy bohaterowie (może oprócz Pani Nelly Dean i Państwa Linton) są dość antypatyczni; zwłaszcza sam Heathcliff. Tak czy owak, czyta się dobrze, jest to duża przyjemność a i objętość nie przytłacza i pozwala dość szybko zapoznać się z całością historii. Polecam, zwłaszcza jako odskocznię od tych bardziej stymulujących intelektualnie książek :)
Czytałem polskie tłumaczenie. Sięgnąłem po ten klasyk spowodowany premierą kolejnej filmowej adaptacji tej książki, z Margot Robbie oraz Jacobem Elordi. Całość przeczytałem w ciągu kilku dni i była to nad wyraz przyjemna lektura. Dawno nie czytałem niczego po prostu dla frajdy, pozbawionego przesadnie intelektualnych rozważań. Wichrowe Wzgórza to po prostu dobra nowela,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toOstatnio:
2026-01-13
Genialnie, że taka książka powstała. Naleciałości nauk Junga, czy to dosłownie, czy w nawiązujących do nich dziełach kultury, występują dookoła nas cały czas. Nic dziwnego, przecież Jung uchodzi za jednego z najwybitniejszych myślicieli nie tylko XX wieku, ale ogólnie w historii naszej zachodniej cywilizacji. Mimo to dorobek jego jest tak spory, że przez wiele lat nie zabierałem się do zgłębiania jego nauk, gdyż po prostu nie wiedziałem, od czego zacząć. A później odkryłem, że „Człowiek i jego symbole” to pozycja stworzona właśnie dla takich „laików”, jak ja. Jest to po prostu wyłożenie najważniejszych punktów filozofii/nauki Junga w sposób przystępny dla zwykłych, niespecjalizujących się w psychiatrii, ludzi.
Z wieloma z nauk Junga ja sam nie jestem w stanie się zgodzić, uważając wręcz za quasi-ezoteryczną para-naukę. Wszystkie te opowieści o synchroniczności i prawd ze snów niespecjalnie mnie przekonują. Nie umniejszam jednak ogromnego dorobku, jaki człowiek ten i jego współpracownicy włożyli do świata współczesnej nauki oraz kultury. Można się z Jungiem nie zgadzać, ale jego główne tezy po prostu wypada znać. I książka ta w dostępny i dobrze strawny sposób wyłuszcza nam creme de la creme jego pojęć i nauk. Absolutnie doskonała pozycja dla każdego, a zwłaszcza początkujących adeptów wiedzy Carla Gustava Junga.
Genialnie, że taka książka powstała. Naleciałości nauk Junga, czy to dosłownie, czy w nawiązujących do nich dziełach kultury, występują dookoła nas cały czas. Nic dziwnego, przecież Jung uchodzi za jednego z najwybitniejszych myślicieli nie tylko XX wieku, ale ogólnie w historii naszej zachodniej cywilizacji. Mimo to dorobek jego jest tak spory, że przez wiele lat nie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01-13
Przede wszystkim – genialnie napisana. Każde zdanie jest tutaj małym arcydziełem i podczas lektury natychmiastowo wiedziałem, że wkrótce powrócę i raz jeszcze przeczytam to dzieło. Tym bardziej, że to dość krótka nowela do przeczytania w dwie godziny, opowiadanie wręcz, ale tak gęsto napisane, że ta długość w ogóle nie ujmuje. Filozoficznie też mamy tutaj intelektualną ucztę. Opowieść o upadku głównego bohatera, czarującego pozornie erudyty Jeana-Baptiste, a do tego umiejscowienie dzieła w Amsterdamie (w którym wielokrotnie sam bywałem, mieszkając w Holandii); wszystko to współgra ze sobą i tworzy niesamowicie refleksyjną aurę. Kim jest Jean-Baptiste i co oznaczają szczegóły jego spowiedzi, kim jest jego rozmówca, co to oznacza dla czytelnika – wiele pytań rezonuje w tej niezwykłej książce. Koniec końców, jak to u Camus, jest to bezlitośnie szczera wiwisekcja człowieczeństwa - tak jego wielkości, jak i maleńkości. Kocham „Obcego”, nie przepadam za „Dżumą”, ale to właśnie „Upadek” jest dla mnie numerem jeden w bibliografii Alberta Camus.
Przede wszystkim – genialnie napisana. Każde zdanie jest tutaj małym arcydziełem i podczas lektury natychmiastowo wiedziałem, że wkrótce powrócę i raz jeszcze przeczytam to dzieło. Tym bardziej, że to dość krótka nowela do przeczytania w dwie godziny, opowiadanie wręcz, ale tak gęsto napisane, że ta długość w ogóle nie ujmuje. Filozoficznie też mamy tutaj intelektualną...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-10-31
Czytałem polską wersję w tłumaczeniu Jacka Dehnela. Moje pierwsze zetknięcie z twórczością Williama Faulknera. W pamięci po lekturze została mi przede wszystkim gęsta, psychodeliczna, ponura (w sposób, w jaki ponure mogą być tylko wiejskie amerykańskie XX-wieczne rozdroża) atmosfera. Pomysł z różnymi perspektywami jest udany i jeszcze bardziej uwydatniający kontrast pomiędzy rozdziałami przedstawiającymi punkt widzenia miejskich „racjonalnych” postaci, a tych z rodziny Bundren, oscylujących często wokół „ponurego” realizmu magicznego. Ogólnie sporo jest w tej pozycji literackich eksperymentów – strumień świadomości, powtórzenia, nieco metafizycznych alegorii, wspomniana już mnogość perspektyw – ich ilość potrafi przytłoczyć i sprawić, że czytelnik może poczuć, jakoby powieść ta była bardziej eksperymentem na testowanie różnych literackich technik, aniżeli pełnoprawnym literackim dziełem. Trochę po prostu było tego za dużo, pomimo nie aż tak obszernej objętości książki.
Fabularnie jest świetna i cieszy, że powoli odkrywane są wszelkie fabularne karty, a więc motywacje poszczególnych członków rodziny. Poznawanie sekretów książkowych bohaterów sprawia satysfakcję i pozwala lepiej ich zrozumieć, a ostatni twist w wykonaniu głowy rodziny, Anse Bundrena, sprawia, że finał książki jest bardzo zadowalający.
Czytałem polską wersję w tłumaczeniu Jacka Dehnela. Moje pierwsze zetknięcie z twórczością Williama Faulknera. W pamięci po lekturze została mi przede wszystkim gęsta, psychodeliczna, ponura (w sposób, w jaki ponure mogą być tylko wiejskie amerykańskie XX-wieczne rozdroża) atmosfera. Pomysł z różnymi perspektywami jest udany i jeszcze bardziej uwydatniający kontrast...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Moje pierwsze zetknięcie z twórczością Ericha Fromm, choć cytat utworu Myslovitz „Mieć czy być” towarzyszy mi od wielu lat. Pierwsze zetknięcie i od razu zachwyt. „Ucieczka od wolności” to książka przesiąknięta humanizmem i mądrością, a przy tym tak szalenie aktualna także w dzisiejszych czasach, może nawet bardziej niż kiedyś – wszak wolność oraz samotność to stany, które niebotycznie bardziej rozwinęły się od napisania tej książki przez autora na początku lat czterdziestych. Można więc powiedzieć, że upływający czas potwierdził teorie zawarte w tym dziele.
Problem wolności i negatywnych implikacji tejże można odnieść nie tylko w skali makro (ucieczka w faszyzm i ruchy autorytarne), ale też w skali mikro (samotność człowieka współczesnego, który chętnie oddałby część swojej wolności, aby móc na przykład wejść z kimś w związek). Teorie te bardzo mnie przekonały, tym bardziej, że jak większość, ja również borykam się z problemem samotności. Jedyne, co nie do końca mnie przekonało, czy raczej przekonało, ale wydaje się być trudne do odzwierciedlenia w praktyce, to ucieczka DO wolności, a więc życie w kreatywny, artystyczny sposób, aby samotność nie była dojmującym stanem negatywnym, a wręcz przeciwnie – pozytywnym, twórczym stanem. Brzmi to pięknie, dość utopijnie i idealistycznie, w rzeczywistości jednak trudno przekonać mi było się do tego optymistycznego założenia. Co do jednak analizy ruchów religijnych (reformacja i kalwinizm), totalitarnych i alienacji człowieka współczesnego, a więc ucieczki OD, to jest to bez wątpienia przenikliwa i celna analiza XX i XXI-wiecznej kondycji człowieka.
Moje pierwsze zetknięcie z twórczością Ericha Fromm, choć cytat utworu Myslovitz „Mieć czy być” towarzyszy mi od wielu lat. Pierwsze zetknięcie i od razu zachwyt. „Ucieczka od wolności” to książka przesiąknięta humanizmem i mądrością, a przy tym tak szalenie aktualna także w dzisiejszych czasach, może nawet bardziej niż kiedyś – wszak wolność oraz samotność to stany, które...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
CZYTAŁEM WERSJĘ ANGLOJĘZYCZNĄ. Technofeudalizm to bez wątpienia ciekawa pozycja, a jej autor Yanis Varoufakis i jego teoria nowego etapu kapitalizmu, będącego tytułowym stanem technofeudalistycznego stanu, w którym to wielkie big techy są niczym lordowie lenni, a użytkownicy, płacący swoim czasem i informacjami o sobie samych, tych lordów chłopami pańszczyźnianymi, to na pewno ciekawa perspektywa na otaczającą nasz rzeczywistość. Nie można jednak nie oprzeć się wrażeniu, że teoria ta w swoich fundamentach jest nazbyt uogólniająca i skupiająca się jedynie na wyrywku współczesnego kapitalizmu, na który przecież składają się nie tylko big techy typu Meta czy Apple, ale też bardziej tradycyjne korporacje i firmy. Jednym zdaniem więc - „Technofeudalizm” to książka z ciekawą tezą, ale pisana zanadto pod tę tezę, ignorując wszelkie elementy mogące ją zakwestionować.
Autor przedstawia też bardzo utopijne, naiwne wręcz, idee na walkę z technofeudalizmem. Pomysły być może i w założeniach słuszne, ale tak nierealistyczne, że aż trudno było uwierzyć mi, że wyszły spod pióra nomen omen (eks)polityka.
Całość przedstawiona jest zwięźle i zrozumiale, czyta się więc wartko. Z pewnością są to poglądy godne zapoznania się, choć warto mieć na uwadze, że jednak nie odzwierciedlają całości poruszanego zjawiska, a raczej (istotną) jego część.
CZYTAŁEM WERSJĘ ANGLOJĘZYCZNĄ. Technofeudalizm to bez wątpienia ciekawa pozycja, a jej autor Yanis Varoufakis i jego teoria nowego etapu kapitalizmu, będącego tytułowym stanem technofeudalistycznego stanu, w którym to wielkie big techy są niczym lordowie lenni, a użytkownicy, płacący swoim czasem i informacjami o sobie samych, tych lordów chłopami pańszczyźnianymi, to na...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPiękne zakończenie trylogii o Bastardzie Rycerskim. Środek historii nieco zbyt przeciągnięty, choć rekompensuje to bardzo satysfakcjonujący finał i złączenie klamrą początku historii (wątek podstarzałego Bastarda jako skryby w pierwszym rozdziale pierwszego tomu) z jej końcem. Wciąż pozostaje parę nierozwiązanych wątków do poruszenia w kontynuacjach (Białe Statki!!!), ale koniec końców można byłoby zakończyć lekturę tylko na trylogii Przezornych i też byłoby to satysfakcjonujące. Polecam, Robin Hobb umie w fantastykę :)
Piękne zakończenie trylogii o Bastardzie Rycerskim. Środek historii nieco zbyt przeciągnięty, choć rekompensuje to bardzo satysfakcjonujący finał i złączenie klamrą początku historii (wątek podstarzałego Bastarda jako skryby w pierwszym rozdziale pierwszego tomu) z jej końcem. Wciąż pozostaje parę nierozwiązanych wątków do poruszenia w kontynuacjach (Białe Statki!!!), ale...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-12-25
Czytałem ANG. Niesamowita książka. Zainspirowany faktem, że jej autorka, Han Kang, została nagrodzona najwyższym laurem, a więc literacką nagrodą Nobla, postanowiłem sięgnąć po jej najbardziej znane dzieło – The Vegetarian. Samemu będąc wegetarianinem, zaciekawił mnie sam tytuł książki. Okazało się, że tytułowa dieta roślinna jest tutaj wyłącznie pretekstem i metaforą do przedstawienia traum, ucieczki od norm społecznych i opresyjnego wpływu społeczeństwa oraz rodziny.
Na The Vegetarian składają się trzy rozdziały, przedstawiające tę samą historię z perspektyw różnych bohaterów. Pozwala to na zapoznanie się z psychiczną głębią kilku postaci, zaznajomienia z ich motywacjami, pragnieniami. Całość osnuta jest w bogatym literacko, gęstym, niepokojącym klimacie. Często realizm przeplata się z oniryzmem, aż do momentu, kiedy czytelnik zaczyna zastanawiać się, co jest prawdą, a co wyobrażeniem bohaterów. Jest to jednak przedstawiane bez nadmiernej emocjonalność; wręcz nieco z emocji wybrakowane.
The Vegetarian to książka unikalna. Niełatwa, ponura, uwierająca. Ale zdecydowanie warta przeczytania. Artyzm przez duże A. Polecam!
Czytałem ANG. Niesamowita książka. Zainspirowany faktem, że jej autorka, Han Kang, została nagrodzona najwyższym laurem, a więc literacką nagrodą Nobla, postanowiłem sięgnąć po jej najbardziej znane dzieło – The Vegetarian. Samemu będąc wegetarianinem, zaciekawił mnie sam tytuł książki. Okazało się, że tytułowa dieta roślinna jest tutaj wyłącznie pretekstem i metaforą do...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-11-01
Druga część historii Bastarda Rycerskiego to epickie dzieło dalszych przygód bohaterów z Królestwa Sześciu Księstw. Od razu zauważyć można progres w umiejętnościach pisarskich autorki. Sequel ma gęstszą, bardziej rozbudowaną intrygę, sam świat przedstawiony także jest znacznie bogatszy. Warsztat, choć operujący na podobnej wrażliwości, sprawia wrażenie celniej wyrażającego fabularne niuanse, ale przede wszystkim emocje głównego bohatera. Książkę czyta się z przyjemnością, a pokaźny rozmiar nie zniechęca, a wręcz przeciwnie – pozwala na dosadniejsze zanurzenie się w meandrach intryg i spisków Koziej Twierdzy. Jedyne, co zawodzi, to podobnie jak w pierwszej odsłonie, jednopłaszczyznowość postaci, którzy są albo dobrzy, albo źli, za mało jest tutaj szarości. Tak czy owak, książka ta (jak i cała seria) to porcja bardzo solidnej fantastyki, zdecydowanie wartej uwagi!
Druga część historii Bastarda Rycerskiego to epickie dzieło dalszych przygód bohaterów z Królestwa Sześciu Księstw. Od razu zauważyć można progres w umiejętnościach pisarskich autorki. Sequel ma gęstszą, bardziej rozbudowaną intrygę, sam świat przedstawiony także jest znacznie bogatszy. Warsztat, choć operujący na podobnej wrażliwości, sprawia wrażenie celniej wyrażającego...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
CZYTAŁEM W ORYGINALE. Świadectwo mroczniejszej strony „amerykańskiego snu”, czyli o tej gorszej Ameryce. A przy tym bardzo szczera spowiedź człowieka takiego jak wielu innych obywateli USA; bez perspektyw, bez rokowań, bez przyszłości. Bardzo udany portret Stanów Zjednoczonych, tych często tak hołubionych w Polsce Stanów Zjednoczonych, demaskujący pozorną idylliczność tego kraju.
Napisana bardzo zgrabnie i wciągająca, bo to historia choć pozornie prosta, to przez tą prostotę paradoksalnie atrakcyjna. Wielu z nas może odnieść w niej też wspomnienia z własnego dzieciństwa, pomimo życia w zupełnie innym kraju, a nawet kontynencie. Polecam, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak prominentną postacią w świecie amerykańskiej polityki został jej autor, J. D. Vance!
CZYTAŁEM W ORYGINALE. Świadectwo mroczniejszej strony „amerykańskiego snu”, czyli o tej gorszej Ameryce. A przy tym bardzo szczera spowiedź człowieka takiego jak wielu innych obywateli USA; bez perspektyw, bez rokowań, bez przyszłości. Bardzo udany portret Stanów Zjednoczonych, tych często tak hołubionych w Polsce Stanów Zjednoczonych, demaskujący pozorną idylliczność tego...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-08-14
CZYTAŁEM ORYGINAŁ PO ANGIELSKU. Zgrabny poradnik po mrokach świata traum dla początkujących. Zawiera treściwe i łatwo przystępne definicje, praktyczne porady, parę anegdotycznych przykładów z kariery autora, z ogromną wrażliwością poruszającego się po subtelnościach i niuansach psychologii i psychiatrii. Ostatecznie nie zastąpi nam wizyty u terapeuty (żadna książka nie jest w stanie tego zrobić), ale może stanowić przydatne narzędzie do walki z naszymi wewnętrznymi demonami. Książkę polecam zwłaszcza idealistom – czuć, że autor sam jest jednym z nich, a niektóre z jego postulatów (zwłaszcza w ostatnim rozdziale) trącą utopijnymi marzeniami, co jednak nie ujmuje, a wręcz dodaje uroku i nadziei, że są takie osoby, jak Paul Conti. Warto przeczytać, tym bardziej, że to lektura niedługa, do skończenia w jeden dzień, a jako suplement polecam doskonały zbiór rozmów autora w podcaście Andrew Hubermana (cztery odcinki, dostępne na YouTube). Wszystkim czytającym życzę powodzenia w batalii z wewnętrznymi bestiami!!
CZYTAŁEM ORYGINAŁ PO ANGIELSKU. Zgrabny poradnik po mrokach świata traum dla początkujących. Zawiera treściwe i łatwo przystępne definicje, praktyczne porady, parę anegdotycznych przykładów z kariery autora, z ogromną wrażliwością poruszającego się po subtelnościach i niuansach psychologii i psychiatrii. Ostatecznie nie zastąpi nam wizyty u terapeuty (żadna książka nie jest...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-06-15
Czytałem kilkakrotnie po polsku, a ostatnio zmierzyłem się też z wersją oryginalną, anglojęzyczną. Uwielbiam tę sagę i nie wiem, na ile jest w tym zasługa sentymentu (twórczość autorski była jedną z moich pierwszych zetknięć z fantastyką za dzieciaka), a ile rzeczywistego zachwytu nad talentem, a przede wszystkim wrażliwością autorki, Robin Hobb. Jaki nie byłby powód, to nie ma możliwości, żeby nie zakręciła mi się łezka, ilekroć nie sięgnę po tę cudowną serię. Pierwszy tom historii, a więc „Uczeń skrytobójcy”, nie jest aż tak rozbudowanym dziełem, jak kolejne części. Czuć, że to nie są wyżyny pisarskie autorki, ale i tak początek całej tej historii czyta się cudownie. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to dość czarno-białe postaci – przy niemal każdym wiadomo, kto jest dobry (nawet skrytobójca Cierń ma tak naprawdę gołębie serce, mimo rzemiosłu, który uprawia), a kto zły. Życzyłbym sobie nieco większych nieoczywistości osobowościowych, żebyśmy mogli na przykład też w jakiś sposób zrozumieć i z większą empatią podejść do takich antybohaterów, jak Władczy czy Konsyliarz. Poza tym czytało mi się cudownie, równie przyjemnie przy ostatnim podejściu, mając lat trzydzieści, jak i po raz pierwszy kilkanaście lat temu, będąc nastolatkiem. Polecam, moja ukochana seria!
Czytałem kilkakrotnie po polsku, a ostatnio zmierzyłem się też z wersją oryginalną, anglojęzyczną. Uwielbiam tę sagę i nie wiem, na ile jest w tym zasługa sentymentu (twórczość autorski była jedną z moich pierwszych zetknięć z fantastyką za dzieciaka), a ile rzeczywistego zachwytu nad talentem, a przede wszystkim wrażliwością autorki, Robin Hobb. Jaki nie byłby powód, to...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-05-21
Czytałem anglojęzyczny oryginał. Świetna! Błyskotliwa i wartka, pomimo niezbyt wdzięcznego tematu, który porusza, a więc depresji. Po latach wciąż emanująca świeżością. Pokazująca sporą elokwencje i obeznanie w (pop)kulturze autorki, a to zawsze jest dla mnie atutem. Nieźle napisana, a przy tym rezonuje szczerością i autentycznością. Trafny pomysł z podziałem na główną narrację oraz tę poboczną, w postaci kartek z pamiętnika. Jasne, że momentami bohaterka jest męcząca, tak jak męcząca potrafi być osoba z depresją. Ale nawet to wychodzi na plus, tworząc narrację bardziej wiarygodną. Polecam, dobrze się starzeje!
Czytałem anglojęzyczny oryginał. Świetna! Błyskotliwa i wartka, pomimo niezbyt wdzięcznego tematu, który porusza, a więc depresji. Po latach wciąż emanująca świeżością. Pokazująca sporą elokwencje i obeznanie w (pop)kulturze autorki, a to zawsze jest dla mnie atutem. Nieźle napisana, a przy tym rezonuje szczerością i autentycznością. Trafny pomysł z podziałem na główną...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-05-22
Uchodząca za absolutny majstersztyk, a przez spore grono osób (Lex Fridman, Jordan Peterson) wręcz za najwybitniejsze dzieło literatury. Czy dla mnie również? Od razu zaznaczę, że absolutnie nie, a ostatnią stronę przywitałem z niemałym westchnieniem ulgi. Za długa! Nade wszystko – za długa! Są momenty, kiedy „Bracia Karamazow” to książka wybitna. Zwłaszcza środek dzieła znamionuje się niebywałym kunsztem. Księga „Dimia” i opis „feralnej nocy”, będącej kulminacją fabuły powieści (nie chcę zdradzać za dużo, żeby oszczędzić spoilerów osobom, które nie czytały), to naprawdę wyżyny literackich doskonałości. Niestety jednak, oprócz tych wybornych momentów, jest też sporo ogromnej nudy. Przede wszystkim ostatnie sto stron, i rzekomo pasjonujące mowy końcowe prokuratora „psychologa” Hipolita oraz obrońcy, którego nazwisko niestety wyleciało mi z głowy, to mozolna i nużąca czytelnicza droga krzyżowa. Podobnie zbyt rozwleczona i za długa pierwsza połowa, poruszająca mnogość tematów około-religijnych, które kiedyś może fascynowały, ale dziś nieco trącą naftaliną.
Za dużo refleksji o boskości, jak na moje mniemanie, a za mało o człowieku. Bardzo zauroczyła mnie postać nietzscheańskiego Iwana (choć wiem, że Dostojewski nie znał poglądów Nietzschego, gdyż poznać ich nie zdążył) i żałuję, że tak rzadko pojawiał się na kartach powieści. Bohater ten miał potencjał na więcej! W ostatecznym rozrachunku mam też obiekcje do dwóch fabularnych rozwiązań, przytaczając je jednak, od razu ostrzegam o spoilerach, osobom nie zaznajomionym jeszcze z lekturą proszę więc o zaprzestanie czytania tej opinii w tym momencie! :)
Po pierwsze, pewną sporą nieścisłością było dla mnie to, że Mitia miał te 1,5k rubli na drugą imprezkę po feralnej nocy, kiedy umarł Ojciec, a prędzej jeździł gdzieś po ludziach, prosił i żebrał o parę rubli. Nie skleja mi się to, bo wydaje mi się, że Mitia by to przehulał dużo szybciej, te 1,5k rubli. Psychologicznie mi się to nie zazębia.
Nie spodobało mi się też zakończenie wątku Iwana i tego, że dostał on kuku na muniu przez to, że sumienie go zżarło; za to, że w myślach uważał, że może i dobrze, jakby Ojciec umarł. Mitia dużo bardziej tak uważał i nawet się wygrażał, że zabije Ojca, a jednak uszło mu to płazem i został "rozgrzeszony" w tym sensie, że nawet do paki nie miał iść, bo mieli go odbić i wysłać do Ameryki. Okej, można to tłumaczyć, że klęska Iwana to klęska człowieka upatrującego siły wyłącznie w indywidualizmie i odwróceniu od Boga, ale nie przekonuje mnie taka kontrargumentacja.
Uchodząca za absolutny majstersztyk, a przez spore grono osób (Lex Fridman, Jordan Peterson) wręcz za najwybitniejsze dzieło literatury. Czy dla mnie również? Od razu zaznaczę, że absolutnie nie, a ostatnią stronę przywitałem z niemałym westchnieniem ulgi. Za długa! Nade wszystko – za długa! Są momenty, kiedy „Bracia Karamazow” to książka wybitna. Zwłaszcza środek dzieła...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-04-12
Czytałem wersję anglojęzyczną. Do sięgnięcia po tę książkę zachęcił mnie prowokacyjny tytuł, „I'm Glad My Mom Died”. Szok jest jednak dźwignią handlu, bo natychmiast po zobaczeniu tej intrygującej nazwy zacząłem zastanawiać się, o czym też może być ta książka. Będąca do tego biografią gwiazdy telewizji dziecięcej. Co musiało się wydarzyć, że autorka zdecydowała się na tak mocny tytuł? Czy to ironia? Przewrotność jakaś? W celu uzyskania odpowiedzi na te pytania zdecydowałem się wejść do świata Jennette McCurdy.
Nie znałem autorki wcześniej. Nigdy nie oglądałem Nickelodeon. Choć jesteśmy z autorką niemal rówieśnikami, to ja wychowałem się raczej na Jetix i Cartoon Network. Zapoznawałem się więc z życiorysem Jennette całkowicie in blanco; od zera. Początkowo styl autorki wprawił mnie w dysonans. Z jednej strony książka napisana jest infantylnym, prostym językiem, charakteryzującym raczej książki przeznaczone dla młodzieży. Z drugiej zaś – treści przedstawiane w książce są dość brutalne. Psychiczne znęcanie się matki nad dziećmi. Toksyczne relacje rodzinne, naznaczone wpływem religii Mormonów. Zacząłem zastanawiać się, dla kogo właściwie skierowana jest ta książka. Kto jest targetem?
Wraz z rozwojem fabuły dojrzewa język biografii oraz cała historia. Historia, która ukazuje się mocną próbą przepracowania traum narzuconych przez despotyczną rodzicielkę. Tytuł nie jest przewrotny ani nie jest ironiczny. Jest za to pokazem odwagi i mocnym statementem przełamującym tabu, że coby się nie działo, rodzina to świętość. Nie zawsze. Czasami najbliższa rodzina to przyczyna najgorszych traum. Największych boleści. Jennette McCurdy zdecydowała się o tym opowiedzieć i wielki szacunek jej za to.
Może nie jest to książka napisana wybitnie literacko. Brakuje trochę warsztatowo. Wokabularz też cechuje się raczej niewielkim wyrafinowaniem. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo największy atut tego dzieła to jego porażająca do bólu autentyczność i brawura w wysadzeniu mitu o idylliczności relacji rodzinnych w Hollywood. Bo to nie są tylko idylliczne historie. Bywają też przejmująco brutalne, nawet jeśli pokryte pozorną warstwą lukru. I czapki z głów dla autorki, że odważyła się powiedzieć o tym głośno. Polecam!
Czytałem wersję anglojęzyczną. Do sięgnięcia po tę książkę zachęcił mnie prowokacyjny tytuł, „I'm Glad My Mom Died”. Szok jest jednak dźwignią handlu, bo natychmiast po zobaczeniu tej intrygującej nazwy zacząłem zastanawiać się, o czym też może być ta książka. Będąca do tego biografią gwiazdy telewizji dziecięcej. Co musiało się wydarzyć, że autorka zdecydowała się na tak...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-03-31
„Co mnie najbardziej martwi – śmiała się – to cały ten czas, który straciliśmy.”
Niezwykle ciekawa. Porywa od pierwszych stron, choć w pewnym momencie mnogość postaci o tych samych imionach (przede wszystkim Aureliano i Jose Arcadio) sprawia, że fabuła zaczyna się delikatnie mieszać i plątać, a opowieść rozmywać, tracąc ostrość przez ogrom wątków. Skutkuje to trudnością w ogarnięciu tej intrygi, nieco studząc też zapał na kontynuowanie lektury. Podziwiam autora, ze udało mu się spiąć w głowie całość niuansów dotyczących relacyjności wszystkich członków rodziny Buendia. Mimo wszystko książka napisana jest z ogromnym kunsztem, na najwyższym poziomie. Niewielu w całej historii literatury jest w stanie dorównać zręczności pióra Gabrielowi Garcia Marquezowi.
Ostatecznie dzieło to mniej porwało mnie, niż osobisty faworyt z bibliografii pisarza, czyli „Miłość w czasach zarazy”. Przede wszystkim przez to, że w tej drugiej bohaterowie byli bardziej wyraziści, w związku z czym łatwiej czytelnik mógł zaangażować się emocjonalnie. W „Sto lat samotności” ogrom postaci podobnych do siebie, choć wiem, że był celowym zabiegiem, to jednak wpływał na mniejsze zaangażowanie i przywiązanie ze strony czytelnika. Bez wątpienia jest to jednak literatura najwyższych lotów. Miło również wyłapywało mi się podczas lektury nawiązania z popkultury, których etymologii dotychczas nie znałem. Nie wiedziałem na przykład, że piosenka „W deszczu maleńkich żółtych kwiatów” autorstwa Myslovitz, który to utwór uwielbiam, to odniesienie do jednego z kluczowych momentów fabuły. Przyjemne jest wyłapywanie takich ciekawostek, tak samo jak przyjemność stanowiła lektura tej nietuzinkowej książki. Polecam! :)
„Co mnie najbardziej martwi – śmiała się – to cały ten czas, który straciliśmy.”
Niezwykle ciekawa. Porywa od pierwszych stron, choć w pewnym momencie mnogość postaci o tych samych imionach (przede wszystkim Aureliano i Jose Arcadio) sprawia, że fabuła zaczyna się delikatnie mieszać i plątać, a opowieść rozmywać, tracąc ostrość przez ogrom wątków. Skutkuje to trudnością w...
2024-03-09
Przystępnie przedstawione kompendium informacji na temat fascynujących głowonogich (cephalopods) i próba pojęcia ich procesów rozumienia. Wyzwanie, które postawił sobie autor, z pewnością nie należało do łatwych, udało mu się jednak zgrabnie i zrozumiale (także dla laików) przekazać niuanse dotyczące świadomości, subiektywnego doświadczania, teorii w zakresie zdolności kognitywnych ośmiornic, mątw i kałamarnic. Bardzo polecam, zwłaszcza tym zafascynowanym tę grupą zwierząt, a których film „Ośmiornica, nauczycielka życia” pozostawił z dozą niedosytu.
Przystępnie przedstawione kompendium informacji na temat fascynujących głowonogich (cephalopods) i próba pojęcia ich procesów rozumienia. Wyzwanie, które postawił sobie autor, z pewnością nie należało do łatwych, udało mu się jednak zgrabnie i zrozumiale (także dla laików) przekazać niuanse dotyczące świadomości, subiektywnego doświadczania, teorii w zakresie zdolności...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-02-03
Jedna z tych książek, które „coś zmieniają”. Nie tylko pozostawia niekomfortowe wrażenie na czytelniku, przypominając skalę okrucieństwa zgotowanego podczas II wojny światowej, co przecież miało miejsce wcale nie tak dawno temu. Temat może wydać się przebrzmiały w dzisiejszych czasach dobrobytu i względnego pokoju, należy jednak wracać do tych doświadczeń, przypominać je, by lekcja z nich wyciągnięta nigdy nie poszła w zapomnienie, a co najważniejsze – by tego typu tragedia nie uległa powtórzeniu. Równie duży efekt wywarła na mnie też część druga, tłumacząca podstawy tzw. trzeciej szkoły wiedeńskiej, czyli logoterapii. Terapii opartej na poszukiwaniu sensu. Choć intuicyjnie podzielałem poglądy autora od lat, nie miałem świadomości istnienia ich naukowych paradygmatów we współczesnej psychiatrii. Przemyślenia Viktora Frankla, dopełniające się z jego osobistym doświadczeniem przetrwania II wojny w obozach koncentracyjnych, to dla mnie świadectwo na to, jak jednostka może odnaleźć się także i w dzisiejszych czasach, naznaczonych kryzysem egzystencjalnym i poczuciem braku sensu, jak nigdy dotychczas. Polecam, każdy powinien przeczytać tę książkę.
Jedna z tych książek, które „coś zmieniają”. Nie tylko pozostawia niekomfortowe wrażenie na czytelniku, przypominając skalę okrucieństwa zgotowanego podczas II wojny światowej, co przecież miało miejsce wcale nie tak dawno temu. Temat może wydać się przebrzmiały w dzisiejszych czasach dobrobytu i względnego pokoju, należy jednak wracać do tych doświadczeń, przypominać je,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-01-26
Jeśli miałbym określić tę książkę jednym wyrazem, to byłoby to słowo – zwariowana! Pozbawiona jakichkolwiek zbędnych zapychaczy, absolutnie szalona historia. Wyśmiewająca wszelkiej maści trendy dotyczące duchowości, których wysyp obserwować możemy w ostatnich latach. Wartka fabuła, którą czyta się na jednym wdechu (odpada opcja medytacji z nudów w trakcie), aż do ostatniej strony. Główny bohater skrzywiony niezwykle, ale koniec końców ujmujący i pocieszny. Tak jak pewnie i sam autor, co wnioskuję po kilkukrotnym odsłuchu podcastu „Co ćpać po odwyku”, którego Juliusz Strachota jest współtwórcą. Sam plot słodko-gorzki, podczas lektury jest więc czas na uśmiech, ale też na poważniejszą zadumę. Bardzo duży progres w pisarstwie autora od czasu mojego poprzedniego kontaktu z jego literaturą, a więc książką „Oprócz marzeń warto mieć papierosy”. Jedyna wada – dość zaniedbana korekta. Odnotowałem sporo błędów, literówek, źle napisanych pod względem gramatyki i interpunkcji dialogów (brakujące myślniki!!). Korekta do korekty, a poza tym jest bardzo dobrze! Zabawnie, lekko, błyskotliwie. Jednak w duo Strachota x Żulczyk to ten pierwszy jest dla mnie faworytem, mimo że sprzedaje się znacznie gorzej.
Jeśli miałbym określić tę książkę jednym wyrazem, to byłoby to słowo – zwariowana! Pozbawiona jakichkolwiek zbędnych zapychaczy, absolutnie szalona historia. Wyśmiewająca wszelkiej maści trendy dotyczące duchowości, których wysyp obserwować możemy w ostatnich latach. Wartka fabuła, którą czyta się na jednym wdechu (odpada opcja medytacji z nudów w trakcie), aż do ostatniej...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Podobno po napisaniu „Ulissesa” James Joyce był tak wyczerpany, że przez rok od ukończenia nie napisał niczego nowego. Mnie też realnie wyczerpała lektura tej książki. Przebrnąłem przez całość w jakieś dwa tygodnie intensywnego czytania, korzystając z okazji przebywania na zwolnieniu chorobowym. Inaczej bym chyba nie dał rady. Co za książka, ufff.
Nawet nie wiem, jak mógłbym ją ocenić. Bo czy rację ma osoba dająca 1/10 twierdząc przy tym, że to ciężkostrawny bełkot? Absolutnie. Ale czy rację mieć będą osoby uważające Ulissesa za arcydzieło i najbardziej wyjątkowe literackie dzieło w historii? Tak, oni też będą mieli rację. Ulisses jest bardzo trudny, eksperymentalny, męczący drażniący, gdzie jakieś 10% to genialna literatura, z 30% to czytanka, które „ujdzie”, a z 60% to ciężkostrawna papka. Czy dla tych genialnych 10% warto się z tą książką męczyć? Tu już sobie sam każdy musi odpowiedzieć, ale moim zdaniem – tak, warto.
James Joyce był geniuszem i sam fakt, że prawie każdy rozdział jest odrębny w formie, znaczy o unikalności tego dzieła. Są rozdziały gorsze i lepsze. Mamy absolutnie cudowne Sirens napisane w formie ckliwego romansidła albo Wandering Rocks przedstawiające kilka momentów w Dublinie opisanych z perspektywy kilkunastu (kilkudziesięciu) osób poruszających się po mieście w tym samym czasie. Ale mamy też okropnie dłużące się momenty, jak znienawidzony przeze mnie Circe w formie psychodelicznego, halucynogennego utworu dramatycznego, lub chaotyczny Aeolus mający imitować chaos natłoku wiadomości z gazet. Nie wszystko czyta się przyjemnie, ale nie sposób nie docenić mistrzostwa kunsztu pisarskiego i ogromnej erudycji autora.
Trochę mi szkoda, że James Joyce, który będąc tak genialnie uzdolnionym pisarzem, tak mało zostawił po sobie „czystej” literatury, poświęcając się raczej eksperymentom językowo-literackim. Podobno jego późniejsze dzieło, „Finneganów tren”, jest pod tym względem jeszcze bardziej zwariowane. Taką wybrał jednak drogę, a mi pozostaje zawsze powrót do przystępnych „Dublińczyków” czy „Portretu artysty”. Albo „Ulissesa”, ale wybranych rozdziałów, bo książki tej wcale nie trzeba czytać linearnie. Cieszę się, że udało mi się zmierzyć z tym kolosem i w pełni rozumiem, dlaczego jest tak polaryzujący, ale i dlaczego został uznany za jedno z najważniejszych dzieł literackich, zwłaszcza epoki modernizmu. Ale boże, oby nigdy więcej czytania całości, zwłaszcza tego przeklętego rozdziału Circe.
Ranking i krótka charakterystyka rozdziałów, czyli poradnik dla czytających:
https://gdzietaeudajmonia.blogspot.com/2026/03/ulisses-james-joyce-poradnik-do.html
Podobno po napisaniu „Ulissesa” James Joyce był tak wyczerpany, że przez rok od ukończenia nie napisał niczego nowego. Mnie też realnie wyczerpała lektura tej książki. Przebrnąłem przez całość w jakieś dwa tygodnie intensywnego czytania, korzystając z okazji przebywania na zwolnieniu chorobowym. Inaczej bym chyba nie dał rady. Co za książka, ufff.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNawet nie wiem, jak...