Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach: ,

Zadaję sobie szereg pytań. Czy to możliwe, by zachować taki spokój jak bezimienna narratorka Ściany? Czy dałabym sobie radę w warunkach takich, w jakich znalazła się ona, czy to po prostu źle postawione pytanie. Bo nie bywam w myśliwskiej chacie swoich kuzynów, gdzieś w lesie; nie mam nic z tego. Powinnam raczej zastanawiać się: ale czy miałabym tyle samozaparcia? Uporu, odwagi, zdolności do zaakceptowania tego, że to oto moje nowe życie, moja rzeczywistość.
Wreszcie, czy ona znalazłaby w sobie to wszystko, gdyby nie towarzystwo radosnego psa, wiernej krowy i jej syna, dumnej kotki - bywalców z pogranicza, ze świata, dla którego trudno orzec, czy ściana, która nagle wyrosła w lesie, jest taka zła. Niemniej jednak, ostatecznie chodzi więc o poczucie odpowiedzialności za innych. Poczucie bycia potrzebną, stania na czele swego stada, pięknej międzygatunkowej wspólnoty, która nie ma wyjścia, musi być razem. (...)
Poruszona została we mnie chyba każda struna. Ta od samotności, ta od miłości, ta od odpowiedzialności, ta od bezsilności, ta od chęci ciągłego działania i ta od poddania się wielkiemu światu. Wszystkie wybrzmiewają w powieści-dzienniku, bo tym jest Ściana, która skończyła już ponad 50 lat, a pytania, które zostawia, są przenikliwie celne i pewnie będą - wtedy, dziś, za kolejne 50 lat (oby).
(...) Kim byłabym - ja, ktokolwiek z nas - gdybym wtem obudziła się w świecie, w którym nagle nie ma innych ludzi, miasta, wszystkich znanych mi dotychczas problemów. Oto jestem tylko ja i kilka udomowionych zwierząt, które przypadkiem znalazło się w mojej okolicy. Jest tylko kilka naszych żyć, a to dość, by nie mieć nawet czasu roztrząsać problemów towarzyskich, które zostały nie wiadomo nawet gdzie. Czy rzczywistość w ogóle może, tak po prawdzie, zmienić się z dnia na dzień? Jeśli nie, co to o niej i o nas mówi? Jeśli tak, tym bardziej. Nie mam odpowiedzi, po prostu głośno się zastanawiam. Co zostaje w człowieku, kiedy znikają inni ludzie i wszystko, co wydawało nam się fundamentem naszego życia i pewnie tożsamości? Kiedy nie ma już wymiany dóbr, rozmawiania, czasu pracy i innych spraw. Co znaczy wtedy ludzkie ciało? Jest narzędziem czy powłoką? Co to w ogóle znaczy być człowiekiem, kiedy nie ma wokół innych.
Mam, jak zazwyczaj po podobnej lekturze, ogrom myśli, jak zawsze zbyt obszernych i nieprzyjaznych instagramowi, ale co poradzę. Nie chcę chyba nawet być mu przyjazna, butnie uważam, że to on powinien być przyjazny nam.
Nie wiem, czy wizja Haushofer ukazana w Ścianie jest dystopią. Wiem, że rozbroiło mnie wybrzmiewające z niemalże każdej strony ludzkie powołanie do bycia odpowiedzialnym za słabszego. Aż chce się powiedzieć: za Innego. Dała mi ta książka wiele nadziei. Niekoniecznie w świat, ale w swoje trzewia i w intuicję. To więcej niż od literatury bym oczekiwała, wracając do czytania po długiej przerwie.
[ tu całość: https://www.instagram.com/p/DT5Y6okiO-O/?img_index=1 ]

Zadaję sobie szereg pytań. Czy to możliwe, by zachować taki spokój jak bezimienna narratorka Ściany? Czy dałabym sobie radę w warunkach takich, w jakich znalazła się ona, czy to po prostu źle postawione pytanie. Bo nie bywam w myśliwskiej chacie swoich kuzynów, gdzieś w lesie; nie mam nic z tego. Powinnam raczej zastanawiać się: ale czy miałabym tyle samozaparcia? Uporu,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

...i mnie zdumiewa ten szumnie okrzyknięty "japoński fenomen". Wydaje mi się, że gdybym sięgnęła po nią kilka lat wcześniej, zrobiłabym sobie wielką krzywdę. Dużo miałam myśli, kiedy walczyłam, by dobrnąć do końca, ale odpadłam pod koniec czwartej rozmowy, niesamowicie sztucznej, co wielokrotnie zostało dostrzeżone, ale może to kwestia tłumaczenia. Treść się nijak nie broni. Czara goryczy przelała się, kiedy w pokrętny sposób tłumaczone jest reanimowanie relacji Filozofa z jego ojcem, który nigdy szczególnie się nim nie interesował, a nawet go uderzył, gdy ten był dzieckiem. Niepokojące teorie na temat samobójstw. Niezrozumiała dla mnie argumentacja, dlaczego nie powinno się ani ganić, ani chwalić. Filozof krytykuje co krok Freuda, ale namiętnie powołuje się na Adlera i tylko Adlera, a ja z natury jestem podejrzliwa wobec "wyznawców tylko jednej księgi".
Jeśli miałabym wskazać, co jest warte przemyślenia, wskazałabym fragmenty o generowaniu przeszkód dla samego siebie; stwarzaniu problemów, które nie są w zasadzie żadnym problemem, ale dzięki nim oddzielamy się od wykonania zadania, na którym nam zależy, ale boimy się porażki. Tylko to nie równoważy czerwonych flag, jakie powiewają na innych stronach książki.
Szkoda, że tak.

...i mnie zdumiewa ten szumnie okrzyknięty "japoński fenomen". Wydaje mi się, że gdybym sięgnęła po nią kilka lat wcześniej, zrobiłabym sobie wielką krzywdę. Dużo miałam myśli, kiedy walczyłam, by dobrnąć do końca, ale odpadłam pod koniec czwartej rozmowy, niesamowicie sztucznej, co wielokrotnie zostało dostrzeżone, ale może to kwestia tłumaczenia. Treść się nijak nie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Dużo było o Simonie, kiedy wchodził do kin film, dlatego wtedy uparcie się wzbraniałam; jestem z tych, którzy nie chcą, gdy wszyscy wokół chcą. Tylko trudno było mi nie zainteresować się badaczką z krwi i kości, prawdziwą naukowczynią, która w tej nauce znalazła sens.

Simona jest dla mnie opowieścią o zgryzocie, o byciu niewystarczającą, o fasadzie dobrego domu (sic!) i szanowanej rodziny, aż wreszcie o ssaczych sprawach - o tęsknocie do ciepła i bezpieczeństwa. Ja w nauce, choć w innej zupełnie jej odnodze, odnajduję chyba to samo i to mnie porusza. I w Simonach troski też odnajduję dużo.

Ta biografia była dla mnie cenną lekcją, inspiracją i przestrogą na ten rok - czytałam ją w początku 2025 - i na lata. Trzeba o siebie walczyć i mówić głośno, kiedy wierzy się w czegoś zasadność, bronić tego! Ale i nie stać się głuchym na uwagi innych, bo na szczęście wciąż nie każdy jest zły. Nie każdy jest przeciwko nam - i trzeba pilnować, obyśmy i my sami się przeciwko nam nie obrócili.

Dużo było o Simonie, kiedy wchodził do kin film, dlatego wtedy uparcie się wzbraniałam; jestem z tych, którzy nie chcą, gdy wszyscy wokół chcą. Tylko trudno było mi nie zainteresować się badaczką z krwi i kości, prawdziwą naukowczynią, która w tej nauce znalazła sens.

Simona jest dla mnie opowieścią o zgryzocie, o byciu niewystarczającą, o fasadzie dobrego domu (sic!) i ...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Mniej więcej w połowie pierwszej strony Hałasu Małgorzaty Halber wiedziałam, że to właśnie muszę teraz zrobić, muszę na jednym wdechu wylistować wszystko, co dzieje się wokół mnie i wewnątrz mnie, a czego nie chcę, co doprowadza mnie do szału, co ściska mi czaszkę niewidzialnym imadłem. Na tym zresztą polega cała tragedia tego wszystkiego - jest niewidzialne.

Najbardziej lubię różne książki. Wysyłałam mojemu chłopakowi co drugi akapit, a on później powiedział, że coś go w tej książce, zgrabnie mówiąc, wkurza, ale już czeka na nią w kolejce w swojej bibliotece. Ale jak miałoby nie, ładnie mówiąc, wkurzać? Trafna diagnoza, przed którą się ucieka, moment, kiedy ktoś spisuje ot tak wszystkie twoje frustracje i porządkuje całą bezsilność związaną z byciem człowiekiem, który lubi robić rzeczy dla własnej gnozy i samego doświadczania, ale żyje w XXI wieku.

Przynosi mi wielką ulgę, że o Hałasie pisze właśnie Małgorzata Halber, która jest z pokolenia dla mnie chyba najtrudniejszego. Mam w sobie trzewny lęk, że to właśnie ludzie stamtąd będą mi mówili, że jestem słaba, na wielu poziomach. Mój lęk jest uzasadniony, właśnie od takich osób słyszałam to jako dziewczynka i nastolatka. Podczas gdy w Apoftegmatach Ojców (i Matek) Pustyni non stop natykam się na słowa Starców, którzy narzekają na współczesny im świat, czyli świat plus-minus IV wieku naszej ery, i mówią, że kiedyś ludzie byli mocniejsi i wtedy to dopiero B/bóg zsyłał próby.
Kiedyś to były próby, teraz prób nie ma.
Przynosi mi ulgę, gdy ktoś głośno napisze o tym, że winni zazwyczaj czują się nie ci, którzy powinni, to też jest obecne na wielu poziomach. Ja się czuję bardzo winna, kiedy zorientuję się, że w kieszeni miałam papierek, a teraz go nie ma, czyli musiał wypaść gdzieś po drodze. Później w podsumowaniu roku wg Faktów widzę, jak świat płonie, strzela, trzęsie się i zastanawiam się, czy w jakimś stopniu to wina mojego papierka i mnie. Później poddaję się w poszukiwaniach etycznego i ładnego bawełnianego topu wyprodukowanego w Polsce i kupuję jednak w hm. Spełnia kryteria: ładny i bawełniany. Te etyczne nigdy mi się nie podobają. “Pierwsze i najważniejsze prawo (...) nigdy trzy na raz. Wtedy śmierć” - tak głosi Hałas. I nie chce być inaczej.

Dużo o Hałasie mogę mówić i więcej mam tu: https://www.instagram.com/p/DS2yW_eCMe9/?img_index=1

Na koniec i ja podtrzymuję, że “Trzy są filary nadziei:

przyroda

relacje

i sztuka.”

Mniej więcej w połowie pierwszej strony Hałasu Małgorzaty Halber wiedziałam, że to właśnie muszę teraz zrobić, muszę na jednym wdechu wylistować wszystko, co dzieje się wokół mnie i wewnątrz mnie, a czego nie chcę, co doprowadza mnie do szału, co ściska mi czaszkę niewidzialnym imadłem. Na tym zresztą polega cała tragedia tego wszystkiego - jest niewidzialne.

Najbardziej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Zanurza w chorobliwym zimnie, mdlącej mieszance leków, szorstkich materiałach pościeli i piżam po nie wiadomo już kim, nakłuwa w sam kręgosłup, po prostu momentami straszliwie i bezradnie boli. Bardzo ważna książka i bardzo dobry reportaż. Zupełnie nie wiem, dlaczego temat tak skrzętnie przemilczany (choć pewnie się domyślam). W innej książce czytam krótko o historii jako nie tylko o tym, co przekazujemy, ale może bardziej o tym, o czym milczymy jako wskaźniku naszej /cywilizacji/, /kultury/ i /tradycji/. O mówieniu, że 'nigdy więcej', ale zapominaniu, że nie wystarczy rzucić takim mocnym hasłem, trzeba jeszcze go przestrzegać, a by móc przestrzegać, trzeba mieć jakieś wnioski, płynące z analiz i przemyśleń. Reportaż p. Błażejowskiej jest bardzo niewygodny, czuć dyskomfort i absurd w każdej sekcji, od wstępu, w którym Autorka przytacza dziwne ostrzeżenie, które dostała: nie ma już z kim rozmawiać. O takich rzeczach zawsze jest z kim rozmawiać. Obyśmy jeszcze długo o tym pamiętali.

Zanurza w chorobliwym zimnie, mdlącej mieszance leków, szorstkich materiałach pościeli i piżam po nie wiadomo już kim, nakłuwa w sam kręgosłup, po prostu momentami straszliwie i bezradnie boli. Bardzo ważna książka i bardzo dobry reportaż. Zupełnie nie wiem, dlaczego temat tak skrzętnie przemilczany (choć pewnie się domyślam). W innej książce czytam krótko o historii jako...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Do dwóch razy sztuka. Książka towarzyszyła mi w codziennym życiu od kilku lat, milcząca i niemalże nienaruszona. Odłożyłam ją wtedy, bo to nie był dobry czas na wędrówkę po żałobie, w dodatku cudzej. Co mnie to w zasadzie obchodzi? Ale rok temu latem mi też umarł, nie ojciec, ale jakie to ma znaczenie, kiedy nam umiera. Zapisałam w kalendarzu przy stosownej dacie tytuł tej książki nie odwołując się do niej ani nawet o niej nie myśląc. Przez rok mielę i trawię śmierć, w tym tygodniu przeczytałam dziennik żałoby pani Iwasiów. W swoim smutku i chaosie przyniósł mi trochę piękna i radości, że ze śmierci można wyciągnąć coś, choć raczej nie jest to zrozumienie czy zgoda. Od początku wiemy, że śmierć jest w pakiecie z życiem, ale schody się zaczynają, kiedy wiedza teoretyczna ma być zastosowana w praktyce. Jak dobrze, że można mieć dziennik żałoby, jak dobrze, że możemy do nich sięgać.

Do dwóch razy sztuka. Książka towarzyszyła mi w codziennym życiu od kilku lat, milcząca i niemalże nienaruszona. Odłożyłam ją wtedy, bo to nie był dobry czas na wędrówkę po żałobie, w dodatku cudzej. Co mnie to w zasadzie obchodzi? Ale rok temu latem mi też umarł, nie ojciec, ale jakie to ma znaczenie, kiedy nam umiera. Zapisałam w kalendarzu przy stosownej dacie tytuł tej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Bardzo nierówna to książka, jak napisali przedmówcy, a ja się zgadzam. Kosmos nie jest szczególnie moim miejscem, ani z zainteresowań, ani literacko, chociaż w przypadku "Czerwonego świtu", poza pojawiającymi się co kilka(naście) stron przypominajkami, że jesteśmy na Marsie i jest inna grawitacja, kosmos nie ma szczególnie znaczenia. Tak samo jak nie ma większego znaczenia to, że autor sięga do grecko-rzymskich panteonów bóstw, choć zdaje się, że gdyby zmienić imiona postaci na jakiekolwiek inne, to też niewiele by zmieniło, bo tradycja mitologiczna czy kulturowa Grecji ani Rzymu również raczej nie ma znaczenia, może to jakiś ukłon do młodzieży, która będzie kojarzyć akurat te bóstwa ze szkoły.
Intensywny i dość zajmujący początek, a potem kilkaset stron przygód pięknych, silnych i bohatych nastolatków, a wśród nich chłopaka z najniższych sfer, który to wszystko wywraca do góry nogami; nikt rzecz jasna nie domyśla się, że jest tu jakiś spisek. Fabuła raczej przewidywalna, narracja dla mnie dość męcząca, bo główny bohater zupełnie ze mną nie rezonuje. Bywają jednak momenty i nie wiem, co zrobię dalej: czy sięgnę po drugi tom, czy zapomnę po oddaniu pierwszego do biblioteki.

Bardzo nierówna to książka, jak napisali przedmówcy, a ja się zgadzam. Kosmos nie jest szczególnie moim miejscem, ani z zainteresowań, ani literacko, chociaż w przypadku "Czerwonego świtu", poza pojawiającymi się co kilka(naście) stron przypominajkami, że jesteśmy na Marsie i jest inna grawitacja, kosmos nie ma szczególnie znaczenia. Tak samo jak nie ma większego znaczenia...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Jest dla mnie w tej książce - w jej względnie krótkiej formie z której wybrzmiewa patos, dziecięca burza emocji, sielankowość (francuskiej) wsi, przeszywający, trudny do nazwania ból i poczucie odwiecznej niesprawiedliwości - niewypowiedziane piękno. Ja kocham patos i kocham, jak on miesza się z prostotą, z najbardziej pierwotnymi instynktami. I kocham, jak autorzy i autorki umiejętnie obierają ze skórki różne ludzkie postawy. Bunt i nienawiść okazuje się odpowiedzią na niezrozumienie i odtrącenie, które z kolei jest wynikiem, pewnie nieskończonego, łańcucha nieumiejętności różnych - rozmowy, wysłuchania, zdrowego egoizmu.
Fakt, że narracja prowadzona jest pierwszoosobowo dotyka głębiej, pewnie czuje tak większość z nas, którzy piszą różne swoje pamiętniki, a ja piszę je już naście lat. I szarpię się z żalem i niezrozumieniem też. To wszystko mam z domu. Trudno nie czuć mi pewnego rodzaju szczerej sympatii do narratora, choć wielu zachowań i praktyk nie podzielam, ale to nie ma znaczenia, kiedy wychodzimy z jednego pnia. Rozrastamy się tylko w inne strony.
Piękna była to książka. Przeżywam swój czytelniczy renesans i poruszyła mnie ta historia bardziej niż sądziłam. Chciałam zapisywać i fotografować co drugi opis. Zgadzam się z jednym z przedmówców, że szczególnie uderza to na kilka dni przed Dniem Matki. Nie ma jednego wniosku. Ja mam bardzo wiele rozmytych i nie mogę doczekać się ich stopniowego wyostrzania.

Jest dla mnie w tej książce - w jej względnie krótkiej formie z której wybrzmiewa patos, dziecięca burza emocji, sielankowość (francuskiej) wsi, przeszywający, trudny do nazwania ból i poczucie odwiecznej niesprawiedliwości - niewypowiedziane piękno. Ja kocham patos i kocham, jak on miesza się z prostotą, z najbardziej pierwotnymi instynktami. I kocham, jak autorzy i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Uporczywie myślę o reportażu Pisuka, o świadectwach upadłych od urodzenia mieszkańców ulicy Brzeskiej na warszawskiej Pradze. Myślę o ludziach, którzy żyją na marginesie od zawsze i o takich, którzy przesiedzieli w więzieniu dwanaście lat i wtem zaczęli żyć od nowa, choć czasem w ramionach innej skrajności i radykalizacji. Myślę o tych, którzy nie przekreślili się po osiemnastce ani po trzydziestce; wciąż była nowa przestrzeń, by żyć. Myślę o tym, bo to świadectwa ważne i potrzebne na wielu różnych poziomach. Myślę, bo gubię się sama wciąż w tym, co to znaczy "żyć dobrze".

Uporczywie myślę o reportażu Pisuka, o świadectwach upadłych od urodzenia mieszkańców ulicy Brzeskiej na warszawskiej Pradze. Myślę o ludziach, którzy żyją na marginesie od zawsze i o takich, którzy przesiedzieli w więzieniu dwanaście lat i wtem zaczęli żyć od nowa, choć czasem w ramionach innej skrajności i radykalizacji. Myślę o tych, którzy nie przekreślili się po...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

"Kąkol" jest niesamowicie dewastujący. Napisany w sposób jednocześnie do bólu męczący, ale i trudny do porzucenia, ot tak, w środku tego przeklętego lata, o którym opowiada. Nie wiem, nie rozumiem recenzji, w których wyrażone są różne tęsknoty do tego krajobrazu - społecznego-rodzinnego krajobrazu przekazywanej traumy, przemocy na każdym możliwym poziomie, wzajemnej niechęci i traktowania dziecka jak obywatela drugiej kategorii. Pani Papużanka popełniła tym samym książkę niesamowicie ważną, skręcającą kiszki i momentami wywracającą na drugą stronę. Pomyślałam tylko, że całe szczęście, że nie jestem już dzieckiem, a mój rodzic ze wsi uciekł, choć co przekazane zostało jemu, nie zginęło, niestety. I to w nas pokutuje.
Uważam, że jeśli ktoś został pokonany akapitami bez początku ani końca, pozornie bez celu ani fabuły, mógł coś stracić. Najbardziej przejmujące wspomnienia narratorki są - dla mnie - na ostatnich kilkudziesięciu stronach. Warto tę książkę przetrawić. Niewykluczone, że w każdym z nas odbija się jak nie takie lato, to przynajmniej jego echo.

"Kąkol" jest niesamowicie dewastujący. Napisany w sposób jednocześnie do bólu męczący, ale i trudny do porzucenia, ot tak, w środku tego przeklętego lata, o którym opowiada. Nie wiem, nie rozumiem recenzji, w których wyrażone są różne tęsknoty do tego krajobrazu - społecznego-rodzinnego krajobrazu przekazywanej traumy, przemocy na każdym możliwym poziomie, wzajemnej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Zastanawiam się czasem, czy czytamy tę samą książkę. I to nie jest złośliwe, w gruncie rzeczy chyba wręcz przeciwnie, bo może to jest kolejny przymiot literatury.
Na początku pomyślałam, że może faktycznie ktoś zrobił tej książce krzywdę, przyczepiając do niej łatkę "kryminał", ale z drugiej strony wsadzenie jej na półkę "romans" też odpada, o obyczajówce w ogóle nie ma co myśleć. Jako osoba, która prywatnie kocha segregować i katalogować muszę sobie wciąż przypominać, że i ta metoda ma swoje ograniczenia. I w tym przypadku to pracuje na korzyść tej książki, która mnie bardzo zachwyciła, mówiąc całkiem szczerze. Może nie tylko dlatego, że po latach czytelniczej stagnacji cieszę się z każdej przerobionej książki.
Zupełnie nie przeszkadza mi to, że Nifonas przez niektórych osądzany jest, że zachowuje się jak człowiek, który nigdy nie żył "w prawdziwym świecie", nie przeszkadza mi, że dwa wcześniaki przez długie godziny funkcjonują sobie bez żadnej fachowej opieki ani mleka matki, nie przeszkadza mi, to, bo książka nie dzieje się w żadnym prawdziwym świecie, a jednocześnie - w moim odczuciu - jest wybitnie ludzka. Wymownie i barwnie pokazuje, że jako ludzie nie jesteśmy spójni i nie musimy być, że cała nasza potęga może jest w tym, że będziemy dostrzegać swoją hipokryzję i wszystkie absurdy, wśród których żyjemy. Chciałabym, żebyśmy częściej otwarcie mówili, że nie rozumiemy, dlaczego coś się dzieje i że czujemy sprzeczne emocje wobec tej samej sprawy. Miłość mnicha do kobiety, mnicha do współbrata, mnicha do mitu o powrocie wielkiej ojczyzny. I nikt nie jest szczęśliwy, choć wydawałoby się, że nie da się być w miejscu bliżej któregoś boga.
W ogóle nie zajmuje mnie gatunek tej książki. W moim idealnym świecie Nifonas byłby z Dommą, ale to nie było o moim idealnym świecie. Na pewno jednak może się mu jakoś przyczynić. Do przemyślenia, mnie i wszystkim czytającym.

Zastanawiam się czasem, czy czytamy tę samą książkę. I to nie jest złośliwe, w gruncie rzeczy chyba wręcz przeciwnie, bo może to jest kolejny przymiot literatury.
Na początku pomyślałam, że może faktycznie ktoś zrobił tej książce krzywdę, przyczepiając do niej łatkę "kryminał", ale z drugiej strony wsadzenie jej na półkę "romans" też odpada, o obyczajówce w ogóle nie ma co...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Myślałam o książce po przypadkowym zderzeniu z wątkiem dziwacznej dyskusji wokół wydmuszki ''literatury kobiecej''. Pierwsze o czym myślę, to czym wobec tego miałaby być ''literatura męska''?

Shelley Read w dość niedługiej powieści snuje historię o Victorii z miasta Iola (Kolorado), już wymarłego. Pisze o kobiecie, która jako siedemnastolatka zakochała się w chłopaku zupełnie nie mającym wówczas prawa, by żyć w małym miasteczku w Kolorado z prostej przyczyny: był rdzennym Amerykaninem. Miłość jednak się wydarza, a skoro tak, to nie chcę mówić, że zakazana. Kończy się z trudnych przyczyn prędko, ale pozostaje po niej dziecko i odkąd zostaje wydane na świat, mam problem (ja). Victoria, dowiedziawszy się o ciąży, podejmuje szereg nieodwracalnych w jakimś stopniu decyzji. Opuszcza dom, w którym po śmierci matki była jedyną kobietą wśród trzech mężczyzn: zgorzkniałego wuja-kalekę, ex-żołnierza, zamkniętego i zimnego ojca oraz znienawidzonego i niebezpiecznego młodszego brata.

W opuszczonej leśnej chacie w górach rodzi dziecko, po czym okazuje się, że nie da radyz nim przeżyć, więc podrzuca je piknikującej rodzinie, którą któregoś dnia wypatruje na jednej z polan. Oddaje dziecko obcym ludziom jak przedmiot, choć sama później wypiera podobny zarzut. Ona wraca natomiast do domu, do Ioli, ale wszystko wtedy jest inne, bo ludzie się zmienili, część zniknęła albo umarła, a ona pozostaje sama wraz z brzoskwiniowym sadem, rodzinnym biznesem od pokoleń.

Później dzieje się szereg rzeczy, aż pod koniec lat 60. nawiązuje z nią kontakt druga matka jej syna. Okazuje się, że jej dziecko trafiło do rodziny, w której kobieta również nie miała zbyt wiele do powiedzenia, mężczyzna traktował dzieci jak darmozjady, synowie zostają powołani do wojska i mają być wysłani do Wietnamu. "Ich" syn nie chce, boi się, bo okazuje się, że całe życie był wrażliwy, miał swoje wartości, gnębił go przyrodni brat, bo rodzina, której został podrzucony, miała już chłopca w podobnym wieku. Syn Victorii dowiedział się /prawdy/ niedługo przed wylotem do Wietnamu i uciekł z domu, co wielce ucieszyło jego przybranego ojca.

No, ale ostatecznie kobiety wchodzą w komitywę, wymieniają się swoimi matczynymi historiami, a książka kończy się w chwili, w której Victoria po ponad 20 latach widzi swoje dziecko.

I teraz co?

Książkę pisze Shelley Read, ale pięknie tłumaczy ją Michał Juszkiewicz. Mężczyzna pięknie dobiera słowa, które w angielskim oryginale Read zapewne sumiennie dobierała, tak by pasowały do życia Victorii. Główną bohaterką jest dziewczyna, później kobieta, która ma całą masę swoich problemów i podejmuje jakieś decyzje, a wokół niej są głównie panowie, których wolałaby uniknąć tak zwana "każda z nas". A jednocześnie jest w nich smutek, ból, żal. Trudno to zignorować, co nie usprawiedliwia oczywiście ich szkodliwych i przykrych zachowań. Jednocześnie trudno też zignorować te zachowania u samej Victorii. To nie traktat o moralności, ale zwykła i całkiem niekontrowersyjna sugestia, że wszyscy jesteśmy wzajemnie w siebie nawzajem uwikłani i skąpani w sosie relacji, jakie tworzymy; chcianych i nie. Domyślam się, że bycie nastolatką w latach 40. na wiosce w Kolorado to nie rurki z kremem, ale to też nie jest o tym. Ja jestem z tych, którzy bardzo lubią wszystko sobie opisywać i katalogować, ale obawiam się, że nie ze wszystkim tak się da. Nie sądzę, że kobieta pisząca książkę, w której główną bohaterką jest też kobieta przejmująca się straconą miłością, absurdalnym doświadczeniem ciąży, brzoskwiniowym sadem i poczuciem winy, że zniszczyła życie sobie i swojemu dziecku, chciałaby, żeby tylko kobiety tę historię czytały. Wydaje mi się, że literatura będzie działać wtedy, kiedy nie będziemy jej segregować na takie kuriozalne gatunki jak ''kobieca'', a czytać i tworzyć ją po prostu, dla własnego dobrostanu i cennego dyskomfortu, za którym jest bodziec do zmian i rozwoju, a czasem zatrzymania się. Być może wtedy nam wszystkim będzie się razem ze sobą żyło i taka pozornie niemożliwa historia, o jakiej napisała Shelley, nie będzie musiała mieć miejsca w którejś rzeczywistości.

Myślałam o książce po przypadkowym zderzeniu z wątkiem dziwacznej dyskusji wokół wydmuszki ''literatury kobiecej''. Pierwsze o czym myślę, to czym wobec tego miałaby być ''literatura męska''?

Shelley Read w dość niedługiej powieści snuje historię o Victorii z miasta Iola (Kolorado), już wymarłego. Pisze o kobiecie, która jako siedemnastolatka zakochała się w chłopaku...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Bez wątpienia jest to Zafon. Jest jak ten, który wraca, mówiąc: zmieniłem się. Ale nie jest w stanie skleić pękniętego serca. Które zostało na Cmentarzu Zapomnianych Książek. Nikt nie będzie.

Bez wątpienia jest to Zafon. Jest jak ten, który wraca, mówiąc: zmieniłem się. Ale nie jest w stanie skleić pękniętego serca. Które zostało na Cmentarzu Zapomnianych Książek. Nikt nie będzie.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Wystarczy moment nieuwagi, by się zgubić. Wystarczy moment nieuwagi, by się ocknąć w kamienicy, do której nie ma wejścia. Moment nieuwagi, by dać się wciągnąć w zawiłą intrygę. Moment, by odwiedził cię niepokojący gość.
Do tego samego może też prowadzić absolutna uwaga i skupienie. Nieprzerwane. Golem się po prostu pojawia. I wtedy dzieją się rzeczy różne. Dziwne.
To jest taki czas, taka jest mistyka żydowskiego świata. Pochłaniająca. Straszna. Nieskończona.

Wystarczy moment nieuwagi, by się zgubić. Wystarczy moment nieuwagi, by się ocknąć w kamienicy, do której nie ma wejścia. Moment nieuwagi, by dać się wciągnąć w zawiłą intrygę. Moment, by odwiedził cię niepokojący gość.
Do tego samego może też prowadzić absolutna uwaga i skupienie. Nieprzerwane. Golem się po prostu pojawia. I wtedy dzieją się rzeczy różne. Dziwne.
To jest...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Chciałam bardzo niewymagającą książkę... i taką też miałam. Trochę szkoda. To nie te dialogi. Ludzie tak nie rozmawiają. To nie ci bohaterowie. Zbyt niestabilni. Zbyt narwani. Zbyt zaprogramowani.
To nie ten język. Szkoda, bo z taką historią Strzygomia można było naprawdę zrobić coś świetnego. Dionizę można było bardziej zaczarować. Mieszkańców uczynić bardziej... jakimiś. Szkoda. Trochę tak.

Chciałam bardzo niewymagającą książkę... i taką też miałam. Trochę szkoda. To nie te dialogi. Ludzie tak nie rozmawiają. To nie ci bohaterowie. Zbyt niestabilni. Zbyt narwani. Zbyt zaprogramowani.
To nie ten język. Szkoda, bo z taką historią Strzygomia można było naprawdę zrobić coś świetnego. Dionizę można było bardziej zaczarować. Mieszkańców uczynić bardziej... jakimiś....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

To jest historia, która łamie serce. Najpierw łamie wszystkie przekonania i wiarę, by ostatecznie dać im ciężki do opisania bodziec do wzrostu. Najtrwalszy z fundamentów.
To jest opowieść trwożąca bardziej od najbardziej przerażającego z horrorów i zarazem opowieść poruszająca bardziej od jakiejkolwiek pozycji z kanonu literatury pięknej. Dlaczego? – bo to jest historia życia. To jest życie, które wydarzyło się naprawdę i wciąż trwa. Niesamowita odwaga Tary Westover. Uwolnionej.
Być może to moja emocjonalność. Mój własny bagaż doświadczeń, który momentami wydaje się nieproporcjonalnie ciężki do suchych statystyk mojego życia (liczby, geografia, metryczka). To nie ma jednak aż takiego znaczenia. Tutaj liczy się tylko Tara Westover.

Piekło na ziemi istnieje i ma wiele twarzy. Nikt nie powinien w to wątpić.
Tara urodziła się w górach Idaho i dorastała w fanatycznej rodzinie mormońskiej. Nie było mowy o publicznej edukacji, nie było mowy o możliwości skorzystania z pomocy lekarzy, nie było mowy o niczym, co mogłoby w jakikolwiek sposób okazać się sprzeczne z mormońskimi ideałami ojca. Świat był skorumpowaną pułapką chcącą zniewolić wszystkich naiwnych ludzi, którzy wierzyli, że jakakolwiek instytucja publiczna chce ich dobra. Szkoły to spisek. Uniwersytet to koniec świata. Gorszy od tego, który miał nadejść na przełomie tysiącleci. Do którego ojciec przygotowywał rodzinę tyle czasu, gromadząc brzoskwinie w puszkach i baniaki z paliwem.
Tara dostrzega rysę na polerowanej wizji świata ojca w momencie, w którym jeden z braci dostaje się do college’u. Jest jeszcze jakiś inny, inny świat.
Opowieść Tary Westover, która po raz pierwszy pojawiła się w publicznej szkole mając lat siedemnaście, jest przełomem. Tu mówię subiektywnie, nie ukrywam tego. Nie potrafię przełomu zdefiniować, ale w mojej głowie pękła ostatnia z barier. Wstyd mi, co mogłam stracić – z własnej woli, absolutnie nieprzemyślanie. Tymczasem Tara walczyła o to w sposób trudny do wyobrażenia, mimo szczegółowych, i momentami wręcz nie do przejścia, opisów. Tam tragedia goni tragedię.
Wśród urojeń, płonących przez nieuwagę części ciała, rozprzestrzeniających się chorób psychicznych i setek puszek z brzoskwiniami jest młoda Tara, której coś mówi, że życie jednak może wyglądać inaczej.
W roku 2014 otrzymała stopień doktora historii. Poznała Harvard, poznała Cambridge, otrzymała Gates Cambridge Scholarship. Przekraczając po raz pierwszy próg szkoły, nie wiedziała nic o holokauście, nie znała historii innej niż tej dyktowanej przez ojca, nie potrafiła korzystać z podręcznika.

Tara Westover wystawiła jedno z najpiękniejszych świadectw tego, jak edukacja może zmienić życie. Sprawiła, że doceniłam. Moje sumienie od dnia skończenia lektury jej książki stawało się coraz cięższe, zmuszając mnie tym do napisania tych słów i podzielenia się nimi. Dlatego, że mogłam popełnić niesamowity błąd, z którego skutków być może nigdy nie zdałabym sobie w pełni sprawy – i to byłaby moja osobista tragedia.

To jest historia, która łamie serce. Najpierw łamie wszystkie przekonania i wiarę, by ostatecznie dać im ciężki do opisania bodziec do wzrostu. Najtrwalszy z fundamentów.
To jest opowieść trwożąca bardziej od najbardziej przerażającego z horrorów i zarazem opowieść poruszająca bardziej od jakiejkolwiek pozycji z kanonu literatury pięknej. Dlaczego? – bo to jest historia...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Za język, myśl i przekaz. Gotycki welon.

Za język, myśl i przekaz. Gotycki welon.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Cztery książki, a każda z nich to część jednego i tego samego cyklu. Każda z nich jest częścią Cmentarza Zapomnianych Książek. Oficjalnie autorem jest Carlos Ruiz Zafon. Nieoficjalnie... Ja nie mam prawa, by o tym mówić. Mam jednak swą teorię. Ona wciąż się jeszcze klaruje. Być może musi minąć jeszcze sporo czasu, nim będzie całkowicie jasna - a może to i tak nie nastąpi. Może tak będzie najlepiej. Niech będzie tajemnicą w mojej głowie po kres. Chciałabym.
Cztery książki, jeden cykl. To nie są części.
Cztery książki, dziesiątki splecionych ze sobą historii. Bez początku i bez końca. Nie ma chronologii. Nie ma jednej drogi. Nie ma zasad. To jest tajemnica, której rozwiązanie nie przychodzi po odłożeniu zakończonej ostatniej książki. Tajemnica wtedy dopiero zaczyna się zacieśniać w jeszcze bardziej skomplikowany supeł. Nie rozwiązuje go Zafon. Nawet nie próbuje. Jakże, zresztą, mógłby nam to zrobić, skoro przez wiele setek stron robi wszystko, by uzmysłowić czytelnikowi, że klucz od samego początku znajduje się w jego rękach.
Każda rodzina ma swoją historię. Każdy człowiek ma swoją historię. Każdy z nas jest historią. Książki to dodatki, mówił Zafon. Elementy; elementy tej osobliwej układanki, którą każdy musi ułożyć sam. By zobaczyć. By zrozumieć. By poznać.
Zwlekałam. Całe lata zwlekałam, nim sięgnęłam po /Cień wiatru/, pierwszą wydaną książkę z cmentarnego cyklu. Nie robiłam tego wcześniej, bo bałam się, że nie warto. Że to przerost formy nad treścią. Były chwile, kiedy siedziałam na balkonie i patrzyłam przed siebie, mając na kolanach złożoną /Grę anioła/, której nie potrafiłam wygrać, a chwilę później /Labirynt duchów/, którego nie mogłam pokonać.
Labirynt, w końcowym rozliczeniu mojego ducha z opowieścią spisaną przez Zafona, okazał się być najtrudniejszy. Potrzebowałam czasu. Potrzebowałam natrafić na mur zbyt wiele razy, próbując na siłę znaleźć drogę. Potrzebowałam potknąć się porządnie o kilka słów. Tak, by upaść i nie móc wstać. Pokornie zaczekać, aż ból puści. Pomóc mu, poświęcając więcej uwagi temu, co zwaliło mnie z nóg. Myśląc o Cieniu, Aniele, Więźniu. Myśląc o ludziach zbyt ludzkich, by być tylko zbitkami liter.
Ile prawd. Ile gorzkich prawd. Proza i banały życia przedstawione w najbardziej finezyjny sposób. Melancholia z nutą miłości, solą łez, metalicznym posmakiem krwi. Niesiona wraz z echem radości. To jest Cmentarz Zapomnianych Książek. Spowity mgłą oddechów każdego z nas. Każdego, kto wierzy, że to możliwe. By każdy z nas mógł być historią. By każdy z nas mógł ją mieć. Kiedy wyszłam z labiryntu, płakałam. Wiele razy słyszałam komentarze: tak się nie kończy! Nie możesz w tym momencie zakończyć. Po wyjściu z labiryntu to było wszystkim, co chciałam powiedzieć. Wykrzyczeć, lecz nie miałam sił. Zafon stworzył najpiękniejszy portret osobliwej rasy pisarzy, jaki znam. Zafon dał najbardziej wartościową lekcję historii rodziny, jaką przyswoiłam. Zafon pokazał mi najbardziej magiczne pisarstwo.
Zafon pokazał mi drzwi, do których potrzebuję jeszcze wiele odwagi, by je otworzyć. Schody, które będą wymagać ode mnie znacznie lepszej kondycji od tej, którą czuję, że mam na ten dzień.
Kiedy będę pewnego dnia w Barcelonie, uklęknę. Popatrzę w niebo, w które patrzyła rodzina Sempre, jej przyjaciele, jej wrogowie. W które patrzył Zafon. Kiedy będę w Barcelonie, będę płakać. Moja wiara w płynące po twarzy łzy jest chyba niepoważna. Tak jak moja wiara w słowa i literaturę. Tak jak była wiara pisarzy Zafona. Podróż przez cmentarz Zapomnianych książek była doświadczeniem niemalże mistycznym. Była podróżą, do której się tęskni latami, ale nie zawsze będzie się miało dość czasu i sił, by ją powtórzyć. Dziś nie wiem, czy dam radę wrócić. Być może to jest tak, że nie wiem, czy wróciłam w ogóle. Być może to jest podróż, która tak naprawdę się nie kończy.
Być może tutaj właśnie się zaczyna.

Cztery książki, a każda z nich to część jednego i tego samego cyklu. Każda z nich jest częścią Cmentarza Zapomnianych Książek. Oficjalnie autorem jest Carlos Ruiz Zafon. Nieoficjalnie... Ja nie mam prawa, by o tym mówić. Mam jednak swą teorię. Ona wciąż się jeszcze klaruje. Być może musi minąć jeszcze sporo czasu, nim będzie całkowicie jasna - a może to i tak nie nastąpi....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Przyszłam do tej książki miesiąc po obejrzeniu serialowego Spartakusa i kilka ładnych lat wsiąkania w starożytny świat. Czy było warto? Zdecydowanie tak. Niemniej jednak nie do końca rozumiem, co pan Kane miał na myśli mówiąc, że akcja serialu o losach Spartakusa rozwija się zbyt szybko. Według mnie to losy jego gladiatorów zmieniały się w błyskawicznym tempie. Ale mniejsza z tym. Co człowiek zafascynowany tematem i niemałą wyobraźnią, to inne spojrzenie na sprawę.
Polubiłam szalenie młodego rzymskiego buntownika, który z własnej woli został jednym z wrogów republiki. Postać Marka Krassusa intryguje mnie niezmiernie, a jego portret u Kane'a wydał mi się trafny, jestem ciekawa, jak autor pokaże nam go jako tego, który rozgromił potężne powstanie niewolników, z którym nie mógł poradzić sobie nikt przed nim.
Ubolewam jednak trochę nad tempem akcji. Moim zdaniem można było poświęcić więcej czasu ludusowi. Ale moje zdanie moim zdaniem. Wizja autora wizją autora.
Jestem fanką rozbudowanych opisów, tutaj zbyt wiele takich nie było, ale dla wielu będzie to raczej, ha, plusem. Od tej książki bije żądza rzymskiej krwi i brutalne pragnienie wolności. Istotnie, brak w niej głębszych refleksji i emocji. Ale czy to wielki zarzut? Staram się poczuć mentalność zbiegłych gladiatorów, niewolników, ludzi, którzy nie mieli perspektyw.
Wszystko na miarę tamtych odległych czasów. Sądzę, że warto po nią sięgnąć. Jeśli ktoś widział serial, może będzie nieco rozczarowany lub bardziej zdumiony jak inaczej można pokazać pewne rzeczy. Tworząc, po części, własną historię. Mnie podoba się historia, jaką stworzył Ben Kane.

Przyszłam do tej książki miesiąc po obejrzeniu serialowego Spartakusa i kilka ładnych lat wsiąkania w starożytny świat. Czy było warto? Zdecydowanie tak. Niemniej jednak nie do końca rozumiem, co pan Kane miał na myśli mówiąc, że akcja serialu o losach Spartakusa rozwija się zbyt szybko. Według mnie to losy jego gladiatorów zmieniały się w błyskawicznym tempie. Ale mniejsza...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Dałam tej książce połowę możliwych gwiazdek, ale bynajmniej nie dlatego, że była zła. Dałam jej połowę gwiazdek, bo wcześniej naczytałam się komentarzy na temat innych książek z tego cyklu, tych starszych, ale zarazem dalszych w chronologii zdarzeń.
Ta książka była lekka i przyjemna, pomimo różnych kryminalnych zagadek, z jakimi przyszło się mierzyć Gordianusowi młodszemu. Język nie był wymagający. Zdaje się, że wszystko pasowało mi tam do perspektywy i postrzegania świata przez osiemnastoletniego chłopaka, który dotąd nie wyściubił nosa poza mury Rzymu. Biorąc też pod uwagę, że podobne intrygi w starożytnym świecie były poniekąd na porządku dziennym... chyba nie powinniśmy mieć nikomu za złe, że nie były jakoś szczegółowo roztrząsane.
Najbardziej podobały mi się pierwsze i ostatnie strony. Szalony plan Antypatra z upozorowaniem własnej i śmierci, a później wyjście na jaw znacznie bardziej złożonej intrygi. Nie pomyślałam, że to może się tak zakończyć.
Dałam połowę gwiazdek, bo wiem, że innym książkom z owej serii dam więcej.
Czy warto sięgnąć po Siedem cudów? Warto. Miła powtórka z historii starożytnej. Lekka lektura. Przyjemnie się później spało.

Dałam tej książce połowę możliwych gwiazdek, ale bynajmniej nie dlatego, że była zła. Dałam jej połowę gwiazdek, bo wcześniej naczytałam się komentarzy na temat innych książek z tego cyklu, tych starszych, ale zarazem dalszych w chronologii zdarzeń.
Ta książka była lekka i przyjemna, pomimo różnych kryminalnych zagadek, z jakimi przyszło się mierzyć Gordianusowi...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to