-
Artykuły
„Kawa z Mistrzem Zbrodni” – wygraj spotkanie z Wojciechem Chmielarzem z okazji Światowego Dnia Książki
LubimyCzytać5 -
Artykuły
"Przejścia. Którędy do miłości" Natalii de Barbaro. Mamy dla Was 40 egzemplarzy książki!
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Czytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać442 -
Artykuły
Nadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać8
Biblioteczka
Czy na 200 stronach można zmieścić pełnoprawną powieść? Ostatnio przekonuję się, że jak najbardziej.
Kiedy sięgałam po „Złodziejkę matek”, wiedziałam, że będzie dobrze pod względem pióra, bo lata temu czytałam książkę autorski z serii podróżniczej Wyd. Poznańskiego: "Bułgaria. Złoto i rakija". A co z fabułą?
Autorka na 200 stronach zamieściła historię, w której z pewnością odnajdzie się nie jedna kobieta. Ujęło mnie to, jak bardzo prawdziwa jest to książka. Jak bliska tematom, które codziennie omawiamy w mediach społecznościowych. Jest tu wątek trudnej relacji z matką i tego, jak wpływa ona na rolę późniejszego własnego macierzyństwa. Jest o zafiksowaniu na przyjaźni i zaborczości. Jest o problemach w życiu z autystycznym partnerem i próbach radzenia sobie z ingerencją starszego pokolenia w macierzyństwo milenialsów. Jest też o byciu zagłuszaną, zagadywaną.
Przeszłość przeplata się z teraźniejszością. Trudna relacja głównej bohaterki z matką w czasach dzieciństwa przeplata się z pogubieniem się Emmy jako osoba dorosła, żona, matka, przyjaciółka. A przynajmniej ja tak odebrałam teraźniejszą linię czasu, ale autorka trochę eksperymentuje z treścią i myślę, że te doświadczenia Emmy można też odebrać inaczej.
Stylistycznie bardzo mi się podobała ta powieść. Przeplatanie się dwóch linii czasowych, Poznań lat 90., krótkie rozdziały. Po opisie fabuły trochę bałam się, że mogę nie zrozumieć tej książki, że będę czuła się zagubiona, ale nic takiego się nie stało. Magda zdecydowanie potrafi pięknie operować słowem, nawet jeśli kryje się pod nim drugie dno.
Żałuję jedynie tego, że książka kończy się ot tak, że właściwie nie dostajemy kropki na końcu tej historii, nie dostajemy zakończenia dającego nam jakieś wnioski, do których główna bohaterka by doszła, bo to mnie trochę pod koniec „Złodziejki matek” przystopowało w lekturze. Ale po kilku dniach od jej przeczytania dochodzę do wniosku, że chyba tak jest lepiej? Że to jest jeden z tych elementów, które sprawiły, że ta fabuła jest taka prawdziwa? W życiu też przecież nie dochodzimy do ładnego zakończenia problemów i to już wszystko, happy end, żyli długo i szczęśliwie.
Pióro Magdy w non-fiction jest świetne, a teraz udowodniła, że także w przypadku fikcji fantastycznie sobie radzi.
Czy na 200 stronach można zmieścić pełnoprawną powieść? Ostatnio przekonuję się, że jak najbardziej.
Kiedy sięgałam po „Złodziejkę matek”, wiedziałam, że będzie dobrze pod względem pióra, bo lata temu czytałam książkę autorski z serii podróżniczej Wyd. Poznańskiego: "Bułgaria. Złoto i rakija". A co z fabułą?
Autorka na 200 stronach zamieściła historię, w której z...
Oceniam na 3,5, ale pod względem rozwoju pióra autora z tomu na tom i tego, że uwzględnił uwagi czytelniczek, zasługuje na podciągnięcie pod 4.
Jeśli macie kogoś wśród bliskich, kto lubi słowiańskie klimaty, bitki na miecz, może interesuje się Polską przed rządami Piastów i szuka lektury dla czystego relaksu, to trylogia „Wróżda” może być dobrą opcją na prezent.
Po pierwszym tomie miałam zarzut do nijakiego stylu autora i drugi był już pod tym względem naprawdę niezły - Sindera zrobił ogromny postęp. Problemem było jednak to, jak w historii Draconisa traktowane są kobiety. Jeśli napiszę, że „nie najlepiej”, będzie to eufemizm. I tu wchodzi „Pożoga” cała na biało i wyraźnie mówi głosem pisarza: tak, słucham was i już szybciutko się poprawiam.
W „Pożodze” do głosu dochodzą kobiety: nie jedna, nie dwie, a trzy. Każda inna, każda charakterna i każda ma swoje zadanie (którym w końcu nie jest zaspakajanie chuci panów wojów i rębajłów). I miałam taką radochę z poznawania postaci Migli, z powrotu Gnieszy, z roli Jegli w tej powieści.
Dużo tu bitew, dużo krzyżowania mieczy, strzelania z łuku i mniej przyjemnych wojennych elementów. Tu przyznam, że nieco odpadałam, bo ja zakrywam oczy przy takich rzeczach. Ale myślę, że osobom, które np w serialowym GoT namiętnie wpatrywały się w ekran, kiedy rozgrywały się na nim większe i mniejsze potyczki, ten element powieści bardzo do gustu przypadnie.
„Pożoga” to trzeci tom kończący trylogię i myślę, że lepiej traktować trylogię jako całość, żeby mieć pełny obraz tego, kim jest Draconis, o co chodzi ze Żmijem, z zemstą itd, ale jednocześnie wydaje mi się, że tę książkę można też czytać jako samodzielny twór.
Oceniam na 3,5, ale pod względem rozwoju pióra autora z tomu na tom i tego, że uwzględnił uwagi czytelniczek, zasługuje na podciągnięcie pod 4.
Jeśli macie kogoś wśród bliskich, kto lubi słowiańskie klimaty, bitki na miecz, może interesuje się Polską przed rządami Piastów i szuka lektury dla czystego relaksu, to trylogia „Wróżda” może być dobrą opcją na prezent.
Po...
Komedia kryminalna 🔪 czy romantyczna 💕?
Dzięki Milenie Wójtowicz już nie musicie wybierać. I ależ mi się to połączenie podobało! Opowieść o Celinie, którą pół Wrocławia chciało zeswatać z Janem, ale na drodze stanęła im jego nieżywa narzeczona jest tak uroczo absurdalna! I w moim odbiorze to jest taki wyższy poziom absurdu, który jednocześnie nie nadwyrężył moich gałek ocznych od przewracania, bo idealnie tu wszystko ze sobą grało. Celina i jej przyjaciółki, rzekomy trójkąt z policjantem ekhem, plotki w pracy.
Jedyne do czego miałam się przyczepić to lekko rozmemłane zakończenie, ale ostatnia strona wszystko mi wyjaśniła - to dopiero początek i będzie przynajmniej jeszcze jeden tom 👌 I ja go bardzo chętnie przeczytam, bo Celina to jedna z fajniejszych postaci, jakie ostatnio spotkałam w literaturze.
Jeśli szukacie czegoś lekkiego na jesienne wieczory, to zwróćcie uwagę na „Z tobą będzie inaczej” Mileny Wójtowicz. Obawiam się tylko, że nie starczy wam tej książki na zbyt wiele wieczorów, bo połknięcie ją raz dwa!
Komedia kryminalna 🔪 czy romantyczna 💕?
Dzięki Milenie Wójtowicz już nie musicie wybierać. I ależ mi się to połączenie podobało! Opowieść o Celinie, którą pół Wrocławia chciało zeswatać z Janem, ale na drodze stanęła im jego nieżywa narzeczona jest tak uroczo absurdalna! I w moim odbiorze to jest taki wyższy poziom absurdu, który jednocześnie nie nadwyrężył moich gałek...
Właściwie mogłabym powtórzyć co do słowa zachwyty nad poprzednią książką autorki - „Sztuka prowokowania”, bo już tamten tytuł pokazał mi, kompletnej laiczce, jakie ciekawe rzeczy stoją za słynnymi dziełami.
Tymczasem skupmy się na fantazjowaniu. Kto jak kto, ale malarze_ki zdecydowanie w fantazję potrafią. W nowym zbiorze esejów Marta Motyl omawia między innymi niesamowity „Ogród rozkoszy ziemskich” Boscha. Wcale się nie dziwię, że to właśnie jego fragment znalazł się na okładce i rozpoczyna książkę, bo to dzieło fantazją stoi!
Mnie najbardziej zachwycił esej o dziele Arcimboldo „Rudolf II jako Wertumnus”, bo pomysł na portret człowieka złożony z namalowanych i odpowiednio ułożonych warzyw, owoców i kwiatów jest tak wspaniale szalony 💙 No i autorka przeciekawie opowiada o autorze, jego losach i samym obrazie oczywiście.
Rozdziałów jest 8. Zaczyna się barwnie od Boscha, a kończy nieco przerażającym dziełem Beksińskiego, które po przeczytaniu eseju staje się bardziej fascynujące niż przerażajace. Marta Motyl ma świetny styl opowieści, a jej książki totalnie nadają się dla laików, którzy sztuki nie ogarniają (jak ja), ale chętnie sobie tę wiedzę poszerzą.
Właściwie mogłabym powtórzyć co do słowa zachwyty nad poprzednią książką autorki - „Sztuka prowokowania”, bo już tamten tytuł pokazał mi, kompletnej laiczce, jakie ciekawe rzeczy stoją za słynnymi dziełami.
Tymczasem skupmy się na fantazjowaniu. Kto jak kto, ale malarze_ki zdecydowanie w fantazję potrafią. W nowym zbiorze esejów Marta Motyl omawia między innymi niesamowity...
Druga powieść Michaela Sowy. Tym razem mamy trochę o poczuciu tożsamości Ślązaków, o tym, co działo się tuż po II wojnie światowej. Jest też wątek zacietrzewienia na krzywdzie i chęci zemsty.
„Czereśnie od świętej Anny” czyta się bardzo dobrze, powieść jest napisana płynnie, a ja przecież już po pierwszej książce Sowy wiedziałam, że na stylu autora się nie zawiodę. Zaintrygowało mnie to, że właściwie prawie do końca nie wiedziałam, dokąd historia Heleny/Lenchen zmierza. A zmierzyła w świetnym kierunku i zakończenie było świetne, choć ma jeden mankament - jest zbyt krótkie, zabrakło mi rozwinięcia tematu, przedłużenia wątku. Trochę szkoda, bo był tu potencjał na jeszcze parę dodatkowych stron.
Dobrze, że Śląsk ma Michaela Sowę. Mam nadzieję, że pisarz się rozkręca, bo z przyjemnością dowiem się więcej o tym regionie za sprawą powieści Sowy.
Druga powieść Michaela Sowy. Tym razem mamy trochę o poczuciu tożsamości Ślązaków, o tym, co działo się tuż po II wojnie światowej. Jest też wątek zacietrzewienia na krzywdzie i chęci zemsty.
„Czereśnie od świętej Anny” czyta się bardzo dobrze, powieść jest napisana płynnie, a ja przecież już po pierwszej książce Sowy wiedziałam, że na stylu autora się nie zawiodę....
Lubię sięgać po debiuty, przede wszystkim te polskie. Więc i ta pierwsza powieść Jakuba Nowaka mnie zaciekawiła. Tym bardziej, że pomysł na fabułę jest… dziki. Nie wiem, czemu przegapiłam ten tytuł w zapowiedziach wrześniowych, bo przegapić go to aż szkoda!
Autor wziął na tapet romans Henryka Sienkiewicza i Heleny Modrzejewskiej i ich emigrację wraz z mężem aktorki i jeszcze kilkoma najbliższymi przyjaciółmi do Stanów Zjednoczonych, a dokładniej do Kalifornii. Mamy zatem 1876 rok, Polaków i „Dziki Zachód”. To już samo w sobie brzmi szalenie, nie sądzicie?
Na początku potrzebowałam trochę czasu, żeby w tę powieść się wgryźć, bo autor ukochał sobie krótkie zdania i one mnie nieco wybijały mnie z rytmu. Ale kiedy już przywykłam i weszłam w fabułę - złoto. Choć ☝🏻 muszę zwrócić uwagę, że to nie do końca jest powieść, która czytelniczkę_a pochłania. Czemu?
Niby motywem „głównym” jest romans i poniekąd emigracja bohaterów, ale tak naprawdę nie wiadomo, dokąd ta historia zmierza. Autor doskonale się nią bawi, wrzuca różne poboczne wydarzenia, a nam pozostaje lepić je w całość. Zawartość „To przez ten wiatr” jest jak jej okładka - to kolaż różnych wydarzeń, różnych historii danych postaci. Niby nie wszystko do siebie pasuje, a jednak tworzy całość.
Jako kropkę nad i muszę dodać, że zakończenie mnie totalnie zachwyciło, uwielbiam je! I już nie pozostaje mi nic innego, jak napisać proste POLECAM.
Lubię sięgać po debiuty, przede wszystkim te polskie. Więc i ta pierwsza powieść Jakuba Nowaka mnie zaciekawiła. Tym bardziej, że pomysł na fabułę jest… dziki. Nie wiem, czemu przegapiłam ten tytuł w zapowiedziach wrześniowych, bo przegapić go to aż szkoda!
Autor wziął na tapet romans Henryka Sienkiewicza i Heleny Modrzejewskiej i ich emigrację wraz z mężem aktorki i...
Rok temu opowiadałam wam o „Apokryfie”, który przeniósł mnie do Starożytnego Rzymu II wieku i konfliktu między Rzymianami a Chrześcijanami i Żydami (to tak w skrócie). Była to totalnie odświeżająca dla mnie lektura, a przy okazji też intrygująca. W tym roku Wojciech Dutka robi mały przeskok i w „Apostacie” przenosi nas do Rzymu wieku IV.
Tym razem mamy jednego bohatera, dosłownego obserwatora historii (bo sam ją w międzyczasie spisuje jako historyk) którego życie splata się z panowaniem kolejnych cesarzy, wybuchem wojen i… rozwojem chrześcijaństwa w starożytnym świecie.
W „Apokryfie” fabuła była bardziej skomplikowana. W „Apostacie” zaś dostajemy opowieść biegnącą linią prostą, co jest jej plusem, ale momentami i minusem. Pierwsza połowa była przeciekawa i porywająca. Te wszystkie polityczne zagrywki i udział w nich naszego głównego bohatera były bardzo wciągające. Ale z czasem, gdy historia kolejnych władców stała się chaotyczna, taka też stała się i fabuła.
„Apokryf” i „Apostata” to jedno uniwersum, że tak to ujmę, ale dwie osobne powieści, więc najnowszą książkę Wojciecha Dutki spokojnie możecie czytać bez znajomosci poprzedniej, choć… ja polecam obie. Pierwsza fantastycznie wprowadza w klimat Starożytnego Rzymu naszej ery.
Nie mogę na koniec nie dodać, że choć autor jest już doświadczonym pisarzem, i tak odniosłam wrażenie, że „Apostata” jest lepiej dopracowany językowo i stylistycznie niż „Apokryf”. To zrobiło na mnie zdecydowanie pozytywne wrażenie.
Rok temu opowiadałam wam o „Apokryfie”, który przeniósł mnie do Starożytnego Rzymu II wieku i konfliktu między Rzymianami a Chrześcijanami i Żydami (to tak w skrócie). Była to totalnie odświeżająca dla mnie lektura, a przy okazji też intrygująca. W tym roku Wojciech Dutka robi mały przeskok i w „Apostacie” przenosi nas do Rzymu wieku IV.
Tym razem mamy jednego bohatera,...
Świat starożytny w powieści szkatułkowej
Już przy pierwszych stronach poczułam, że ta historia będzie miała klimat i właściwie nie zawiodłam się aż do końca. «Apokryf» okazał się być ciekawie poukładaną powieścią z kolejnymi bohaterami, którzy nawet jeśli pojawiają się tylko na początku, w jakiś sposób do samego końca mają udział w tym, jak potoczyły się dalsze losy bohaterów. Autor poprzedził główną część powieści bardzo ciekawym zabiegiem, o którym w środku zupełnie zapomniałam, dlatego kiedy wróciliśmy do niego pod koniec książki, moje oczy rozszerzyły się z zachwytu, że tak! tak właśnie powinno opowiadać się podobne rzeczy!
Byli sobie Rzymianin, Żyd i Grek
«Apokryf» zaczyna się niewinnie (trochę tu naciągam fakty, bo podczas lektury szybko można zorientować się, że bohaterowie wcale niewinni nie byli), przedstawiając nam trójkę młodych przyjaciół, trzech chłopców, a każdy różnej narodowości. Ta odmienność powinna być dla nich od samego początku nie do przeskoczenia, ale w końcu dla dzieci jakie ma znaczenie, że ktoś jest innej narodowości i wyznania? Jeśli dobrze walczy na drewniane miecze, to zupełnie wystarczy. Dopiero z czasem ten temat staje się kłopotliwy, ale… nie zdradzę wam co i jak, nie będę wam przecież spoilerować. W każdym razie, podobało mi się, w jaki sposób Dutka poprowadził ten wątek dalej. Bo chociaż z biegiem powieści wydaje się, że nie jest on tak istotny, w końcu główny temat dotyczy konfliktu (cóż za niedopowiedzenie) między Rzymianami a Żydami, to jednak co jakiś czas gdzieś tam ma znaczenie i wpływa na dalsze losy bohaterów. A przynajmniej jednego, ale tego to już z pewnością wam nie zdradzę.
Porywająca powieść?
Powieść Dutki to chyba pierwsza taka książka, jaką miałam okazję czytać. Starożytny Rzym początków naszej ery, raczkujące chrześcijaństwo uznawane za sektę i odłam religii żydowskiej, no i sami Żydzi walczący o swoją Jerozolimę to nie są tematy, które by mnie interesowały na co dzień. Dlatego właśnie «Apokryf» okazał się być tak odświeżającą lekturą. Nie czytałam czegoś z mojej strefy komfortu, więc musiałam się nieco bardziej skupić na lekturze, żeby nic mi nie uciekło (co niestety i tak czasem się zdarzyło, ale na pewno znacie to z autopsji). Czy książka mnie porwała? Zdecydowanie tak. Może nie będzie moją powieścią roku, ale cieszę się, że odważyłam się na jej lekturę, bo było to bardzo ciekawym doświadczeniem. Nie jest to jednak powieść idealna i mam kilka zarzutów.
Korektor poszukiwany
Przez część lektury, zwłaszcza w pierwszej połowie, miałam wrażenie, że «Apokryfowi» przydałaby się jeszcze jedna korekta. Językowo momentami powieść nieco kuleje, pojawiają się liczne powtórzenia (w jednym akapicie, zdanie po zdaniu, czytamy o po czym, jak gdyby nie było dobrego synonimu na to słowo), a i styl dialogów nie zawsze mi pasował do czasów odpowiadających tej historii. W drugiej połowie powieści autor jakby nabrał wiatru w żagle i jest lepiej, zwłaszcza stylistycznie, ale nie będę ukrywać, że niektóre akapity mocno mnie raziły po oczach. Jak wiecie, jestem dość czepliwą czytelniczką, nie mogłam wam zatem o tym nie wspomnieć.
Podsumowując
«Apokryf» Wojciecha Dutki nie jest powieścią z rodzaju tych, po które sięgam na co dzień i to okazało się dla mnie kluczem do sukcesu, bo lektura była odświeżającym doświadczeniem. To powieść szkatułkowa bardzo ciekawie poprowadzona i zgadzam się z opisem, że wciąga czytelnika. Mnie wciągnęła. Podczas lektury czułam pewne niedociągnięcia, jeśli chodzi o stylistykę, myślę, że nie zaszkodziłaby tu jeszcze jedna korekta, ale ostatecznie to nie jest coś, co mocno uprzykrzyło mi lekturę. A zatem na koniec mogę napisać już tylko jedno. Polecam!
Świat starożytny w powieści szkatułkowej
Już przy pierwszych stronach poczułam, że ta historia będzie miała klimat i właściwie nie zawiodłam się aż do końca. «Apokryf» okazał się być ciekawie poukładaną powieścią z kolejnymi bohaterami, którzy nawet jeśli pojawiają się tylko na początku, w jakiś sposób do samego końca mają udział w tym, jak potoczyły się dalsze losy...
Nie będę ukrywać, że patrząc na samą okładkę, raczej bym po ten tytuł nie sięgnęła. W ogóle w cyklu Niewolnicy Marcina Margielewskiego okładki do mnie nie przemawiają. Ale w końcu przysłowie nie oceniaj książki po okładce skądś się wzięło, prawda?
Wiecie, za co lubię blogowanie? Właśnie za możliwość recenzowania dla was książek, które szatą graficzną niekoniecznie by was do lektury zachęciły. A może nawet tematyką, która na pierwszy rzut oka raczej do waszych upodobań nie pasuje. Jednak publikując tekst mam cichą nadzieję, że po przeczytaniu kilku akapitów mojej opinii inaczej spojrzycie na daną książkę. Czy z «Dubaj krwią zbudowany» będzie tak samo?
Trzecia książka w cyklu Niewolnicy
Lubimy czytać mówi, ze Marcin Margielewski ma na swoim koncie 8 książek i wszystkie skupiają się wokół tematów związanych z Dubajem i różną problematyką dotyczącą arabskich czy azjatyckich społeczności. W swojej ósmej książce przybliża problem taniej siły roboczej, która buduje potęgę Dubaju. Nie opowiada o nim ogółem, ale poprzez historie osób z krwi i kości. Hindusów i Pakistańczyków, którzy we własnych ojczyznach ledwo wiązali koniec z końcem. Skuszeni wizją wielkich pieniędzy za pracę na budowie przy kolejnych wieżowcach, pracę sprzątaczek czy służb oczyszczających miasto, porzucali swoje dotychczasowe życie wierząc, że Dubaj odmieni ich los. Ich i ich rodzin, bo to właśnie myśl o nich napędzała tych ludzi do podjęcia tak wielkiego ryzyka. I jak łatwo się domyślić, ich historie nie potoczyły się tak, jak to sobie wyobrażali.
Reportaż czy powieść?
«Dubaj krwią zbudowany» ma bardzo ciekawą formę. Nie jest to zwykły, suchy reportaż i łatwo odnieść wrażenie, że książce bliżej do powieści niż non-fiction. Wszystko dlatego, że o kolejnych bohaterach opowiada nam niejaki Bartek, polski inżynier, który zainteresował się losem mieszkańców robotniczego miasteczka Sonapur położonego na obrzeżach Dubaju, w którym mieszkają, a właściwie gnieżdżą się, tytułowi niewolnicy. Tak, nie autor książki, tylko jeszcze ktoś inny. Trochę się w tym na początku pogubiłam, bo w książce do głosu dochodzi także Marcin Margielewski i nie wyłapałam momentu, kiedy przestaje być on narratorem. Forma jest ciekawa, aczkolwiek mam z nią też pewien problem i nie wiem, czy winić tutaj autora książki, czy autora opowieści.
Mój problem z «Dubaj krwią zbudowany»
Ponieważ historie kolejnych osób pracujących w Dubaju jako tania siła robocza opowiada nam wspomniany wcześniej Bartek, nie do końca wiem co myśleć o tym, jak bardzo w tę opowieść się wczuwa. Mam na myśli to, że opowiada nam konkretne sceny z życia bohaterów, a nawet przytacza całe dialogi, jak gdyby był na miejscu i słuchał ich własnymi uszami. Wiem, że to z mojej strony czepialstwo, bo podobny zabieg ma na celu mocniej wpłynąć na emocje czytelników i pozwolić im lepiej wczuć się w historię, ale mnie się to nieco gryzło z non-fiction, którym «Dubaj krwią zbudowany» ma przecież być. Z drugiej zaś strony, dzięki podobnej narracji sama czułam, jak szybko i płynnie się tę książkę czyta i jak łatwo poczuć ten tragiczny los kolejnych dubajskich współczesnych niewolników.
Podsumowując
«Dubaj krwią zbudowany» to non-fiction o specyficznej formie, mocno przypominające powieść. Ciekawe było dla mnie to, że o współczesnym niewolnictwie opowiedziano poprzez kilka konkretnych historii. Z pozoru podobnych, ale jednak każda jest inna. Przerażające, jak bieda zostaje wykorzystywana przez bogatych i do czego prowadzi desperacja, aby zapewnić rodzinie godny byt.
Zwróćcie uwagę na tę książkę, bo porusza naprawdę ciekawy i ważny temat, ale jednocześnie miejcie na uwadze to, że można odczuć wrażenie przesadnego wpływu na emocje czytelnika właśnie poprzez specyficzną formę tego tytułu.
Nie będę ukrywać, że patrząc na samą okładkę, raczej bym po ten tytuł nie sięgnęła. W ogóle w cyklu Niewolnicy Marcina Margielewskiego okładki do mnie nie przemawiają. Ale w końcu przysłowie nie oceniaj książki po okładce skądś się wzięło, prawda?
Wiecie, za co lubię blogowanie? Właśnie za możliwość recenzowania dla was książek, które szatą graficzną niekoniecznie by was...
Niewiele brakowało, aby ta powieść zupełnie mi umknęła. W opisie nie ma ani słowa o tym, co mnie ostatecznie do niej przyciągnęło, a sama okładka tym razem nie była dla mnie ważna. Już wyjaśniam, dlaczego.
«Światło głębin» to powieść młodzieżowa, a jak wiecie, po młodzieżówki sięgam coraz rzadziej. Okładka jest zachwycająca, ale… to kolejna okładka w tym stylu i już nauczyłam się, żeby nie tylko okładka decydowała o moim zainteresowaniu książką. Opis fabuły też nie zapowiadał historii, po jakie lubię sięgać. Dopiero kiedy Natalia z instagramowego konta @cozabadziewnyczytacz napisała mi, że jest tu społeczność głuchych, rzuciłam się na nową powieść Hardinge jak dzik w żołędzie. No przecież takiej książki nie przegapię!
Bogowie jako morskie potwory
Pozwólcie że na początku skupię się na fabule ogółem. Frances Hardinge napisała niebanalną historię o bogach, którzy są naprawdę… specyficzni. Żyli w morskich głębinach, zachowywali się jak morskie potwory z horrorów, aż wreszcie sami wzajemnie się wymordowali. Ale ich śmierć nie sprawiła, że ludzie z Miriad o nich zapomnieli. Ich części ciał leżące na dnie morza służyły im jako najwspanialsze, najtrwalsze, najcenniejsze surowce. Czy to nie brzmi… nieco niepokojąco i dziwnie? I właśnie z tymi surowcami związany jest wątek, który przyciągnął mnie do «Światła głębin».
Ucałowani przez morze, czyli jak stworzyć społeczność głuchych w książce fantastycznej
Ucałowani przez morze to osoby, które w wyniku nurkowania po te cenne części ciał bogów na duże głębiny, na powierzchnię wracały nie tylko z cennym łupem, ale także z uszkodzonym przez potężne ciśnienie wody słuchem. Autorka, zamiast zrobić z nich niepełnosprawnych, biednych ludzi (jak zazwyczaj przedstawiani są głusi w literaturze, jeśli już się w niej pojawią), stworzyła społeczność koegzystujacych głuchych i słyszących, która po prostu zna język migowy właśnie przez to, że ucałowanych przez morze jest coraz więcej. Zamiast ich wykluczyć, słyszący miriadczycy uczą się języka migowego. Czy to nie jest wspaniałe? Czy to nie jest najwspanialszy pomysł, jaki kiedykolwiek spotkałam w literaturze z głuchymi bohaterami?!
Świat, w którym mogłabym żyć
Podoba mi się, jak blisko ideału dla głuchych jest świat stworzony przez Hardinge. Podoba mi się też, że widać, że pisarka konsultowała z osobami Głuchymi różne elementy tego, jak powinien on wyglądać. Oprócz języka migowego, jest też mowa o czytaniu z ruchu warg i jakie to ciężkie przy znikomym świetle. Migający bohaterowie także są pełni ekspresji, a ich wypowiedzi są pełne, bogate, nie uproszczone, deprecjonując tym język migowy. Jest np. mowa o przydomkach migowych, czyli znakach będących odpowiednikiem imienia danej osoby w języku migowym (ale przydomki są bardziej indywidualne i mogą być związane np. z wyglądem czy cechą charakteru). Właściwie w tym temacie mam tylko jedną uwagę: autorka dwa razy napisała o rozmowie normalnej lub w języku migowym. Miganie to również normalna rozmowa, pamiętajcie o tym! Ale to szczegół, drobny błąd, na który mogę przymknąć oko patrząc na całokształt wykreowanego świata.
Podsumowując
Nie określę tej powieści jako najlepsza, którą w tym roku przeczytałam, raczej nie znajdzie się też w rankingu moich ulubieńców, ale ogromnie doceniam to, jak głusi zostali w niej przedstawieni i jaką rolę ogrywają. No i sama fabuła jest naprawdę niebanalna, zaskakująca i to też sprawia, że o «Świetle głębin» raczej długo nie zapomnę. Bardzo wam ten tytuł polecam. I ze względu na fabułę, i na kreację głuchych bohaterów.
Niewiele brakowało, aby ta powieść zupełnie mi umknęła. W opisie nie ma ani słowa o tym, co mnie ostatecznie do niej przyciągnęło, a sama okładka tym razem nie była dla mnie ważna. Już wyjaśniam, dlaczego.
«Światło głębin» to powieść młodzieżowa, a jak wiecie, po młodzieżówki sięgam coraz rzadziej. Okładka jest zachwycająca, ale… to kolejna okładka w tym stylu i już...
Na jakiej podstawie wybieracie książki do lektury? Czym się kierujecie? Czy zawsze czytacie opis fabuły na tylnej okładce, czy wolicie jednak, żeby książka was totalnie zaskoczyła?
U mnie z tymi opisami bywa różnie. Myślę, że mniej więcej w 80% przypadków czytam opis, zaś w 20 zdaję się na okładkę, czyjeś polecenie i zabieram się za lekturę w ciemno. Często jest też tak, że czytam opis pobieżnie, zapamiętuję jakieś charakterystyczne detale, a kiedy zaczynam książkę czytać, właśnie o tych detalach pamiętam. Tylko o nich.
I tak właśnie było w przypadku debiutanckiej powieści Michaela Sowy.
Śląsk w Teksasie, ale co dalej?
Kiedy dostałam maila z propozycją współpracy przy promocji «Tam, gdzie nie pada», opis tej powieści mocno mnie zaintrygował, ale zanim przyszło mi zabrać się za jej lekturę, pamiętałam tylko, że ma być Śląsk, mają być Ślązacy i ma być Teksas. I tyle. Czasami zdarza mi się wracać do opisu fabuły już w trakcie czytania książki, aby przypomnieć sobie, o czym dana historia ma być i w jakim kierunku ma iść, ale w przypadku powieści Sowy nic takiego nie zrobiłam. Nie widziałam potrzeby, bo od pierwszych stron czułam, że to będzie świetna opowieść, która sama mnie poprowadzi tam, gdzie trzeba i nie potrzebuję podpowiedzi. I nie pomyliłam się. Tak, pierwsze zapoznanie się z informacjami na temat fabuły spełniło swoją rolę, ale swoją rolę spełniło także to, że zapamiętałam tylko te najważniejsze: Śląsk, Ślązacy, Teksas. Taka mieszanka przykuwa uwagę!
Ballada o śląskim Teksasie
Był taki moment, kiedy nieco się zirytowałam na autora, że niepotrzebnie leje wodę, że jeden z rozdziałów to takie gadanie dla gadania, byleby książka nie była za cienka. O ja człowiek małej wiary! Gdzieś w połowie tego nieszczęsnego rozdziału przypomniałam sobie, że w podtytule powieści jest słowo ballada, zatem gawędziarski ton narratora jest jak najbardziej na miejscu. Przy kolejnych akapitach, a potem i dalszych rozdziałach, już wszystko stało się logiczne i sensowne, a rzekome wodolejstwo okazało się być świetnie dodanym wątkiem trzecioplanowym, który jest uroczy i bardzo mnie chwycił za serce. W ten nieco tajemniczy zawiły sposób chcę powiedzieć, że ta ballada w podtytule to coś, co warto mieć na uwadze przy lekturze powieści i zdać się zupełnie na narratora. Nie wymagać więcej akcji, więcej jakichś wydarzeń, które prowadzą do konkretnego celu. Trzeba po prostu dać się naszemu gawędziarzowi prowadzić i czekać, gdzie też on nas wywiezie tą swoją historią. Ostatnie słowo podtytułu jest całkiem sporą podpowiedzią.
Jak ja lubię takie debiuty!
Już niejednokrotnie pisałam, że lubię poznawać danego autora zaczynając od jego debiutu. Akurat przy Sowie wybór był niewielki, bo «Tam, gdzie nie pada», to właśnie jego pierwsza książka, ale teraz mam świadomość, że przy takim początku, kolejne powieści mogą być tylko lepsze. Autor ma świetny styl i równie świetnie prowadzi swoją historię. Uwielbiam to, jak poprowadzona została narracja. Bohaterowie są barwni, a nawet ci źli nie są przedstawieni jako tacy źli do szpiku kości. Nie wiem, jak Ślązacy odebraliby gwarę, którą posługują się bohaterowie książki, ale we wstępie «Tam, gdzie nie pada» autor wyjaśnia, czemu jest tak a nie inaczej i ja mu wierzę.
Podsumowując
Czytanie debiutanckiej powieści Michaela Sowy było czystą przyjemnością. Mogłabym się przyczepić do kilku rzeczy, ale to szczegóły. Fabuła «Tam, gdzie nie pada» jest bardzo ciekawa, to, jak autor prowadzi losy bohaterów - również. Podoba mi się język i styl narracji, podobają mi się te wstawki, w których na początku nie widziałam sensu. Cieszę się, że mogłam przeczytać tę książkę przedpremierowo. BARDZO ją wam polecam, bo naprawdę warto zwrócić uwagę na historię Ślązaków, którzy zdecydowali się w XIX wieku wyemigrować do Teksasu.
Na jakiej podstawie wybieracie książki do lektury? Czym się kierujecie? Czy zawsze czytacie opis fabuły na tylnej okładce, czy wolicie jednak, żeby książka was totalnie zaskoczyła?
U mnie z tymi opisami bywa różnie. Myślę, że mniej więcej w 80% przypadków czytam opis, zaś w 20 zdaję się na okładkę, czyjeś polecenie i zabieram się za lekturę w ciemno. Często jest też tak,...
Są takie książki, które zbierają mnóstwo świetnych opinii i bardzo bardzo chcesz je przeczytać, ale ciągle coś wbija się w kolejkę i w efekcie robisz to rok, dwa, trzy lata później. Ale jak już ci się uda, książka niejednokrotnie okazuje się być najlepszą lekturą roku.
Domyślacie się, do czego zmierzam? Tak właśnie miałam z Pasztetami. Widziałam zachwyty, kupiłam papierowy egzemplarz, pobrałam nawet eBook na Legimi, ale wciąż nie mogłam znaleźć czasu na lekturę. Aż wreszcie przyszedł #czerwiecdladzieci, na który przygotowałam sobie solidny stosik książek z literatury dziecięcej i młodzieżowej, i… o mały włos znów na książkę Beauvais zabrakłoby mi czasu.
Pasztety, do boju!
Na szczęście udało mi się złapać za Pasztety pod koniec miesiąca i nie ma co ukrywać, również zakochałam się w tej książce i już od pierwszych stron wiedziałam, skąd te wszystkie zachwyty. No bo dajcie spokój. Jak można nie pokochać książki, w której bohaterkami są trzy nastolatki, świeżo upieczone laureatki Złotego, Srebrnego i Brązowego Paszteta, tytułów przyznawanych w facebookowym głosowaniu na najbrzydsze dziewczyny w szkole; nastolatki, które to miano zamierzają przekuć w coś, co autorowi plebiscytu zupełnie się nie podoba. Tak, dziewczyny za sprawą doświadczonej już w tym konkursie Mireille, nie zamierzają poddać się przygnębieniu, a swój początkowy smutek przekuwają w energię na podróż, która wcześniej nie śniła się żadnej z nich
Ty też byłaś pasztetem?
Książka Clémentine Beauvais to wspaniała odpowiedź na kult piękna, który dotyka już nastolatki. Bo jak to jest, że już w tym wieku (a może zwłaszcza w tym wieku?) potrafi się kogoś odrzucić, obrazić, patrzeć na niego jak na gorszą osobę tylko dlatego, że więcej waży, że ma pryszcze, że nie odpowiada wyglądem modelkom znanym z gazet i telewizji. Jestem pewna, że niejedna z nas to przeżyła, nawet jeśli nie miała aż tak przykrych doświadczeń jak Mireille, Astrid i Hakima. «Pasztety, do boju!» to powieść, którą powinna przeczytać każda nastolatka. Każda, ale zwłaszcza te, które same mierzą się z problemami ze swoim wyglądem i akceptacją rówieśników. Myślę, że w tytułowych Pasztetach znajdą ogrom wsparcia i bardzo chciałabym, żeby po lekturze tej książki również same na siebie spojrzały przychylniejszym okiem.
Drogie pasztety, zostańmy przyjaciółkami!
Bardzo podoba mi się przekaz tej książki, a jeszcze bardziej to, w jakiej formie został on nam podany. Jest tu mnóstwo humoru, ciętego języka, jakiejś takiej zawadiackości, ale również nie brakuje chwili na refleksję, na smutek, na chęć przytulenia dziewczyn. Nie brakuje tu też różnorodności, bo każda z dziewczyn jest innej narodowości. Znajdziemy w książce również trochę polityki, choć autorka kryje się (i nie do końca) z otwartym wyrażaniem poglądów. Sama nie wiem, jak odebrać to, że w książce prezydentka Francji określana jest mianem Baracki Obamki.
Podsumowując
Myślę, że «Pasztety, do boju!» to jedna z ważniejszych współczesnych książek młodzieżowych, które wiele mogą dać swoim czytelniczkom. Jest tu piękny girl power i feminizm, ale są też smutne realia współczesnego świata, z którymi nasi bohaterowie starają się jednak walczyć. Jest świetna opowieść i jeszcze lepszy humor. Tak, zdecydowanie polecam wam tę książkę.
Są takie książki, które zbierają mnóstwo świetnych opinii i bardzo bardzo chcesz je przeczytać, ale ciągle coś wbija się w kolejkę i w efekcie robisz to rok, dwa, trzy lata później. Ale jak już ci się uda, książka niejednokrotnie okazuje się być najlepszą lekturą roku.
Domyślacie się, do czego zmierzam? Tak właśnie miałam z Pasztetami. Widziałam zachwyty, kupiłam papierowy...
Kilka lat temu czytałam najgłośniejszą chyba książkę Chang: «Dzikie łabędzie. Trzy córki Chin». Biograficzną opowieść o Chinach za czasów babki, matki i samej pisarki. Gdzieś kiedyś widziałam, że ktoś przez pomyłkę nazwał tę książkę powieścią i wcale się temu nie dziwię, bo napisana jest tak, że ciężko się od niej oderwać, a sama opowieść wydaje się nierealna. Czy «Siostry z Szanghaju» mają ten sam klimat?
Opowieść o kobietach poprzez ich mężczyzn
Początek nowej książki Chang nie był dla mnie łatwy, bo… zapowiadał książkę wcale nie o siostrach Soong, a o kolejnych przywódcach Chin i to mnie nieco podirytowało. Przypomniało mi «Algorytm Ady» Jamesa Essingera, książkę, która miała być biografią Ady Lovelace, a tak naprawdę była opowieścią o mężczyznach wokół niej. Sama Ada była tu postacią drugoplanową (sic!). Jednak w «Siostrach z Szanghaju» z czasem Ei-ling, Ching-ling i May-ling coraz śmielej wchodzą na scenę i stało się dla mnie jasne, że takie długie wprowadzenie na temat tego, kim byli Sun Yat-sen, Soong Charlie czy Chiang Kai-shek było po prostu potrzebne. Historia tych mężczyzn jest kluczowa dla historii samych sióstr i w ogóle dla przedstawienia ich losów, więc Chang, mając świadomość, że przeciętny Europejczyk czy Amerykanin nie ma ani grama wiedzy o historii Chin, musiała tak ułożyć swoją opowieść, aby była ona dla czytelników jak najbardziej sensowna. Zatem jeśli i wy na początku lektury zaczniecie się niecierpliwić, że to opowieść o siostrach Soong bez sióstr, wytrzymajcie te kilkadziesiąt stron. Gwarantuję, że się opłaca.
Fascynująca i przerażająca historia Chin
Jung Chang w swoich książkach przedstawia różne okresy historyczne Chin, państwa, o którym mam bardzo małe pojęcie, dlatego już sam ten temat sprawia, że jej książki są dla mnie niezwykle fascynujące. Ale wiadomo, temat tematem, ale to styl opowieści jest kluczowy, aby czytelników nim zainteresować, a nie zanudzić. I Chang naprawdę się to udaje. Nie wiem, czy chodzi o jej pióro, czy o umiejętność poukładania elementów historii tak, że czyta się ją niczym dobrą powieść. W «Siostrach z Szanghaju» jest sporo cytatów, więc tu książki raczej nie da się pomylić z beletrystyką, ale i tak… czyta się ją jednym tchem, a na koniec przychodzi lekki zawód, że to już ostatnia strona i koniec historii.
Siostry Soong i ich wpływ na chińskich dyktatorów
Fascynujące jest to, jak trzy siostry wplątały się w historię Chin poprzez swoje związki z dwoma dyktatorami: Sun Yat-senem i Chang Kai-shekiem. I w ogóle jak do tych związków doszło. Nigdy o tych kobietach nie słyszałam, a okazuje się, że jeśli nie o Ei-ling, to chociaż o Ching-ling i May-ling powinnam słyszeć już wcześniej. Nie słyszałam, ale książka pozwoliła mi nadrobić ten brak. Muszę też przyznać, że naprawdę ciekawym doświadczeniem jest poznawać kolejny fragment historii kraju, który jeszcze do niedawna kojarzył mi się przede wszystkim z rzeczami MADE IN CHINA. Cieszę się, że wciąż mam do nadrobienia dwie pozostałe książki Chang: biografię Mao i historię cesarzowej wdowy Cixi, bo jestem pewna, że będą równie ciekawe, co te dwa tytuły, które do tej pory przeczytałam.
Podsumowując
Jung Chang zdecydowanie umie opowiadać o historii Chin poprzez postaci historyczne, które bierze sobie na tapet. Po «Dzikich łabędziach», «Siostry z Szanghaju» to kolejne fascynujące non-fiction, które świetnie się czyta. BARDZO wam ten tytuł polecam, nawet jeśli samymi Chinami się nie interesujecie. Książki Chang to nieco zmienią, jestem o tym przekonana.
Kilka lat temu czytałam najgłośniejszą chyba książkę Chang: «Dzikie łabędzie. Trzy córki Chin». Biograficzną opowieść o Chinach za czasów babki, matki i samej pisarki. Gdzieś kiedyś widziałam, że ktoś przez pomyłkę nazwał tę książkę powieścią i wcale się temu nie dziwię, bo napisana jest tak, że ciężko się od niej oderwać, a sama opowieść wydaje się nierealna. Czy «Siostry...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Nie planowałam pisać pełnej opinii na blogu, bo przez większość lektury towarzyszyło mi podobne uczucie i nie sądziłam, że będę miała wiele o tej książce do powiedzenia. A jednak ostatnie rozdziały nieco zmieniły moje myślenie.
Kiedy 3 lata temu wydawnictwo Albatros wypuściło «Kirke» (która rozpoczęła przepiękną wydawniczo serię butikową) i był na tę książkę ogromny czał, ja czułam, że chyba miałam o niej złe wyobrażenie i tu widziałam problem w tym, że powieść nie do końca mnie przekonała. «Pieśń o Achillesie» sygnalizuje mi, że niekoniecznie tylko tu był problem.
Problemy z mitologią grecką
Powieści na podstawie losów znanych bóstw i mitów z mitologii greckiej to moim zdaniem rewelacyjny pomysł, ale jednocześnie zarówno «Kirke», jak i teraz «Pieśń o Achillesie» pokazały mi, że to jednak nie moje rejony czytelnicze. Zamiast się zachwycać klimatem, ja się nim irytowałam. Zamiast docenić zbeletryzowanie mitów, które w jakiś sposób stworzyły naszą kulturę (w końcu i my uczymy się o mitologii greckiej w szkole, nie o słowiańskiej), ja dostrzegałam niepasujące mi współczesne słownictwo, irytujące zachowania greckich bogów i tkwiącą w tym bezsensowność. Ale to tylko jeden z problemów, jaki mam z «Pieśnią o Achillesie».
Znów ta nieszczęsna pierwszoosobowa narracja
Historię Achillesa poznajemy oczami Patroklosa, jego ukochanego. Wydaje mi się, że gdyby narracja była w trzeciej osobie, gdzieś spoza kadru, dostalibyśmy dużo więcej emocji i napięcia. Opowieść Patroklosa była dla mnie z nich kompletnie wypruta, jakaś taka jałowa, miejscami bardzo nudna. Ani trochę nie czułam chemii między bohaterami, nie widziałam tej wielkiej miłości. Ta pierwszoosobowa narracja sprawiła, że pióro Miller było dla mnie totalnie nijakie, a w efekcie cała książka okazała się być najzwyczajniej nudna. No, może nie cała, bo w końcu przyszły ostatni rozdziały, które sprawiły, że w ogóle do napisania tego tekstu zasiadłam.
Gdyby tylko cała powieść była taka, jak jej ostatnie rozdziały!
Przez sporą część książki zastanawiałam się, jakim cudem wywołuje ona w innych czytelnikach tyle emocji. I kiedy dotarłam do ostatnich rozdziałów, wszystko stało się jasne. Jasne, ale niestety było już za późno, żebym i ja coś poczuła. Te końcowe rozdziały zawierają więcej pasji i emocji, niż wcześniejsze 3/4 książki. Gdyby cała historia była tak opowiedziana, może też zakochałabym się w opowieści o Achillesie i Patroklosie. Przy ostatnich rozdziałach wreszcie zobaczyłam w tej książce potencjał, który dla mnie ostatecznie został stracony. Bardzo żałuję tej pierwszoosobowej narracji i w efekcie wyprania w moich oczach związku Achillesa i Patroklosa z tego, czym on dla czytelnika miał być i jakie uczucia w nim wzbudzić. We mnie niestety nie wzbudził nic i kompletnie tego nie czułam.
Podsumowując
Sama już nie wiem, czy moim problemem jest zbeletryzowana mitologia, czy jednak najzwyczajniej pióro Miller bądź samo tłumaczenie. Może w oryginale zachwyciłabym się tą pierwszoosobową narracją. Nie wiem. A tak czuję po raz kolejny lekkie rozczarowanie. Szkoda.
Nie planowałam pisać pełnej opinii na blogu, bo przez większość lektury towarzyszyło mi podobne uczucie i nie sądziłam, że będę miała wiele o tej książce do powiedzenia. A jednak ostatnie rozdziały nieco zmieniły moje myślenie.
Kiedy 3 lata temu wydawnictwo Albatros wypuściło «Kirke» (która rozpoczęła przepiękną wydawniczo serię butikową) i był na tę książkę ogromny czał,...
Jeśli obserwujecie mnie na Instagramie, wiecie, jak ważna jest dla mnie jedna z książek Sarah Crossan – «Tippi i ja». Polecam ją na okrągło kiedy tylko mogę i zawsze ogromnie się cieszę, kiedy widzę, że po nią sięgacie.
W zeszłym roku nadrobiłam kolejny tytuł pióra tej pisarki – «My dwie, my trzy, my cztery» – i do pełni szczęścia brakowało mi jedynie jej debiutu, «Kasieńki». Książki tym bardziej wyjątkowej, że dotyczy emigracji, a główna bohaterka i jej mama są Polkami. Od jakiegoś czasu «Kasieńka» nie była do dostania w księgarniach i mogłam jedynie liczyć na egzemplarz z drugiej ręki dorwany na Allegro, ale wciąż zwlekałam z kupnem. I chyba dobrze zrobiłam, bo Wydawnictwo Dwie Siostry wznowiło ten tytuł w nowej szacie graficznej pasującej właśnie do «Tippi i ja».
Emigracja oczami 12-letniej Polki
Tytułowa Kasieńka ma 12 lat i właśnie z mamą przyleciała do Londynu, aby odnaleźć zaginionego ojca. Tak właściwie to jej matka chce odnaleźć męża, bo sama Kasieńka już się chyba pogodziła z tym, że mężczyzna od nich odszedł. Nastolatka musi się odnaleźć nie tylko w nowym kraju, ale również nowym środowisku szkolnym, które tylko pozornie ją akceptuje. Nie jest to łatwa lektura zwłaszcza dla osób, które same doświadczyły prześladowania w szkole bądź wciąż go doświadczają. A może jednak taki wątek sprawi, że nastoletni czytelnik czy czytelniczka poczują, że nie są na świecie sami i że można przeciwstawić się prześladowcy? Bardzo bym chciała, żeby taki właśnie wniosek wyniosły z tej lektury dzieciaki, które są według pewnych rówieśników inne i przez to gorzej traktowane.
Samotność i prześladowanie, ale też pierwsza miłość i odkrycie swojej pasji
Sarah Crossan poprzez swoją bohaterkę opowiada losy dzieci, które muszą się odnaleźć w nowym środowisku, ale wciąż są nastolatkami z ich pierwszymi doświadczeniami, z burzą hormonów, z odkrywaniem w sobie nowej osoby. Kasieńka z bycia Polką zmienia się w tę, która z Polski przyjechała i jest obca. Jest emigrantką, która wcale nie chciała nią być. Jest w klasie niżej, bo ktoś nie docenił jej intelektu. Jednocześnie dziewczyna próbuje odnaleźć się w nowym miejscu, nawiązać nowe relacje, ale różnie się to dla niej kończy. Jest to też opowieść o tym, jak ważne jest, aby rodzic był otwarty na swoje dziecko. Aby ono mogło zawsze na niego liczyć. Bardzo mnie ten ostatni wątek przytłoczył, bo żadne dziecko nie zasługuje na to, aby nie być wysłuchanym.
Forma znana z «Tippi i ja»
«Tippi i ja» napisana jest białym wierszem i okazuje się, że autorka ten zabieg zastosowała już w swojej debiutanckiej książce. Ciekawym doświadczeniem jest lektura takiego tekstu. Autorka ma dużo mniej miejsca na to, aby zawrzeć w tekście wszystkie potrzebne informacje i emocje bohaterów. Zamiast rozwlekłych opisów uczuć Kasieńki, mamy kilka wersów, które równie mocno oddają to zagubienie, ból, niezrozumienie prześladowań, jakich nastolatka doświadcza. Jestem pod ogromnym wrażeniem pióra Crossan i uważam, że to jedna z najlepszych współczesnych pisarek literatury dziecięcej.
Podsumowując
«Tippi i ja» wciąż okupuje pierwsze miejsce w moim sercu, ale «Kasieńka» wywołała we mnie równie wiele emocji i ją także mogę zaliczyć do jednej z lepszych książek w swojej kategorii. Dzięki formie białego wiersza jest to lektura szybka, ale zdecydowanie nie łatwa. Bardzo wam ten tytuł polecam, wam i waszym (lub w waszym otoczeniu) nastoletnim dzieciom, bo myślę, że mogę uznać ten tytuł za ważny.
Jeśli obserwujecie mnie na Instagramie, wiecie, jak ważna jest dla mnie jedna z książek Sarah Crossan – «Tippi i ja». Polecam ją na okrągło kiedy tylko mogę i zawsze ogromnie się cieszę, kiedy widzę, że po nią sięgacie.
W zeszłym roku nadrobiłam kolejny tytuł pióra tej pisarki – «My dwie, my trzy, my cztery» – i do pełni szczęścia brakowało mi jedynie jej debiutu,...
Bardzo lubię młodzieżowe książki wydawane przez Wydawnictwo Literackie. Chyba tylko jedna dosyć słabo mi podeszła, więc generalnie ufam im w tej kategorii i chętnie po kolejne tytuły sięgam.
Możecie się zatem domyślić, że na «Zefirynę i księgę uroków» również się rzuciłam nie wiedząc nawet, że autorka jest współodpowiedzialna za scenariusz do jednego z dodatków do gry Wiedźmin 3. Nie to, żebym grała (bo nie jestem graczką, nad czym ubolewa mój mąż), ale po tych wszystkich zachwytach nad grą, taka informacje jest dla mnie zdecydowanie na plus.
Dziarska księżniczka, która nie cofnie się przed niczym
Już po opisie wiedziałam, że zostanę fanką Zefiryny. To zdecydowanie księżniczka, jakiej nie znajdziemy w baśniach: śpiąca w męskiej piżamie, skacząca za złodziejem do wychodka, nieprzejmująca się etykietą i tym, co damie wypada, a czego nie. Przy czym jednocześnie nie dostajemy w pakiecie rodziców, dworu i innych ludzi, którzy tę wolność próbują jej ograniczyć i ustawić dziewczynę do pionu. No, może nie do końca, bo pojawia się pewien oficer, któremu nie w smak nocne wędrówki księżniczki.
Magia, tajemnica i przyjaźń z dawnych lat
Zefirynę poznajemy w momencie, kiedy wybiera się do sąsiedniego księstwa - Sarbancji - na zaproszenie jej przyjaciółki z dzieciństwa, księżniczki Linnei. Wizyta czysto rekreacyjna okazuje się wcale taka nie być, bo w pałacu dzieją się dziwne rzeczy. Rozwiązanie tych dziwnych rzeczy naprawdę bardzo mnie zdziwiło. Generalnie ja nie jestem zbyt domyślna jeśli chodzi o wszelkiego typu zagadki, czy to w kryminałach, czy innej literaturze, więc moje niedomyślenie się rozwiązania o niczym nie świadczy, ale obiektywnie patrząc, wydaje mi się, że jest ciekawe i działa na plus dla książki. Autorce ładnie udało się wyprowadzić mnie w las.
Takie baśnie mogę czytać
Może to naciągane, ale myślę, że trochę czuć w tej książce, że autorka współpracowała przy growej wersji Wiedźmina. Dostajemy baśniowy klimat Siedmiu Księstw, ale jednocześnie za sprawą niepokornej Zefiryny i jej relacji z dowódcą pałacowej gwardii jest tu sporo luzu i humoru. No i nie brakuje akcji, naprawdę ciężko się przy tej historii nudzić. Podoba mi się też lekko zawadiacki styl autorki. No i tak na koniec. Przy lekturze moja wyobraźnia pracowała na naprawdę wysokich obrotach.
Podsumowując
Jak napisać o książce tak, żeby prawie nic o niej nie napisać? No cóż, naprawdę nie chcę wam psuć zabawy przy lekturze, a myślę, że opis na tylnej okładce zdradza wystarczająco dużo. Wiedzcie zatem jedno: świetnie czytało mi się tę powieść, humor bardzo do mni trafił, no i od razu polubiłam Zefirynę i jej niepokorną duszę. Co więcej dodać? Polecam!
Bardzo lubię młodzieżowe książki wydawane przez Wydawnictwo Literackie. Chyba tylko jedna dosyć słabo mi podeszła, więc generalnie ufam im w tej kategorii i chętnie po kolejne tytuły sięgam.
Możecie się zatem domyślić, że na «Zefirynę i księgę uroków» również się rzuciłam nie wiedząc nawet, że autorka jest współodpowiedzialna za scenariusz do jednego z dodatków do gry...
Hashtagi, współprace, influencerzy - tym w dużej mierze obecnie stoi Instagram. Kupujemy ebooki o tym, jak się wybić, jak stworzyć społeczność, czym przyciągnąć do siebie ludzi, ale ilu z nas wie, jak to wszystko się zaczęło?
Kto z was pamięta jeszczę tę aplikację jako miejsce dzielenia się zdjęciami z naszej codzienności? Pamiętacie czasy, kiedy nie była ona jeszcze miejscem do robienia biznesu? Muszę przyznać, że książka Sarah Frier otworzyła mi oczy na kilka spraw i zwróciła uwagę na moją własną obecność w tym medium społecznościowym.
Takie były początki
Swoje konto na IG mam od 2012 roku i doskonale pamiętam czasy, kiedy wrzucałam na nie zwykłe kadry, bawiłam się filtrami i zupełnie nie wiedziałam, co to hashtag, zasięgi, piękne BIO. Nie było jeszcze InstaStories, IGTV i innych szmerów bajerów, ale jedno pamiętam od samego początku - patrzenie na liczbę serduszek i obserwatorów. Konto prywatne zamieniło się w bibliofilowe w 2016 roku i od początku czułam parcie na to, by obserwowało mnie jak najwięcej osób, by serduszka zalewały zdjęcia, ale w ogóle nie myślałam o zarabianiu na tym, co robię. Przecież to miała być czysta zabawa. Kiedy Instagram zmienił się z rozrywki w jedną z ulubionych platform twórców internetowych?
Instagram bez filtra
Sarah Frier w swojej książce przeprowadza nas przez historię Instagrama od początków działania w branży start-upów jej późniejszych założycieli Kevina Systroma i Marka Kriegera aż do momentu, kiedy zmęczeni tym, czym IG się stało, przekazali rządy obecnemu dyrektorowi generalnemu Adamowi Mossery’emu. Skąd pomysł na Instagram, na czym początkowo się opierała jego sława, jak stery przejął Facebook i co to dla IG oznaczało? Autorka przeprowadza nas też przez kolejne dodatki: stories, IGTV, algorytm itp, ich podwaliny, powstawanie w pocie czoła czy negocjacje z Zuckerbergiem. Nie brakuje tu również opowieści o walce z konkurencją i obszernej historii relacji z Facebookiem.
Maszynka do zarabiania pieniędzy
Bardzo wielu ciekawych rzeczy dowiedziałam się z tej książki i uświadomiłam sobie, faktycznie sobie uświadomiłam, jak początkowo niewinna aplikacja, której największym atutem były artystyczne filtry do zdjęć, zmieniła nasze myślenie o sobie i o innych. Jak bardzo wpłynęła na życie wielu użytkowników. Jak wielu z nas nie umie już przebywać na tym medium społecznościowym na luzie, bez presji. Instagram z prostego miejsca, na którym mieliśmy dzielić się kadrami z codzienności, stał się platformą, na której jak grzyby po deszczu wyrastają kolejni specjaliści, którzy uczą nas, jak osiągnąć tu sukces. Nie mówię, że robienie biznesu, bycie instagramowym twórcą czy twórczynią (sama nią jestem!) to coś złego, ale w tym wszystkim zgubiliśmy to, po co IG powstało i już prawie o tym nie pamiętamy.
Podsumowując
Myślę, że «Instagram bez filtra. Historia od środka» Sarah Frier to książka, którą powinien przeczytać każdy instagramowy twórca i każda twórczyni, bo dobrze przypomnieć sobie korzenie tej aplikacji i początkowego celu jej działania. Ale bardzo polecam ten tytuł też pozostałym osobom, które na IG zaglądają tylko po to, by pooglądać zdjęcia, być w kontakcie ze znajomymi czy szukać inspiracji. Frier zrobiła kawał świetnej roboty i jej książkę czyta się naprawdę świetnie.
Hashtagi, współprace, influencerzy - tym w dużej mierze obecnie stoi Instagram. Kupujemy ebooki o tym, jak się wybić, jak stworzyć społeczność, czym przyciągnąć do siebie ludzi, ale ilu z nas wie, jak to wszystko się zaczęło?
Kto z was pamięta jeszczę tę aplikację jako miejsce dzielenia się zdjęciami z naszej codzienności? Pamiętacie czasy, kiedy nie była ona jeszcze...
Zawsze sobie powtarzam, że nie lubię czytać książek, w których akcja rozgrywa się w czasie I lub II wojny światowej, a potem i tak po nie sięgam, bo nie jestem w stanie oprzeć się opisowi kolejnego tytułu.
Nie inaczej było z «Wojną skowronków». Kiedy przeczytałam, o czym jest ta powieść dla młodszej młodzieży, poczułam pewien dysonans. Opis fabuły bardzo mnie zaciekawił, ale ta I wojna światowa i jeden z bohaterów wstępujący do wojska… Jak widzicie po wpisie, ciekawość wygrała. I ogromnie się z tego cieszę.
Przenieśmy się do Anglii początku XX wieku
Główną bohaterką książki jest 11-letnia Clarry, która nie ma łatwego życia od samego jego początku. Brak matki i oschły ojciec, który stara się jak najmniej czasu spędzać ze swoimi dziećmi, a także czasy, kiedy młode dziewczyny przygotowywało się do przyszłej roli pani domu, a nie kariery naukowej nie działają na korzyść dziewczynki, ale ona nie zamierza się poddawać. Clarry jest wspaniałą osobą, która czasem się gubi, ale jej odwaga i stanowczość, a jednocześnie brak buty bardzo mi zaimponowały. Trzeba mieć w sobie naprawdę wielką siłę, aby wciąż wierzyć, że ojciec kiedyś się zmieni i okaże choć odrobinę uczucia i dumy ze swoich dzieci.
Przyjaźń i jej różne oblicza
Clarry wychowuje się ze swoim starszym bratem Peterem, ale jej najlepszym przyjacielem jest kuzyn Rupert, z którym co roku spędza wakacje u dziadków w Kornwalii. Ich więź jest wspaniała, chociaż nie zawsze będzie tak silna. Dziewczyna na swojej drodze spotyka też inne osoby, z którymi połączy ją jakaś głębsza relacja, ale to właśnie Rupert stanowi jedną z najważniejszych części jej świata i kiedy ten idzie na wojnę, wiele to w ich relacji zmieni. W ogóle to, jak w tej książce opisana jest wojna, bardzo mi odpowiada. To książka dla dzieci, więc ten temat musi być poruszony siłą rzeczy ostrożnie, delikatnie, ale z naciskiem na tragedię, jaką ona jest. I tak właśnie robi to McKay. Opisuje odwagę młodych ludzi, ale jednocześnie ich głupotę, bo romantyczna wizja wojny szybko roztrzaskuje się na drobne kawałki.
O różnorodności słów kilka
I wojna światowa przyczyniła się do emancypacji kobiet i uzyskania przez nie praw wyborczych i autorka poniekąd wykorzystuje to w przypadku Clarry. Z jednej strony dziewczynka przygotowywana jest do roli przyszłej pani domu, jej ojciec wprost ją informuje, że to na jej mężu będzie spoczywała rola utrzymania jej w przyszłości, ale z drugiej - Clarry odkrywa w sobie zainteresowanie nauką i nie musi się z tym kryć, bo i inni widzą w niej potencjał i wierzą w to, że może wiele osiągnąć. Ale to nie jeden przykład tej różnorodności. Pojawia się też bohater homoseksualny, choć nie jest to powiedziane wprost i nie wiąże się z żadnym ostracyzmem czy prześladowaniem. Raczej z udawaną nieświadomością i wsparciem. Mimo czasów, w jakich bohaterowie żyli. Bardzo mnie ten wątek ujął, bo jest naprawdę delikatny i autorka nie stawia przed czytelnikiem krzywdy, jakiej mógłby on doświadczyć, ale wiemy, że tak mogłoby się stać.
Podsumowując.
Nie sądziłam, że ta książka tak bardzo mi się spodoba. Historia Clarry, Petera i Ruperta chwyciła mnie mocno za serce, zaznaczyłam nawet kilka fragmentów podczas lektury, a prawie nigdy tego nie robię. «Wojna skowronków» ma wspaniały klimat i myślę, że pięknie odnalazłaby się na dużym ekranie. Cieszę się, że ostatecznie I wojna światowa mnie nie odstraszyła i postanowiłam dać tej powieści szansę, bo myślę, że będzie jedną z najlepszych książek dla dzieci, jakie w tym roku przeczytam.
Zawsze sobie powtarzam, że nie lubię czytać książek, w których akcja rozgrywa się w czasie I lub II wojny światowej, a potem i tak po nie sięgam, bo nie jestem w stanie oprzeć się opisowi kolejnego tytułu.
Nie inaczej było z «Wojną skowronków». Kiedy przeczytałam, o czym jest ta powieść dla młodszej młodzieży, poczułam pewien dysonans. Opis fabuły bardzo mnie zaciekawił,...
2021-05-26
Kryminał? Fantastyka? Soft horror? Jednego Stuartowi Turtonowi nie można odmówić: pisze takie książki, że właściwie nie wiadomo, do jakiej kategorii je przypisać, bo tak bardzo się nimi wszystkimi bawi.
«Demon i mroczna toń» to druga powieść Turtona. Może pamiętacie głośny tytuł sprzed dwóch lat «Siedem śmierci Evelyn Hardcastle» (nie mylić z mężami i Evelyn Hugo)? Nowa książka Turtona jest nie mniej pokręcona.
Była Agatha Christie, czas na Arthura Conan Doyla
W «Siedmiu śmierciach…» czuło się wyraźną inspirację twórczością królowej klasycznych kryminałów i jej dwóch najbardziej znanych powieści: «I nie było już nikogo» oraz «Morderstwo w Orient Expressie». Ale to, co z tym popularnym motywem zamknięcia bohaterów w jednym miejscu zrobił Turton… Nie będę się tu za dużo rozpisywać, ale zdecydowanie zrobił coś, co nie pozwala o tej książce zapomnieć. Nawet dwa lata po premierze. W jego nowej powieści - «Demon i mroczna toń» - tym razem czułam delikatną inspirację najsłynniejszym detektywem stworzonym przez Arthura Conan Doyla - Sherlockiem Holmesem. Oczywiście obserwacje i wyciąganie z nich wniosków to domena każdego śledczego, ale tutaj jeden z bohaterów wyraźnie miał talent do dedukcji.
Nie wierz w nic, co tu przeczytasz
Po opisie powieści wydawało mi się, że ta książka będzie zupełnie inna niż debiut Turtona, ale okazało się, że nie do końca. Jest równie mocno pokręcona i równie świetnie wodzi czytelnika za nos. Autor znów poszedł w lekko fantastyczne klimaty, nie brakuje też dreszczyka niepokoju. A jeśli to kryminał, powinny być trupy i poszukiwanie mordercy, ale u nas tym trupem jest statek, który ktoś chce zatopić, a mordercą diabeł, który niejednego już wodził na pokuszenie. Więc niby kryminał, ale nie końca. Niby fantastyka, ale czy na pewno? A może thriller? W posłowiu autor pisze, że jego książki każdy klasyfikuje nieco inaczej i myślę, że faktycznie nie ma sensu narzucać innym tego, czym ta powieść jest i do jakiej kategorii ją przypisać. Wiedzcie jedno: emocji, napięcia, ciekawej zagadki i intrygującego pomysłu na fabułę tu nie brakuje.
Muszę odkupić «Siedem śmierci Evelyn Hardcastle»
Debiutancką powieść Turtona miałam w wydaniu z miękką okładką i po lekturze ją sprzedałam, bo doszłam do wniosku, że nie potrzebuję jej mieć w swojej kolekcji. Po «Demonie i mrocznej toni» chyba jednak dokupię sobie «Siedem śmierci…» w twardej oprawie, bo okazuje się, że to tak pokręcone książki, że jednak być może kiedyś do nich wrócę. A nawet jeśli nie, będę je mogła wcisnąć komuś do przeczytania. No i jestem ogromnie ciekawa, co jeszcze Turton wymyśli. Lubię pisarzy, których mózgi zdają się być pełne dziwnych, ciekawych historii.
Podsumowując
Czytając ten tekst jeszcze raz okazało się, że właściwie nie napisałam nic konkretnego na temat drugiej powieści Stuarta Turtona. Więc może szybko napiszę tu, że: akcja dzieje się w XVII wieku na pewnym statku, bohaterowie są świetnie skonstruowani i nie brakuje silnych, kobiecych postaci, zagadka również jest świetnie skonstruowana, ale jednocześnie tak, że przez sporą część powieści nie wiadomo, o co właściwie z tym demonem chodzi. Pióro Turtona jest fantastyczne i to jedna z tych książek, od których ciężko się oderwać, a jednocześnie chcecie sobie tę historię dozować powoli, żeby za szybko się nie skończyła. Nie pozostaje mi nic innego, jak zakończyć ten wpis słowem POLECAM!
Kryminał? Fantastyka? Soft horror? Jednego Stuartowi Turtonowi nie można odmówić: pisze takie książki, że właściwie nie wiadomo, do jakiej kategorii je przypisać, bo tak bardzo się nimi wszystkimi bawi.
«Demon i mroczna toń» to druga powieść Turtona. Może pamiętacie głośny tytuł sprzed dwóch lat «Siedem śmierci Evelyn Hardcastle» (nie mylić z mężami i Evelyn Hugo)? Nowa...
Lubię angielską literaturę obyczajową. Nie wiem, co takiego w sobie ma, ale jeśli już mam sięgnąć po obyczajówkę, w pierwszej kolejności pomyślę właśnie o tej angielskiej.
Może to trochę przez moją słabość do angielskiej klasyki? Przez moją miłość do wiejskich klimatów z powieści Austen czy sióstr Brontë, kto wie.
„Stracona ziemia” ma wszystko to, do wciągająca powieść obyczajowa powinna mieć. Akcja dzieje się pod koniec lat 60, więc mamy już czasy powojenne, ale jeszcze przed współczesnością i nowymi technologiami. Mamy wieś i gospodarstwa rolne vs ten jeden dziedzic, który nie zna życia, bo nie wystawia nosa poza swoje wyższe sfery. I w końcu mamy wielki romans, złamane serce i… miłosny trójkąt pełen pomieszania z poplątaniem.
Powieść Leslie Hall nie ma w sobie mnóstwo znanych tropów i parę plot twistów, których przy wnikliwszej lekturze można się domyślić. Ale jeśli czyta się tę książkę jak ja, dla czystej przyjemności, czystego poddania się fabule i zatopienia w niej, te wszystkie znajome tropy są tylko plusami. A plot twisty i tak spełnią swoją rolę, bo najpierw akcja zbuduje napięcie, żeby pod koniec jej zwrot okazał się po prostu satysfakcjonujący. No tak, dokładnie tak to musiało się potoczyć.
„Stracona ziemia” to lektura idealna na czysty relaks przy angielskich klimatach i historii miłosnej, która trafiła na mocno wyboiste tory, ale nie takie, że plot twisty doprowadzają do rwania włosów z głowy. Do tego napisana jest bardzo przyjemnym stylem. Spędziłam przy niej świetny czas!
Lubię angielską literaturę obyczajową. Nie wiem, co takiego w sobie ma, ale jeśli już mam sięgnąć po obyczajówkę, w pierwszej kolejności pomyślę właśnie o tej angielskiej.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMoże to trochę przez moją słabość do angielskiej klasyki? Przez moją miłość do wiejskich klimatów z powieści Austen czy sióstr Brontë, kto wie.
„Stracona ziemia” ma wszystko to, do wciągająca powieść...