Ixina

Profil użytkownika: Ixina

Nie podano miasta Nie podano
Status Czytelnik
Aktywność 1 tydzień temu
42
Książek na półce
przeczytane
42
Książek
w biblioteczce
42
Opinii
359
Polubień
opinii
Nie podano
miasta
Nie podano
Dodane| 10 cytatów
Ten użytkownik nie posiada opisu konta.

Opinie


Na półkach: ,

“Królestwo mostu” to jedna z tych młodzieżówek, o których myślę przed przeczytaniem „to mogłoby być dobre, gdyby tylko porządnie to napisać!”. Polityczne małżeństwo? Dziewczyna wyszkolona na szpiega? Dwa walczące ze sobą królestwa, konflikty lojalności, nieoczywista moralność?
Oczywiście, kto jest choć trochę obeznany z współczesnym rynkiem książki, doskonale wie, że oczekiwanie mocnej, prowokującej, nieoczywistej historii to szczyt naiwności, w rzeczywistości dostaniemy płytką i słodką opowiastkę, taki cukierek, który w najlepszym przypadku zemdli, a w gorszym wpędzi w kłopoty żołądkowe.

Mimo to jednak zabrałam się za „Królestwo mostu” pełna optymizmu. Naprawdę, spodziewałam się wiele po tej książce. Bądź co bądź Danielle L. Jensen w „Porwanej pieśniarce” poradziła sobie bardzo dobrze z tematem mniej obiecującym – zamiast dzielnej wojowniczki-szpiega, bohaterką było tam niewinne śpiewające szesnastoletnie dziewczę, zamiast złego króla zaledwie poczciwy książę. Król i wojowniczka, to przecież postęp!

Niestety. „Królestwo mostu” nie dorasta „Trylogii klątwy” do pięt. W teorii mogła to być książka jeszcze lepsza – jednak ma się wrażenie, że pisała je jakaś młodsza, dużo naiwniejsza osoba. Cóż z tego, że potencjał większy, skoro tak starannie zmarnowany?

Marnowanie potencjału to w zasadzie pieśń przewodnia tej pozycji. Niby mamy jakieś sceny, ale wszystko jest opowiedziane półgębkiem, nie do końca podkreślone, nie wygrane do końca. Wyobraźcie sobie, że idziecie do kina, z ekranu leci porywająca muzyka, oglądacie fascynujący zwiastun, wyobrażacie sobie, na ile niesamowitych sposobów może potoczyć się akcja, w tle porywająca muzyka. Nagle wszystko się urywa, puszczają reklamę chipsów, zapalają się światła i możecie iść do domu.
Tak właśnie to bardzo często wygląda w „Królestwie mostu”.

Kilka przykładów, bo, jak wszem i wobec wiadomo, jestem recenzentem niezmiernie sprawiedliwym w swych osądach, zawsze skazuje na podstawie mocnego materiału dowodowego. Poniżej pojawią się spoilery pierwszych pięćdziesięciu stron powieści, jeśli ktoś chce je ominąć, zapraszam do następnego akapitu.

POCZĄTEK SPOILERÓW

Na początku zostajemy wrzuceni na głęboko wodę, dostajemy bowiem opis uczty, podczas której król ma ogłosić, która z jego córek zostanie żoną wrogiego króla, szpiegiem na jego dworze - zaś pozostałe zostaną zabite. Trzy strony, ledwie zdążymy zrozumieć o co chodzi, o poczuciu klimatu czy napięciu nawet nie wspomnę – i już po tej scenie.
A wystarczyłoby przecież choć kilka treściwych dialogów, jedna czy dwie sceny wprowadzenia – choćby na tyle, by dało zaangażować się w wydarzenia, przeżyć tą mocną przecież scenę uczty, przejąć się jakkolwiek perspektywą nagłego masowego mordu. Polubić te dziewczyny, zrozumieć relacje między nimi, uwierzyć, że król nie żartuje. Niby niedużo, a jednak tak wiele.

Podobnie przedstawia się początek pobytu głównej bohaterki w krainie męża – nim mamy szansę porządnie się wystraszyć, co ją czeka wśród tych potworów, nim mamy choć chwilę na zaintrygowanie tą nową, obcą krainą, już cały klimat budowany przez 30 czy 50 stron upada, i poznajemy prawdziwe, cukierkowo dobre i nudne oblicze tejże krainy. Nikt tam naszej bohaterki nie skrzywdzi, nie tylko jej przyszły lovestorant, ale i nikt z jego otoczenia (pomimo tego, że pochodzi ze znienawidzonego przez nich kraju i jest córką ich największego wroga) – i już mniejsza z tym, że nie skrzywdzi, niech autorce będzie, wiem, że w moim uwielbieniu do zła jestem w literaturze odosobniona – ale czy nie można było choć przez chwilę poudawać, że jednak tak; stworzyć trochę napięcia?

KONIEC SPOILERÓW

Wszystko to wiąże się z kolejnym problemem – powieści brak klimatu. Coś tam jest napisane, ale nie pokazane. Niby mieszkańcy Maridriny głodują i koniecznie trzeba im pomóc – niezbyt ten ich głód zauważyłam, o przejęciu się nim nie wspominając. Niby Ithicanie są podli i przerażający – nim mamy szansę zacząć tak o nich myśleć, autorka natychmiast pokazuje nam bandę pociesznych pluszowych misiów. Niby Lara tak mocno wierzy w swoją misję, tak współczuję udręczonym rodakom, tak nienawidzi Ithicany – ale czytelnik, który wie doskonale, do czego to wszystko zmierza, mruży jedynie powieki i czeka na nieuchronny atak romansu. Nie przekonała nas autorka, że jej bohaterka faktycznie w to wszystko wierzy.

Słabo i nieprzekonująco wypadają zresztą wszyscy bohaterowie. Nie są żywymi, myślącymi i czującymi mieszkańcami brutalnego świata, lecz jedynie kiepskimi aktorami w przebraniu. Może i biegają w strojach epoki, ale co z tego, skoro rozumują współczesnymi kategoriami.
Dostajemy przez to całą listę kuriozów. Króla który myśli o dobru poddanych konkurencyjnego państwa, rozważając swoje strategiczne posunięcia. Kobietę przekonaną, że poślubi okrutnego człowieka, i nie będzie miała jak się przed nim obronić (bo umiejętność walki musi skrzętnie ukrywać), która ani trochę nie boi się nocy poślubnej. I – najlepsze zostawiłam na koniec - pakt małżeński zawierany przez małżeństwo nie z cenną córką, a jedną z kilkunastu, a pewnie i kilkudziesięciu potomkiń władcy, który sobie dzieci taśmowo produkuje w haremie.

Jensen zaoferowała nam naiwną, disnejowską wersję średniowiecza. Niestety, ile by się krwi nie przelało, ile nie wymyśliło wielkich głodów i podłych agresorów – jeśli się nie umie wbić się w średniowieczne myślenie, pokazać nam funkcjonowanie świata innego niż ten, w którym żyjemy – stworzyć można co najwyżej scenografię do bajki dla dzieci. Tu król, a tam smok, gdzieś po drodze księżniczka – i to by było na tyle. Ładne, błyszczące obrazki. Niby takie same kształty, jakie powinny być, ale to tylko kartoniki.
.
Ech, z żalem przypomina się Trollus, jego piękne ogrody, blade księżycowe światło wpadające przez wąski otwór, kule światła lewitujące nad mieszkańcami…
I nie chcę w ten sposób przekazać, że podobał mi się ten czy inny opis, bo nie o ich piękno tu chodzi. Liczy się to, że Trollus poczułam literackim nosem, mogę je sobie wyobrazić, przeniosłam się tam w wyobraźni, kupiłam je, zrozumiałam jego politykę, jego problemy, jego mieszkańców. Ithicany i Maridriany to tylko irytujące nazwy.

I tak oto dotarłam do tego, co było nieuniknione od samego początku – do porównania „Królestwa mostu” z „Porwaną pieśniarką”. Ostrzegam, choć faworyt z góry znany, krew będzie lała się gęsto, bo jego ofiara to niezbyt sympatyczny typ i zasłużył na to by porządnie oberwać.

Bohaterowie „Porwanej pieśniarki” mają po szesnaście, siedemnaście lat. Lara z „Królestwa Mostu” ma lat dziewiętnaście, a jej ukochany około dwudziestu pięciu – jest więc, jak na standardy YA, siwiejącym staruszkiem, z całą mądrością właściwą temu sędziwemu wiekowi. Tak, chciałoby się. Jakby tego było mało, Aren jest królem, powinien więc być tym bardziej dojrzały i odpowiedzialny.

Tymczasem Aren to przy Tristanie naiwny i wyjątkowo wkurzający dzieciak. Król, którego niemal nie widzimy przy żadnych królewskich obowiązkach, w najlepszym wypadku ukazany jest jako dowódca wojskowy, w dodatku niezbyt charyzmatyczny czy sprytny, bo najlepiej się sprawdza, robiąc to co jego zwykli żołnierze, dzieląc z nimi trudy i znoje, mieszkając w spartańskich warunkach i wywrzaskując sprośne żarty.
Tristan, jako książę – nawet pokonany i osłabiony – spiskował i układał plany. Aren jako król biega z kąta w kąt z mieczem. Albo ryzykuje życie, skacząc pomiędzy jadowitymi wężami.

O scenie, w której jego kapitan straży zostawia króla i królową w wodzie i odpływa, wołając „wrócę jak się pogodzicie” nie ma co wspominać. To już jest poziom kiepskiego bloga, a nie książki.
Autorko, nikt nie będzie widzieć w twoich bohaterach więcej niż pięcioletnie dzieci, jeśli oni sami tak właśnie będą traktowani.

Tristan i Cecile nieustannie musieli podejmować trudne moralnie decyzje, nierzadko narażając na niebezpieczeństwo przyjaciół, starannie ważąc dobro trolli, mieszańców i ludzi, lawirując pomiędzy złym królem, a jeszcze gorszym Angoulleme’m, oraz dodatkowo regentem, czarownicą, Rolandem, królową i jej siostrą… i mogłabym wymieniać tak dłużej, bo w Trylogii Klątwy jest na pęczki politycznych sił, każdy właściwie bohater wywodzący się z ludzkiej czy trollowej arystokracji jest odrębnym elementem tej skomplikowanej układanki, czego innego chce, wchodzi w nieoczekiwane sojusze, zmienia strony, nic nie jest oczywiste. Lara i Aren żyją w prostym, czarno-białym świecie. Trzeba przesunąć obronę tam, gdzie teraz zmierzają agresorzy? Nie, nie można tego zrobić, nie zabiorą przecież wojsk tym biednym ludziom, którzy tu i teraz liczą na ich ochronę, a w dodatku tak ładnie patrzą wielkimi oczami.

„Królestwo mostu” jest dużo bardziej dziecinne i pełne uproszczeń w porównaniu do Trylogii Klątwy, tym śmieszniej wręcz prezentuje się fakt, że autorka, zdaje się, planowała przedstawić je jako pozycję dla starszego czytelnika. Tak przynajmniej wnioskuję z bardziej poważnego wieku bohaterów, oraz ze śmielszych scen romantycznych, a nawet i – o zgrozo! - erotycznych. O zgrozo, gdyż scena seksu jest bodaj jedną z najgorszych, z jakimi kiedykolwiek się spotkałam (Byłaby najgorszą, ale mam za sobą serię pani Mafi). Tyleż cukru i kaleczącej oczy pseudopoezji dawno nie widziałam. Przebrnęłam przez te kilka stron z niemal zamkniętymi oczami, a na odtrutkę natychmiast musiałam sobie zaserwować porządny kawałek Martina.
Ale ta jedna, koszmarna scena to tylko wisienka na torcie. Zgniła wisienka na paskudnym, tonącym w warstwie lukru, pozbawionym wartości odżywczych torcie.
Tak, jak między Tristanem i Cecile stopniowo budowało się romantyczne napięcie, nierzadko spychane na drugi plan przez problemy i wzajemną nieufność, tak Lara i Aren niemal od początku zachowują się jak koty w marcu. Ciężko odczuć, by łączyło ich cokolwiek poza fizycznym pożądaniem. I znowuż tęsknię za Trylogią Klątwy – czy pamiętacie jak Cecile, szantażowana przez Thibaulta, usiłowała uwieść Tristana, paradując w wydekoltowanych sukniach, a on ją troskliwie zasłaniał, żeby się nie przeziębiła?
Lara i Aren rozebraliby się do naga na kole podbiegunowym.

A jednak, paradoksalni, mimo całej tej obyczajowej śmiałości, mimo tak wyraźnie widocznej chęci autorki, by zaliczyć więcej trigger warningów i przyciągnąć wielbicieli NA – także na polu erotyki Królestwo Mostu wypada bardziej dziecinnie niż Trylogia Klątwy. Wszystko to przez naiwny dydaktyzm, w który autorka przyoblekła swoje pikantne sceny – rezultat przypomina ulotkę promująca świadomą zgodę. Kochane dzieci, pamiętajcie, seks tylko za świadomą zgodą obu stron! A przed jedzeniem myjemy ręce!

Odwagi, droga autorko. Piszesz średniowieczne fantasy nie podręcznik wychowania do życia w rodzinie. Wykreowałaś, mimo wszystko, silną i sprawczą bohaterkę, w dodatku taką, która obroni się fizycznie w razie potrzeby – naprawdę, nie ma już potrzeby, by, gdy bohaterowie ślinią się do siebie całymi stronami, przerywać im ten ślinotok na łopatalogiczne, formalne wyrażenie zgody (doprawdy, byłam zdziwiona, że kochanek nie podsuwa naszej heroinie formularzy do podpisania! Lub chociaż – wersja minimum – wzywa trzech świadków celem sporządzenia ustnej umowy). Z tak tandetnym i sztucznym dydaktyzmem udać się proszę do grupy siedmiolatków, razem z opowieścią o tym, że nie wolno kraść, a gdy wilk puka do drzwi, należy zażądać okazania kopytka.
Przede wszystkim, robisz w ten sposób ze swojego lovestoranta skończonego idiotę. Obawia się, że dziewczyna nim manipuluje lub z jakiegoś powodu czuje się zobowiązana by wskoczyć mu do łoża – bardzo rozsądnie z jego strony. Ale potem pyta, otrzymuje odpowiedź i zakłada, że jest prawdziwa… no tak, jakby manipulowała/czuła się zmuszona, na pewno by wtedy zaprzeczyła. Od roku przewodzisz królestwu w niezwykle trudnej politycznej i militarnej sytuacji, więc brawo, wierz w sobie we wszystko co usłyszysz.

Wiesz co ci jeszcze powiem? Książka w której występujesz jest naprawdę świetna. Polecam ją każdemu!


====

Lubię pisać bezwzględne, kontrowersyjne recenzje. Nie zgadzasz się ze mną, chcesz podyskutować? Napisz na priv/zacznij dyskusję na forum i daj mi znać. Nawet i kilka lat po opublikowaniu recenzji.

Dyskutujmy o książkach, do tego służy ta strona!

“Królestwo mostu” to jedna z tych młodzieżówek, o których myślę przed przeczytaniem „to mogłoby być dobre, gdyby tylko porządnie to napisać!”. Polityczne małżeństwo? Dziewczyna wyszkolona na szpiega? Dwa walczące ze sobą królestwa, konflikty lojalności, nieoczywista moralność?
Oczywiście, kto jest choć trochę obeznany z współczesnym rynkiem książki, doskonale wie, że...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , , , , , ,

<RECENZJA ZAWIERA SPOILERY PIERWSZEGO TOMU>

Chłopcy lubią bawić się mieczami.
A kiedy taki chłopiec dorasta, rzuca plastikowy miecz świetlny i zabiera się za pisanie, a następnie okazuje się, że jest w tym rewelacyjny… otrzymujemy serię Red Rising.

Jedną z najbardziej niesamowitych historii, jakie poznałam. Wykreowany z olbrzymim rozmachem świat. Wszechobecne okrucieństwo. Pełnokrwiści bohaterowie. Błyskotliwe dialogi. Akcja pędzącą na łeb na szyję, a jednak tak daleka jak tylko to możliwe od bezmyślnej strzelanki. Tu każde wydarzenie ma znaczenie. Przyjaciel w każdej chwili może stać się wrogiem, a wróg przyjacielem. Dobrzy ludzie robią złe rzeczy, źli potrafią postąpić dobrze. Dobro może prowadzić do zła, ze zła może wyniknąć dobro. Każdy ma swoje racje, swoje poglądy… zdaje się wręcz, że żyją w osobnych światach. A jednak jest to jeden świat i wszyscy muszą w nim walczyć o swoje – Złoci z Czerwonymi, Augustus z Belloną, terroryści z idealistami. A główny bohater – Darrow z Lykos, Darrow au Andromedus – nie może być pewien, po której stronie stoi ani nawet jakie strony ma do wyboru.

A wszystko to wśród wymachiwania mieczami na statkach mknących między skolonizowanymi kilkaset lat temu planetami – i to ma sens.

Nie jest to seria idealna. Kto uważa tak o jakiejkolwiek książce, zapewne niewiele poświęcił jej refleksji. Zresztą, ciężko wyobrazić sobie powieść idealną choćby i z tej przyczyny, że każda zaleta pociąga za sobą i pewne wady, nie można być jednocześnie zatrważającym i zabawnym, kto chce ukazać historię z wielu różnych punktów widzenia, ten straci szansę na wykreowanie jednego wyjątkowego bohatera (to wszak wymaga trochę czasu i stron), opisywanie dopracowanych w najdrobniejszych szczegółach zasad rządzących wymyślonym światem spowolni akcję… przykłady można mnożyć na pęczki. Tyleż samo można wskazać wad prozy Browna, można jej zarzucić niewiarygodność, przesadę czy śmieszność; będę jednak zmierzać do tego, że większość z tych wad to druga strona zalet.

Świat Złotych mnie zaczarował. Są książki, które nie pozwalają czytelnikowi zapomnieć, że zrobione są z papieru, farby drukarskiej i chęci zysku wydawcy; można w ich wypadku rozprawiać o fabule, rozkładzie tempa i narracji. Są też opowieści, które po prostu przeżywamy, które gdzieś, w świecie współtworzonym przez autora i czytelnika, naprawdę się odbyły. Przejmujemy z nich mentalność, podkradamy język, zaczynamy rozumować jak bohaterowie, stajemy się częścią tego świata, a on sam staje się jakąś częścią nas. I co by się nie działo za oknem, ja jestem na Agei, Księżycach Galileuszowych, właśnie przekraczam Boje Rubikonu; dookoła mnie Pretorzy, Lansjerzy i Legaci, na odległym Księżycu Władczyni otoczona Furiami i Pretorianami, u jej boku Pan Popiołów, który obrócił wniwecz Reę…
Tak, zdecydowanie, dziecko zachwycone plastikowymi figurkami. Albo kartami postaci i lokacji. Takim dzieckiem był autor, tasując z wielką wprawą swoje karty, takim dzieckiem byłam ja, zachwycając się każdym elementem opowieści.

Pierce`owi Brownowi udało się coś, co osiąga mało który autor. Jego świat nie jest tylko sceną, jest żywy. I teoretycznie mamy tu elementy z kanonu SF, proste i zgrane – ot, kolonizacja Układu Słonecznego, kosmiczne bitwy, nierówności społeczne i system kastowy – jednak Brown opowiedział o tym na swój wyjątkowy sposób.

Stworzył całą kosmiczną politykę. Światy Wewnętrzne, skupione według Księżyca i legendy o pochodzących z niego Zdobywcach, którzy wyzwolili kosmos spod tyranii Ziemi; odrębne od nich kulturowo Światy Zewnętrzne, dla których Księżyc to nowa Ziemia, i które za bunt przeciwko niemu zapłaciły najwyższą cenę. Jak szalejące dziecko wymyślił nowe bronie i galopującą technologię. Jednak najlepiej poradził sobie z ludźmi.
System kastowy w Układzie Słonecznym Browna to doskonale przemyślana, działająca od setek lat machina, wspierana futurystyczną bioinżynierią. Dlatego inżynierzy i nawigatorzy otrzymają wręcz wbudowany dystopijny zespół Aspergera, a wojownicy ponadprzeciętną siłę. A ci bardziej niebezpieczni z nich, Obsydiani, cały księżyc na wyłączność, wraz z zestawem prymitywnych wierzeń. W końcu skoro rządzący decydują się tworzyć ludzi równie sprawnych w walce jak oni sami, warto utrzymywać ich w technicznym i społecznym wycofaniu, a dodatkowo przekonać, że ich zwierzchnicy są bogami – a nawet, że lepiej zginąć, niż dotknąć broni, jaką noszą bogowie. Skoro siłę jednych zwiększamy, innych możemy osłabić... i tak Różowi, pojemna kasta obejmująca i służących, i niewolników seksualnych, będzie na tyle słaba, żeby panowie nie zmęczyli się za bardzo, gdyby naszła im ochota połamać im kości. Samą inżynierię genetyczną można wesprzeć starym, dobrym warunkowaniem – Różowym wszczepia się nadajniki, zmuszające ich do życia w ciągłym bólu, nie znają życia bez niego – do momentu, gdy po raz pierwszy służą panom, wtedy nadajnik się wyłącza.

Pierce Brown bawi się jak szalony artefaktami science-fiction – i komuś innemu mogłoby nie wyjść to na dobre, przedobrzyłby, przemieniając fabułę w naiwny komiks, w katalog sklepu z zabawkami lub wyliczankę technologicznych spekulacji. Ale autor RedRising używa tego co ma wprawdzie bez umiaru, ale z rozwagą – czy może nawet nie z rozwagą, z niesamowitym wyczuciem i talentem, jak inwestor, który raz po raz wrzuca całą swoją kasę w ryzykowne interesy, które raz za razem przynoszą mu niewiarygodne zyski.

Jest jednym z nielicznych autorów, którym udało się wiarygodnie opisać inną mentalność, ludzi teoretycznie takich jak my, a jednak rozumujących w inny sposób, tworzących inne społeczeństwo. I nie są to kosmetyczne zmiany, nie jest to jedno, proste, służące fabule narzędzie, nie jest to banalne stwierdzenie „w mojej dystopii wszyscy będą ślepo posłuszni władzy”, „w moim świecie przyszłości wszyscy będą uzależnieni od technologii”. Bohaterowie to nie są jakieś papierkowe ludziki, przebrane tandetnie za kogoś innego, jak przedszkolaki na przedstawieniu w kostiumach naprędce uszytych przez rodziców.

O nie, nie tacy są Złoci. Złoci są wyjątkowi. Złoci są dumni. Żyją na szczycie piramidy społecznej Cenią sobie siłę do tego stopnia, że – pomimo całej zaawansowanej technologii, którą dysponują – ciągle posługują się bronią białą, wzbogaconą co prawda technologią – ale i tak śmieszną wobec ich możliwości.
By stać się prawdziwym, porządnym Złotym – Żelaznym Złotym, Złotym jak z czasów Podboju Ziemi, Niezrównanym Naznaczonym – dzieci z wielkich rodów przechodzą okrutne szkolenie. Na sam początek należy zabić jednego z uczniów – bo żeby stać się prawdziwie wielkim człowiekiem, stojącym na szczycie potężnego społeczeństwa, musisz najpierw dowiedzieć się, jak, niczym zwierzę, odarte z cywilizacji, walczyć o przetrwanie. Bo wielkość można okupić tylko krwią.
Później dobierają się w drużyny i hasają po lesie, grając w grę rodem z najlepszych podwórkowych fantazji, w zabawę w wojnę, Indian, czy co tam chcecie, na gigantycznych sterydach. Dzieli się ich na drużyny, dostają zamki i symulują sobie feudalną wojenkę – rywalizując jednocześnie o przywództwo we własnej grupie, i panowanie nad całym tym akwariowym światem. Podbijają inne drużyny – jak w grze w podchody, wystarczy zdobyć flagę przeciwnika. Wszystko to z małą dawką współczesnych wstawek, aby zabawa była jeszcze lepsza, pod opieką cenzorów, którzy powinni interweniować, zanim się pozabijają (chociaż ciężkie okaleczenia czy gwałty są akceptowalne, wszak dobry los musisz sobie, dziecko, wywalczyć w tym szkoleniowym środowisku, tak jak dawno temu wywalczyli sobie twoi przodkowie, podbijając kosmos). Po co? Przecież to jasne, że wiedza o zamkach czy czołganiu się po krzakach i zdobywaniu pożywienia większości z nich się nigdy nie przyda. I nie to tak naprawdę jest przedmiotem lekcji, krzaki i zamki to tylko taka dekoracja, nieistotna sceneria. W rzeczywistości uczą się o tym, jak powstaje władza. Jak zawierane są sojusze, skąd biorą się zdrady, jak społeczeństwo wytwarza hierarchię, kto ostatecznie dojdzie na szczyt.
W społeczeństwie przyszłości Srebrni znają się na finansach, Miedziani na zarządzaniu, Niebiescy na nawigacji, Żółci na medycynie – ale na szczycie są Złoci, których rzemiosłem jest władza.

I jeśli przejdzie się przez to wszystko, jeśli się to zrozumie – nagle staje się jasne, czemu właściciele międzyplanetarnych krążowników jak małe dzieci bawią się mieczami – cóż z tego, że opakowanymi w niesamowitą technikę, wciąż tak nieutylitarnie archaicznymi. Bo bycie Złotym to bardziej droga niż cel i efekt. Bo trzeba pokazać się ludziom, stojąc wysoko i machając dumnie mieczykiem.
Oczywiście nie wszyscy Złoci są tacy. Można próbować być Złotym bez tej całej otoczki, z trudem walcząc o szacunek, narażając się na pogardę, w tym także Darrowa, narratora (a może i samego autora?) – tak jak Pliniusz, Złoty, który nigdy instytutu nie przeszedł, bohater negatywny, do którego jednak czuję sporo sympatii, choćby z tego powodu, że bierze się do rządzenia, przekonany, ze należy patrzeć raczej na analizy i konsultować się z ekspertami, a nie dumnie pokrzykiwać potrząsając żelazem.
Podoba mi się to podejście, ale mało to efektowne, niezbyt wyjątkowe i zupełnie nie Złote. Więc, tak jak prowadzi mnie książka, rozumiem niechęć, razem z innymi Złotymi okrzyknę go tchórzem i mięczakiem, zgodzę się, że nigdy nie zostanie przywódcą, nie osiągnie wielkości. Bo władzę ma ten, o kim ludzie myślą, że ma władzę, a Złoci nigdy nie zobaczą jej w tabelkach.

I wiecie, co jest w tym wszystkim naprawdę niezwykłe? Nie, nie Złota mentalność, nie Złota duma i widowiskowe Złote pojedynki, nie Niezrównani Naznaczeni z tak imponującymi bliznami. Mam na myśli coś zupełnie innego. To, jak dalece, jak wyrafinowanie, Pierce Brown pogrywa sobie z czytelnikiem. Poznajemy świat z punktu widzenia Złotych, angażujemy się w ich konflikty, rozumiemy ich motywy, mimo pewnej rezerwy czujemy się nimi zafascynowani. To Złoto przecież tak pięknie błyszczy! I tym samym zapominamy o Czerwonych. Oni są przecież mali, słabi. Przez chwilę żyjemy wraz z nimi, prowadząc trudne, proste życie, znajdując oparcie w rodzinie, pocieszenie w tańcu i alkoholu, gnąc karki. A potem wyruszamy między gwiazdy, i konia z rzędem temu, kto w czasie tej niezwykłej podróży cały czas emocjonował się najbardziej losem ciemiężonych członków najniższej kasty. Poznaliśmy Złotych, jednych pokochaliśmy, innych znienawidziliśmy. A ponadto wciągnęliśmy się w grę, pragnęliśmy zwycięstwa.
A więc przeżywamy dokładnie to samo, co główny bohater. Bo on jest szpiegiem – ale przywiązuje się do swojego nowego otoczenia. I sam staje się Złotym, Żelaznym Złotym – jest to Złoto w tym, jak mówi, w sposobie, w jaki działa. Jest sztuczką, by przeniknąć do szeregów wroga, jest sposobem na odnoszenie zwycięstw– ale staje się też częścią jego samego.

A ponieważ jest to niezmiernie złożona, gęsta od wydarzeń historia – tak, dziecko, które ją stworzyło, wzięło wszystkie zabawki z półki i nie przestawało szaleć, dopóki mama nie zawołała na obiad – nie tylko ten złoto-czerwony konflikt moralnie frapuje czytelnika. Trudne moralnie decyzje podejmowane są nieustannie. Weźmy chociażby całe zamieszanie na Europie – sprytny, acz niezbyt szlachetny podstęp Darrowa, zdrada, niespodziewane pojednanie i brutalny – lecz przecież nie bez powodu – koniec.

Tak mocnych scen jest ta jest w książce na pęczki. Sceny, które inny autor oszczędzałby na sprzyjającą okazję, napisałby może raz, na zakończenie, by chociaż na pożegnanie zawalczyć o uwagę czytelnika - cóż, dla Pierce’a Browna to tylko bilon, którym sypie na garści. Stać go. Stąd w co drugim, co trzecim rozdziale dzieją się takie rzeczy, że można spaść z fotela.

Akcja pędzi bez umiaru. Jest widowiskowa i dramatyczna, może nawet lekko przesadzona. Wszak czy to możliwe, by ten jeden dwudziestolatek podbił cały kosmos, wstrząsnął ładem zbudowanym z miliardów trybików, z milionów potężnych maszyn, jak wszystko w tej serii – w skali, o której nie sposób myśleć?

Ale przecież Darrow nie jest cudotwórcą. Jest właściwą osobą we właściwym miejscu i czasie, iskrą wywołującą pożar – nie on przyniósł drewno, nie on podlał je benzyną. I być może podczas lektury jakiś drobny sceptyczny głosik będzie nam szeptał, jakie to wszystko niewiarygodne, jak to możliwe, że w jego sztabie są w zasadzie tylko dzieciaki, jego znajomi? Ale o wiele silniejszy głos odezwie się za Piercem Brownem, za Kosiarzem… przecież wydarzenia mogły potoczyć się właśnie w ten sposób. Przecież Darrow ma wystarczającą pozycję wśród Złotej elity, jako Lansjer Nero au Augustusa, którego stare elity zostały rozbite i zastraszone, co więcej, jest mistrzem w pociąganiu za sobą tłumu, ba!, w wytwarzaniu wokół siebie kultu. Więc gasimy głosy wątpliwości, bo i my, czytelnicy, pragniemy walczyć ramię w ramię z Kosiarzem.

I znowu, jak przy zauroczeniu Złotym światem – możemy uwierzyć w to, co autor wprost napisał – w tego idealnego, podziwianego Kosiarza z Marsa. Możemy też sięgnąć trochę dalej i zobaczyć megalomanię i syndrom zbawiciela. A może nie jest to taki celowy zabieg? Może po prostu spod Darrowa wystaje autor, duży chłopiec który tak bardzo chciałby być wielkim szermierzem, pilotem statków kosmicznych, dowódcą galaktycznej armii? Czym jest „Złoty syn”? Czy to mądra, wspaniała, wzruszająca, prowokująca do przemyśleń książka – czy też sprawne warsztatowo, mamiące czytelnika spisane marzenia chłopca o rąbaniu mieczem i waleniu z lasera? Czy też może być jednym i drugim?

Próbuję tutaj przybrać maskę rozsądnego i obiektywnego krytyka literackiego, ale chyba nikogo na to nie nabiorę. Jeśli to historia rąbania mieczem i walenia z laserem, dajcie mi mój laser!

Ale trzeba więcej niż wymachiwania fikuśnym mieczem, by dołączyć do obsady RedRising. Bohaterów Browna nie definiuje zestaw skilli, ani nawet cech wypisanych na karteczce.
Na pierwszy rzut oka żaden z nich się nie wyróżnia, przyznam też, że myśli o żadnym z nich nie spędzały mi snu z powiek – jednak każdy jest jak żywy. Każdy ma swój charakter. Nierzadko są to dość schematyczne postaci – lecz czy ktokolwiek odważyłby się nazwać Nero au Augustusa schematycznym?
Tak jak w każdym innym aspekcie, dzieje się coś niewytłumaczalnego – całość jest niby zwyczajna, niby już nam znana - ale napisana niesamowicie, tak, że wszystko wydaje się arcydziełem.

Dlaczego tak się dzieje? Cóż, lubię myśleć o sobie jako o czytelniku dojrzałym, wnikliwie analizującym wszystko, co się rusza i jest książką, czy to najgorszy gniot, który nie przeszedł, czy to historie, która zrzuca mnie z fotela. Mogę dać się porwać autorowi, wiem jednak doskonale, do jakiego samochodu mnie wsadził i z jakiego materiału wykonano opaskę, którą zasłonił mi oczy. Umiem rozbebeszyć dzieło, rozbić je na czynniki pierwsze, każdego zamęczę szczegółową analizą literackich sztuczek i technik. Z tym większym więc zagubieniem przyznaję uczciwie, że nie wiem. Nie wiem, co takiego robi Brown, że to działa, że jego bohaterowie są tak fascynujący. Pozwala im zaistnieć w różnych sytuacjach, tworzy charaktery wyraźne, ale jednak nieoczywiste, ukazuje je w niebanalnych scenach, każdemu daje motywy, marzenia i obawy. Słowa są Brownowi posłuszne, układają się na jego żądanie. Mi brak ich nawet, by należycie wyrazić swój podziw, może więc, zamiast próbując sypać ogólnikami rodem na wypracowanie z polskiego postaram się przybliżyć wam ludzi, z którymi podróżujemy między gwiazdami.

Sevro – z pewnością ulubieniec wszystkich, bo pojawia się niezawodnie, gdy tylko trzeba złamać patos – a bez tego patosu mogłoby by być sporo, w końcu to najwierniejszy człowiek Darrowa, i w tym świecie pełnym zdrad i zła nawet tak cyniczny czytelnik jak ja wita go z otwartymi ramionami. Roque – spokojny, wrażliwy, nieszczęśliwy poeta. Jako chłopiec, umazany krwią, tuż po chrzcie, pocieszał Darrowa starannie dobraną metaforą. Opuścił instytut, dorósł i stał się mistrzem zabijania w kosmosie… a oprócz tego często próbował zaciągnąć Darrowa do teatru. Cassius au Bellona - dzielny rycerzyk, trochę Złoty w starym stylu – dumny i honorowy, a trochę chłopiec, który wciąż się bawi, i który w innych okolicznościach byłby najlepszym przyjacielem Darrowa, okładaliby się mieczami i razem skakali z asteroidy na asteroidę.
Eo – obecna głównie we wspomnieniach, lecz przecież na tym polega jej rola, w taką z entuzjazmem wskoczyła, postanawiając stać się snem – snem męża i całej galaktyki. Wizjonerka, marzycielka, idealistka. W naszym świecie, jak również w większości literackich światów byłaby nastolatką, co nie przeszkodziłoby jej stać się symbolem, ale u Pierce’a Brown ma szansę na coś więcej – jest dojrzałą, dorosłą, piętnastoletnią kobietą, żoną, która każdego dnia walczyła wraz z Darrowem o przetrwanie – w pewnym sensie bardziej to imponujące niż te wszystkie literackie skoki na barykady, bo bardziej prawdziwe. Ale nic tu nie jest proste, a Eo ma marzenie, które postawi nad swoją rodzinę – nad szczęście męża i nad własne życie. W akcie wielkiego altruizmu-egoizmu, dzieciniady-męczennictwa zmieni świat.
Lorn au Arcos – legenda galaktyki, stary mistrz, taki honorowy – ale przecież i on odwiesi honor na kołek, gdy nadejdzie taka potrzeba, bo ta historia nie może być taka prosta. Władczyni – mistrzyni gier. Fitchner – nasza chodząca niespodzianka, bohater, wielki przywódca, ukryty w masce głupkowatego wesołka, w dwójnasób niedopasowany do świata, bo zbyt słaby według innych Złotych, lecz zbyt Złoty, by walczyć wraz z PodKolorowymi. Żywe Srebro – wreszcie bohater, który ma niesztampowe, nieksiążkowe motywy by robić to co robi! (I dzięki za niego, bo inaczej można by odczytywać tą książkę jako manifest antykapitalistyczny). Eve – delikatna skrzydlata dziewczyna, która będzie teraz zabijać na prawo i lewo. Leto – młody i zdolny, nowa, błyszcząca gwiazda, konkurencja dla naszego idealnego Darrowa. Także cudowny złoty chłopiec, ale lepiej ułożony, mniej problematyczny, prawdziwy dziedzic Naro Augustusa.

Dlaczego wspominam w tym miejscu o Eve czy o Lecie, bohaterach którzy wystąpili na stronach kilkunastu? Ano właśnie dlatego, że mam co o nich napisać, nie mam żadnych wątpliwości, jacy oni są. Niektórzy autorzy przez kilkaset stron nie pozwalają głównemu bohaterowi zaistnieć - w książkach Browna aż wrze od niesamowitych charakterów, stłoczonych w jedną mieszankę. I jest to mieszanka iście wybuchowa, a wybuch, jak wiadomo, jednych wystrzeli miedzy gwiazdy, a innym pozwoli spłonąć.

Mustang. W końcu silna kobieca bohaterka. Pewna siebie. Bystra. Kształcąca się na Polityka, ale oczywiście Naznaczona – pamiętajmy, że jesteśmy Złoci, że by dobrze radzić sobie z piórem, trzeba wpierw udowodnić swoją wartość machając mieczem. Lojalna (Dość przypomnieć sobie jej pierwszą dłuższą rozmowę z Darrowem w tym tomie – kto ją źle ocenił, spotkał się z jej ciętym komentarzem. Oj tak, Mustang, nie jesteś suką w rui.) Błyskotliwa do granic arogancji, ochoczo sięgająca po kontrolę nad każdą rozmową. Dobra. Bez niej Darrow już w Instytucie spadłby w otchłań własnej wściekłości. I nie chodzi tu bynajmniej o kojący wpływ niewiasty. Jeśli Darrow był twarzą i sercem rewolucyjnego systemu, jaki stworzyli w Instytucie, to Mustang – stojącym za tym umysłem.
Jeśli natomiast chodzi o jej relację z Darrowem – cóż, to ostateczny dowód na to, że wątki romantyczne powinni pisać faceci – nie ma tu żadnego cukru, żadnego tandetnego melodramatu. Mustang owszem, w „Złotej krwi” jest przez Darrowa uratowana – ba, zdobywa on dla niej Olimp! – co kwituje po swojemu, ostro, błyskotliwie, mówiąc, że została damą w opałach, czego nienawidzi. Ale jej wypada, jej nie przynosi to żadnej ujmy, bo potem bierze olbrzymią część ich sił i wygrywa bitwę z największym wrogiem Darrowa. Co chętnie dałabym pod rozwagę autorkom powieści młodzieżowych. W ten sposób, moje drogie, tworzy się silne kobiety – widzicie, że to trochę co innego, niż dziewoja, która ma zawsze ze sobą przynajmniej jednego przystojnego chłopczyka, który będzie ją zapewniał, że jest silna, a ona przy nim rzeczywiście zaczyna odkrywać w sobie tą uśpioną siłę, i jejku, jaka jest dzielna, już nawet umie postawić się rodzicom?
Darrow kocha Mustang nie za błyszczące włosy, powabne kształty i pełne piersi, w których opisach utopiłoby nas wiele autorek, Darrow kocha ją za buty oparte na stole w sali narad. Za to, że gdy knują swoje plany, czytają sobie nawzajem w myślach. Za to, że to ona przypomniała mu w Instytucie o jakie społeczeństwo walczy.

Ale postacią do której żywię największą sympatię jest Szakal. Jak mogłam nie pokochać bohatera, który, gdy wróg przyszpila mu dłoń do stołu i sugeruje, by ją sobie odciął, aby uciec, stwierdza, że jego bronią jest umysł i… odcina dłoń. Rasowy odcięty od uczuć psychopata. Złoty do szpiku kości – a jednocześnie ktoś inny od wojowniczych, hardych Darrowów i pięknych, dumnych Cassiusów czy sarmackich Telemanusów. Syn ArcyGubernatora Marsa, który miast zajmować się dowodzeniem armiami dłubie sobie nieco na boku, działa przez pośredników, interesując się technologiami i miękkimi sposobami wywierania wpływu, co oczywiście jest dla Złotych oznaką największego upadku. Taki drobny, niepozorny, niedoceniany przez rodzinę, bardzo bystry, nieludzki i bezwzględny chłopiec. Oczywiście, to jak rozwinął go autor w Gwieździe Zarannej wybitnie nie przypadło mi do gustu.

Ale to sytuacja naprawdę wyjątkowa. W większości przypadków całym sercem zgadzam się z wyborami podejmowanymi przez autora, z jego pomysłami na poprowadzenie fabuły i bohaterów. A przynajmniej zgadzam się wtedy, gdy mam czas o tym pomyśleć, uświadomić sobie, że te wydarzenia zostały zaplanowane przez gościa z naszego świata, siedzącego sobie wygodnie na fotelu. Zgadzałabym się, cokolwiek by nie napisał.
Bo tak niesamowitą historie opisał Pierce Brown. Nie jest tak, jak w wielu książkach – że zaklinam autora, by wybrał jedno sensowne w moim mniemaniu rozwiązanie, nie podszeptuję „zdradź, oszukaj, niech to będzie podstęp”. W RedRising jesteśmy w takim miejscu, z którego nie da się dojść na literacką mieliznę nudy, tandety, przewidywalności czy przesłodzenia – takie obszary są lata świetlne od nas. Stąd przyjmuję za dobrą monetę wszystko, co wyczytam. Jeśli jakiś bohater postąpi źle – to cieszy się moje czarne, literackie serce; jeśli postąpi dobrze cieszy się czerwone – złote? – szczere serce, to serce, które żyje w Układzie Słonecznym i dobrze życzy przyjaciołom.
Zresztą, o czym ja mówię – źle? Dobrze? Czym jest dobro i zło?

Autor tego nie wie, czytelnik nie wie, bohaterowie nie wiedzą. Nie wie nawet ten wspaniały Darrow, Kosiarz, który wyląduje na sztandarach i poprowadzi armię. Na razie może tylko unieść dumnie głowę i robić to, co wydaje mu się słuszne – w zastępach Złotych walczyć o sprawę Czerwonych. Nawet jeśli ta walka to jak na razie walka jednych Złotych z drugimi, a on stanie po stronie ArcyGubernatora który uciska jego lud, w imię którego zabito jego żonę – przeciwko rodzinie, który walczy z nim, bo zabił ich syna, brata… tak, Darrow zabił młodszego brata swojego niegdyś najlepszego przyjaciela. Miłego, życzliwego, pogodnego chłopca, z którym wcześniej się zaprzyjaźnił.

Uwielbiam te książki. Gdyby stawką było więcej tak niesamowitych powieści, daje słowo – uruchomiłabym mój statek i wyruszyła na kosmiczną wojnę.
Modląc się, by to nie Kosiarz z Marsa i Virginia au Augustus walczyli po przeciwnej stronie.

<RECENZJA ZAWIERA SPOILERY PIERWSZEGO TOMU>

Chłopcy lubią bawić się mieczami.
A kiedy taki chłopiec dorasta, rzuca plastikowy miecz świetlny i zabiera się za pisanie, a następnie okazuje się, że jest w tym rewelacyjny… otrzymujemy serię Red Rising.

Jedną z najbardziej niesamowitych historii, jakie poznałam. Wykreowany z olbrzymim rozmachem świat. Wszechobecne...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

„Firstlife” to cokolwiek osobliwy twór książkopodobny. Pełen wad i naprawdę pociesznych niezręczności, mógłby dostarczyć wspaniałej rozrywki osobie tak złośliwej jak ja. Jednak – mimo, że głupoty bohaterów, świata przedstawionego i fabuły brały udział w naprawdę fascynującym wyścigu, stosując wszystkie możliwe chwyty, byle tylko objąć prowadzenie – pozycja Geny Showalter przede wszystkim mnie wynudziła. Brnęłam przez nią jak przez śmierdzące bagno w czterdziestostopniowym upale.
Tak, kiedy już zostanę surową matką, każę moim dzieciom jeść szpinak i czytać „Firstlife`a”. A wówczas, zobaczycie, polubią szpinak.

Gdybym miała opisać tę książkę w dwóch słowach, postawiłabym na „dla nastolatków”. Trochę niekonsekwentnie, bo przecież zawsze zaciekle stoję na straży stanowiska, że wśród literatury młodzieżowej można spotkać dzieła wybitne. Lub po prostu bardzo dobre, mądre, wciągające, psychologicznie głębokie, prezentujące nieoczywistą moralność.
Ale nie mogę zaprzeczyć, że książki młodzieżowe od razu nasuwają skojarzenie z określonymi wadami, nie są od nich wolne nawet pozycje dobre. Wszystkie te stereotypowe cechy młodzieżówek, spotęgowane do rozmiarów karykaturalnych, odnajdziecie w „Pierwszym życiu” - ich nagromadzenie pozwala podejrzewać spisek. Już po kilkudziesięciu stronach zabrałam się do dokładnych oględzin okładki, pewna, że natrafię gdzieś na podtytuł „dlaczego literatura YA zabija szare komórki”.
Po przeczytaniu tej pozycji być może z uśmiechem na ustach wrócę do lektur szkolnych.

Być może powinnam najweselsze zostawić na koniec, ale lektura do tego stopnia wyczerpała mnie psychicznie, że teraz, jak uważam, należy mi się odrobinę przyjemności. Tą recenzję zaczniemy od deseru.
Na końcu tej książki znajduję się króciutki dodatek zatytułowany „tematy do dyskusji”.
Na końcu tej książki wypunktowano czytelnikowi „tematy do dyskusji”.
Spisane tematy do dyskusji. W książce. Wydane drukiem. W książce.
Wybaczcie mi powtórzenia, ale takie rewelacje naprawdę potrafią zawiesić mózg. Dla jasności – jestem naprawdę wdzięczna wydawnictwu za ten urokliwy przerywnik humorystyczny. Przy lekturze tych z górą czterystu stron nie było mi aż tak często do śmiechu, brnęłam wszak przez bagno, nawet jeśli to bagno opowiadało dowcipy i fikało koziołki. Ale te „tematy do dyskusji” to było dopiero coś! Rozrywka w czystej postaci. Powinni to wydać osobno, zaraz nabyłabym i wystawiła tu nawet wysoką ocenę. Wszak najlepsi parodyści nie wpadliby na coś takiego.
Mam naprawdę olbrzymią, szczerą nadzieję, że to ludzie z wydawnictwa postanowili zabawić się w ten sposób; gdyby ten twór był pomysłem autorki… cóż, taka megalomania może być zwyczajnie szkodliwa. Zwłaszcza, że tu już nie chodzi tylko o nieumiejętność oceny własnego dzieła – bądź co bądź każdy autor żyje swoją historią, nie jest obiektywny, może kiepsko przelewać owoce swojej wyobraźni na papier, ale w głowie ma interesującą historię, wie po prostu rzeczy, których nie napisał. Tylko jak można sądzić, że książka jest wartościowa, skłoni do refleksji, sprawi, że czytelnik będzie myślał o poruszonych w niej problemach – a jednocześnie uznać, że czytelnikowi temu trzeba podać na tacy gotowe pytania, aby na pewno sobie porządnie przemyślał to, co trzeba? Jak można mieć w sobie tyle arogancji, by kończyć te pytania słowami „podaj konkretne przykłady z książki”? Dobrze, że nie pojawiło się jeszcze „zapisz odpowiedzi na kartce a4 w linie”. Jeśli zaś chodzi o schemat punktowania odpowiedzi, to podejrzewam, że w moim wydaniu gdzieś się zagubił.
Ale nie żałuję, bynajmniej nie żałuję, spędziłam bowiem pół godziny, turlając się na dywanie po śmiechu po przeczytaniu pytania „Które fragmenty książki najbardziej skłoniły cię do przemyśleń?”. Odpowiedziałam na nie, a jakże, jak przystało na posłusznego czytelnika dla pani Showalter. Otóż, niestety, jestem już stara i zgorzkniała, nie jest to pierwsza ani nawet dziesiąta pozycja tak idealnie beznadziejna, nie wpędziła mnie więc w zadumę nad kondycją wszechświata i dalszymi kierunkami rozwoju czytelnictwa. Myślałam za to bardzo intensywnie, niemal na każdej stronie, chciałam bowiem wypunktować i wyśmiać chociaż najpoważniejsze idiotyzmy.

Sam pomysł za to wcale nie jest głupi. Ryzykowny, powiedziałabym – szczególnie, że budzi skojarzenia z niebem i piekłem – ale intrygujący i niezużyty. Szkoda, doprawdy szkoda, że trafił pod tak niekompetentne pióro. Autorka poległa już na etapie konstrukcji świata – chociaż obawiam się, że i to jest dla niej zbyt wielkim komplementem. Ona nawet nie spróbowała przekonująco odmalować nam świata, w którym każdy wie, że po śmierci trafi do jednej z dwóch sfer. W zasadzie nie wiemy nic o Trojce i Miriadzie – coś tam o ich krajobrazach, coś o tym, że Trojka wierzy w wybaczenie i sztywne zasady moralne, Miriada natomiast hołubi bezwzględność i oferuje przyjemności. Już na tym etapie wychodzi brak przemyślenia u autorki – ani to nie jest konflikt dobra ze złem (bo gdyby tak było nasza główna bohaterka powinna przecież pójść grzecznie do nieba, a nie rozważać piekło), ani obie frakcje nie zostały rzetelnie przedstawione, opisane wraz z ich zaletami i wadami, wiadomo przecież, że co złe, to Miriada.
Mogłabym jeszcze narzekać, że mizernie przedstawiono świat Pierwszego Życia, nie jest ukazany wpływ, jaki świadomość, że śmierć to tylko przejście w inne miejsce, wywarła na ludzi. Brakuje wyjaśnienia, jakimi zasadami rządzi się to społeczeństwo, jak może funkcjonować coś takiego jak Prynne, jak rozpoznawano zwolenników dwóch sfer, w jaki sposób to wpływało na relacje międzyludzkie, na władzę. Mogłabym długo wymieniać interesujące, a pominięte kwestie – ale byłoby to z mojej strony kopaniem leżącego.

Co jest osią tej miałkiej fabuły? Jakżeby inaczej - Tenley, niezdecydowana nastolatka, której decyzja może wpłynąć na wynik wojny. Jest to cokolwiek tanie zagranie – ale kupiłabym je bez mrugnięcia okiem, gdyby tylko było przyzwoicie opisane. Jak jest opisane?
Ten siedzi w zakładzie dla obłąkanych, torturowana i poniżana na każdym kroku (ach! ach! jakie to straszne!), nie chce podjąć decyzji, wobec tego każda ze stron wysyła jej niezwykle przystojnego rekrutera. I przez następne czterysta stron zastanawiamy się, który rekruter jest przystojniejszy. (A tak naprawdę to nie, wiadomo, który, bo autorka nawet tu napięcia czy niepewności nie potrafi stworzyć).

Wszystko to jest blade. Niewiarygodne. Często odnosiłam wrażenie, że powieść wyszła spod pióra dziesięciolatki, która tak koniecznie starała się wydawać dorosła i poruszać dorosłe tematy. Jak to wpłynęło na poziom książki i na jej dojrzałość – tak, autorko, na dojrzałość przede wszystkim – zapewne już się domyślacie.
Po kolei. Najpierw mamy przezabawną korespondencję tych rekruterów, zwanych nie wiedzieć czemu Robotnikami, z ich zwierzchnikami. (No dobrze, przekonywanie pierwszożyciowców do wybrania określonej sfery to faktycznie robota jak najbardziej fizyczna, w świecie wykreowanym przez Showalter może paść parę argumentów, jednak przeważnie wystarczy cel po prostu uwieść, za dobrym seksem ludzie przecież pójdą wszędzie. Czyż nie, Geno, zagorzała katoliczko?). Robotnicy są obaj, jak jeden mąż, w tym samym stylu, niesamowicie żałośni w swojej bezczelności. Tak, także ten z Trojki, która ceni sobie zasady jednakowe dla wszystkich. Pewnie tak dziecko wyobraża sobie, co odpyskowałoby dorosłym, gdyby tylko mogło. Bo przecież to jest takie fajne, kiedy oznajmia się przełożonemu, że nie będzie się go słuchać i że ma się go w nosie. Bo przecież minister, taki dzielny i silny gość, na pewno mówi do premiera per „debilu”. Nie? To nie tak działa ten magiczny świat dorosłych?

Dalej mamy opisy tortur. Tu sprawa jest nieco poważniejsza, przecież autorka zaręczyła, że Ten była wielokrotnie brutalnie bita. (Raz wychłostano ją, cytuję dokładnie, BO PONIEWAŻ. Ot, kolejny przejaw syndromu zbuntowanego dziecka, gdyby świat Showalter miał jakiekolwiek logiczne postawy, wychłostano by ją za karę za jakieś absurdalne przewinienie, a jeśli nawet bez powodu – nie byłoby to dla bohaterki szokujące po długim przebywaniu w tak brutalnym środowisku, nie akcentowałaby też tego, że ukarano ją bez przyczyny, bo co to za różnica – cierpieć za nic, czy cierpieć za rzekome krzywe spojrzenie rzucone strażnikowi). Nie widać oczywiście w jej zachowaniu niczego, co świadczyłoby o traumie. Mieszkańcy zakładu nie mieli prawa do prywatności, podglądano ich na przykład podczas mycia, o próbach gwałtu nie wspomnę – ale po głównej bohaterce spływa to jak po kaczce, nie ma w niej choćby żadnego strachu przed obnażaniem się.
We wspomnieniach Ten, tam, gdzie autorka może zaręczyć na słowo i nie musi trudzić się pokazywaniem, zakład jawi się jako okropne miejsce. Sceny przeczą temu wizerunkowi. Kiedy Ten podpada sadystycznemu dyrektorowi ośrodka, ten nakazuje przywiązać ją do łóżka, a następnie zmywa jej ze ściany kalendarz. Dotarło do was za pierwszym razem? Bo do mnie nie. W ramach tortur zabierają jej kalendarz. Innym razem autorka decyduje się na opisanie naprawdę poważnych tortur – i przybierają one formę zastrzyku z trucizną wywołującą ból. Straszliwy ból, oczywiście, ale, powiedzmy sobie szczerze – kogo obchodzą te słowa i autor, który zaręcza i zapewnia, że boli? A dalej jest jeszcze lepiej. Bohaterka pyta bowiem wówczas drwiąco, czy Pan Zły boi się i nie potrafi skrzywdzić jej bardziej konwencjonalnie – powyrywać jej paznokci albo chociaż pobić, jak rozumiem. Bardzo chciałabym zadać to samo pytanie autorce. Zastanawiam się, jak autorka mogła nie zdawać sobie sprawy z ironii sytuacji. Jak widać nie zdawała – i po raz kolejny niechcący zadrwiła sama z siebie.
Dla dopełnienia tego radosnego obrazka mamy jeszcze Ten broniącą się przed gwałtem. Zdołała zabić strażnika, który wlazł do jej celi – okej, rozumiem, nie jest to niemożliwe. I… nic się nie stało. Inni strażnicy postanowili zemścić się na niej… za cztery miesiące. A wtedy udało się ich pobić, więc nie ma problemu. Chociaż nic nie wskazuje na to, by zemsta na jednym z więźniów była trudna, albo by sprawy takie jak usiłowanie gwałtu należało tuszować. Oczywiście, to tylko czcze domysły, zasady funkcjonowania ośrodka są w najlepszym razie mętne. W ten sposób dostajemy miejsce, gdzie rodzice mogą zlecić tortury dzieci, aby przekonać je do zrobienia tego, czego od nich oczekują. W porządku, jako wielbicielka dystopii nie wzdrygam się przed tym pomysłem. Ale – uwaga, uwaga! – wystarczy skończyć osiemnaście lat, by odzyskać wolność, dorosłego nie mogą przetrzymywać wbrew jego woli. Aż chce się potrząsnąć książką, licząc na to, że spomiędzy jej kartek wypadną w końcu odpowiedzi – to jakie zasady w końcu panują w tym świecie? Kto je egzekwuje? Kto sprawia, że nie można więzić osiemnastolatków – ale jednocześnie można zrobić wszystko z dziećmi? Co, prawa człowieka nie mają zastosowania dla nieletnich? Nie kpię sobie, tylko proponuję jakiekolwiek rozwiązanie problemu. Neal Shusterman opisał taką sytuację bardzo przekonująco, było to co prawda trochę nielogiczne, ale spójne wewnętrznie, kompletnie zbudowane. A to już dużo.

Aby już całkowicie wyczerpać kwestię niedojrzałości, muszę jeszcze wspomnieć o jednym z najbardziej niesmacznych elementów tej powieści – licznych nieprzyzwoitych żartach i aluzjach. I to nie wychodzących bynajmniej z ust tych strasznych i złych strażników, ale głównych bohaterów. Ponieważ jesteśmy w zakładzie, gwałty są tu na porządku dziennym, sama główna bohaterka z trudem uniknęła napaści – ale nie, żartujmy sobie z seksu. Zrozumiałabym, gdyby taka tematyka stanowiła logiczną konsekwencję brutalnego środowiska, celową wulgarność dla dodania książce klimatu i ostrości przywitałabym z otwartymi ramionami. Ale firstlife`owe nieprzyzwoitości przypominają rozmowy dziesięciolatków, którzy strasznie chcą być dorośli i zdeprawowani. Bo serio, określenie „bimbały” na piersi?

Nie lepiej prezentuje się główna bohaterka. I nie mam na myśli jej legendarnej niekonsekwencji. Wielu czytelników to właśnie ona w tej postaci najbardziej przeszkadza, ja mam w sobie sporo wyrozumiałości dla wahań podczas podejmowania istotnych życiowych decyzji – a powodów do irytacji na Ten nie zabraknie. Waha się, nie potrafi ostatecznie zdecydować – w porządku. Ale skoro sprawa jest tak ważna, czemu nie poświęca jej ani jednej myśli? Jedynie ktoś wyjątkowo bezmyślny, lub, jak w tym wypadku – papierowy – stojąc przed najważniejszą życiową decyzją, nie rozważa dostępnych opcji, nie bije się z myślami, nie wylicza w głowie argumentów, nie zastanawia się, skąd zyskać wiarygodne źródła informacji…

Tymczasem jedynym, co konsekwentnie egzystuje w przestronnym, acz niezbyt bogato umeblowanym umyśle protagonistki, są liczby. I fakt ten jest dla nich wielką obrazą. (Naprawdę lubię liczby. To dość poważny instrument używany w Matematyce i patrzeć nie mogę, gdy ktoś je w tak okrutny sposób znieważa). Ten traktuje liczby „trzy”, „pięć” jak jakieś encyklopedyczne hasła, do których ma przyporządkowane informacje. Stąd biorą się takie urocze kwiatki jak „trzy jest jedyną liczbą, która jest sumą wszystkich liczb od niej mniejszych”. Stąd bierze się moja dzika furia.
Liczby. Jeden, dwa, trzy, cztery… To by było na tyle, jeśli chodzi o liczby. Bo po co nam więcej? Że fizyka, że długi, że komputery? No, to przecież proste, jeden komputer, dwa komputery… Błagam, litości! Przecież rozpowszechniając takie myślenie, cofniemy się do zaznaczania nacięciami na patyku, ile owiec wróciło z pastwiska!
Dla dopełnienia obrazu matematycznej żenady, jak również dla pełnego uzasadnienia wniosku o przymusowe skierowanie autorki na szkolenie z królowej nauk przytoczę jeszcze rozkładanie olbrzymiej liczby na czynniki pierwsze w pamięci. Jeden z tych czynników był czterocyfrowy! Bohaterka wykonała to działanie automatycznie, szybko, tak samo szybko, jak dodawała w zakresie dziesięciu. Coś takiego byłoby możliwe, tylko gdyby była sztuczną inteligencją lub miała jakieś zaburzenie umysłowe – ponieważ umysł, nawet umysł geniusza, nie funkcjonuje w ten sposób.
Powróćmy nieco bliżej literatury, mój wewnętrzny matematyk już się zagotował i potrzebuje urlopu wypoczynkowego. Jakby komuś nie wystarczyły przykre błędy matematyczne, dochodzi do nich położona na łopatki psychologia - Ten jest w swojej obsesji wyjątkowo niewiarygodna. Weźmy choćby Julię Ferrars z Dotyku Julii – tam także główna bohaterka odczuwała fascynację liczbami, nie rozumiejąc ich przy tym za dobrze i nie interesując się ciekawszymi sprawami z nimi związanymi – jednak można było poczuć, że faktycznie są one dla niej ważne, stanowiły jeden z objawów obłędu – podczas gdy Ten jest całkowicie zdrowa psychicznie, pobyt w zakładzie nie wpłynął na nią w żaden sposób, za każdym razem, gdy wspomina o liczbach, brzmi to sztucznie. Fascynacja liczbami plus pobyt w zamkniętym ośrodku nasuwają jednoznaczne skojarzenia z serią Taherah Mafi – na czyją korzyść wypada porównanie, nie muszę chyba nawet pisać.

Jest w kreacji Ten jeden niefatalny element – nie zawsze postępuje ona altruistycznie. Autorka próbowała opisać postać twardą, ciężko przez życie doświadczoną, przyzwyczajoną do przedzierania się przez życie kopniakami, bezwzględną – i chociaż próby te wyszły jej tak, jak cała reszta, czuję się zobowiązana je docenić. Bądź co bądź, lepiej polec przy stwarzaniu niejednoznacznej postaci, niż przy pisaniu trójkącika miłosnego.

Teraz, gdy nieuchronnie dochodzę do omówienia wątku romantycznego, nachodzi mnie nieodparta ochota, by odwrócić z zażenowaniem oczy i chrząknąć z zakłopotaniem, a następnie rzucić niewinną uwagę o pogodzie. Może być? Darujecie mi?
Dobrze, poczucie obowiązku nie pozwala mi na to wygodne wyjście z sytuacji. Rozbebeszyłam książkę, rozpoczęłam tortury, wypada więc kontynuować je nawet wtedy, gdy pojawiają się cokolwiek niesympatyczne flaki. W porządku, przejdźmy przez to szybko.
Wątek romantyczny zajmuje w książce nieproporcjonalnie wielką objętość.
Autorce wydaje się, że szczenięce zauroczenia są idealnym, a może nawet jedynym motywem przy podejmowaniu decyzji o sposobie spędzenia reszty wieczności.
Autorka chciałaby napisać modny trójkąt miłosny, podczas gdy jeden z wierzchołków trójkąta jest taki atrakcyjny i mhroczny, taki pogubiony, taki atrakcyjny, taki wyjątkowy, taki atrakcyjny, tak się zmienia dla głównej heroiny, jest też taki atrakcyjny… Drugi jest jedynie atrakcyjny, lubi nieprzyzwoite żarty, ale nie pojawia się żadna sytuacja z nim w kontekstach romansowych, służy wyłącznie do tego, by pokazać, że główna bohaterka, gdyby chciała, toby mogła, o! Rezerwą jest, po prostu.
Autorka chciała opisać złożoną, głęboką i uczciwą relację. Opisała parkę roznoszonych hormonami małolatów.
Autorka chciała przedstawić Pana Mhrocznego jako tego, któremu wydaje się, że może mieć każdą dziewczynę, zdobywa je na setki za pomocą paru czułych słówek i nieprzyzwoitych propozycji, zmienia się jednak dla głównej bohaterki i odsłania swoją prawdziwą naturę, zasługując tym samym na jej szczere uczucie i dowodząc, że najważniejsze jest wnętrze. Przedstawiła Pana Mhrocznego, który poderwał główną bohaterkę na swoje nieprzyzwoite propozycje, a jeśli odsłonił jakiekolwiek wnętrze, to okazało się ono zbyt płytkie, by można było je zaobserwować (co przeszkodziło mi w udzieleniu poprawnej odpowiedzi na pytanie „Dlaczego Pan Mhroczny zmienia podejście do Heroiny?” Siadaj, pała!). Relacja tej uroczej parki sprowadza się do fizycznego pożądania.
Na deser – aby nie było, że jestem w swych kpinach gołosłowna – opiszę wam moment, w którym Ten zaczęła coś czuć do naszego przystojniaka. By było jeszcze zabawniej – wiedziała, że się nią manipuluje, że ma skłonić ją do wybrania jednej ze stron; całe spotkanie było zaaranżowane przez władze ośrodka, w którym miesiącami ją katowano. Rozumiała też, czemu służy wyjątkowo bzdurne „ćwiczenia na zaufanie” – ona miała się przewrócić, lovestorant miał ją złapać. Złapał ją, a więc poczuła się wzruszona, poruszona i skłonna obdarzyć zaufaniem. Czy widzieliście kiedykolwiek coś równie idiotycznego?

Widziałam wiele podobnych idiotyzmów. Ja to książkopodobne coś przecież przeczytałam.
Autorka w wywiadzie przyznaje się, że „największą sympatią darzy”, kto by się spodziewał, dwóch facetów z trójkącika.
No dobrze, przecież każdy autor ma swoje preferencje, podejrzewam też, że wiele autorek romansów skrycie wzdycha do swoich postaci… i o ile nie przy tym nie przecukrzą, nie stworzą ideału, to nie jest jeszcze tak źle. Dlaczego Showalter darzy „chłopców” hmm… sympatią?
„Bo jestem tygrysicą! Miau! To znaczy, wrr! Kocham tych seksownych niegrzecznych chłopców i ich złote serca. I umięśnione ciała.”
To się na szczęście samo komentuje, bo z głową w biurku ciężko mi wykrztusić choć kilka składnych słów. Rozważam żądanie od wydawcy odszkodowania celem pokrycia kosztów leczenia psychiatrycznego na skutek doznanego ciężkiego urazu psychicznego (oraz kosztów zakupu nowego biurka).

Ale jeszcze, jeszcze, o tym, jak głęboko pani Showalter wnika w świat swoich postaci. Jak bardzo liczy się dla niej wnętrze, to wnętrze, o którym tak trąbi w wywiadzie i „pytaniach do dyskusji”.
W książce co najmniej dwukrotnie pada cytat w rodzaju „jest brzydka, ale nie zasługuje na złe traktowanie”.
Cóż, pani Showalter. Pani książka jest głupia, ale zasługuje na recenzję.

„Firstlife” to cokolwiek osobliwy twór książkopodobny. Pełen wad i naprawdę pociesznych niezręczności, mógłby dostarczyć wspaniałej rozrywki osobie tak złośliwej jak ja. Jednak – mimo, że głupoty bohaterów, świata przedstawionego i fabuły brały udział w naprawdę fascynującym wyścigu, stosując wszystkie możliwe chwyty, byle tylko objąć prowadzenie – pozycja Geny Showalter...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Więcej opinii

Aktywność użytkownika Ixina

z ostatnich 3 m-cy
2026-02-06 01:00:37
Ixina Zagłosował w plebiscycie "Książka Roku 2025"
2026-02-06 01:00:37
Ixina Zagłosował w plebiscycie "Książka Roku 2025"

ulubieni autorzy [4]

Pierce Brown
Ocena książek:
8,0 / 10
7 książek
3 cykle
Pisze książki z:
87 fanów
George R.R. Martin
Ocena książek:
7,2 / 10
100 książek
16 cykli
Pisze książki z:
6152 fanów
Rafał Kosik
Ocena książek:
7,3 / 10
65 książek
4 cykle
1013 fanów

Ulubione

Carlos Ruiz Zafón Cień wiatru Zobacz więcej
Antoine de Saint-Exupéry Mały Książę Zobacz więcej
J.K. Rowling Harry Potter i Insygnia Śmierci Zobacz więcej
Albert Einstein - Zobacz więcej
George Orwell Folwark zwierzęcy Zobacz więcej
J.K. Rowling Harry Potter i Insygnia Śmierci Zobacz więcej
Lauren Oliver Delirium Zobacz więcej
Lauren Oliver Delirium Zobacz więcej
Cornelia Funke Atramentowe serce Zobacz więcej

Dodane przez użytkownika

Leigh Bardugo Szóstka wron Zobacz więcej
Kristin Cashore Wybrańcy Zobacz więcej
Leigh Bardugo Szturm i Grom Zobacz więcej
Lois Lowry Dawca Zobacz więcej
Alexandra Bracken Nigdy nie gasną Zobacz więcej
George R.R. Martin Nawałnica mieczy: Stal i śnieg Zobacz więcej
Amy Engel Misja Ivy Zobacz więcej
Allen Zadoff Jestem misją Zobacz więcej
Feliks W. Kres Galeria złamanych piór Zobacz więcej

statystyki

W sumie
przeczytano
42
książki
Średnio w roku
przeczytane
3
książki
Opinie były
pomocne
359
razy
W sumie
wystawione
42
oceny ze średnią 5,7

Spędzone
na czytaniu
278
godzin
Dziennie poświęcane
na czytanie
4
minuty
W sumie
dodane
10
cytatów
W sumie
dodane
0
książek [+ Dodaj]