Jedną z najważniejszych cech literatury science fiction jest dla mnie jej funkcja ostrzegawcza. W najnowszym zbiorze opowiadań Peter Watts przestrzega nas przed dramatycznymi konsekwencjami dalszego powierzania naszej prywatności w ręce wielkich korporacji, mówi o rosnącym wpływie sztucznej inteligencji oraz algorytmów na funkcjonowanie społeczeństw, pokazuje świat, w którym niepohamowana konsumpcja doprowadza do znaczącej degradacji środowiska naturalnego i postępujących zmian klimatu, zastanawia się nad kwestią delegowania winy i odpowiedzialności w realiach coraz większego uzależnienia od technologii, snuje wizje inwazyjnych - i moralnie wątpliwych - metod ulepszania człowieka na polu bitwy (bo na co żołnierzowi świadomość i wyrzuty sumienia? Wystarczy, aby wykonywał rozkazy), zwraca uwagę na systematyczne podkopywanie swobód obywatelskich.
Autor swobodnie łączy powyższe tematy z intrygującymi, futurystycznymi koncepcjami w rodzaju „co jeśli?”. Co jeśli 15 milionów umysłów połączy się w jeden na 21 sekund? Co jeśli napotkamy we wszechświecie inny rodzaj życia, które nie będzie zdawało sobie nawet sprawy, że stanowi potencjalne zagrożenie dla naszego przetrwania? Jak zareaguje społeczeństwo po przekroczeniu punktu, w którym nie ma już dla nas ratunku? Co się stanie, jeśli (kiedy!) teoria martwego internetu się urzeczywistni? Czy zezwolimy innym umysłom niż tradycyjnie ludzkie na rozwój i uznamy ich prawo do samostanowienia? Co jeśli damy ludziom możliwość zbombardowania dowolnego miejsca na kuli ziemskiej w drodze głosowania? Czy za pomocą mikrobioty jelitowej można zaprogramować określone zachowania? Czy świadomość jest energetycznym obciążeniem i inteligentny, niezwykle złożony system będzie dążył do jej minimalizacji? Czy AI nas wszystkich wykończy, a jeśli tak, to dlaczego prawdopodobnie nie będzie to przypominało wizji rodem z filmów science fiction?
Peter Watts jawił mi się kiedyś jako pisarz mroczny i depresyjny. Paradoksalnie po przeczytaniu tego zbioru, w którym świat chyli się ku upadkowi, a ludzie popychają go w stronę otchłani jeszcze skuteczniej, zmieniłem moją opinię. Ostatecznie w wielu opowiadaniach bohaterzy potrafią podjąć trudną, niepopularną decyzję, czasami w desperacji starają się uratować świat krzywdząc jednocześnie jednostki, innym razem stają w kontrze do rozwiązań łatwych i bezpiecznych. Niekiedy jednak to zło wygrywa: zaufanie zostaje zdradzone, zbrodnia popełniona. Watts słusznie moim zdaniem zauważa w pierwszym eseju, iż prawdziwą tragedią tych opowiadań jest fakt, że świat przestawiony dochodzi do punktu, w którym te brutalne rozwiązania są najlepszą opcją na przetrwanie. Dlatego po przeczytaniu tego zbioru postrzegam twórczość tego autora nie jako wyraz jego rozczarowania gatunkiem ludzkim, lecz jako krzyk rozpaczy, upust złości – „obudźcie się, do jasnej cholery, bo jeśli dalej będziemy postępować w określony sposób, to skończymy tam, gdzie bohaterowie moich opowieści”. Być może utwory Wattsa są odrobinę paranoidalne (choć nie do tak wielkiego stopnia, jakbyśmy chcieli, aby wskazywała na to rzeczywistość), być może nie oferują (przeważnie) klarownych alternatyw, realistycznych rozwiązań w oparciu o to co wiemy o ludzkiej naturze i ekonomii nastawionej na zysk, z drugiej strony pisarz ten świetnie zarysowuje wektory zagrożeń współczesnego świata i jest to bezdyskusyjna wartość jego tekstów. A jego „wake-up call” działa niczym kubeł zimnej wody.
Niektóre tematy w zbiorze powtarzają się, świat przedstawiony wydaje się wspólny dla wszystkich tekstów, choć wydarzenia osadzone są w różnych punktach na linii czasu. Dialogi - bardzo dynamiczne i merytorycznie wciągające. Pamiętam, że 10 lat temu miałem lekki problem z czytaniem Wattsa, bo tak często treść wymagała rozumienia domyślnych kontekstów. Gdy już trochę głębiej siedzisz w tym hard SF i przyswoiłeś odrobinę wiedzy poprzez absorpcję treści popularnonaukowych, te dialogi są niebywale interesujące. Nie ma w nich grama waty słownej, okrojone do absolutnego minimum, tak że czytelnik wierzy w ich autentyczność (na zasadzie: widać, jak rozmawiają ze sobą dobrze poinformowane strony) i jednocześnie sprawiają niebywałą intelektualną przyjemność z podążania za autorem i samodzielnego wypełniania podtekstów znaczeniowych. Podoba mi się, że Watts traktuje mnie jak równorzędnego partnera w dyskusji.
Głównym tematem większości publicystycznych esejów jest pojęcie świadomości oraz jak odnosi się do takich zjawisk jak inteligencja, instynkt przetrwania, zdolność odczuwania emocji. Bardzo ciekawe, choć dla kogoś kto słuchał wielu wywiadów z Peterem Wattsem nie jest to coś nowego. Na szczególną uwagę zasługuje tutaj teoretyczna zasada minimalizacji wolnej energii w kontekście świadomości (sformułowana przez neurobiologa Karla Fristona, rozpowszechniona w książce Marka Solmsa „The Hidden Spring” z 2021 roku).
Na końcu przejdźmy do tematu, którego nie chciałem poruszać, a który wydaje mi się niestety najważniejszy. Wydawnictwo Vesper (ciężko uwierzyć, że to mówię) dało ciała z korektą. Prawdopodobnie jest tu tyle błędów ile we wszystkich pozostałych książkach wydawnictwa jakie posiadam. Nie mam ochoty od nowa napędzać się negatywnymi emocjami na sam koniec wywodu, skopiuję po prostu to, co napisałem już wcześniej w mediach społecznościowych:
„Ponad 100 błędów na pewno. Niekonsekwencja płci bohatera (widział/widziała), rzeczy typu "nigdy w życiu nie doświadczyłem czegoś podobnego w życiu" (ilustracja zasady, nie przykład 1:1), złe odmiany (notorycznie), głupotki typu "bo" zamiast "do", nieusunięte powtórzenia, automatyczne tłumaczenie her/his, które w angielskim występują częściej niż w polskim, np. po angielsku pisze się "she scratched her eye" ale po polsku już nie „podrapała się w jej oko”. Przykład zmyślony, ale ilustrujący regułę. Były takie ciągi wielu czynności, które po angielsku miały formę „do her something, do her something”, a w polskim powinny przybrać postać czasownika w stronie czynnej (podrapała się) albo porzucić "her" całkowicie („pościeliła łózko”, a nie „pościeliła jej łóżko”). Brakujące słowo "nie" zmieniające znaczenie. Wisienka na torcie: w jednym opowiadaniu jest odliczanie do 5 rano, konsekwentnie do tej godziny, bez wyjątków. No i tu ktoś dwukrotnie źle się doliczył minut. A Izrael jest na południe od Afryki, wiecie? Pomylono się także w tytule opowiadania – „The Twenty-One Second God” został przechrzczony na „DZIESIĘCIOjednosekundowego Boga”. Z kolokwializmu „po prostu” za każdym razem znika „po”. No masa tego. I o ile przyjemności z czytania mi takie rzeczy zwykle nie odbierają, o tyle w tym przypadku wyjątkowo mnie irytowały”.
To nie jest zamknięty katalog, to jest coś, co napisałem w 5 minut na bazie ułomnej pamięci, a gdybym przykładał większą wagę do pomyłek i wypisywał je z myślą o jakieś recenzji, byłoby tego więcej. Opuściłem też liczne czepialstwo o detale (np. z frazą „Internet of Things” spotkałem się pewnie setki razy i za każdym razem tłumaczona była jako „Internet Rzeczy”, a nie „Przedmiotów”. Nawet nasza strona rządowa używa tej pierwszej wersji). Przy czym nie jestem jakimś guru języka polskiego i często nawet nie rozumiem błędów, które wytykają humaniści w kontekście szyku zdania (gdy przymiotnik/czasownik w zdaniu podrzędnym odnosi się do niewłaściwego podmiotu. Może nie, że nie rozumiem, ale nie wiem, jak czasami takie rzeczy zmienić, aby było poprawnie). Mój mózg tego świadomie nie rejestruje, często po prostu domyślam się, czego dotyczy zdanie podrzędne i lecę dalej. Tego typu błędów nie zarejestrowałem też w tej książce ale biorąc pod uwagę, że moim zdaniem widać WYRAŹNIE, że książka nie została przeczytana w celach korekty (ograniczono się wyłącznie do poprawy ortografii metodą maszynową) prawdopodobieństwo, że takowe występują oceniam na wysokie. Jestem wyznawcą zasady „jeśli dostrzegasz x błędów można założyć, że w rzeczywistości jest ich kilka razy więcej”. A błędy w tym wydaniu w sposób rażący rzucają się w oczy.
Czuję się rozdarty. Z jednej strony treść opowiadań ogromnie przypadła mi do gustu, najlepsze teksty są uważam naprawdę znakomite, dlatego chciałbym zachwalać i zachęcać aby każdy fan hard SF zaopatrzył się we własny egzemplarz. Z drugiej jednak nie mogę z czystym sumieniem nie podkreślić, że kupujecie produkt wybrakowany, z korektą o zaledwie jeden poziom lepszą niż ta w Papierowym Księżycu. Chciałbym kiedyś ujrzeć wydanie II poprawione, jednocześnie aby do tego doszło, pierwsze wydanie musi się dobrze sprzedać. Ciężka sytuacja.
Podsumowując: bardzo ciekawy, bezkompromisowy, walący po łbie zbiór, pełny zachwycających pomysłów, które pociągają wyobraźnie na rzadko osiągane wyżyny. Wielki karny ptak dla osoby odpowiedzialnej za korektę (chyba, że wina leży po stronie wydawnictwa, które przez przypadek oddało do druku wersję bez korekty lub po etapie wstępnej korekty w wordzie). Dodatkowo, aby podkreślić moje frajerstwo, zamierzam nabyć wyd. II poprawione, jeśli tylko kiedykolwiek się ukaże. Kupujecie więc na własne ryzyko.
Luźne myśli:
1. W mojej opinii na temat debiutu Michała Remiszewskiego "Wieloraka Emergencja" wysnułem przypuszczenie, że autor chyba lubi Petera Wattsa. Po przeczytaniu tego zbioru jestem tego pewien :D Jeśli jesteście wyrozumiali względem debiutantów, którzy warsztatowo mają pewne braki, ale lubicie SF w stylu Wattsa, to możecie spróbować naszego polskiego spadkobiercę (zachowując wszelkie proporcje i tonując oczekiwania).
2. Uwielbiam tematykę świadomości oraz kontaktu międzygatunkowego w science fiction. Jeśli również was interesuje to zagadnienie, z najnowszych pozycji na naszym rynku warto sobie przyswoić "Górę pod Morzem" Raya Naylera oraz "Dzieci Ruiny" Adriana Tchaikovskiego.
Jedną z najważniejszych cech literatury science fiction jest dla mnie jej funkcja ostrzegawcza. W najnowszym zbiorze opowiadań Peter Watts przestrzega nas przed dramatycznymi konsekwencjami dalszego powierzania naszej prywatności w ręce wielkich korporacji, mówi o rosnącym wpływie sztuczne...
Rozwiń
Zwiń