Nadzieja pomimo ciemności. Lily Brooks-Dalton opowiada o filmie „Niebo o północy”

Bartek Czartoryski
23.12.2020

A wy co, znowu święta z Kevinem? Tak się szczęśliwie składa, że w tym roku wybór jest nieco szerszy, bo tuż przed wigilią, 23 grudnia, na Netflixie pojawi się nowy film wyreżyserowany przez George’a Clooneya i z George’em Clooneyem w roli głównej. „Niebo o północy” to adaptacja powieści Lily Brooks-Dalton traktująca o końcu i początku świata oraz nietypowej relacji dwojga ludzi, których dzieli cały kosmos. Z Lily rozmawiamy o „Niebie o północy” i o… „Dzień dobry, północy”, bo taki tytuł nosi jej książka.

Nadzieja pomimo ciemności. Lily Brooks-Dalton opowiada o filmie „Niebo o północy” instagram.com/lilybrooksdalton

Poruszająca opowieść o podróży w głąb siebie.

Przejmująca historia dwojga robinsonów, którzy zmagają się z tęsknotą, miłością, żalem i walczą o przetrwanie w odmienionym świecie.
Augustine od lat bada gwiazdy w odległych placówkach naukowych. Do obserwatorium, w którym pracuje, docierają informacje o katastrofie. Naukowcy muszą pilnie opuścić ośrodek badawczy, ale astronom odmawia wyjazdu. Samotnie czeka na nadejście nocy polarnej na kole podbiegunowym, do którego – jak sam mówi – pasuje jego wnętrze.
W tym samym czasie pojazd kosmiczny z astronautką Sully na pokładzie zmierza w kierunku Ziemi. Wszystko przebiega zgodnie z planem, aż do momentu, kiedy członkowie załogi tracą łączność z centrum kontroli lotów. Uświadamiają sobie, że prawdopodobnie nie uda im się wrócić do domu. Losy Augustine i Sully się splatają.
Łączy ich samotność. Najgłębsze, dojmujące poczucie niespełnienia. Dwoje ludzi kochających gwiazdy.

Moje pierwsze pytanie może ci się wydać trywialne, ale jakie to uczucie, kiedy dowiadujesz się, że George Clooney chce wyreżyserować film na podstawie twojej książki?

Lily Brooks-Dalton: Nie jest trywialne, przeciwnie, bo jest to jednak coś, co nie przytrafia się człowiekowi codziennie. Z początku nie do końca wierzyłam, że ten projekt faktycznie się zmaterializuje, bo Hollywood co i rusz kupuje prawa do jakichś książek, których potem nie ekranizuje. I chyba dopiero, kiedy rozpoczęły się zdjęcia i otrzymałam zaproszenie na plan, faktycznie pomyślałam, że to jednak wypali. Co zabawne, pierwszy raz o tych planach usłyszałam rok przed tym, zanim w ogóle ruszyły prace i po takim czasie zdążyłam zapomnieć, że coś się dzieje. A jednak się udało.

Czyli nie miałaś okazji podłubać przy scenariuszu?

Nie, ale zaprzyjaźniłam się z Markiem [Smithem, scenarzystą — przyp. red.], który był zaangażowany w cały ten proces od samego początku, odkąd tylko sprzedałam prawa do swojej powieści. Na tyle, że, jak tylko skończę, mam zamiar przesłać mu kolejną powieść i zapytać, co o niej myśli. Nie było mi jednak trudno trochę odpuścić i niejako przekazać Markowi swoją wychuchaną książkę, bo zanim zasiadł do pisania scenariusza, „Dzień dobry, północy” była już na rynku kilka lat, co pozwoliło mi się od niej zdystansować. Poza tym fajnie było móc spojrzeć na tę opowieść z zupełnie innej perspektywy, bo, jak mówiłam, zaproszono mnie na plan, poleciałam na Islandię i do Londynu, a nawet spędziłam cały dzień jako statystka. Nie mogłabym chcieć więcej.

Reklama

Patrząc na plany Netflixa, można by pomyśleć, że „Niebo o północy” to kino świąteczne, ale nie jest to przecież żadna radosna bajeczka, lecz film refleksyjny, może nawet kontemplacyjny. Czy możesz opowiedzieć, jakie tematy porusza i adaptacja, i książka?

Zależało mi przede wszystkim na oddaniu pewnego stanu ducha. Opisuję moment, kiedy ludzkość niejako kolektywnie oddaje się żałobie. I choć opisana przeze mnie historia jest bardzo intymna, to chciałam jednocześnie pokazać, jak zostajemy wszyscy zderzeni ze świadomością swojej śmiertelności. Co z tym fantem zrobić? Zwykle nie lubimy myśleć o śmierci, lecz może nie trzeba się jej aż tak bardzo bać? Wydaje mi się, że szczególnie dzisiaj, kiedy trudno jest spojrzeć z optymizmem na to, co się dzieje, nadeszła chwila, aby zadumać się nad takimi rzeczami. Bo nawet mimo otaczającej nas ciemności, można dojrzeć też i nadzieję. To wyjątkowa okazja, aby zastanowić się nad naszymi błędami. Nie jednostkowymi, ale jako społeczeństwa, gatunku.

Nie chcę, żeby zabrzmiało to zbyt ponuro, ale jest w ogóle co ratować?

Powiem, ci, że chyba tak! A nawet na pewno. Pytanie jednak, czy jesteśmy gotowi, aby ocalić samych siebie? Spora część kina apokaliptycznego każe ludzkości stawić czoło jakiemuś koszmarnemu zagrożeniu, asteroidzie będącej na kursie kolizyjnym z Ziemią i tak dalej. Podobna narracja jest zresztą narzucona nam i teraz, przy pandemii, bo posługujemy się identycznym językiem, zupełnie jakbyśmy walczyli ze złowrogą siłą. Tyle że to my jesteśmy największymi wrogami ludzkości, powinniśmy spojrzeć na samych siebie, co bywa problematyczne. Mam nadzieję, że sytuacja, jaką mamy, sprowokuje nas do podejmowania innych decyzji w przyszłości.

George Clooney (Augustine), Caoilinn Springall (Iris)

Reklama

O ile dobrze pamiętam, opisałaś Augustine’a, bohatera swojej książki, jako człowieka tak szorstkiego i zimnego, jak arktyczny krajobraz, który go otacza. Niełatwo go polubić.

Chciałam przez to podkreślić, że Augustine jest praktycznie pozbawiony jakiekolwiek czynnika zewnętrznego, który mógłby go stymulować emocjonalnie. Stąd założyłam, że musi wyruszyć gdzieś poza stację arktyczną. I my zabieramy się tam razem z nim. Przemyciłam w tej postaci sporo z mojego dziadka, który też był odludkiem, zresztą sam się tak określał. Przez kilkanaście lat był nałogowym alkoholikiem, takim pamiętam go z dzieciństwa. I nagle przestał pić. Wtedy rozpoczął swoistą wyprawę ku odnowie, aby stać się lepszym człowiekiem, na swój sposób naprawić te stracone lata. I faktycznie mu się to udało. Godziny spędzone na rozmowach z nim towarzyszą mi do dziś i wyciągnęłam z nich wniosek, że nigdy nie jest za późno, aby rozliczyć się z tego, co się zawaliło. Odpowiedzialność za swoje czyny jest wysoko na mojej liście cnot.

Między Augustine’em a Sully istnieją oczywiste punkty styczne, a tym bodaj najbardziej wyraźnym jest izolacja. Czy to sprawia, że „Niebo o północy” to idealny film na pandemię?

Izolacja i samotność to tematy, którzy przewijają się u mnie dość często. Zresztą sama praca pisarza jest dość pustelnicza, wszystko robi się przecież samemu, dlatego tak dobrze znam opisane przez siebie stany, emocje i uczucia. A teraz niejako dołączył do mnie w takim trwaniu cały świat. To szalenie dziwaczne, ale mam nadzieję, że kto sięgnie dzisiaj po moją książkę, albo obejrzy film George’a, znajdzie tam coś, przez co poczuje się trochę mniej samotny, będzie mógł uczepić się którejś z postaci albo jakiegoś zdarzenia. Bo to jednak historia niosąca nadzieję.

George Clooney (Augustine), Tiffany Boone (Maya)

Reklama

komentarze [13]

Sortuj:
80
3
31.12.2020 13:29

UWAGA spoiler filmu dalej - Film widziałem, książkę zaczynam czytać. W filmie czepiałem się raczej technicznych szczegółów typu, dlaczego od anteny do anteny podróż odbywa się skuterem? Nie wierzę, że w 2049 w takiej stacji jak w filmie nie było pojazdów zamkniętych i ocieplanych. Zabrakło zamknięcia pewnych wątków, po mimo, że czasem jak rozumiem specjalnie eksponuje się...

więcej

864
288
30.12.2020 14:27

Książki nie znam, a film obejrzałam spontanicznie w Święta. Coś czuję, że wspomnienie tego obrazu szybko uleci z mojej pamięci. Czegoś brakowało mi w tej historii, jakiegoś specyficznego, emocjonalnego punktu zaczepienia, chociaż sądzę, że historia jest arcyciekawa.


50
1
29.12.2020 11:00

Słabe ... Dotrwałem z trudem do połowy ...


3
2
28.12.2020 11:05

Myślę, że film jest skonstruowany zupełnie inaczej, niż książka. Nie widzę Sully jako odizolowanej, w ogóle z historii toczącej się na statku nie wynika kto tam jest głównym bohaterem ani nie da się wyczuć specjalnego związku z Augustinem. Na pewno to zmienia koncepcję fabularną, bo główny wątek dzieje się na ziemi i wokół budującej się relacji Augustin - Iris. To, co...

więcej

322
12
27.12.2020 21:33

Film nie zachęca do przeczytania książki.


1751
120
27.12.2020 13:48

Trochę przysnęło mi się na tym filmie, nie wiem czy to źle czy dobrze.


1578
473
26.12.2020 22:47

Jako fan SF reklamuję zawłaszczenie tej powieści przez mainstream. Science fiction też potrafi być liryczne - i przede wszystkim może to być dobra literatura. "Dzień dobry, północy" jest z pewnością pewnym potwierdzeniem tego faktu. Tym bardziej, że w kraju autorki nie ma z tym żadnego problemu, aby określić ten tytuł jako "post-apocalyptic novel".


2860
706
26.12.2020 16:03

Obejrzałam, ale bez zachwytu.


424
210
24.12.2020 12:05

Książka przepiękna, jedna z najlepszych jakie kiedykolwiek przeczytałem w życiu - prawdziwa literatura piękna. Jak ktoś nie czytał, polecam bardzo.
Film? Obejrzałem początek i widzę, że dość mocno rozminął się z fabułą książki (a może jednak inaczej ją pamiętam, bo trochę czasu już minęło). Ale dam mu jeszcze szansę - myślę, że warto.


389
205
25.12.2020 21:31

Warto.
Ja po 15 minutach też chciałam zrezygnować z oglądania. Coś mnie powstrzymało i - było warto.


4127
3887
23.12.2020 14:37

Ja raczej ,obejrzę na YT.Coś po słowacku.


zgłoś błąd