Katarzyna Majgier, Barbara Stenka i Rafał Witek o swoich najnowszych młodzieżowych książkach

Adam Jastrzębowski
17.03.2021

Z Barbarą Stenką, Katarzyną Majgier i Rafałem Witkiem porozmawialiśmy o literaturze młodzieżowej, problemach trapiących bohaterów ich książek i o relacjach pomiędzy rodzicami i dziećmi. Przyczynkiem do rozmowy jest ukazanie się na rynku nakładem Naszej Księgarni książek „Abrakadabra… Mamy problem!”, „Zostań sama w domu” i „Ja, Majka”wyróżnionych w w V edycji Konkursu Literackiego im. Astrid Lindgren.

Katarzyna Majgier, Barbara Stenka i Rafał Witek o swoich najnowszych młodzieżowych książkach

Ich autorki (i autor), to doświadczeni pisarze, mający na swoim koncie wiele książek adresowanych do dzieci i młodzieży, jak również, nagradzani we wcześniejszych edycjach Konkursu. Przy okazji publikacji przez wydawnictwo Nasza Księgarnia trzech wyróżnionych książek mieliśmy okazję zadać parę pytań Barbarze Stence, Katarzynie Majgier i Rafałowi Witkowi. Rozmowę podzieliliśmy na dwie części. Pierwsza to pytania o literaturę młodzieżową, druga odnosi się już do konkretnych książek. Zapraszamy!

Adam Jastrzębowski: Czym się charakteryzuje współczesna literatura dziecięca?

Barbara Stenka: Ta dobra: często – szeroko rozumianą odwagą. Chęcią proponowania rozwiązań, które nie są receptami na szczęśliwe dzieciństwo. Ale pozwalają poczuć się mniej samotnym w trudnych okolicznościach życiowych i… dają nadzieję. Oczywiście – uogólniam i skracam. Trudno mi rozmawiać o tym, co mnie zachwyca. Organizm czyta i wie.

Katarzyna Majgier: Myślę, że przede wszystkim wielką różnorodnością, dzięki czemu młodzi czytelnicy mają w czym wybierać.

Reklama

W państwa książkach pojawiają się trudne tematy: choroby psychiczne, samotność, problemy z rodzicami, ucieczki z domu, bieda i bogactwo, dostosowywanie się do otoczenia – zarówno tego równieśniczego, jak i tego dorosłych. Czy są to jeszcze książki dla młodzieży, czy już dla dorosłych, którzy będą je czytali wraz z dziećmi?

Barbara Stenka: Tu chodzi chyba wyłącznie o kwestię umiejętności „podania” tematu, wyważenie przekazu. Bo nie da się oddzielić spraw „dla dzieci” od tych: „nie dla dzieci”. Dlaczego? Otóż dlatego, że życie nie obdziela sprawiedliwie. Loteria, proszę pana. Tysiące dzieci przeżywa konsekwencje szaleństwa, bezradności, złej intencji, chaosu dorosłych. Emocje przekraczające ich możliwości i siły.  Dlaczego pisarz miałby zastrzec to jako temat „nie dla dzieci”? Zamieść pod dywan i zostawić młodego/małego czytelnika z tym podziałem?

Poruszanie niewygodnych, czasem wstrząsających motywów  być może uwrażliwi szczęściarzy na niedolę tych, co szczęścia mają mniej. A dzieciom w trudnej sytuacji pozwoli poczuć, że nie są osamotnione w swojej sytuacji. Od 25 lat pracuję i przebywam z dziećmi. I tak: dla niektórych dramatem jest brak markowych butów, dla innych – brak rodziców i bezpieczeństwa. Jedne są wszędzie wożone autem do 18-tki, przyzwyczajone do wyrażania roszczeń i oczekują natychmiastowego zaspokojenia potrzeb. I natychmiast to otrzymują. Te drugie – dźwigają dorosłe problemy, żyją w strachu, biorą na swoje barki ciężkie obowiązki. Nie mogą rozwijać swoich pasji, bo nikt  im w tym nie pomoże, nie czują siły sprawczej, nie wierzą w nią. Najczęściej – te pierwsze – nie mają pojęcia, jak żyją te drugie (odwrotnie już – tak). Chodzi też o zgodę dziecka na zło, uznania go za normalność. Bo brak mu punktów odniesienia, które nabywa się wraz z doświadczeniem życiowym, wiekiem. Dzieci (szczególnie te młodsze – bo już z nastolatkami bywa nieco inaczej) nie rozmawiają o z rówieśnikami o swojej fatalnej sytuacji życiowej. Mogą zatem o tym poczytać, bez wyzwania, jakim jest (podczas rozmowy) potrzeba natychmiastowego odniesienia się do tematu. Mają szansę, by to sobie w głowie ułożyć. Wrócić do tego. Lub uciec. Ale może ja się mylę.

Katarzyna Majgier: Myślę, że takie książki mogą być czytane i przez młodzież, i przez dorosłych. Są dorośli, którzy ciągle chętnie czytają książki młodzieżowe czy dla dzieci. Wydaje mi się, że określenie wieku odbiorcy książki to informacja o tym, od jakiego wieku najlepiej ją czytać, górnej granicy nie ma.

A przede wszystkim – czy uważają panie, że wasze książki powinny być czytane przez same dzieci, czy przez duety, dzieci wraz z dorosłymi?

Barbara Stenka: Jeśli jest taka możliwość (chyba jednak byłoby to bardzo trudne – już widzę tych dorosłych czytających mniej lub bardziej równolegle z dziećmi) – dlaczego nie? Jednak czytanie to zawsze była dla mnie bardzo osobista sprawa. Zatem proponuję przeżywanie przygody z książką solo. Później, jeśli jest potrzeba dyskusji, wyjaśnień, wsparcia – można porozmawiać. Ale bez presji.

Katarzyna Majgier: Jeśli są rodzice, którzy czytają książki z nastoletnimi dziećmi, to może to być ciekawe doświadczenie. Choć w tym wieku człowiek jest już dość niezależny czytelniczo. Nastolatki, które lubią czytać i dużo czytają, zwykle same sobie dobierają książki i często sięgają poza półki młodzieżowe.

wydawnictwo Nasza Księgarnia

W książkach, które zdobyły wyróznienie w konkursie literackim im. Astrid Lindgren, na główny plan wybija się fakt, że coraz ważniejsze dla młodzieży staje się to, jak inni na nią patrzą. Co powiedzą nauczyciele, rodzice, rówieśnicy, jak wypadną na zdjęciu. Czy dobrze się zaprezentują w oczach popularnej koleżanki z klasy. Czy tak było zawsze? Czy jest to jednak wpływ nowych czasów?

Barbara Stenka: Tak, tak, tak. Ale jeśli dziecko ma wsparcie, akceptację i dobrą wolę w najbliższych sobie osobach – no, chociaż w jednej! – a także ma pasję, którą może realizować, to ta konfrontacja z rówieśnikami i otoczeniem nie jest aż tak zabójcza.

Katarzyna Majgier: Z moich doświadczeń wynika, że zawsze tak było, choć wiele zależy od indywidualnego podejścia. Są ludzie (w każdym wieku), dla których opinia innych jest tak ważna, że wiele poświęcą, aby postrzegano ich w określony sposób. Ale są i tacy, którzy podchodzą do tego z dystansem. Wśród nastolatków chyba trudniej o ten dystans, ale z czasem wiele osób go nabiera.

Ciekawi mnie sposób, w jaki w książkach przedstawieni są dorośli. W większości przypadków są to osoby zagubione, dysfunkcyjne, a przede wszystkim nie potrafią zrozumieć dzieci. Jako dorosły czytelnik, a także jako rodzic, spytam: naprawdę z nami jest aż tak źle?

Barbara Stenka: Wie pan, co mnie najbardziej w nas martwi? To, że rodziny najczęściej są twierdzami nie do zdobycia. Żadnych prześwitów w tych murach. Dosłownie i mentalnie. Zamknięte małe społeczności. Nawet przed pandemią tak było. Maksymalne skupienie dorosłych na własnym dziecku, które staje się jedynym – niemal – bożkiem. Ilu dorosłych jest w stanie wykrzesać z siebie zainteresowanie sytuacją cudzego dziecka? Wiem, uogólniam, ale ciepłe uczucia, uważność, zarezerwowane są na ogół dla „swojego skarbu”. Dla innych pozostaje niechęć, w najlepszym wypadku – obojętność, brak pochylenia się, wyjścia z własnej strefy. Często obserwuję, że nawet zaakceptowanie koleżanki/kolegi, przyjaciela dziecka jest wyzwaniem dla rodzica/opiekuna. Kandydat na przyjaciela dziecka musi spełniać kryteria. Rodzina kandydata również. Te kryteria nie zawsze pokrywają się z preferencjami samego dziecka. Żyjemy „poprawnie”, jesteśmy „porządni”, nie mamy sobie niczego do zarzucenia, robimy, co możemy. Ale zainwestowanie swojego czasu, emocji w choćby jedno „nieswoje” dziecko – to graniczy z cudem.

Ale ja takie cuda na szczęście znam. Czasem mam w nich swój drobny udział. Bywa, że nieco przeginam i rodzice zaprzyjaźnionych ze mną dzieci wołają na mój widok: „O, przyszedł obrońca uciśnionych aniołków!”. Ale mówią to z sympatią.  

Katarzyna Majgier: Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. W moich książkach przedstawiam różne osoby, niektóre można określić jako „zagubione”czy „dysfunkcyjne”, inne – nie. W „Abakadabra… mamy problem!” nie pojawiają się tacy rodzice. Można się domyślać, że rodzina jednej z bohaterek może być dysfunkcyjna, ale jej nie spotykamy. Tam bohaterami są dzieci i nastolatki, rodzice troszczą się o nie, ale pozostają w tle.

Barbara Stenka

Rozmowa z Barbarą Stenką, autorką „Zostań sama w domu”

Zostań sama w domu Barbara StenkaAdam Jastrzębowski: Jak to możliwe, że tak wielu dorosłych nie zauważyło problemów rodzinnych Diany, bohaterki książki „Zostań sama w domu”?

Barbara Stenka:  Wystarczy włączyć sieć, by znaleźć się w lawinie podobnych przypadków. To wręcz schematy. I znane wszystkim komentarze: „to była taka normalna rodzina…”, „żadnych awantur…” , „dziecko nigdy nie wysyłało niepokojących sygnałów, nie było żadnych siniaków…”, „ ubrane, czyste zadbane, spokojne”.

Książka jest właśnie o braku uważności – na skutek czego zło może się spokojnie przez wiele lat rozwijać, rozrastać, musować. Szczególnie, gdy krzywda dziecka jest trudna do zdefiniowania dla obserwatorów, trudno ją nazwać, ona znika w systemie. Inną sprawa jest reakcja na problemy – często widzimy, że coś jest nie tak, ale nie wiemy, jak zareagować. A jeśli się pomylimy? Jeśli niesłusznie oskarżymy? Jeśli „będą potem ciągać nas po sądach”? Jeśli dziecko trafi do placówki, w której będzie miało dużo gorzej?. To uzasadnione obawy, wskazujące na to, że jesteśmy nieprzygotowani, ten kraj, ten świat nie jest przygotowany na skuteczną pomoc dziecku...

Nie obawiała się pani, że tematyka pani książki – a pojawiają się tutaj i depresja, i choroby, i nieszczęśliwe dzieciństwo – przytłoczą pani najmłodszych czytelników?

Wspominałam już o tym problemie w odpowiedzi na wcześniejsze pytanie. Dodam, że owszem, wygodniej jest trzymać się na bezpieczny dystans, ale czy to nie jest właśnie powodem naszego „nieprzygotowania” do jakiejkolwiek, choćby najdrobniejszej pomocy w podobnych sytuacjach?

Czy trudniejsza jest prawda, czy rozmowa? Przecież prawdziwa rozmowa pomiędzy Dianą a jej matką czy ojcem na temat tragicznych wydarzeń nigdy się nie odbyła. Inni dorośli również starali się ukrywać przed dziewczynką prawdę.

Rozmowa mogłaby być oczyszczająca – bardziej chyba dla dziecka, które pozostawione z problemem, szuka w sobie samym przyczyny nieszczęścia i stanu rodzica, obwinia się. Ale skoro konfrontacja (tutaj konfrontacja odbywa się), a tym bardziej konstruktywna rozmowa nie jest możliwa…? Człowiek zawsze szuka prawdy, przyczyn. To przeżycia, których nie umie zostawić za sobą. Bo przecież i  pisarz stąd bierze pomysły. Z tego, co go najbardziej dręczy, drąży. Co trzeba wciąż nosić z sobą, jak piasek w skarpetkach, którego nie da się wytrzepać.  

Stworzyła pani na kartach swojej powieści charakterystycznych bohaterów – są to m.in. podróżująca skuterem babcia-kumpela, artystyczna rodzina Szkanfów, schowane przed prozą życia i publiczną szkołą w pieleszach nauczania domowego dzieciaki, prowadzący szkołę tańca starszy pan, dla którego ważniejszy niż wynik i umiejętności taneczne jest szczęście podopiecznych. Ich cechą wspólną jest pewnego rodzaju apoteoza małych szczęść: pięknych chwil, tych malutkich radości, które można znaleźć w codzienności. Co ich jeszcze łączy?

Opisywane przeze mnie osoby i sytuacje są tym, co mnie otacza. I absolutnie nie jest to świat schowany przed prozą życia – osobiście uczestniczę i współtworzę tę rzeczywistość. Albo – po prostu obserwuję, a to potrafię. Jak bardzo mylne jest podejrzenie, że dzieci z edukacji domowej (proszę nie mylić jej ze zdalnym nauczaniem) są schowane przed światem – ani trochę. Przeciwnie – dopiero będąc poza narzuconym systemem w pełni, efektywnie w życiu uczestniczą. Rozwijają pasje, nabywają umiejętności, na które nie ma czasu, sił, ani otwartości przy ograniczeniach wynikających z grafiku zwykłej szkoły. Wszystkie znane mi rodziny, które z różnych powodów zdecydowały się na edukację domową swoich dzieci po kilku latach w systemie, mówią: „szkoda, że dopiero teraz! Tyle straconych lat. Nie poznaję mojego dziecka. Skąd ono to umie? Skąd wie? Ona/on potrafi się uczyć i …żyć! Jest odważna/-ny. Jest zdolny/-a”. 

Osoby, które przedstawiłam, mają pewną zdolność: zdolność do... ratunku w ostatniej chwili. Bo tak się często  składa, że prawdziwy ratunek ma to do siebie, że nadchodzi w ostatniej chwili. I wtedy zaczyna się cud ocalenia dziecięcej radości, poczucia humoru, mimo strat i bólu. I wie pan co? Większość ludzi to potrafi – ale albo o tym nie wiemy, albo za bardzo się boimy. Na szczęście – tak jak Prosiaczek z „Kubusia Puchatka” – mimo tego strachu czasem jesteśmy skłonni do bohaterskich czynów.

Jednym z „podprogowych przekazów” pani książki jest nauka o tolerancji. W wykreowanym przez panią świecie w zasadzie nie ma „inności”, nikt się nie wywyższa, wszyscy są równi. Jednocześnie, odnosi się wrażenie, że pani bohaterowie są zamknięci w pewnego rodzaju bańce; oni nie przystają do świata, jaki znamy z ulic, miast i miasteczek. Powstaje pytanie: czy na pewno ich na co dzień nie spotykamy? Czy w rzeczywistości tak dobrze się ukrywają? A może specjalnie stworzyła pani pewien rodzaj sielankowej utopii jako przeciwwagę do traumatycznych przeżyć dziecięcych Diany?

Każdy z nas dąży do akceptacji w społeczeństwie, chce poczucia bezpieczeństwa, przestrzeni i wolności. Każdy niezłomnie szuka odpowiednich dla siebie warunków do godnego życia i ma inną odporność na zabójcze dla siebie czynniki. Szuka więc jak umie. Jak moi bohaterowie. Dobrze, gdy w końcu znajduje, gdy nie jest jeszcze za późno. Bardzo chciałam, by dla mojej bohaterki – Diany – nie było za późno. 

I bardzo chciałam ocalić niezwykłe, wybitne dorosłe osoby, które pokonują demony nienawiści budzone w naszym kraju. W kraju, gdzie każdy, kto choćby o milimetr wystaje ponad szere, jest wdeptywany w ziemię, bezlitośnie wyszydzany lub odrzucany. To się zaczyna bardzo wcześnie – już kilkuletnie dzieci bywają w tym specjalistami, „prowadzone” w tym kierunku przez swoich opiekunów. Często same słyszały te najbardziej szkodliwe dla umysłu i duszy „wskazówki”: „skoro wszyscy mogą, to ty też”, „wszyscy wytrzymują, więc i ty”, „przecież każdy tak robi i nic się nie dzieje”, „przesadzasz, wydaje ci się, wmawiasz sobie”, „nikt się takimi sprawami nie przejmuje, więc i ty daj sobie spokój”, itp., itd. I rusza lawina. A my się nie damy. A my wystawajmy ponad szereg, kwitnijmy. Przynajmniej próbujmy.

Katarzyna Majgier

Rozmowa z Katarzyną Majgier, autorką „Abrakadabra… Mamy problem!”

Katrzyna Majgier Abrakadabra... Mamy problem!Adam Jastrzębowski: Tworzy pani zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. Czym się różni pisanie literatury młodzieżowej, od tej dorosłej? Czy trzeba się przestawić?

Katarzyna Majgier: Z moich doświadczeń wynika, że dla dorosłych i dla młodzieży pisze się podobnie. Nastolatki, szczególnie te oczytane, mają już rozbudowany zasób słownictwa, więc nie trzeba się martwić o to, że nie zrozumieją jakichś zwrotów. Oczywiście pozostaje jeszcze kwestia poruszanych tematów – nastolatki nie miały jeszcze do czynienia z wieloma problemami, które  pojawiają się w dorosłym życiu, czy w starszym wieku.

Większym wyzwaniem było dla mnie pisanie dla młodszych dzieci. One mają węższy zasób słownictwa, więcej trzeba im wyjaśniać. Ostatnio stanęłam przed wyzwaniem, jakim jest napisanie książki dla dzieci, które dopiero uczą się czytać i nie znają wszystkich liter, więc trzeba pisać bez dwuznaków, „ó”, „ż”, „ć”, „ż”, „ź”, „ń”... I w taki sposób opowiedzieć historię. To naprawdę bardzo trudne!

Czy marzenia są złe? Te, które udaje się w pani książce „Abrakadabra… Mamy problem!” spełnić, stają się źródłem kłopotów.

Myślę, że o niewielu rzeczach można powiedzieć, że są dobre czy złe – wszystko zależy od tego, jak się to wykorzysta, jak zauważa Ali na końcu książki. W książce dżin spełnia życzenia, ale te, które spowodowały problemy, były nieprzemyślane albo wygłaszano je, nie wiedząc, że naprawdę mogą się spełnić. Większość życzeń, które spełnił, miała dobre skutki. Wypowiedziała je osoba, która chciała pomagać ludziom i podeszła do tego rozsądnie, a życzenia były przemyślane.

Wiele z życzeń składanych na ręce dżina to prośby o dobre luksusowe. To z jednej strony świadczy dobrze o naszym dobrobycie, gdyż jak na ostatnich kartach książki zauważył sam dżin, kiedyś częściej proszono go po prostu o jedzenie; z drugiej strony zastanawia, czy nie jest wyrazem tego, że jesteśmy nastawieni egoistycznie, myśląc tylko o sobie. A samego dżina równie dobrze mógłby zastąpić wygrany los na loterii.

Dżin mógł spełniać tylko „materialne” życzenia. Nie był w stanie spełnić życzenia dziecka, które pytało, czy może przywrócić życie zmarłej bliskiej osobie, nie mógł uzdrawiać chorych ani pomagać w problemach rodzinnych. Ale bohaterowie nie prosili o dobra luksusowe chyba, że można tak określić ubrania z osiedlowego centrum handlowego czy telefon. Jedna poprosiła o pieniądze, ale nie podejrzewała, że życzenie może się spełnić. Myślała, że to żarty.

Reklama

Inni nawet jeśli mieli takie pomysły, w końcu poprosili o coś innego. Większość życzeń nie była egoistyczna, wprost przeciwnie. Szczególnie życzenia Darii były altruistyczne. Pozostali bohaterowie też nie zachowywali się egoistycznie – nawet najmłodsi chcieli się dzielić z przyjaciółmi lampą, możliwością spełniania życzeń i tym, co dzięki nim mogli dostać.

Bohaterki i bohaterowie pani książki obawiają się, że zostaną nagrani z ukrycia i wrzuceni do sieciowych serwisów społecznościowych. Czy to jest największy strach dzisiejszej młodzieży?

Kiedy sama byłam nastolatką, w telewizji pojawiły się programy, w których wkręcano przypadkowe osoby w taki sposób. Wtedy kiedy ktoś robił coś dziwnego, niewiarygodnego, ludzie zastanawiali się, czy są w ukrytej kamerze. Teraz zastanawiają się, czy są nagrywane dla kawału, ale nie sądzę, aby ludzie się tego bali. Raczej są nieufni, jak każdy, kto podejrzewa, że jest „wkręcany”, czy „w ukrytej kamerze”.

Nikt w książce nie bał się tego. Dwie bohaterki, gdy słyszały dziwne historie, próbowały w ten sposób wyjaśnić zachowanie opowiadających je osób, ale bały się raczej tego, że tym osobom coś się stało. Wolały wyjaśnienie, że to żarty.

Jednocześnie zwraca pani uwagę na to, że w sieci można natrafić na dobre i wartościowe treści, za przykład pokazuje pani chociażby zjawisko bookstagramu. Jak ocenia pani jego rolę w promowaniu literatury?

Myślę, że w tej chwili to jest najlepsze miejsce do promowania książek, zwłaszcza młodzieżowych. Tradycyjne media przeznaczone dla młodzieży nie interesują się książkami (a jeśli już, to w niewielkim stopniu). Ale dzisiejsze nastolatki więcej czasu spędzają w internecie, więc myślę, że warto to docenić. Sama kontaktuję się z czytelnikami m.in. przez Instagram i poznałam tam fantastyczne osoby, prowadzące takie profile. Dzięki nim odkryłam wiele ciekawych książek, o których mogłabym nie dowiedzieć się w inny sposób.

Pani publikacja to również hymn pochwalny na cześć książek, a przede wszystkim antykwariatów. Miała pani okazję trafić samemu na takie magiczne miejsce?

Bardzo lubię antykwariaty. Często zaopatruję tam domową bibliotekę i lubię rozmawiać o książkach z pracującymi tam osobami i innymi bywalcami takich miejsc. Dzięki temu odkryłam wiele świetnych książek. Gorąco polecam! Antykwariat pojawi się także w kolejnej mojej książce dla młodych czytelników.

Rafał Witek

Rozmowa z Rafałem Witkiem, autorem „Ja, Majka”

Ja, Majka Rafał WitekAdam Jastrzębowski: Nie obawiał się pan, że „Ja, Majka” może zostać potraktowana jako książka instruktażowa pt. „Jak uciec z domu”? Według pana książki to bardzo prosta sprawa!

Rafał Witek „Uciec jest łatwo” – taki tytuł nosi pierwszy rozdział „Ja, Majki”. I rzeczywiście, jest łatwo – od strony technicznej nie ma nic prostszego. A jednak 99% dzieci nie ucieka z domów. Dlaczego? Ponieważ od strony psychologicznej uciec jest trudno. Ucieczka to ostentacyjne zerwanie pewnej umowy, poszarpanie rodzinnych więzi, wywleczenie swego problemu na światło dzienne i zarazem wystawienie go na widok osób postronnych. Robią to tylko ci najbardziej zdesperowani. Odpowiadając zatem na pana pytanie: nie, nie boję się, że „Ja, Majka” będzie potraktowana jako instruktaż. Do ucieczki z domu potrzeba zupełnie innych motywów i impulsów niż te, które daje przeczytanie powieści. 

Pana książka ma dwóch bohaterów – Majkę i Dawida. Są to dzieciaki z dwóch różnych środowisk, z kompletnie „innych bajek”. Niemniej, dogadują się.. Czy to nie jest trochę utopijna wizja, ta ich współpraca? 

Jest między nimi dużo dystansu i nieporozumień wynikających właśnie z tego, jak różne są ich doświadczenia życiowe, punkty widzenia i punkty siedzenia. Jedno z tych nieporozumień jest przyczyną zniknięcia Dawida. 

Chciałbym powrócić do motywu ucieczki. W pana książce jawi się ona jako antidotum na niezrozumienie dziecięcych potrzeb przez rodziców i to zarówno przez Majkę, jak i jej kompana. Czy może źle myślę i jest to po prostu sposób na nudę?

Nigdzie w mojej książce nie ma choćby cienia sugestii, że Nikola podejmuje decyzję o ucieczce z powodu nudy bądź chęci przeżycia przygody. Jest to dla niej dramatyczna decyzja, a zarazem – jedyna możliwa w sytuacji, w której się znalazła.

W trakcie budowy zamku z piasku pojawiło się pytanie, czy 12 lat to nie jest za dużo na to, aby bawić się na plaży. W którym momencie już dzieciom „nie wypada” się bawić? I czy w ogóle jest taki moment? A może jest to spowodowane presją otoczenia, pewnego rodzaju autocenzurą? 

Reklama

Jest taki okres w życiu młodych ludzi, kiedy są na pół dziećmi, na pół nastolatkami. Kiedy ta ich odchodząca dziecięcość i nadciągająca dorosłość ścierają się ze sobą. Raz jedno jest górą, raz drugie. Wielokrotnie obserwowałem nastolatki, które – być może dla hecy, a być może z ukrytej, wewnętrznej potrzeby – oddają się dziecięcym zabawom: huśtają się na huśtawkach, kręcą na karuzeli, gonią się, robią sobie psikusy. Nikola i Dawid też są w tym momencie swojego życia. A plaża i morze to otoczenie, które budzi dziecko w wielu z nas – także dorosłych. Widok ojca, matki, dziadka czy wyrośniętego nastolatka, który na plaży buduje zamek, nie jest niczym niezwykłym. Bohaterowie mojej książki korzystają z tego plażowego rozluźnienia, aby – być może po raz ostatni w życiu – pobyć przez chwilę na powrót dziećmi. 

W pana książce widać odwieczny konflikt pokoleń – zarówno rodzice nie rozumieją swoich dzieci, jak i dzieci, buntując się, nie rozumieją i nawet nie próbują zrozumieć rodziców. Niezależnie od sytuacji rodzinnej, niezależnie od czasu historycznego schemat, jest ten sam. Czy to się nigdy nie zmieni? 

Bunt nastolatków przeciwko światowi dorosłych nie jest literackim schematem, jest etapem rozwojowym. Doskonale przebadanym i udokumentowanym. U każdego młodego człowieka ten bunt przebiega inaczej, u jednych jest niezwykle jawny i ostentacyjny, u innych – tak jak u Nikoli i Dawida – ukryty, stłamszony, dość subtelnie wyrażany. Ale jest, bo być musi. Natomiast stwierdzenie, które pada w pytaniu, że dzieci „nawet nie próbują zrozumieć rodziców” nie ma racji bytu w przypadku Nikoli – jest w książce mnóstwo fragmentów, w których Nikola analizuje swoją relację z mamą, tłumaczy ją i usprawiedliwia, wyraża wobec niej cała gamę uczuć – od pretensji po tęsknotę i zrozumienie. 

Czy trudniejsza jest prawda, czy rozmowa? Nikola vel Majka bała się obu tych rzeczy. Bała się nie tylko samej rozmowy z mamą, ale również przyznania, dlaczego uciekła.

Na pewno dla wielu młodych ludzi rozmowa z dorosłym jest trudna – raz, że nie mają z kim porozmawiać, dwa, że nie wiedzą, jak. Nie uczymy dzieci mówić o emocjach, zaniedbujemy tę sferę ich życia podobnie jak swoją. Dobrze, gdy gdzieś na horyzoncie pojawia się odpowiedzialny dorosły, który potrafi taką potrzebną rozmowę sprowokować i przeprowadzić. W mojej książce jest to mama Dawida. Gdy do rozmowy już dochodzi – wyznanie prawdy pojawia się w sposób nieunikniony, jest jak wybuch wulkanu, którego nie da się powstrzymać najsmaczniejszą nawet kolacją.  

Wszystkie książki są już dostępne w sprzedaży.

Materiał przygotowany we współpracy z wydawnictwem Nasza Księgarnia.

Reklama

komentarze [3]

Sortuj:
469
38
20.03.2021 09:12

Pani Kasiu, kiedy będzie kolejna część z serii "Kuchennymi drzwiami" - "Ze śpiewem na ustach"?


33
33
19.03.2021 08:51

Wydaje mi się, że nawias z początku jest zupełnie zbędny, bo autorki wcale nie mają nad autorem miażdżącej przewagi liczebnej… Przy kilku pytaniach odniosłam wrażenie, że pytający i odpowiadający się w ogóle nie rozumieją, niemniej wywiady wartościowe.
Zgadzam się z panią Stenką w kwestii tego, że nie sposób wydzielić tematów „dla dzieci”. Podczytuję aktualnie książkę...

więcej

140
33
17.03.2021 10:08

Zapraszam do dyskusji.


Reklama
zgłoś błąd