Dorastanie z Żulczykiem. Dwa tygodnie do premiery „Informacji zwrotnej“

Bartek Czartoryski
05.05.2021

Równo za dwa tygodnie wychodzi „Informacja zwrotna”, nowa powieść Jakuba Żulczyka. I to nie byle jaka, bo jego najlepsza.

Dorastanie z Żulczykiem. Dwa tygodnie do premiery „Informacji zwrotnej“

Będąc człowiekiem młodszym — bo młody nadal jestem, a przynajmniej tak się czuję — lubiłem czytać pisarzy wyłącznie dojrzałych, pokrytych już przyjemną dla oka patyną, poważnych i poważanych, stąd Żulczyk, mój rówieśnik, mi umknął. Kiedy nareszcie natrafiłem na niego na wysokości trzeciej powieści, niesłusznie mało lubianego, poprawianego potem „Instytutu”, było już chyba dla mnie deczko zbyt późno, żeby móc doświadczyć dwóch poprzednich napisanych przez niego książek, jak czynili to swego czasu moje koleżanki i moi koledzy. Ale może dlatego wyrobiłem sobie na ich temat opinię chyba nawet i cenniejszą niż ta, która byłaby wyłącznie wynikiem przeczytania „Zrób mi jakąś krzywdę” i „Radia Armageddon”; opinię, której fundamentem była obserwacja koleżeńskich reakcji na lekturę.

Miały ona bowiem coś na kształt przeżycia formacyjnego, na które się nie załapałem, choć rozpaczliwie przebierałem nogami, chcąc zdążyć wskoczyć do pociągu, który dawno odjechał z mojej stacji. Spóźniłem się i nie mogłem już tego nadrobić, miałem w głowie i na głowie zupełnie inne rzeczy. Lecz będąc przy każdej kolejnej powieści Żulczyka już punktualnie, za każdym razem czytając je wtedy, gdy powinienem był je przeczytać — poza znajdującą się poza sferą moich zainteresowań dylogią przeznaczoną dla młodzieży — zrozumiałem tamto czytelnicze pospolite ruszenie. Nie chciałbym tym samym formułować i forsować cokolwiek karkołomnej i niesprawiedliwej hipotezy, że książki Kuby mają jakoby wyimaginowany termin konsumpcyjnej przydatności. Bynajmniej.

Patrząc ze swojej zindywidualizowanej perspektywy, zaryzykowałbym raczej stwierdzenie, że powieści Żulczyka są tak mocno osadzone w tu i teraz, że te dwie pierwsze wydały mi się za bardzo tam i wtedy. Owszem, też tam byłem, ale już nie jestem. Czyli to może nie te książki uciekły mi, jak myślałem jeszcze przed momentem, lecz ja uciekłem im? Tak czy inaczej, bliżej mi było do późniejszych rzeczy, które opublikował, a które czytałem zaraz po premierze, albo i nawet przed premierą, dotyczące rzeczy dotyczących (sic!) i mnie. Czas stał się dla mnie niejako kluczowy przy odbiorze prozy Żulczyka, uznawałem, niejako na przekór zdrowemu rozsądkowi, że jeśli nie sięgnę po nie od razu, to znowu się z nimi minę. Nazwijmy to dość mocno skonkretyzowanym zaburzeniem obsesyjno-kompulsywnym, lecz, cóż, każdy jakieś ma.

Reklama

Łatwiej było mi chwycić się „Ślepnąc od świateł” i „Wzgórza psów”, bo, nie licząc, rzecz jasna, ich gatunkowej gęstości i sensacyjno-kryminalnych intryg, z którymi do czynienia nigdy nie miałem i mieć nie chcę, bezpretensjonalnie szczerze opisywały ludzi dźwigających na barkach mniej więcej to, co ja. Pewnie, inne były proporcje i inne problemy per se, ale Żulczyk potrafił znakomicie i celnie oddać stan ducha trzydziestolatka zagubionego nie tylko w miejskiej przestrzeni, ale i we własnej głowie, w życiu. I choć nie kupiła mnie już koszmarna fantazja z „Czarnego słońca”, to doceniam śmiałość wizji oraz pewne przekucie — znowu! — kolektywnego pokoleniowego niepokoju na prozę. Rozedrganą i frenetyczną, czasem może i pogubioną, lecz, powtórzę raz jeszcze, bezpretensjonalnie szczerą.

Zabrzmi to pewnie niesłychanie banalnie, ale zawsze wydawało mi się, że książki Żulczyka może nie tyle pisane są z myślą o czytelnikach takich jak ja, będących równolatkami autora, co chwytają idealny moment, abym po nie sięgnął. Dojrzewają razem ze mną. Są niczym kolejne rozdziały historii coming-of-age, które zwykle kończą się tam, gdzie zaczyna się dorosłość. Ale te idą dalej, eksplorują, co dzieje się potem i wynika to, jak sądzę, również, a raczej przede wszystkim, ze świadomości autora, który drąży poprzez swoją prozę nie tylko bohatera książki, ale i, przynajmniej na tyle, na ile go znam, także i siebie.

Rzeczony lęk, że spóźnię się na książki Żulczyka, wynika z ich emocjonalnej trafności, która wydaje mi się ulotna. W tym sensie, że musi zostać przeze mnie doświadczona w danym miejscu i czasie, nigdy wcześniej, ani nigdy później. Boję się, że zastaną mnie, kiedy już przerobię to, co przerabia akurat Kuba. Ale, przynajmniej pozornie, trochę mi się ta narracja przy jego najnowszej powieści sypie, bo przecież Marcin Kania, bohater „Informacji zwrotnej”, to facet po pięćdziesiątce, z dwójką dorosłych dzieci i bagażem doświadczeń tak ciężkich, że od ich dźwigania wypiętrzył mu się garb. Żulczyk jednak, jeszcze śmielej niż przy udanym, acz odrobinę zbyt napęczniałym „Wzgórzu psów”, idzie ku kryminałowi, lecz tylko po to, żeby wywrócić konwencję do góry nogami. Nie jest to jednak żaden pastisz, nic z tych rzeczy, raczej fikołek, a może nawet i salto, obliczone na igraszkę z przyzwyczajeniami czytelniczymi. Bo ileż to już było powieści o przeoranych kacem detektywach, zawodowych czy samozwańczych, którzy, choćby ziało od nich wczorajszym kielichem, nie tracą tropu z oczu?

Reklama

Kania, zmęczony życiem przebrzmiały muzyk, dzisiaj rentier, nie jest jednak nawet funkcjonującym alkoholikiem odbijającym się od dna, ale człowiekiem coraz głębiej grzęznącym w mule. Po wieczornym spotkaniu z synem, budzi się w jego mieszkaniu. Piotrka nie ma, jest zakrwawiona pościel i alkoholowa mgła przesłaniająca pamięć o tym, co się wydarzyło. Kania rozpoczyna swoje śledztwo, próbując dociec prawdy o zaginionym synu, lecz Żulczyk nie chce opowiadać klasycznej, z ducha Hitchcockowskiej historii o everymanie, który wyniuchał intrygę.

Marcin co i rusz łapie się za bary z duchami utraconej, przepitej przeszłości, rojąc sobie przy tym na temat teraźniejszości, którą po pijacku modeluje tak, jak mu się wydaje, że jest. Nie ma w tej książce ani krztyny tego tak lubianego przez kryminał romantyzmu, który tkwi w szufladzie biurka detektywa zaraz obok ulubionej butelki, jest za to przepocone prześcieradło, zarzygany kibel i obita morda. Znakomicie udaje się Żulczykowi balansować między powieścią o alkoholizmie, gęstą i parną niczym pamiętne opowiadanie „Pętla” z tomu „Pierwszy krok w chmurach” Marka Hłaski, a swoistym antykryminałem, gdzie intryga, żeby nie zdradzić zbyt dużo, jest na poły urojona, a na poły dotyka bieżącego tematu, stołecznej afery reprywatyzacyjnej. Nic w tym dziwnego, bo przecież Kuba znany jest ze swoich wypowiedzi tematy społeczno-polityczne, lecz „Informacja zwrotna” nie jest książką publicystyczną. Dobór owego tła zakorzenia ją raczej w konkretnych realiach i przydaje aktualnego kontekstu intrydze, ale ta niezmiennie przepuszczona jest przez pijacki filtr Kani.

Nie bez znaczenia dla powieści pozostaje też odwołanie się Żulczyka do osobistych doświadczeń, stąd, łącząc je z pierwszoosobową narracją, uzyskuje on piorunująco dołujący efekt. Swojego czasu funkcjonowała na Facebooku strona głosząca, że Kuba to „Coelho dla hipsterów” i ciekawy jestem, co jej autorzy powiedzieliby dziś na „Informację zwrotną”. Bo to książka niemizdrząca się do czytelnika, ubłocona i pokiereszowana, traktująca o ludziach złamanych i załamanych. A do tego fantastycznie napisana; jak określiła jej styl redaktorka powieści, Asia Mika, to „literacki freestyle”. Nie czytałem w tym roku nic lepszego. Mało tego: nie czytałem nic lepszego napisanego przez Żulczyka. To jego najlepsza książka. Dojrzała.

Przeczytaj fragment książki „Informacja zwrotna”:

Dąż do szczęścia

Trzymam się fotela, mocno, próbując nie spłynąć z niego na podłogę. Miękka, ciemna od brudu wykładzina przypomina jezioro; nogi wpadają mi w nią po kostki. Przyszedłem wcześniej, bo nie miałem gdzie iść.

Jest jeszcze pół godziny.

Myślę o słowie „zawsze”.

Wiem, że stało się coś strasznego. Przedmioty, wciąż ten sam zestaw. Brązowe szklanki Arcoroc. Stare numery kolorowych pism na półce pod blatem stolika. „Cztery Kąty”, „Twój Pies”, „Codziennik Terapeutyczny”. Soki w kartonach. Woda gazowana, nie[1]gazowana. Kawa rozpuszczalna Jacobs w szklanych słoikach. Coś półprzezroczystego, zaokrąglonego na obitej sztuczną skórą poręczy fotela. Na początku wydaje mi się, że to martwy robak, ale to odgryziony paznokieć.

Zawsze mówią, że coś jest na zawsze: będę kochał cię na zawsze, zawsze tam, gdzie ty, zawsze wierni. A przecież nie ma „zawsze”, jest tylko do śmierci. To duża różnica.

Reklama

Stało się coś strasznego.

Zupełnie nie pamiętam co.

Mogliby w końcu pomalować te ściany. Setki rąk porobiły wokół kontaktów czarne ślady. Nie tylko wokół 13 kontaktów. Ludzie wyjątkowo często dotykają tu ścian. Opierają się, jak już zrozumieją, że w końcu mają o co.

Ośrodek nazywa się Jutro. Nie jest to jakaś najlepsza nazwa. Uczestnicy terapii określają się jako Jutrzaki. Brzmi to jak nazwa jakiegoś zwierzęcia hodowlanego. Takiego sztucznie wyhodowanego, nieudanego, które daje mało futra i mięsa i nie umie się rozmnażać.

Woła mnie kobieta zza biurka. Nigdy nie pamiętam, jak ona ma na imię, otyła i nieruchoma, pani figurka wspawana między monitor, faks i drukarko-skaner, która pomimo obecności tych urządzeń i tak wszystko za[1]pisuje kolorowymi flamastrami w grubym zeszycie A4.

– Marcin – mówi.

Podchodzę do niej, karnie i niepewnie, jak uczeń. Kładę dłonie na biurku. Patrzę na rzędy różnokolorowych cyfr. Cyfry zamieniają się w tęczowe pchły i zaczynają tańczyć.

– Tysiąc trzysta złotych, Marcin – mówi.

– Trzynaście – odpowiadam.

– Co? – pyta.

– Nic, nic, nieważne. – Próbuję przewinąć sam siebie do tyłu, jak starą kasetę. – Tysiąc trzysta złotych to trzynaście banknotów, chyba o to mi chodziło.

Książka „Informacja zwrotna” jest już dostępna w księgarniach online.

Artykuł na podstawie książki "Informacja zwrotna" we współpracy z wydawnictwem Świat Książki

Reklama

komentarze [10]

Sortuj:
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Virgo13 07.05.2021 13:32
Czytelnik

Coś kojarzyłem to nazwisko i musiałem sprawdzić, żeby sobie przypomnieć. A to osoba, która nazwała publicznie obecnego prezydenta Polski debilem, bo nasz prezydent nie pobiegł jak pies z gratulacyjną kartką w zębach do nowowybranego prezydenta USA, J. Bidena.

Podsumuję podobnie jak prezydent Andrzej Duda: dopóki pan Żulczyk nie wykazał się brakiem kultury, to nawet nie...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
Bartek Czartoryski 08.05.2021 15:55
Czytelnik

Nie ma się Pan czym chwalić, bo Żulczyk to jeden z najpopularniejszych polskich pisarzy i scenarzysta paru znanych seriali. No i prozaik, który sprzedał, o ile dobrze pamiętam, ponad trzysta tysięcy egzemplarzy samego "Ślepnąć od świateł" (zaadaptowanego przez HBO i przełożonego na inne języki) i drugie tyle innych powieści.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Rick Deckard 08.05.2021 18:33
Czytelnik

To niestety świadczy o upadku literatury i ogólnie kultury. Średnio rozgarnięty grafoman z obcesowym zachowaniem i rynsztokowym językiem robi furorę na salonach. Dlaczego ? Bo współczesna kultura w przeważającej mierze, to zwykły ściek, dlatego takie miernoty będą promowane, bo tłuszcza lubi banał i prymitywizm. Doprawdy rozbawiło mnie stwierdzenie jakoby popularność była...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
Virgo13 08.05.2021 22:56
Czytelnik

Dziękuję Deckardowi za bardzo konkretną wypowiedź. Ja się nie chwalę, Panie Bartku. Miałbym niezły zgryz, gdybym jednak z pracą tego pana spotkał się wcześniej, być może polubił, a potem musiał weryfikować swoje podejście, gdy człowiek lubiany i szanowany zacząłby wylewać szambo, które gdzieś tam w nim kipi. Jak się z kimś takim identyfikować? W ostatnich kilkunastu...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
Michał 09.05.2021 22:46
Czytelnik

nie produkuj się, nikogo nie obchodzi twoje zdanie, naprawdę

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
PedroP 10.05.2021 00:36
Czytelnik

@Bartek Czartoryski HBO było marką kilkanaście lat temu, obecnie złoty okres arcydzieł telewizyjnych ma już za sobą. Ekranizacja jakiś wypocin literackiego tandeciarza rodem z Polski tylko to potwierdza. Rozumiem, że wedle takiej "logiki" pewien popularny grafoman z kraju nad Wisłą, który "trzepie" książki niczym taśma produkcyjna jest świetnym "pisarzem", bo sprzedaje...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
Meszuge 11.05.2021 09:44
Czytelnik

"...obecnego prezydenta Polski debilem, bo nasz prezydent nie pobiegł jak pies z gratulacyjną kartką w zębach do nowowybranego prezydenta USA, J. Bidena" - nie, nie dlatego. Duda bredził od rzeczy na temat systemu wyborczego USA i głosów elektorskich. Niedawno zresztą był ciąg dalszy - Duda nie odróżnia rezurekcji od insurekcji. O debilizmie to nadal nie świadczy,...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
Michał 12.05.2021 01:11
Czytelnik

@PedroP Gra o tron, Detektyw, Czarnobyl czy Westworld - rzeczywiście, HBO ma już najlepsze lata za sobą. tak stwierdził jakiś forumowy anonim rodem z Polski, który zesrał się o brak wielkiej litery w komentarzu xD i gdzie niby Żulczyk 'trzepie książki'? premiery mają miejsce co 2-3 lata. tak samo ukazywały się książki Twardocha, Orbitowskiego czy Pilcha, ale według ciebie...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Marzena 06.05.2021 09:08
Czytelniczka

Z książek Żulczyka przeczytałam dwie. Ślepnąc od świateł i Wzgórze Psów. Obie mi się podobały. Zwłaszcza pierwsza z nich. Nie powiedziałabym jednak, że to książki jedynie o pokoleniu dzisiejszych 30 latków i tylko do nich adresowane. Mam wrażenie że pewne doświadczenia pokoleń są jednak dla nich wspólne i aż tak bardzo się nie rozmijają. Osobiście uważam, że te książki są...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
Bartek Czartoryski 05.05.2021 13:28
Tłumacz

Zapraszam do dyskusji.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
zgłoś błąd