Between Worlds. Opowiadanie 7. „Początek”

LubimyCzytać
07.10.2020

Sugo, Rubin, Gaja, Iro... A także inni bohaterowie Between Worlds odkrywają, że ich losy splatają się ze sobą. W świecie Kolonii zachodzą zmiany, które dotkną poszczególne postacie. Jest to też moment nawiązania do historii Ziemi i zmian, jakie na niej zaszły. Skutkowały one mutacjami jej mieszkańców...

Between Worlds. Opowiadanie 7. „Początek”
Reklama

Opowiadanie 7. „Początek"*

Rubin zdążyła już przyzwyczaić się do myśli, że jest prawdopodobnie jedyną istotą ludzką, która żyje na Ziemi. Przynajmniej jeśli chodzi o tę oryginalną, niezmienioną formę człowieka. Kiedy ocknęła się z letargu, w który zapadła, gdy Sugo wyssała z niej śmierć, poczuła się słaba. Ludzie to istoty niezwykle kruche i powolne. Czuła jakby zdegradowano ją do jakiegoś niższego gatunku. Dlatego tak pragnęła ukryć się za czymś, co byłoby choć namiastką tej potęgi, do jakiej przywykła. Stworzyła nawet niezły kamuflaż, by ukryć swoją ludzką słabość. Jej maska ukazywała cechy, którymi niegdyś tak łatwo dysponowała. W katedrze znalazła trochę staroci, resztę dostała od Sugo. Czerwone róże, krwiste i namiętne, zrobiła z resztek materiału, znalezionych w katakumbach. Były jak głód, który rządził nią tysiące lat. Mała czaszka, symbolizująca śmierć, należąca kiedyś do jakiegoś dziecka, zdobiła jej czoło, ostrzegając wrogów, że jest bezlitosna. Rogi, nawiązujące do siły i przekory, wyrastały jej z boków maski. Małe szkielety rączek zachodziły na oczy i przypominały o tym, że strach przed śmiercią w tym świecie przysłania życie.

Miała teraz dużo czasu, by myśleć, a niewiele okazji, by działać, więc cała jej energia skupiała się wokół refleksji. Jako wąpierz umierała wiele razy, ale ciało odradzało się w ten czy w inny sposób. Jako człowiek do tej pory umarła tylko raz, w czasach, gdy jako hiszpańska księżniczka nie miała nic do powiedzenia w sprawie swojej przyszłości. Moon był jej wąpierzym ojcem. Przez wiele lat także kochankiem… do czasu, gdy zorientowała się, że jest śliski niczym węgorz. Nie miał w sobie żadnej szlachetności. Ona z czasem także się jej wyzbyła. Ale była odważna, czego nie można powiedzieć o nim. Straciła do niego szacunek już dawno. Wiedział o tym i pewnie dlatego nie odtworzył jej wcześniej. Powrót do ludzkiej formy zaznajomił ją z pokorą i choć z całych sił próbowała się ukryć za maską, to wewnątrz czuła, że istotą przemiany jest właśnie ta słabość, kruchość i ból, które uczą współodczuwania. Wtedy… nie była gotowa na potęgę, jaką dał jej Moon. Arogancja i bunt – z tego wyrosła jej wąpierza postać.

Sugo zabierała ją czasem ze sobą na krótkie i w miarę bezpieczne wyprawy, ale kobieta zwykle zostawała sama w katedrze lub katakumbach. Od momentu przemiany Osa opiekowała się nią dość szorstko. Jakby czuła się za Rubin odpowiedzialna, ale to wszystko. Kobieta jako ostatni człowiek na Ziemi skazana była na odżywianie się karaluchami, ponieważ Sugo zabraniała jej polowań na cokolwiek innego. Trwała więc w tym zawieszeniu, w uwięzi i niemocy. Niewiele było okazji, by wkładać nową maskę. Czasem wymykała się, gdy Osa wychodziła, ale kilka razy widziała zjadarki, krzątające się po ulicach – Sugo ostrzegała ją przed nimi. Marazm, ciągła niewola i bezsilność przytępiały jej instynkt przetrwania. Czasem łapała się na tym, że pragnęła śmierci. Tego dnia jednak wszystko miało się zmienić.

Osa już dawno nie była na bagnach. Po ostatnim posiłku nie musiała tam chodzić, łapała tylko to, co umarło w pobliżu, a było tego niewiele. W starym szpitalu, nieopodal katedry udało jej się znaleźć spore „złoże’’ karaluchów, którymi dokarmiała Rubin. Teraz postanowiła wyprawić się za górę, by zobaczyć, czy coś się nada na posiłek. Pierwszym, co usłyszała, gdy wdrapywała się stromym szlakiem, był szczebiot ptaków. Nie krakanie wron, nie skrzeczenie kruków, tylko prawdziwy, radosny szczebiot ptaków. Owszem, przywróciła sporo ptactwa do życia, ale spodziewała się, że dziś znajdzie ich truchła.

Z samego szczytu nie było widać zbyt wiele. Wiatr wzbijał pył w powietrze i widoczność była słaba. Niecierpliwość przyspieszała jej kroki. Sapała ciężko. Wciąż musiała mrużyć oczy, by piach jej nie oślepił. Gdy znalazła się na dole, w końcu ukazał się ostry obraz, jakby wycięty z innej planety. Nie było już bagna pokrytego rudą breją, nie było już kikutów połamanych drzew. W miejscu, do którego przychodziła po pożywienie, stał nowy las. Woda zrobiła się przejrzysta, wśród splątanych korzeni drzew mieniły się srebrne łuski, a nad tym zadziwiającym widokiem królowały olbrzymie korony – splecione ze sobą dziwnymi gałęziami z niebiesko-zieloną poświatą. W miejscu pni znajdowały się kształtne ciała kobiet i mężczyzn. Niższe drzewka osłonięte były niemal całkowicie szerokimi „ramionami’’, zupełnie tak, jakby były chronione przed wścibskimi oczami otoczenia. Sugo dostrzegła, że na środku, pomiędzy drzewami, połyskuje jakiś spory element. Zdjęła buty i weszła ostrożnie do wody. Omijając konary, przedarła się przez gęstwinę, by ujrzeć znajomy statek w kształcie piramidy, lewitujący tuż nad taflą. Stopa boleśnie natknęła się na rybi szkielet. Sugo wyłowiła go.

Reklama

– To tyle z mojego źródełka– skomentowała gorzko.

Podniosła okazałą głowę i natknęła się na spojrzenie, które już znała. Drzewo nachyliło swój krzaczasty łeb i przemówiło.

– Zaniosłaś moje nasiono. Ono kwitnie już, zakorzenione tam, gdzie wszyscy zmierzają. Dziękuję za zwrócenie życia i przekazanie go dalej. Jak mogę ci się odwdzięczyć?

Sugo stała wmurowana, nie mogła oderwać oczu od stwora. Usta zasznurowało jej zdumienie.

– Jestem Grab, musisz mnie pamiętać – dodało zaniepokojone stworzenie.

– Pamiętam… – wyszeptała.

– Żywisz się śmiercią.

– Twoja była sycąca… musisz być drapieżnikiem.

– To prawda, żywimy się zazwyczaj stworzeniami wodnymi.

Sugo zastanawiała się przez chwilę.

– Nie zostawiacie dla mnie śmierci – to powiedziawszy, pomachała mu ościami przed nosem.

– Cóż, mało jej wciąż dookoła? Ale to prawda, będzie coraz mniej. Nic dziwnego, że się martwisz. Może czas, byś poszukała innego domu?

– Nie mam portalu.

– A co jeśli portal jest dokładnie tam? – zagadnął i wskazał spojrzeniem na piramidę. – Jeśli pozwolę ci przejść, czy zaniesiesz nasze nasiona? Tak jak zaniosłaś do tej różowej istoty? Czy jeśli powiem ci, gdzie szukać śmierci, będziesz gotowa nam pomóc?

Sugo popatrzyła na niego z wahaniem. Zostawiła za sobą Rubin, ale właściwie po co miała do niej wracać? Karmić ją karaluchami? Czy ktokolwiek zadbał o nią, gdy została tu sama? Czy ktoś się o nią zatroszczył? Ta propozycja była tak kusząca, że trudno jej było nawet przeprowadzić logiczny rozrachunek. Od długiego czasu szukała czynnego portalu, by móc w końcu uwolnić się od tego parszywego, smutnego miejsca. Miała szansę pójść z Dixi, ale była wtedy tak osłabiona… No i była Rubin, za którą wtedy jeszcze czuła się odpowiedzialna. Pragnęła tego z całych sił i nic nie mogło jej teraz powstrzymać. Grab dostrzegł w niej dojrzewającą ekscytację.

– Powodzenia!

Jedna ze ścian piramidy otworzyła się i Sugo weszła do środka, nie odwróciła się nawet, przepadła w portalu.

Rubin tonęła w niepokoju. W końcu kolejnego, trzeciego już dnia, motywowana głodem, założyła swą maskę i ruszyła w stronę góry sądząc, że jeśli Sugo gdzieś przepadła, to właśnie tam powinna zacząć szukać. Wzięła broń. Na oku miała wciąż infosiatkę, która wspomagała ją w podróży. Nadal było jasno, ale wiedziała, że musi się spieszyć, nie zostało aż tak dużo czasu do zmroku.

Gdy dotarła do góry, była zaskoczona jej rozmiarem. Z daleka nie wydawała się ani taka wielka, ani taka stroma. Wciąż głodna i słaba, powoli wdrapała się na szczyt. Zaczynało się ściemniać, w dole widać było poświatę w kolorze hiszpańskiego morza. Rubin zbiegła po zboczu, kilka razy upadła i poraniła kolana. Stanęła na brzegu moczarowego lasu, a jej siatka oszalała.

OBIEKT: VERIDIANIE

POCHODZENIE: VERIDIA W UKŁADZIE ALPHA

PIERWSZE INTELIGENTNE ISTOTY WSZECHŚWIATA, NAJSTARSI, NAZYWANI ŻYCIEM

UKŁAD ORGANIZMÓW: LAS VERIDIAŃSKI, SYSTEM POŁĄCZONYCH STWORZEŃ TWORZĄCYCH UKŁAD, ZDOLNOŚCI TELEPATYCZNE

PRODUKT UBOCZNY: TLEN

RÓŻNE SPOSOBY ROZMNAŻANIA

PRZYSTOSOWANIE: 100%

SUBSTANCJA KONIECZNA: WODA

MIĘSOŻERNE

DRUGIE ŹRÓDŁO: FOTOSYNTEZA

Rubin skierowała spojrzenie na kształtne ciało kobiety zaklęte w pniu.

SAMICA: JEDNA Z PIERWSZYCH

RÓD: KRÓLEWSKI

Dziewczyna zauważyła na brzegu buty Sugo, co tylko potwierdziło jej przypuszczenia. Drzewa zaszeptały, gdy weszła do wody. Stąpała ostrożnie, potykając się o korzenie. To nie był ten las, który pamiętała ze starego świata. Ten był piękniejszy. Teraz oblane mrokiem moczary iskrzyły się zielono-niebieskim światłem gałęzi. Widok odbierał jej mowę. Trawiła go, całkiem zapominając o swoim prawdziwym głodzie. Stanęła, zapatrzona w niezwykle kształtne ciało kobiety, wyłaniające się z jednego z pni, gdy poczuła, że jej rękę oplata zamszowa gałąź. Drzewo włożyło w jej otwartą dłoń owoc. Był ciężki i lepki. Słodki zapach rozlał się w powietrzu. Rubin popatrzyła zdziwiona.

– To mój najsłodszy owoc, dla ciebie, owoc, który da ci wiedzę. Będziesz widziała i wiedziała to, co my, wgryziesz się w mądrość zbieraną przez miliony lat. Ona cię odżywi, jak nic dotąd. Znajdziesz swoje miejsce i spokój – drzewa szeptały do niej czule i zachęcająco. Rubin przepołowiła owoc, a jego zapach przypominał szafran, który ostatnio towarzyszył jej przed przemianą. Był jednak słodszy i bardziej intensywny, a ona była głodna. Zdjęła maskę i wgryzła się w podobny do brzoskwini miąższ. Jej umysł wypełniło światło. Widziała wędrówkę ras w kosmosie, widziała ewolucję, czuła upadek cywilizacji własnej rasy, widziała Rozpad, smakowała nadzieję na rozkwit…

Straciła przytomność. Drzewa ułożyły ją czule na brzegu. Rubin nie wiedziała, że owoc, który zjadła, uczyni ją pierwszą matką, z której narodzi się nowa generacja jej rasy – długowiecznej i łagodnej, tak odmiennej od poprzedniego miotu.

Wiedźma przeszła przez portal. W Kolonii było nad wyraz spokojnie. Niewiele istot krzątało się po placu handlowym. Czas zwolnił, zastanawiała się, jak długo jeszcze potrwa przemiana. Wiedziała że Veridianie mnożą się szybko, ale wiedziała też, że wiele zależy od środowiska planety. Tutaj wody było niewiele, a skomplikowane procesy wytwarzania tej substancji z trudem zaspokajały podstawowe potrzeby mieszkańców. Jednak drzewa zapewniły ją, że wodę znajdą i była pewna, że tak się stanie. Nadszedł czas siewów, powtórzyła w myślach.

Gdy dotarła na skraj pustynnego obszaru, jej oczom ukazał się niewielki zagajnik. Zaledwie kilka drzew, które korzeniami zdołały utworzyć małą odsłonkę z wodą. Wokół jednego drzewa, na wysokości jej głowy, zostały usta Dixi. Nic więcej. Wiedźma zauważyła jednak, że jeden z malutkich szczepów skrzył się gdzieniegdzie ostrym różowym odcieniem. Kobieta uśmiechnęła się do siebie na myśl o stworzeniu, które stało za tą barwą. Jej praca na Gramon i Filo była skończona. Udało się jej stworzyć warunki do życia. Dzięki drzewom i ich wiedzy jej rodzinna planeta odżyła, a inne są na dobrej drodze do rekonstrukcji. Teraz zgodnie z długiem wdzięczności, który zaciągnęła, miała do odwiedzenia jeszcze kilka miejsc. Podeszła bliżej i wrzuciła do wody małe bańki, wypełnione drobnymi rybkami. Bańki pękły, a zwierzęta rozpierzchły się w zbiorniku. Do jednej z gałęzi drzewa, która sterczała wyciągnięta w jej stronę, delikatnie włożyła jaja ptaków. Drzewo czule przygarnęło je do siebie i uniosło wysoko w korony drzew. Dzisiaj czekała ją jeszcze rozmowa z Iro.

Reklama

Gaja weszła do kapsuły, niezwykle ciasnej, nawet jak na samotnika. Iro zdziwiła się, ale odpowiedziała uśmiechem.

– Dawno cię tu nie było. Już myślałam, że zaszyłaś się na dobre w tym swoim… lesie.

– Cóż, dużo się dzieje, a ciebie zapraszam, przestrzeni tam nieco więcej – skomentowała wiedźma. Iro zauważyła, że na stroju Gai pojawiło się kilka nowych błyskotek i uczepiła się ich, by zmienić temat.

– Znowu trofea. Co tym razem? Znalazłaś nową planetę z koralowcami?

– Lepiej – rzuciła dumnie, ale w oku błysnęło ostrzeżenie.

– Iro. Jak wiele pamiętasz z czasu, gdy mieszkałaś na stacji?

– Sporo. A do czego ci to?

– A pamiętasz, jak się tam znalazłaś?

– Tylko z opowieści.

– Czy mogłabyś… się ze mną nimi podzielić? To niezwykle ważne.

– Powiesz dlaczego?

– Później, proszę, to może wiele wyjaśnić.

– To nie jest długa historia. Na Ziemi SI doszło do wniosku, że u części ludzi należy przeprowadzić mutacje, ponieważ pojawiło się sporo nowych plag, a choroby nie służą ekonomii. Plagi kilkukrotnie położyły całą gospodarkę. Wody było coraz mniej, ludzie niszczyli środowisko i niektórzy uważali, że plagi powinno się zostawić samym sobie, a ludziom pozwolić umierać, by ci silniejsi, którzy przetrwają, mogli budować świetlaną przyszłość, rozumiesz? Przez to, że ten ruch się nasilał, główna chmura SI wystosowała prognozy, że konkretne mutacje i hybrydowanie genetyczne mogą zapobiec cofnięciu się ludzi do epoki kamienia łupanego. Do SI zwróciło się zrzeszone Towarzystwo Senatu Światowego i właśnie taką odpowiedź dostali. SI wyznaczyło całe rodziny z potencjałem korzystnego wpływu na rozwój cywilizacji. I się zaczęło. Nikt z nas nie wiedział do końca, po co i dokąd nas zabierają. Kładli nas w skanerach, edytowali geny, wszczepiali mutacje… Po jakimś czasie musieliśmy się wszyscy wynieść na stację. Nazwano ją dość dowcipnie: OBERON. Przymus powstał, jak się z pewnością domyślasz, z tego samego powodu, co zawsze: odmienność rodziła strach. Senat zbudował nam substytut domu i zostaliśmy wysiedleni. SI obliczyło ułożenie i zagospodarowanie stacji Oberon. Nikt jednak nie mógł wówczas myśleć o Rozpadzie. A to właśnie przez Rozpad Quatro uderzyła w stację.

– A czy w samym tym zdarzeniu pamiętasz coś szczególnego?

– Pamiętam skrawki. Oberon oberwał dwa razy: gdyby nie to, nie byłoby mnie tu dzisiaj.

– Co masz na myśli?

– Pierwsze uderzenie zrzuciło na mnie matkę, której kości miały wytrzymałość najlepszych węgli. Drugie zmiażdżyło naszą kapsułę, ale gdy ekipa ratunkowa pojawiła się, by sprawdzić, czy ktoś przeżył, wygramoliłam się spod jej ciała. Szkielet był nienaruszony.

– Wiesz, dlaczego uderzenia były dwa?

– Teraz już wiem. Najpierw poleciał w nas statek badawczy innej cywilizacji, który był w trybie ukrycia, bo wówczas nikt nie chciał nawiązywać z ludźmi kontaktu. Chwilę później kometa.

– Dlaczego teraz? Skąd wiesz to teraz?

– Ależ mnie męczysz. Wciąż mnie podpuszczasz, pokrętnie próbujesz wydusić ze mnie, skąd wiedziałam o tym drzewie?

– Cóż. Masz mnie.

–Wraz ze mną na Ziemię wróciła wtedy Flos. Mutantka wojenna. Istny żołnierz. Miała charakterystyczne, żółte włosy i równie oczojebny żółty portal wzmacniający na twarzy. Była toksyczna, dosłownie: te włosy potrafiły pluć jadem. Przez pierwsze tygodnie dbała o moje bezpieczeństwo, potem przepadła. Nie wiem co się z nią teraz dzieje, ale wiem, że to ona zostawiała mi tropy w naszej skrytce, do której chodziłam czasami w nadziei na jakąś wiadomość od niej. Podejrzewam, że zdziczała... Mogła przecież sama użyć portalu do Kolonii, ale nie zrobiła tego. Dostałam od niej informację i przejęłam portal.

– To wiele wyjaśnia.

– Tobie. A mnie będziesz łaskawa powiedzieć co nieco?

– Potrzebuję twojej pomocy. Sądziłam wcześniej… być może źle zinterpretowałam drzewa, ale sądziłam, że twoim informatorem jest skalny człowiek.

– Skąd o nim wiesz?

– A więc znasz go? Jednak…

– Tak jak mówiłam: to Flos mnie informowała, ale spotkałam go, tylko raz.

Właściwie uratował mi życie – zamyśliła się.

– Wciąż pojawia się w moich snach. Muszę go znaleźć. Myślę, że dużo wie o Rozpadzie.

– Sądzę, że nie da się go tak łatwo odszukać. Jak na kogoś zrobionego ze skały, dość szybko się ulatnia.

Iro długo opowiadała Gai o tym spotkaniu z kamiennym człowiekiem. Zrobiło się późno, a one zasnęły w niewielkich fotelach, przyjmując odpoczynek z wdzięcznością dziecka.

Następnego dnia wyszły z portalu niedaleko magazynu, gdzie niegdyś Iro spotkała polującego człowieka ze skały. Przeczesały pobliskie uliczki i pustostany. Cisza jak makiem zasiał. Następnego dnia wróciły i znów nic nie znalazły, kolejne dni wyglądały podobnie. Drzewa nie potrafiły pomóc. Choć wiedźma łatwo się nie poddawała, czuła, że marnotrawi czas, który powinna poświęcić na to, by spełnić obietnicę, którą złożyła drzewom. Iro z początku nie dowierzała, że to, co planuje Gaja, jest w ogóle możliwe, ale zaufała jej błękitnym pewnym oczom. Puste światy czekały na nasiona. Gaja ruszyła więc tam, gdzie smutne planety wyczekiwały życia.

Na Filo, koło Kolonii Lutum, w wielkim lesie zebrało się, jak co dzień, spore grono wczasowiczów, badaczy, niedowiarków i proroków, którzy z chęcią spędzali czas na dworze bez filtrów, na świeżym powietrzu. W samym środku lasu czczona przez mieszkańców królowa puszczy znajdowała u swych stóp najcenniejsze dary, a w zamian wyszeptywała do ucha niezwykłe przepowiednie. Uwielbiano to pierwsze drzewo.

Potomstwo Dixi obrastało dookoła całą planetę, dzień po dniu ciaśniej otaczając kolonię. Pewnego dnia Moon z zażenowaniem stwierdził, że nad jego burdelem nieskrępowanie rosło różowe drzewo, wysadzając przy tym posadzkę swymi korzeniami. Wspomniał z rozrzewnieniem, jak na Ziemi można było wziąć siekierę i drzewo bezceremonialnie wyciąć. Tutaj z pewnością potraktowano by to teraz jak morderstwo. Poczłapał smutno za bar, wyjął ostatnią butelkę szkockiej i… potknąwszy się o korzeń rozbił ją o posadzkę. Zaklął szpetnie, a jego słowa poniosły się po lesie, budząc uśmiech w koronie pierwszego drzewa.

-----

*Zarówno opowiadanie, jak i zdjęcia objęte są prawami autorskimi, © lubimyczytać.pl.

O Between Worlds

Projekt Between Worlds powstał w wyniku spotkania trzech niezależnych twórców. Marcin Urzędowski tworzy kostiumy i maski recyklingowe. Kasia – Madam Miko – jest fotografką, która od samego początku ujmowała postacie w magiczne kadry. Jagna Żukowska-Olejniczak ożywiła je w swoich opowiadaniach. W ten sposób powstał projekt Between Worlds – interdyscyplinarne połączenie trzech światów, który możecie czytać i oglądać na łamach lubimyczytać.pl.

Przeczytaj Between Worlds opowiadanie 1: „Woda”opowiadanie 2: „Głód”opowiadanie 3: „Pragnienie”opowiadanie 4: „Las”opowiadanie 5: „Prorok” i opowiadanie 6: „Ziarno”.

Reklama

komentarze [7]

Sortuj:
242
46
09.10.2020 08:00

Kochani twórcy, jestem pod ogromnym wrażeniem. Stopień mojej fascynacji równa się uzależnieniu. Świetna historia, jakże na czasie. Kostiumy i zdjęcia w tej części zachwycają, szczególnie jedno jest wyjątkowo piękne. Emocje rosną.
Czekam na więcej i więcej i więcej i więcej i mogłabym tak w nieskończoność 🥰❣️


518
178
08.10.2020 17:45

No proszę co Wy ze mną robicie ?!!! Przecież tak nie można. To jest niesamowite i wkurza mnie to że ciągle muszę czekać na więcej. Podsycacie moją wyobraźnie do granic.
Mam nadzieję tylko że szybko się to nie skończy.
Dziękuję


242
46
09.10.2020 07:55

Mam tak samo 😄 zachwycają mnie


593
71
08.10.2020 14:32

Rewelacja! A te stroje też opowiadają swoje historie.


20840
171
08.10.2020 08:59

Kolejny bardzo wciągający fragment. Nie mogę się doczekać następnego 😊


4040
3801
07.10.2020 20:15

Ale ładnie to jest.


2783
4
07.10.2020 12:37

Zapraszamy do dyskusji.


zgłoś błąd