Between Worlds. Opowiadanie 5. „Prorok”

LubimyCzytać
23.09.2020

Oto kolejna publikacja z cyklu „Between Words”, tym razem pachnąca szafranem. Bezwzględne wąpierze Rubin i Moon oraz tajemniczy Prorok zabiorą nas do miasta Lutum w centrum Kolonii. To właśnie tam Rubin pozna swoje przeznaczenie...

Between Worlds. Opowiadanie 5. „Prorok”

Jak zawsze opowiadaniu Jagny z cyklu Between Worlds towarzyszą fantastyczne kostiumy Marcina uwiecznione na zdjęciach Kasi. Zapraszamy do świata wyobraźni bez granic!

Opowiadanie 5. „Prorok"*

Rzeźbiarz krzątał się po swoim blaszaku. Na podłodze walały się skrawki metalu i okruchy kolorowego szkła. Wschód znowu go nieprzyjemnie zaskoczył. Mimo wszystko lubił obserwować ten proces. Najpierw fioletowa poświata sączyła się przez górny lufcik. Później już żółte, pełnoprawne światło odsłaniało cały jego bałagan. Gasił wtedy chłodne jarzeniówki i przypominał sobie, że kiedyś powinien znaleźć czas na sen. Szanował swoje ciało tylko w takim stopniu, by na ulicy nie pomylono go z bezdomnym. Poczuł od siebie kwaśny odór potu. Praca sprawiała, że potrzeby biologiczne zaczynały go drażnić, przerywały mu podróż, budziły, przywoływały go do rzeczywistości. Poczłapał do łóżka i obiecał sobie, że nie pozwoli, by natchnienie zostało przerobione przez sen na paczkę wiórów. Jednak gdy otworzył oczy, było na powrót ciemno. Przez chwilę sądził, że nadal śni, ponieważ nie przypominał sobie, by wczoraj miał towarzystwo, a po jego pracowni poruszała się jakaś kobieca sylwetka. Podparł się na łokciach i zaspanymi oczyma śledził niezdarne ruchy swojego gościa. Dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że ona mu kogoś przypomina. Nagle uderzyła go niespokojna myśl. Ta kobieta… to mój… moja rzeźba. Potrząsnął głową i strzelił się w łeb w naganie za tak absurdalny pomysł. Zrobił to jednak nieco za głośno. Postać odwróciła się w jego stronę. Z rosnącym zdumieniem obserwował jej falujące ciało. Gdy kobieta zbliżyła się do niego, nie wiedział, co zrobić. Czy powinien ją przywitać? Czy może należy uciekać? Pochyliła się nad nim. W blasku nocnych reflektorów, który przebijał przez brudne szyby, widział jej krwisto-czerwone, pełne usta. Szkliły się wilgocią. Oczy przenikały go do rdzenia, były jasne i bezduszne. Miała w sobie ten rodzaj zwierzęcej aury, który przekonywał go, że instynktu tego nie da się niczym obłaskawić, do niczego przekonać. Gładko zaczesane włosy, które tak starannie rzeźbił poprzedniej nocy, odsłaniały wydatne, ostre kości policzkowe. Była piękna. Przez chwilę strach ustąpił miejsca dumie, podziwiał własne dzieło. I to była jedna z jego ostatnich myśli. Kobieta chwyciła mocno jego głowę i odsłoniwszy pulsujący punkt na szyi, wbiła w niego ostre, długie kły. Umierał zdziwiony. Nawet nie próbował się bronić. Bo czyż twórca nie jest bezbronny wobec swojego dzieła?

To lukratywne zlecenie przyszło do niego samo. Pewnego dnia u jego drzwi pojawił się właściciel burdelu. Ten strzelisty, upiorny typ zażyczył sobie, by rzeźbiarz odtworzył postać z hologramu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że nijaki Moon przyniósł ze sobą materiał i wyraźnie zaznaczył, że artyście nie wolno używać innych niż te substancji. Półprzejrzysty, dość lekki metal i kolorowe szkło – nic więcej. Poinstruował go także, by w samym środku głowy zatopił rubinową bryłkę o nieregularnym kształcie. Zaoferował mu okrągłą sumkę kubitów i zaznaczył, że drugą część dostanie, gdy skończy. No to skończył. A raczej ona skończyła swój pierwszy od tysięcy lat posiłek.

W Lutum trudno było kogoś zadziwić. Miasto w centrum Kolonii – pełne blaszaków i kapsuł – było jedynym dużym skupiskiem przetrwańców. Poza nim na Filo znajdowały się tylko peryferyjne miasteczka. Jałowa planeta przetrwała Rozpad. Może dlatego, że nie znajdowała się na linii wielkich szlaków handlowych? Każda rasa miała swoje dziwactwa, a odczepiona od własnej cywilizacji, poraniona i niepewna, stawała się najgorszą wersją siebie. W takich warunkach trudno było o jakąś intergalaktyczną etykietę. To właśnie dlatego nie zwrócono szczególnej uwagi na nagą kobietę przemierzającą ulice i plac handlowy. Poza kilkoma pożądliwymi spojrzeniami nie zebrała żadnego aplauzu.

Stanęła przed wejściem do burdelu. Krzykliwy, różowy neon Aura jasno informował, czego się może spodziewać ten, który tu wchodzi. Minęła ochroniarza, który zerknął tylko i zamruczał coś pod nosem. Nagość jest łatwa, niczego nie ukrywa, pomyślała Rubin i przeszła przez ciężką, bordową kotarę. Spojrzeniem przeczesywała zatłoczoną, cuchnącą potem i trawionym alkoholem salę. Przy barze dostrzegła Moona. Złowił jej zimny wzrok i szczerze się ucieszył.

Reklama

– Jest i mój najstarszy wąpierz. Cóż… Muszę przyznać, że nie sądziłem, że tak szybko cię tu zobaczę. Witaj… w domu, Rubi!

Dostrzegł zaschniętą krew na jej brodzie i dekolcie.

– Widzę, że już jadłaś. Szkoda. Tutaj tyle kręci się rarytasów. Przez niektóre skóry trudno się przebić, ale kto, jak nie ty, taka świeżutka! Ja to, widzisz, ząbki już nie te, co kiedyś. Ogromnie się cieszę, że jesteś… – zawiesił na chwilę głos i dodał – Rozumiem, że nie muszę już płacić drugiej raty za zlecenie. Ty to jesteś ekonomiczna dziewucha!

– Nie musisz – uśmiechnęła się wymownie.

­– Szkoda go trochę… Taki talent!

– Smakował parszywie – poskarżyła się smutno.

– Tym bardziej szkoda. Ale do rzeczy!

– Właśnie, Moon, do rzeczy. Węch mam całkiem dobry, co powinieneś rozumieć, skoro wytropiłam cię bezbłędnie i czuję właśnie, że coś zasłaniasz tym uroczym uśmieszkiem. O co chodzi?

– Bo widzisz, pojawiły się komplikacje.

– Ty masz na drugie „komplikacje”. Nie odtworzyłbyś mnie pewnie nigdy, gdybym nie była ci potrzebna.

– Może pozwolisz ze mną? Przygotowałem dla ciebie mały „update”, jak to mówią, i kilka fatałaszków. Chodź!

Szli przez tłum rozhukanych stworzeń. Rubin przeciskała się między nimi, czując na nagim ciele różne struktury dotyku. Na jej twarzy malowała się irytacja. Nie lubiła bliskości, a szczególnie tej przypadkowej. Moon złapał ją za rękę i pociągnął za sobą. Weszli na zaplecze na tyłach baru. Na jednym z krzeseł leżały ubrania i broń.

– Nie mogłeś przygotować tego na miejscu?

– Nie. Bawiła mnie myśl o tobie paradującej po Kolonii całkiem nago. Poza tym jesteś doskonałą reklamą, spójrz tylko na siebie… – to powiedziawszy, wyciągnął dłoń w kierunku jej piersi, ale ona strzeliła go tak szybko, że mimo bólu miał wątpliwości, czy to zdarzyło się naprawdę. Wykonał okrągły ruch w powietrzu i niezręcznie cofnął rękę.

– W każdym razie wszyscy widzieli, dokąd idziesz.

– Wspaniale. Uwielbiam, jak się mną wysługujesz. Tak bardzo to uwielbiam, że chyba ci się jakoś odwdzięczę.

– Spokojnie. Tylko bez takich, niewdzięcznico. To ja kazałem cię wyrzeźbić, ożywić.

– Następnym razem…

– Następnego nie będzie, zeskanujemy cię, zapiszemy i… – widząc niezrozumienie na jej twarzy, podjął się wyjaśnień. – W dużym skrócie: skaner kwantowy to takie urządzenie, szalenie trudno dostępne, które jest w stanie „spamiętać” kwantowe układy…

– Kwantowe, powiadasz. Zawrzyj tę przemądrzałą gębę i lepiej zostaw mnie na chwilę samą.

Moon popatrzył zrezygnowany. Słowo, które miał wypowiedzieć jako następne, zgasło żałośnie w jego krtani. Wyszedł.

Gdy Rubin została sama, powolnym krokiem podeszła do lustra i przeciągnęła się. Z aprobatą oglądała swoje ciało. Dobra robota, Moon. Naprawdę dobra. Próżność nie była jej najgorszą cechą. Wygląd to narzędzie, skonstatowała.

Przeglądała rzeczy, które zostawiono dla niej na krześle. Mogłaby przysiąc, że to te same, które miała na sobie w dniu śmierci. Tyle tylko, że tamte doszczętnie spłonęły w ogniu wznieconym przez przezornego łowcę. W popiołach został tylko asymetryczny rubin z jej świadomością. Cóż, skąd ten zdeterminowany biedak miał wiedzieć, że kamień, który podarował kościelnemu monarsze jako trofeum, przetrwa w papieskim berle aż do dnia, gdy zostanie skradzione…

Reklama

Ubrania leżały jak ulał. Skórzana kurtka, nabijana u dołu czerwonymi kolcami, z broszą w kształcie czaszki, zalotna krótka spódniczka i ciężkie buty przed kolano – tenże strój był nieodzowną częścią jej tożsamości. Gdy już wszystko na siebie włożyła, otworzyła szkatułkę, w której spoczywało małe zawiniątko. Instrukcja mówiła, że delikatną siatkę należy nałożyć na oko. Mocowała się z tym przez chwilę, aż wreszcie gęsta, mleczna sieć pokryła jej źrenicę. W przestrzeni zawisły objaśnienia. Zwróciła się w kierunku broni i po chwili już rozumiała jej działanie. Wróciła do lustra.

OBIEKT: KOBIETA

POCHODZENIE: BRAK DANYCH

WIEK KOMÓRKOWY: 4 GODZINY I 25 MINUT

SPRZECZNE INFORMACJE, BŁĄD ODCZYTU, BRAK DANYCH…

Pogładziła palcem tatuaż znajdujący się tuż przy linii włosów, na czole.

SYMBOL: ODWRÓCONY KRZYŻ, OSADZONY W TRADYCJI CHRZEŚCIJAŃSKIEJ, OZNACZA BUNT WOBEC WARTOŚCI FILOZOFII CHRZEŚCIJAŃSKIEJ

Wyszła z zaplecza. To zabawne, że dopiero teraz stała się zauważalna. Zaczęła budzić niepokój. To jedyna forma prawdziwej uwagi, jaka istniała we wszechświecie dla takiej istoty jak ona.

– Teraz mów, o co chodzi – wyszeptała do ucha Moona.

– O! Wyglądasz jak… nowo narodzona.

– Jaki wyborny żarcik raczyłeś wypowiedzieć – skrzywiła się ironicznie Rubin.

– W Kolonii roi się od samozwańczych szamanów, proroków i innych świrów. Nic w tym dziwnego. Większość z nich prędzej czy później obsługują moje panienki, ale ostatnio pojawił się taki jeden wrzód na dupie. Głosi odrodzenie świata, pierdoli o przywróceniu równowagi, pokazuje jakieś holoprojekcje.

Rubin skrzywiła się na to słowo.

– Później wyjaśnię, w każdym razie… Ten prorok nie byłby problemem, ale okazało się, że jest dość przekonujący. Pomijając to, że krytykuje otwarcie mój przybytek, co przekłada się niestety na spadek zysków, i to znaczący, to jeszcze twierdzi, że wszyscy w Kolonii powinniśmy skupić się teraz na tym, by działać na rzecz odrodzenia planet, a niebawem wrócimy do domu. No idylla, kurwa jego mać! Jak sama rozumiesz, ten wspaniały „powrót do domu” oznacza koniec Kolonii i koniec tego… wszystkiego – to powiedziawszy, Moon zatoczył prezentacyjnie ręką, jakby wskazywał jakiś zabytek.

– Nie wierzę w to, ale sama rozumiesz, że muszę to sprawdzić. Nikomu innemu nie mogę zaufać. Większość z tych tu to albo partacze, albo dziwki. Koło inteligencji nawet nie leżeli. Potrzebuję cię. Potrzebuję to sprawdzić…

– Zrozumiałam. Gdzie go znajdę?

­– To już zostawiam tobie. Ostatnio jednemu z moich osiłków udało się go wytropić w północnej części miasta. Przy suchych łaźniach. Rzadko kiedy wraca w to samo miejsce. Ale rozpoznasz go po zapachu.

Moon wręczył Rubin kawałek oddartego rękawa.

– Przynieśli mi – wyjaśnił. – Rubin, ja już pierdolę kolejną rewolucję… Tysiące lat walki o przetrwanie.

– Tylko bez tych ckliwych pierdół. Zobaczę, co da się zrobić.

Chciał klepnąć ją z radości w tyłek, ale powstrzymał się, mając na uwadze poprzednią porażkę.

– Nie rozumiem tylko, dlaczego sam go nie wytropisz? Po co tyle zachodu? Węch masz równie dobry.

– Miałem. Ani refleks, ani siła, ani węch już nie te. Piję mało krwi, bo niewiele jest tu dobrej. Sama zwróciłaś uwagę, że jest paskudna. Żywię się głównie jakimiś odpadami. Poza tym, wciąż nie nauczyłem się rozciągać czasu… Muszę być tu na miejscu, niemal bez przerwy: jak nie pilnuję, to kradną.

– Idę – podsumowała sucho jego mało przekonujące wyznanie. Była pewna, że nie chciał się narażać, bał się, jak zawsze …

Rubin dotarła we wskazane przez Moona miejsce. Okolica była niemal pusta. Trop odnalazła z łatwością. Prorok miał wyjątkowy zapach. Coś jakby szafran… Podążała za wonią, klucząc w labiryncie blaszaków i rdzy. Noc była wietrzna, co utrudniało jej pracę. W końcu jednak trop zaprowadził ją pod przerdzewiały barak. Uchyliła drzwi. Przy wielkim stole, oświetlonym punktową lampką, siedziało stworzenie. Najpierw zobaczyła grube, owłosione ręce, dopiero później dostrzegła wielki łeb, z którego wyrastały kolce w kolorze kości. Na ustach zamocowany miał filtr piaskowy, wykonany z fragmentu miednicy jakiejś innej, niegdyś żywej istoty.

Reklama

– Wejdź. Spodziewałam się ciebie.

Rubin była zaskoczona żeńską formą.

– Czyżby?

– Nie wybrałam sobie tego losu… Spadł na mnie. Szczerze mówiąc, jestem tym nieco przygnieciona.

– Co masz na myśli? – zagadnęła niemal przyjaźnie Rubin, powoli zaczynając swą grę.

– Tęsknię za tym czasem, gdy byłam zwykłą targową strażniczką, nie tak dawno, bo jeszcze trzy zorze temu, a teraz… – na twarzy Rubin pojawiło się przekonujące zatroskanie – Och! Cóż za niepotrzebna troska. Miło z twojej strony, że tak się starasz. To mi schlebia, ale zachowaj siły, bo twój głód narobi ci kłopotów. Wiem dokładnie, po co tu przyszłaś. Wiem też, kim jesteś.

– Więc do rzeczy. Po co mieszasz?

– Spotkałam wiedźmę, znaną w Kolonii handlarkę, która podeszła do mnie, gdy pełniłam wartę. Zażądała, bym wypiła coś z jednej z jej fiolek. Wydawało mi się to niedorzeczne, ale… poczułam, że muszę. Nie umiem tego wyjaśnić. Cóż, nie było złe.

– Coś jak szafran?

– Szafran?

– Nie ważne… Mów dalej.

– Wiedźma była tak przekonująca w swym milczeniu… Wpatrywała się we mnie z mocą, której nie dało się oprzeć. Od tego momentu zaczęła zachodzić we mnie zmiana. W mojej głowie słyszę głosy drzew, które snują wizje przyszłości, to wariactwo… Tak myślałam na początku, ale kilka razy przekonałam się, że znam mapę wszystkich splotów wydarzeń, łącznie z tymi tu i teraz. Zaufałam więc temu wiecznemu szumowi, który wymagał ode mnie coraz więcej.

– W mojej hiszpańskiej naturze nie ma zbyt wiele cierpliwości. Robię się głodna…

W dotychczas melodyjnym głosie tej przedziwnej kreatury Rubin nie znajdowała nic dziwnego, do tego momentu brzmiała całkiem jak zwykła dziewczyna. Głos miała wysoki i momentami nieprzyjemny, ale teraz z jej maski wydobył się szum, a słowa płynęły jakby z szepczącego chóru drzew. Co to za sztuczki…

– Nadchodzi czas siewów, dla ciebie też przeznaczono rolę, którą odegrasz.

– Nie sądzę – wycedziła Rubin. Zbliżała się powoli do prorokini. Chciała zakończyć ten cyrk. Ale głosy szumiały dalej.

– Na Ziemi, w katedrze Ostatniego Miasta żyje istota, z którą musisz się spotkać. Będzie to najciekawsze i najlepsze, co zrobisz w swoim nieżyciu. Ona ma dla ciebie dar.

Rubin, zirytowana pompatycznym, podniosłym tonem przepowiedni, rzuciła się na stworzenie i przebiwszy się przez twardą skórę, poczęła chłonąć gęstą krew. Gdy skończyła, otarła usta i niespieszne odłożyła wyssane z życia truchło na podłogę.

W głowie natrętnie pobrzmiewały słowa, których nie mogła zastąpić niczym innym. Jej myśli nawracały do znaczenia przepowiedni. Nerwowo analizowała sens zdań. Po kilku godzinach wciąż błąkała się po pustym już, zardzewiałym mieście, czkając szafranem i nieświadomie nucąc pod nosem piosenkę, której nigdy wcześniej nie słyszała. Jej rytm w głowie Rubin wystukiwały uderzenia spadających kropli.

-----

*Zarówno opowiadanie, jak i zdjęcia objęte są prawami autorskimi, © lubimyczytać.pl.

O Between Worlds

Projekt Between Worlds powstał w wyniku spotkania trzech niezależnych twórców. Marcin Urzędowski tworzy kostiumy i maski recyklingowe. Kasia – Madam Miko – jest fotografką, która od samego początku ujmowała postacie w magiczne kadry. Jagna Żukowska-Olejniczak ożywiła je w swoich opowiadaniach. W ten sposób powstał projekt Between Worlds – interdyscyplinarne połączenie trzech światów, który możecie czytać i oglądać na łamach lubimyczytać.pl.

Przeczytaj Between Worlds opowiadanie 1: „Woda”opowiadanie 2: „Głód”opowiadanie 3: „Pragnienie”, opowiadanie 4: „Las”.

Reklama

komentarze [12]

Sortuj:
518
178
04.10.2020 12:36

Przyznaję że jest coraz bardziej niesamowicie. Zdjęcia oglądam co pewien czas i nie mogę wyjść z podziwu że są tak piękne. Dziękuję bardzo.
A treść coraz bardziej intryguje.


242
46
26.09.2020 10:05

Brawo, brawo, brawo!
Chociaż strasznie drażni mnie to zawieszenie opowiadań. Zawsze kończą się tak, że chcę przełożyć kartkę i czytać dalej. Tylko, że ta kartka trwa tydzień. Zdjęcia jak zawsze zachwycające. Kostiumy, charakteryzacja i aranżacja... cytując klasyka "Cud, miód, ultramaryna"😄👏🏻


2091
1
24.09.2020 11:41

Jestem dosłownie zachwycona zdjęciami prezentowanymi w tym projekcie! Czy inni też tak mają? Ten postapokaliptyczny industrializm czy też industrialna postapokalipsa, cóż za wspaniała wizja, jaka wyobraźnia! Można tylko pozazdrościć :)


0
0
24.09.2020 12:43

Postapokalipsa z industrialnej coraz bardziej będzie zmieniać się w leśną ... ale wszystko w swoim czasie.


2091
1
24.09.2020 14:26

W takim razie już nie mogę się doczekać obrazów :)


2
2
25.09.2020 08:45

Serdecznie dziękuję za te miłe i budujące słowa w imieniu swoim jako autorki zdjęć oraz całego naszego teamu <3


131
84
25.09.2020 15:31

Nie wiem jak inni ale ja zdecydowanie tak. No i ukłony dla charakteryzatorów oraz za kostiumy (to słowo jakoś mi tu nie pasuje no ale przynajmniej wiadomo o co chodzi). Sporo musiało być roboty przy jednym i drugim. I ewidentnie twórcy czuli klimat.


593
71
23.09.2020 20:56

Autorzy tego projektu są niezwykle zdolni i kreatywni. Brawo!


0
0
23.09.2020 22:11

Dziękujemy za te piękne i motywujące do dalszej pracy słowa. Takie komentarze przekonują nas, że warto !


4040
3800
23.09.2020 20:05

Śliczne to.Pięknie się czyta.


0
0
23.09.2020 22:11

Cieszymy się niezmiernie.


2783
4
21.09.2020 12:59

Zapraszamy do dyskusji.


zgłoś błąd