Łukasz Wasilewski 
lukaszwasilewski.pl
Od zawsze chciał pisać… Chociaż w zasadzie to nie, bo długo marzył, że zostanie rockowym gitarzystą. Na koncie ma remiksy dla Rahima i L.U.C-a oraz muzykę do kilku gier wideo. W warszawskim Radiu Kampus prowadził popkulturową audycję „Schaby Jabby”. Inżynier, ale zawodowo realizował się jako copywriter, aż w końcu ego wzięło górę i zwrócił się ku prozie. Uwielbia marcepan, szarlotkę i Led Zeppelin. Autor powieści „Oddawaj różdżkę, Phong!”. Pisze, komponuje, fotografuje – czasem z lepszym, czasem z gorszym skutkiem. Stara się, żeby częściej było z lepszym:P
32 lat, mężczyzna, Warszawa, status: Czytelnik, ostatnio widziany 3 tygodnie temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-06-05 21:11:13
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Konowały, łapówkarze, roszczeniowe snoby – to tylko kilka określeń, którymi raczą lekarzy polscy pacjenci. Czy słusznie? Nie ma na to prostej odpowiedzi, ale niewątpliwie ci, którzy sięgają po takie określenia, nawet jeśli mieli kiepskie doświadczenia z lekarzami, wykazują się sporą ignorancją i empatią na poziomie płyty chodnikowej. Mam problem z takim traktowaniem lekarzy i wcale nie... Konowały, łapówkarze, roszczeniowe snoby – to tylko kilka określeń, którymi raczą lekarzy polscy pacjenci. Czy słusznie? Nie ma na to prostej odpowiedzi, ale niewątpliwie ci, którzy sięgają po takie określenia, nawet jeśli mieli kiepskie doświadczenia z lekarzami, wykazują się sporą ignorancją i empatią na poziomie płyty chodnikowej. Mam problem z takim traktowaniem lekarzy i wcale nie dlatego, że mój dobry przyjaciel jest po medycynie. Od zawsze miałem świadomość, jak wielka odpowiedzialność spoczywa na „fartuchach”, a lektura „Będzie bolało” tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu.

Książka Adama Kaya na formę dziennika i przytacza dziesiątki wpisów dotyczących poszczególnych dni jego kilkuletniej kariery. Nie doszukujcie się w „Będzie bolało” jakiejś fabuły – co prawda Kay pisze o kolejnych kamieniach milowych w postaci coraz wyższych posad (niekoniecznie związanych z zauważalnie wyższą pensją), ale chodzi tylko o uporządkowanie chronologii. Wpisy można jednak czytać w oderwaniu od innych – każdy z nich jest w pewnym stopniu autonomiczną krótszą lub dłuższą historią. Najczęściej z dowcipną puentą, która jednocześnie bywa niewyobrażalnie smutna.

Adam Kay już nie jest lekarzem, więc pewnie wiele osób pomyśli, że w książce postanowił wylać swoje żale i na swoich warunkach wyjaśnić, czemu nie poradził sobie jako lekarz. Problem w tym, że sobie poradził, świetnie wykonywał swoją pracę, z trudem łącząc ją z życiem osobistym. W końcu coś w nim pękło, a gdy przeczytacie całą książkę, zrozumiecie dlaczego.

Kay nie przebiera w słowach, gdy pisze o pacjentach, kolegach lekarzach czy brytyjskiej służbie zdrowia (która jednak najczęściej służy bogom biurokracji). Czytanie jego wywodów nie boli, bo posługuje się świetnym, ciętym językiem. Co rusz wbija szpile różnym ludziom i sytuacjom, jednocześnie racząc nas tonami merytorycznych wtrętów. To ciekawe, że taki cynik wybrał ginekologię i położnictwo m.in. dlatego, że w ten sposób mógł „podwajać liczbę pacjentów”, zamiast tylko walczyć o to, by pacjentów nie ubywało (if you know I mean).

Jestem pewny, że wiele osób będzie przytaczało dowcipne anegdotki z tej książki. W efekcie będzie kojarzona ze spisanym stand-upem komika-byłego lekarza. Przyznaję, dziennik Kay potrafi być zabójczo zabawny (duża tym zasługa bezdennej ignorancji przedstawicieli homo sapiens), ale jego zapiski są w istocie przerażająco smutne. Kay nie ma powodu, by owijać w bawełnę. Ta książka to dla niego forma terapii, próba rozliczenia się z życiem, które kochał, ale musiał z niego zrezygnować.

Opowiada o nieludzkich godzinach pracy, zanikającym życiu osobistym, marnych zarobkach (tak ogólnie, nawet bez brania pod uwagę ogromnej odpowiedzialności), a także niewdzięczności pacjentów. Łatwo zwyzywać lekarza, który mógł mieć akurat ciężki dzień, przeprowadził kilka cesarek... czy zwyczajnie brakuje mu wiedzy. Kay trafnie zauważa, że lekarz nie jest bogiem, nie jest wszechwiedzący. Zdecydowanie bliżej mu do złamanego człowieka, który stara się przetrwać, więc gdzie tu czas na pogłębianie wiedzy albo chociaż utrwalanie tej teoretycznie obligatoryjnej dla danej specjalizacji. Pacjenci mają niesamowicie wygórowane wymagania, bo przecież chodzi o ich zdrowie. Szkoda tylko, że mało kto zastanawia się nad tym, czy sam wykonuje swoją pracę z taką dbałością, jakiej wymaga od przedstawicieli służby zdrowia. Coś czuję, że każdy z naczelnych narzekaczy zrobił nieraz błąd w pracy i skwitował to krótkim „no trudno, zdarza się”, a może nawet nie zauważył, że zrobił coś źle. I tak żył sobie w błogiej nieświadomości, gdy wreszcie dostał naganę od szefa, po czym przełożonego zbluzgał w myślach. Takie zachowanie jest społeczne akceptowane, ale wiecie co – jak lekarz zrobi błąd, to nie może powiedzieć „no trudno”, co nie znaczy, że lekarz nie ma prawda do błędu. Wiecie dlaczego? Bo jest człowiekiem.

Gwarantuję, że podczas lektury dziennika Adama Kaya będziecie śmiali się na głos, ale mam prośbę – pamiętajcie, że dowcipny styl autora to mechanizm obronny, próba zaklinania rzeczywistości. Od lekarzy wymaga się ogromnego poświęcenia, a w początkowych latach kariery nic nie otrzymują w zamian. Chociaż nie, może nie takie nic – świadomość ratowania czy choć poprawiania życia sprawia, że lekarze zdobywają się na nadludzki wysiłek i wciąż pomagają, chociaż są na nogach od kilkunastu godzin, a ich bliscy właśnie pakują walizki, bo mają dość bycia w związku na odległość (mieszkając w tym samym mieście). Chcecie zrozumieć, na czym polega życie lekarza? Zapomnijcie o serialach medycznych i sięgnijcie po „Będzie bolało”.

pokaż więcej

 
2018-05-29 23:14:33
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Wiecie, skąd wzięła się nazwa neandertalczyk? Wbrew pozorom nie jest to nawiązanie do jakiegoś łacińskiego zwrotu. Po prostu pierwsze szczątki jednego z naszych przodków odkryto w dolinie Neandertal w Niemczech. Lubię takie ciekawostki, ale jeśli liczycie, że „Moja europejska rodzina” to księga pełna niezwiązanych ze sobą ciekawostek, to muszę Was rozczarować. Karin Bojs zamiast koncentrować... Wiecie, skąd wzięła się nazwa neandertalczyk? Wbrew pozorom nie jest to nawiązanie do jakiegoś łacińskiego zwrotu. Po prostu pierwsze szczątki jednego z naszych przodków odkryto w dolinie Neandertal w Niemczech. Lubię takie ciekawostki, ale jeśli liczycie, że „Moja europejska rodzina” to księga pełna niezwiązanych ze sobą ciekawostek, to muszę Was rozczarować. Karin Bojs zamiast koncentrować się na wyrywkowej wiedzy, którą można byłoby wykorzystać w Milionerach, postanowiła pochylić się nad historią ludzkości – pełną wyzwań i przełomowych momentów.

Przewrotnie mogę powiedzieć, że „Moja europejska rodzina” to dobra książka dla rasistów, ale domyślam się, że nikt nie będzie jej tak reklamował. O co mi chodzi? Autorka stara się prześledzić całe losy homo sapiens – kiedy wszystko się zaczęło, jaką drogę (dosłownie i w przenośni) przebyli nasi przodkowie. Dość powszechną wiedzą jest, że wszyscy ludzie pochodzą z Afryki... a może wcale nie taką powszechną? Ludzie, który oceniają innych na podstawie rasy i stereotypów, w pierwszej kolejności powinni poczytać o tym, że wszyscy mamy wspólnych przodków. Jasne, różnimy się pod wieloma względami, nasi przodkowie w pewnym momencie tysiące lat temu także poszli w różnych kierunkach, ale nie możemy zaprzeczyć faktom, że łączy nas duża część DNA. Z drugiej strony, taka wiedza mogłaby sprawić, że rasistom zagotowałby się mózg. Pytanie tylko, czy naprawdę byłoby to takie złe...

„W młodości uważałam, że nie wypada interesować się historią własnej rodziny, że coś takiego przystoi tylko nudziarzom i kujonom” – przyznaje Bojs we wstępie. Z czasem nabrała szacunku do badań genealogicznych, zapragnęła dowiedzieć się więcej o przodkach, którzy szybko zniknęli z jej życia. A ponieważ realizowała się jako dziennikarka naukowa, wiedziała, jak zabrać się do tematu. Dużą rolę w jej poszukiwaniach odegrały badania DNA i ten temat powraca w książce wielokrotnie – w istotny sposób zrewolucjonizował postrzeganie wielu wydarzeń w czasach prehistorycznych. Nagle okazało się, że wiele teorii da się zweryfikować, można prześledzić podróże ludzi, jak się krzyżowali i całą wędrówkę ich genów po świecie. Badania DNA doprowadziły do wielu przełomów, nie spodziewałem się więc, że spora część archeologów patrzy na nie ze sporą dozą nieufności. Karin Bojs spotkała się w trakcie pisania książki z badaczami z całego świata i miała okazję poznać nastroje w różnych środowiskach. Badanie DNA jest wciąż czymś stosunkowo nowym i nie tak intuicyjnym jak np. analizowanie kości i pokruszonej ceramiki. Jednak to DNA jest czymś bardziej poruszającym wyobraźnię i łatwiej zdobyć fundusze na jego badanie. Czyżby stąd zawiść części środowiska?

Bez odpowiedniej wiedzy łatwo myśleć o ludziach prehistorycznych jak o prymitywnych istotach. Ale przecież musieli stale ewoluować, by stać się kimś znacznie nam bliższym. Nie było jednak tak, że ludzie uganiali się za mamutami, a potem pstryk! – budują piramidy i specjalizują się w astronomii. Bojs pozwala nam przejść przez kolejne etapy rozwoju ludzkości i kompleksowo wyjaśnia, co zmieniło się np. dzięki bardziej zaawansowanym narzędziom albo rozwojowi języka – ten ostatni pozwalał rozwijać się społecznościom, a dzięki nim walka o przetrwanie była dużo łatwiejsza. Język, empatia, muzyka – to wszystko zaczęło się bardzo dawno temu. Możemy sobie wyobrażać, że prawdziwa historia ludzkości zaczęła się w czasach starożytnych. Gdy jednak wyobrazimy sobie tych okrytych niezdarnie pozszywanymi skórami łowców, którzy grają na flecie i w ten sposób zacieśniają więzy w swojej wspólnocie, przestaniemy ich traktować jak bezrozumne stworzenia. Tego fletu wcale sobie nie wymyśliłem – archeologowie od lat posiadają odpowiednie dowody na istnienie instrumentów muzycznych sprzed tysięcy lat i nawet pokusili się o swoją rekonstrukcję prehistorycznej muzyki.

Autorka nie opowiada jednak tylko o narzędziach, ceramice czy wytapianiu brązu. Zwraca również uwagę na to, jak zmiany klimatu czy poziomu zagęszczenia lasów wpływały na codzienne życie ludzi. Olbrzymią przemianą było chociażby przekształcenie się łowców-zbieraczy w rolników. Nie nastąpiło to rzecz jasna z dnia na dzień. Proces był długi, fascynujący i niezwykle logiczny. Dzięki książce Karin Bojs przestaniecie patrzeć na rozwój ludzkości jak na zbiór kamieni milowych, a zaczniecie dostrzegać ciągły proces.

Oczywiście pisząc o ludzkości, nie można pomijać tematu zwierząt. Zdziwicie się, jak wcześnie ludzie w pewnym sensie stworzyli psy, które w istocie są udomowionymi wilkami. A skoro już mowa o zwierzętach, to ciekawe, że okiełznanie koni miało ogromny wpływ na języki, którymi się obecnie posługujemy w większości krajów Europy. W końcu zarówno polski, jak i niemiecki czy hiszpański należą do grupy języków indoeuropejskich. Rozprzestrzenienie się języka praindoeuropejskiego prawdopodobnie w dużej mierze zawdzięczamy zaklinaczom koni, że ich tak poetycko nazwę, którzy przybyli ze stepów obecnej Rosji. Szybki środek transport w tamtych czasach był w stanie wpłynąć na całą obecną współczesność. Niesamowite, prawda?

Lektura książki „Moja europejska rodzina” przypomina trochę zapoznawanie się z kolejnymi tytułami o astrofizyce. Dzięki niej zyskujemy odpowiednią perspektywę i przestajemy myśleć tylko o tu i teraz. Spędzając czas na pracy, jedzeniu i tanich rozrywkach, łatwo zapomnieć, że nie pojawiliśmy się w magiczny sposób na tym świecie kilkaset lat temu. Jesteśmy tylko ogniwem nieskończonego łańcucha.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
52 43 325
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (2)

zgłoś błąd zgłoś błąd