Reklama

Krainy czasów zasiedlają same kobiety. Rozmowa z Ałbeną Grabowską

Zofia Karaszewska
29.10.2019

Bohaterem nowej książki Ałbeny Grabowskiej „Matki i córki” jest BRAK: brak historii rodzinnych, tożsamości, poczucia więzi z męską linią rodziny. Główna bohaterka żyje otoczona kobietami (matką, babką i prababką), które ukrywają przed nią przeszłość. Lila nie może tego znieść, bo potrzebuje rodzinnych opowieści do życia. Prosi o nie, walczy, ale w odpowiedzi dostaje tylko milczenie. Z autorką cyklu „Stulecie Winnych” o najnowszej powieści rozmawia Zofia Karaszewska.

[Opis wydawcy] „Matki i córki”, czyli prababka, babka, matka i córka, które zmagają się z przeszłością. Maria podążyła za mężem zesłańcem na Sybir. Sabina była więźniarką obozu koncentracyjnego Ravensbrück, przebywała na bloku, gdzie dokonywano eksperymentów medycznych na kobietach. Magdalena straciła ukochanego i samotnie wychowywała córkę w PRL-u. Lila żyje z piętnem dziecka niekochanego i uwikłanego w tajemnice. Każda z nich mierzy się z macierzyństwem w innych okolicznościach i dla każdej jest to doświadczenie przełomowe. W domu bez mężczyzn kłębią się sekrety, niewyjaśnione historie opowiadane przez żywych i martwych. Pod wpływem tych opowieści najmłodsza z bohaterek zastanawia się, jakie dziedzictwo przekaże swoim dzieciom. Próbuje poznać przeszłość, ale co chwilę natrafia na mur niedopowiedzeń, kłamstw i przeinaczeń. Czy wystarczy oswoić własną historię, żeby przezwyciężyć strach przed bliskością?
Cztery kobiety, których losy przeplatają się z historią XX wieku. Cztery naznaczone traumą matki. Cztery córki, które borykają się z rodzinną historią i próbują odkryć własne korzenie.

Zofia Karaszewska*: Wierzysz w duchy? W końcu jesteś lekarką.

Ałbena Grabowska: Oczywiście, że wierzę! Duchy to pewna forma energii, której jeszcze nie zmierzyliśmy, nie opanowaliśmy. Na Bałkanach wierzy się, że duchy są obecne wśród żywych czterdzieści dni po śmierci i mają wtedy szansę jeszcze coś wyrównać i naprawić. Na Bałkanach zmarli przychodzą też do nas w snach. W ludowym wcieleniu te duchy przeżywają reminiscencje z poprzedniego życia – mierzą się z tym, co zrobiły dobrze, a co źle. Przygotowują się do następnego etapu… To jest coś, czego nie rozumiemy i czego nie jesteśmy w stanie zmierzyć. W „Matkach i córkach” duchy nie odchodzą, to jest bardzo bałkańskie, a ja pochodzę z Bałkanów.

Z zawodu jesteś neurologiem. To raczej bardzo konkretna dziedzina. Pisarstwo – przeciwnie.

Reklama

Tak, to bardzo konkretna praca i bardzo konkretne warunki jej wykonywania. Teraz właściwie nie pracuję już w tym zawodzie. Nie pracuję już w szpitalu, przyjmuję pacjentów tylko ambulatoryjnie. Jednak z pracy w szpitalu odchodziłam stopniowo. Kiedy okazało się, że muszę bardziej poświęcić się rodzinie, odeszłam z kliniki. Wtedy po raz pierwszy miałam czas i zaczęłam pisać. Pracując w klinice jako nauczyciel akademicki i dyżurując, nie mogłam sobie na pisanie pozwolić, a kiedy odeszłam do spokojnej pracy, pojawił się czas. Później, kiedy okazało się, że mój synek jest autystycznym dzieckiem, musiałam zrezygnować z pełnego etatu w szpitalu, żeby jeździć z nim na terapię. To moje odchodzenie od szpitalnej praktyki lekarskiej było stopniowe i jakby zawoalowane. Nie było to decyzja dramatyczna, odbyło się to trochę poza mną. Podejrzewam, że gdybym musiała podjąć taką drastyczną decyzję, a ja w tym zawodzie zaszłam bardzo wysoko, to pewnie bym nie umiała i byłoby mi bardzo trudno. Trochę los to na mnie wymusił i w naturalny sposób weszłam na drogę pisarską. Kiedy zrozumiałam, że to teraz będzie moja droga, to już się nie zatrzymałam i nie obejrzałam wstecz.

Tylko czy nie powinnaś pisać thrillerów medycznych?

(śmiech) Nie przepadam za thrillerami medycznymi, bo przeważnie jestem w stanie się zorientować w intrydze. Ale posługuję się moją wiedzą i we wszystkich moich książkach jest bardzo dużo chorób.

Myślisz, że pisarka była w tobie od zawsze?

Tak, myślę, że ona była, tylko że ja tego zupełnie nie rozumiałam. Nigdy o tym nie myślałam i nie marzyłam. Jako dziecko bardzo dużo czytałam, więc pisarz dla mnie to był ktoś naprawdę na piedestale. Pisząc w czasie studiów do „Życia na Gorąco” lub „Tele Tygodnia”, nigdy nie uważałam siebie za pisarkę…

Co tam pisałaś?

Porady życiowe „Bez tabu”, „Psycholog radzi” i też medyczne tekściki. A kiedy w redakcji zorientowano się, że to mi wychodzi, awansowałam na opowieści o miłości i historie z życia wzięte. To mi dało bardzo dużo warsztatu, ale nie traktowałam tego jako zawodu i nigdy się nie przedstawiałam jako pisarka.

Teraz już się przedstawiasz?

Tak. Uważam, że te dwadzieścia książek, które napisałam, daje mi do tego prawo. Moje koleżanki często kluczą, mówią o sobie „kobieta pisząca”, „kobieta opowiadająca historię”. Ja uważam, że mogę już powiedzieć o sobie, że jestem pisarką, chociaż z zawodu – lekarzem.

A od kiedy, od czego się zaczęło twoje pisanie na poważnie?

Pierwsza książka, którą napisałam – „Tam, gdzie urodził się Orfeusz” – nie wyniknęła z potrzeby pisania jako takiego, tylko z potrzeby pozostawienia moim dzieciom świadectwa dziedzictwa korzeni bułgarskich. To pochodzenie jest dla mnie bardzo ważne, a moje dzieci jeszcze o nie nie pytają. Pomyślałam sobie, że jeśli mnie kiedyś zabraknie, mnie i mojej mamy, to moje dzieci zostaną bez odpowiedzi. A przecież przyjdzie taki dzień, że będą chciały poznać swoją tożsamość… Kiedy pisałam moją pierwszą książkę, to wydawało mi się, że ta tożsamość jest bardzo ważna, ale dopiero tu, w „Matkach i córkach”, nawiązałam do tego w pełny sposób.

Kolega, który mi łamał tę pierwszą książeczkę, bo ja bardzo chciałam ją wydać w prezencie dla dzieci, powiedział mi, że to jest świetnie napisane i bardzo dobrze się czyta. Taki był początek.

Dziś piszesz książki należące do bardzo różnych gatunków: powieści obyczajowe, psychologiczne, kryminały, książki dla dzieci. Czy to świadczy o tym, że szukasz wciąż nowych środków wyrazu?

Gatunek literacki to jest dla mnie taki sam środek wyrażania opowieści, jak narracja i jak bohaterowie. Dlatego nie pozostaję wierna jednemu gatunkowi. Nie jest tak, że tylko saga czy tylko powieść obyczajowa – zawsze szukam. Wydaje mi się, że to jest równie ważne, jak wybór narracji.

Najpierw pojawia się temat lub historia i dopiero wtedy szukasz gatunku?

Zależy. Czasami jest odwrotnie, jak to było przy „Stuleciu Winnych”, kiedy najpierw pomyślałam, że napiszę sagę. Później, kiedy się okazało, że trzeba pewne wątki uzupełnić, stwierdziłam, że opowiadania są najbardziej naturalnym sposobem na dopisanie dalszej części.

Jeśli chodzi o „Matki i córki”, to wydawało mi się, że powieść obyczajowa i narracja z punktu widzenia czterech osób będą najlepiej niosły tę opowieść.

A dokładnie czterech kobiet. Piszesz w książce, że „krainy czasów zasiedlają same kobiety”.

Jestem kobietą i absolutnie utożsamiam się ze swoją osobą i rolą. Ciągle też szukam, bo tak naprawdę siebie zaczęłam rozumieć, jak miałam trzydzieści lat. To był taki moment, kiedy zaszłam w ciążę i zrozumiałam, że zaczynam mieć odrębne „ja”, że nie jestem już tylko córką, żoną czy matką, ale na pierwszym miejscu jestem ja sama. Z tego poczucia, które było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, wyniknęło bardzo dużo wątków w moich książkach. Najwięcej właśnie w tej najnowszej.

„Matki i córki” to bardzo sfeminizowana książka, a mężczyźni są w niej raczej tematem tabu.

Ja mężczyzn tak dobrze nie rozumiem jak kobiety. W przypadku kobiet nawet jeśli nie rozumiem jakichś ich wyborów, mogę o tym dyskutować literacko. Z mężczyznami nie podejmuję się dyskusji…

Czy uważasz, że mężczyźni są jeszcze światu potrzebni?

Moja bohaterka zastanawia się nad tym, czy nie jest owocem partenogenezy. Zastanawia się, czy w ogóle dostała materiał genetyczny od jakiegoś ojca. Bo tak bardzo nie ma w jej życiu mężczyzn, że to niemożliwe, żeby ktoś w ogóle był kiedykolwiek.

Ale myślę, że mężczyźni są potrzebni światu. Mądrzy, lojalni i wspierający kobiety. Chociaż w mojej historii są oni rzeczywiście bardzo w tle. Chciałam, żeby to była bardzo egoistyczna historia, żeby to było o tym, co kobieta kobiecie jest w stanie zrobić.

Matka córce?

Ta relacja między matką a córką zawsze mnie uwierała i zawsze się nad nią zastanawiałam. Może dlatego, że jestem jedynaczką i mam córkę, która jest dla mnie tworem szczególnym. Jak się dowiedziałam, że urodzę córkę, a mam też dwóch synów, to poczułam niepokój. Zastanawiałam się, czy będę w stanie ją wychować i dać jej wystarczająco dużo miłości, wsparcia i siły, żeby szła przez świat. Całe życie zastanawia mnie siła i skomplikowanie relacji matka-córka.

W książce zobrazowałaś tę relację w dość laboratoryjnych warunkach.

Nie chciałam, żeby ktoś przeszkadzał, dlatego nie ma w książce mężczyzn. Chciałam pokazać, jak można bardzo źle zbudować taką relację i z czego to wynika. Moje bohaterki mściły się na Lili za to, co je spotkało. Doznały takich krzywd, że na nic więcej nie starczyło czasu, nawet na wyjaśnienia.

Tylko bez tych wyjaśnień, historii rodzinnych i pamięci rodowej nie jesteśmy w stanie poczuć się dobrze ze sobą.

Człowiek, który nie wie nic o sobie, jest kompletnie oderwany od swojego rodu i od korzeni, od wspomnień i tożsamości, ma ogromne trudności, żeby odnaleźć się w świecie.

Zgoda. A co sądzisz o dziedziczeniu traum?

O tym zaczęło się mówić niedawno, gdy psycholodzy zauważyli, że problem nie dotyczy tylko tych, którzy te traumy przeżyli, ale też następnego pokolenia i jeszcze kolejnego. Okazuje się, że kolejne pokolenie już sobie tak nie radzi, bo nie jest osadzone w tych przeżyciach, w konkretnym kontekście historycznym. W pokoleniu straumatyzowanym nie było tak, że jest jedna chora jednostka wśród zdrowych, ale wszyscy byli dotknięci tymi samymi chorobami, bo przecież mało było rodzin, które wyszły z wojny nietknięte. Ich dzieci nie mają przeszkód, żeby iść dalej, ale coś ciągnie je do dołu. Coś uwiera. Trudno jest też znaleźć oparcie w innych, bo nie ma wielu osób przeżywających podobną sytuację. Nie ma nawet osób, z którymi można współmilczeć, co też jest formą terapii…

W twojej książce jest dużo milczenia, ale nie przynosi ono ukojenia głównej bohaterce.

Tak, bo ona nie rozumie tego milczenia. A wtedy to jest obciążenie, a nie wsparcie. Matka, babka i prababka zostawiają główną bohaterkę z niczym. Umierają i nawet na łożu śmierci nie przekazują jej żadnej historii, na której mogłaby zbudować swoją tożsamość.

Czy to nie jest okrutne?

To jest okrucieństwo, bo nie ma żadnego powodu, żeby jej tego nie powiedziały. Zresztą Lila kończy psychologię, żeby bardziej zrozumieć siebie, i też jej to niewiele daje. Nie rozumie swojej matki, babki i prababki, bo ma za mało danych.

Uważasz, że każdy z nas powinien odrobić taką lekcję zgłębienia historii własnej rodziny i poznania przodków?

Tak, chociaż moja bohaterka nieco histerycznie poszukuje tożsamości, strasznie się miota i nawet nie zauważa, że staje się w tym fanatyczką. Nie widzi nikogo poza własną osobą i poza poszukiwaniem, które staje się jej idée fixe.

Ale tak, uważam, że trzeba szukać, żebyśmy nie zostali z pytaniami bez odpowiedzi. Moi dziadkowie ze strony ojca nie opowiadali mi w ogóle jak było w czasie wojny. Nie znam żadnych wspomnień dziadka z tego okresu, a był on wspaniałym gawędziarzem, opowiadał bajki, był przeuroczym człowiekiem, ale na temat wojny milczał. Moja rodzina nie była represjonowana, nikt nie był w obozie koncentracyjnym, przynajmniej według mojej wiedzy, więc to milczenie mnie trochę dziwi. A jednak obóz koncentracyjny Ravensbrück po raz drugi znajduje się w mojej książce. Być może jest w mojej historii rodzinnej coś, czego nie wiem… Ale nie mam już kogo spytać.

Dlatego też chciałam spisać swoją historię dzieciom. Mogę teraz odejść spokojnie, a moje dzieci i tak będą mogły poznać swoją tożsamość. Dałam im taką możliwość i to poczucie daje mi spokój.

Wróćmy jeszcze do kobiet. Piszesz o przodkiniach, o potrzebie kobiecego wsparcia. A co sądzisz o kobiecych kręgach? Czy one dają siłę, czy raczej ją odbierają?

Kręgi kobiet dają nam siłę. Kiedyś kobiety wymieniały się energią i myślę, że było im dzięki temu łatwiej przeżyć. Dotykały pewnej mistyki, wiedzy wykraczającej poza podstawy. Na przykład znały się na roślinach jadalnych czy leczniczych. Były karane za to, co umiały, za swoją umiejętność pomocy. Tak długo nie mieliśmy lekarki dyplomowanej właśnie dlatego, że kobiety kojarzyły się z czarownicami.

W twojej książce widać też wyraźnie, jak wielka historia wpływa na kobiety: wojny czy ubóstwo dotykają głównie ich. Teraz też mówi się o tym, że największymi ofiarami np. zmian klimatycznych będą kobiety.

Jak powiedział klasyk, mężczyzna idzie na wojnę, a kobieta zostaje z tym całym majdanem. Musi wykarmić dzieci, zapewnić im bezpieczeństwo. Kobieta bierze za to wszystko odpowiedzialność.

Tyle się mówi o równości, wydaje się, że wpadamy w ten drugi biegun uprzywilejowania kobiet, ale statystyki ciągle mówią, że kobiety są w gorszym położeniu, że mniej zarabiają, mają mniej możliwości. Jak jest wojna, to nie ginie w większości ludność cywilna, czyli kobiety i dzieci.

Zaznaczasz w książce, że ta opowieść sama do ciebie przyszła. Jak to było?

Mnie zawsze inspiruje bardzo wiele rzeczy, są to często zwiewne inspiracje, jak niektóre objawy neurologiczne, bo ja ciągle nie zapominam, że jestem jednak lekarzem. To była np. inspiracja „Fizyką smutku” Gospodinowa, która jest kompletnie inną historią, dotyczącą innych zagadnień i tematów, ale jest tam nawiązanie do legendy Minotaura. Czytając jego książkę, poczułam, że takie tworzenie archetypów jakiejś postaci literackiej jest mi bardzo bliskie. Ta myśl we mnie zakiełkowała. Zaczęłam pisać „Matki i córki” wcale nie od historii tych kobiet, ale właśnie od stworzenia ich archetypów: Heleny Trojańskiej, Medei, Ateny i wreszcie głównej bohaterki, czyli Czerwonego Kapturka. To był taki impuls. Byłam wtedy w trakcie pisania pierwszego tomu sagi i po raz pierwszy przerwałam pisanie jednej książki, żeby napisać inną.

A czy widzisz swoje bohaterki na ekranie?

Widzę! Zawsze pisałam obrazami i nie dlatego, że myślę w trakcie pisania o ekranizacji. Kiedy opowiadam historię, widzę ją w obrazach i tak ją też opisuję. Bardzo bym chciała, żeby „Matki i córki” zostały zekranizowane.

„Stulecie Winnych” radzi sobie świetnie jako serial. Czy będzie kolejny sezon?

Tak, na wiosnę 2020 roku będzie można oglądać go w telewizji. Potem kolejne, bo są zakupione jeszcze dwa sezony „Stulecia…”.

A jakie masz dalsze literackie plany?

Piszę sagę, ale to będzie niespodzianka. Akcja rozgrywa się w 1850 roku i rozpoczyna się w Warszawie. I bohaterem tym razem jest mężczyzna.

Czyli jednak łamiesz swoje literackie przekonania?!

To dlatego, że w środowisku, które opisuję, kobiety mają drugorzędne znaczenie… Ale więcej nie mogę zdradzić.
 

Zofia Karaszewska – absolwentka Wydziału Polonistyki i Kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Doradca czytelniczy i coach literacki w Bibliocreatio, firmie tworzącej kolekcje książkowe na indywidualne zamówienie. Wyróżniona przez magazyn „Brief” miejscem w pierwszej 50 najbardziej kreatywnych osób w polskim biznesie. Twórczyni kampanii społecznych promujących czytelnictwo „Czytaj, zobacz więcej” i „Czytam sobie”. Dziennikarka lubimyczytać.pl i kwartalnika „Przekrój”. Autorka (razem z Sylwią Stano) książek „Pod podszewką” i „Ada, to wypada!”. Ta ostatnia była nominowana w Plebiscycie Książki Roku 2019 lubimyczytać.pl.

Fotografia otwierająca: Wojciech Rudzki

Reklama

komentarze [7]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

173
55
29.10.2019 13:34

Zapraszam do dyskusji.


3687
3450
29.10.2019 17:39

Stulecie Winnych doskonały sereial.Zgadzam się to,nie dobrze,że panie zarabiają mniej.Niż panowie.
Mój ulubiony duch.To ta kobieta na szafie w Obecność.


1917
1212
30.10.2019 07:20

Sporo się dowiedziałam o pani Ałbenie z tego wywiadu. Jeszcze nie miałam okazji czytać żadnej z jej książek, ale kibicuję pani Ałbenie z całego serca. Ma nazwisko mojej babci, więc od razu poczułam sympatię. Kiedyś miałam Ją w znajomych na fb i pamiętam jej ciepłe anegdotki o synku Franku. Decyzja o porzuceniu kariery dla dziecka dla wielu mogłaby być zemstą losu. Pani...

więcej

7031
3024
30.10.2019 08:09

Ciekawy wywiad.

"Matek i córek" jeszcze nie czytałam, ale miałam przyjemność poznać kilka wcześniejszych powieści pani Grabowskiej i bardzo mi się podobały. Mam nadzieję, że teraz będzie podobnie.


769
68
30.10.2019 10:39

A mi się Stulecie Winnych nie podobało. Słabo napisane, trochę po łebkach, zamiast skupić się na kilku bohaterach to akcja leci raz na jedno, raz na piątego, raz na dziesiątego, którego równie dobrze w książce mogłoby nie być i nie byłoby wielkiej straty. Przeczytam "Matki i córki", bo jestem ciekaw czy pani Ałbena sie rozwinęła od tamtego czasu literacko, chociaż czytając...

więcej

121
112
02.11.2019 10:53

Nie czytałam Stulecia winnych, ale zaczęłam Matki i córki - mam podobne do Twoich odczucia. Męczę się strasznie.


Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

3687
3450
30.10.2019 20:59

Planuję czytać,ale poczekam.


zgłoś błąd