O life hamletingu - #5 Chwilo, nie trwaj

Ahsan
27.08.2017

Niech ryczy z bólu ranny łoś,
Zwierz zdrów przebiega knieje.
Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś,
To są zwyczajne dzieje.

Są takie chwile, kiedy zastanawiam się, czy to, co dzieje się przed moimi oczami, dzieje się rzeczywiście, czy, być może, jest odbiciem niedawno przeczytanej książki z gatunku realizmu magicznego. Albo przygodowej, jak „Sindbad Żeglarz” czy „Robinson Crusoe”. Całkiem niedawno uczestniczyłem w pewnej mimowolnej wyprawie, w trakcie której natrafiłem na nieznany ląd i na jeszcze bardziej nieznany mi gatunek, bardzo przypominający homo sapiens. Posłuchajcie!

Początek sierpnia, dochodziła druga po południu, ani jednej chmurki, żar lał się z nieba, słowem: wakacje. Jak co roku o tej porze spędzałem je z grupą znajomych nad Jeziorem Solińskim. Brzeg, chłodna woda chlupała, chłopcy i dziewczęta albo na plaży albo na żaglówce, albo wesoło i błogo pogrążeni w nic-nie-robieniu, albo w opalaniu, albo w inercyjnej jak mucha w miodzie rozmowie o tym i o owym. Atmosfera rajskiego lenistwa i odpoczynku. Ja również odpoczywałem, a musicie wiedzieć, że należę do grona zawodników wagi ciężkiej w tym sporcie. Odpoczywanie to moja druga natura. No, może trzecia, bo jest jeszcze sen. To nie jest tak, że nic nie robię. Kiedy trzeba działam, kiedy jestem głodny jem, a kiedy śpiący śpię. Natomiast, kiedy mam poświęcić czas na robienie niczego, wolę nic nie robić. Dlatego potrafię zastygnąć w stanie permanentnego relaksu przez długie godziny, w każdym niemal miejscu i o każdym czasie. Jestem jak kot na parapecie. I, podobnie jak kot, nigdy do końca nie rozumiałem ludzi. Niektórych, zwłaszcza tych, co szatkują czas, zarządzają nim, wciskają w krótkie odcinki od-do jak najwięcej aktywności, ciągle, ciągle, ciągle gdzieś biegną, jak kurczak bez głowy, byle szybciej, byle lepiej, żeby mieć to albo tamto. Czasu nie da się pociąć, takie jest moje zdanie, punkt widzenia lenia doskonałego. Płynie w sobie tylko znanym kierunku i swoim rytmem. Jeżeli chce się być zdrowym na ciele i umyśle, należy to zrozumieć i się dostosować. A nie: siekać Kronosa na gyros.

W tamtej chwili nad Soliną dostosowałem się idealnie. Leżałem wygodnie w wielkim, dmuchanym flamingu. Woda bujała mną łagodnie, powoli kołysała do snu, a co przypływ, to mój odpływ w rejony krainy Morfeusza. W końcu odpłynąłem definitywnie.

Kiedy obudziłem się, zdałem sobie sprawę z kilku spraw jednocześnie. Po pierwsze: słońce. Znajdowało się w innym miejscu na niebie, niż, kiedy zasypiałem. Musiałem spać przynajmniej godzinę. Po drugie: trochę mnie spaliło. Skóra piekła, jak diabli. A po ostatnie: znalazłem się w zupełnie obcym miejscu. Prąd musiał wessać dmuchanego flaminga (a więc i mnie) w głąb jeziora, a potem rzucić na jedną z dzikich, niemal dziewiczych wysepek, do których dopływają wyłącznie solińscy Magellanowie i rozbitkowie z Trójkąta Bermudzkiego. Postanowiłem ukryć flaminga w szuwarach i odkryć nieznaną mi wyspę.

Po kilku krokach uzmysłowiłem sobie, że wyspa jest zamieszkana. Od razu padłem na ziemię i skryłem się w wysokiej trawie i dzikich pnączach poziomek. Odgłosy, które usłyszałem nie wskazywały, aby tubylcy należeli do pozytywnie nastawionych względem przyjezdnych. „Kufa mać! Kuj! Wifi! Japiedole!” i inne takie inwektywy leciały z miejsca, w którym rozbili obozowisko. Zaintrygowany podpełzłem bliżej, aby przyjrzeć się, jakie potwory wyrzucają z siebie te wymiociny słowne. I znowu zdziwienie: nie była to zgraja prymitywnych morloków, a z tuzin ludzi – albo istot ludzko-podobnych, obojga płci, w wieku lat około trzydziestu-kilku. Samice wcale nie nosiły tipsów i przyklejanych pasemek, sprawiały wrażenie wręcz zadbanych, jeżeli nie atrakcyjnych. Samce, cóż, z nimi było nieco gorzej. Brzuszki mniejsze lub większe i pochylone do przodu głowy – piętno pracy biurowej. Plus kilku dobrze zbudowanych rodzynków. Wszyscy ubrani w markowe ciuchy kąpielowe, markowe okulary przeciwsłoneczne, w ogóle wydawali się śledzić najnowsze trendy modowe. Plemię to kojarzyło mi się z tak zwaną „polską klasą średnią” na wakacjach. Ale czy pracownicy biurowi, managerowie i zarobieni ludzie sukcesu, ci, którzy w trakcie tygodnia pracy mają pewną klasę, w czasie wolnym są, hmmm, morlokami? Nie znałem odpowiedzi. Jednak chciałem ich jeszcze chwilę poobserwować.

Po pewnym czasie zrozumiałem, skąd te przekleństwa. Samce i samice biegali w tę i we w tę ze smartfonami i próbowali złapać zasięg. Albo Internet. „O jest!”, wołali, „jednak nie ma!” „Kufa! Tu jest! Znowu nie ma! Ja piedole! Jest! Nie ma!”. Biegali raz w jedną, raz w drugą stronę, jak im dobrotliwy (albo złośliwy) zefir powiewał. Miałem wrażenie, że zasięg unosi się w powietrzu jak eteryczne babie lato i wszyscy próbują je złapać. Z różnych powodów. Bo ktoś popłynął łodzią i zapomnieli mu powiedzieć, żeby to, czy tamto; bo email sprawdzić; bo ofertę wysłać; bo facebook; bo jaka pogoda; bo, bo, bo. Cześć z nich w końcu odpuszczała, siadała gdzieś z boku i stukała w telefon, inna część robiła zdjęcia i znowu poszukiwała eterycznej pajęczyny zasięgu. Słowem: wyglądali na ludzi, którzy musieli być czymś ciągle zajęci. Nawet w czasie wolnym. Kiedy padły baterie smartfonów, pogrążyli się z początku w amoku (kilka istot rzuciło telefonami o drzewa, by zaraz pobiec do nich i z troską zbierać resztki), a potem w apatię i marazm. Już nawet nie rozmawiali ze sobą, a po prostu siedzieli w bezruchu i z tępym wyrazem beznadziei w oczach patrzyli w ziemię. Zdawało mi się, że dopadła ich nuda.

Też powoli zaczynałem się nudzić, patrząc na ten jednak nudny lud i, kiedy zacząłem się wycofywać, dostrzegłem coś. Poruszenie. Przypłynął ratunek. Do brzegu przybiła łódka innych morloko-ludzi (lekko pijanych), która wytaszczyła grilla, kraty piw, kiełbasy i wódkę. Wywołało to stan niemal ekstatyczny w obserwowanym plemieniu dzikich.

Kiedy oni oddawali się orgiastycznemu doświadczeniu eskapistycznego grillowania, ja również pogrążyłem się w eskapizmie. Wpełzłem między szuwary, odnalazłem mój pojazd i odpłynąłem. Na różowym flamingu w stronę zachodzącego słońca.

Reklama

komentarze [6]

Sortuj:
359
51
29.08.2017 14:40

Bardzo ciekawy, i taki miły, z letnim klimatem tekst :) A z drugiej strony zachaczający o te nasze społeczeństwo... Temat niby popularny, ale tutaj przedstawiony z taką chyba... czułością, że nie sposób się nie uśmiechnąć i nie pokiwać głową. Daję 10/10 :D


134
0
29.08.2017 12:53

Scena z szukaniem zasięgu może być metaforą całego żywota współczesnych "morloków". Nieustanna, szalona pogoń za karierą, pieniędzmi, bezglutenowymi ciastkami - za "eterycznym babim latem". Zaiste przykry widok. Tym bardziej, że jak ten wilkołak, na skutek klątwy kultury indywidualistycznej, sama nieraz przeistaczam się w takiego "morloka"...


1080
48
28.08.2017 12:35

Raczej "Chronosa" niż "Kronosa" w tym kontekście, chyba że nie ogarnęłam głębi metafory.
A co do gapienia się w komórki - odkąd rozbiłam czytnik, czytam na telefonie książki. Pewnie wyglądam więc często na "dzisiejszą młodzież" albo "nową klasę średnią", co zważywszy na mój wiek i styl może wywoływać u obserwatora pewien dysonans...

więcej

Reklama
567
126
27.08.2017 19:06

Zgrabna, szydercza miniaturka. Z wymową nie sposób się ci zgodzić, w końcu sam napisałem dwa lata temu „Dla części ludzi bezustanny atak informacji stał się jedyną obroną przed nudą. Brak zasięgu w telefonie komórkowym budzi niepokój, pierwszą czynnością po wejściu do pokoju staje się włączenie telewizora.” w recenzji tej książki
 TV Ciał0
...

więcej

0
1509
konto usunięte
27.08.2017 14:21

Użytkownik wypowiedzi usunął konto


205
186
25.08.2017 12:32

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd