-
Artykuły
Od królewskich dworów do Hollywood
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Crime Story: pierwsze takie wydarzenie autorskie w Polsce
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Wielkanoc z książką i nie tylko – czytelnicze oraz kreatywne pomysły na prezent
LubimyCzytać4 -
Artykuły
Wielka Wiosenna Wyprzedaż w Matras.pl: tysiące książek nawet 80% taniej
LubimyCzytać2
Biblioteczka
2025-12-29
2025-12-27
,, Za późno na nas” Gabrieli Gargaś to poruszająca i emocjonalnie wymagająca powieść obyczajowa, która pokazuje, jak jedno kłamstwo potrafi zniszczyć życie wielu osób. Autorka skupia się na losach trzech kobiet, których historie splatają się w bolesny obraz samotności, straty i walki o przetrwanie po emocjonalnym upadku.
Wiktoria budzi się w rzeczywistości, której nie rozumie - pusty dom, zniknięcie męża i dzieci oraz odkrywanie mrocznych sekretów, które całkowicie burzą jej dotychczasowe życie. Anna mierzy się z najdotkliwszą stratą, jakiej może doświadczyć matka - śmiercią syna i poczuciem bezsilności wobec depresji, z którą nie potrafiła wygrać. Eliza z kolei zmaga się z depresją poporodową, zdradą i rozpadem poczucia bezpieczeństwa, próbując znaleźć oparcie w świecie, który nie daje prostych odpowiedzi ani szybkich rozwiązań.
Gabriela Gargaś bardzo subtelnie, a jednocześnie bez unikania trudnych tematów, porusza kwestie depresji, żałoby, zdrady, samotności i braku zrozumienia. Jej styl jest spokojny, empatyczny i uważny na emocje bohaterów, dzięki czemu historia nie epatuje dramatyzmem, lecz stopniowo odsłania ciężar przeżyć i konsekwencje podejmowanych decyzji. Autorka pokazuje, że tragedie często rozgrywają się po cichu, za zamkniętymi drzwiami, a pozornie poukładane życie może w jednej chwili runąć.
To nie jest lekka lektura ani historia dająca łatwe pocieszenie. „Za późno na nas” zmusza do refleksji, uwrażliwia na cudze cierpienie i przypomina, jak ważna jest empatia oraz uważność wobec drugiego człowieka. Książka pozostawia po sobie ciężar emocjonalny, ale jednocześnie poczucie, że była to opowieść potrzebna i prawdziwa.
,, Za późno na nas” Gabrieli Gargaś to poruszająca i emocjonalnie wymagająca powieść obyczajowa, która pokazuje, jak jedno kłamstwo potrafi zniszczyć życie wielu osób. Autorka skupia się na losach trzech kobiet, których historie splatają się w bolesny obraz samotności, straty i walki o przetrwanie po emocjonalnym upadku.
Wiktoria budzi się w rzeczywistości, której nie...
2025-12-23
2025-12-20
2025-12-13
Po „Rozpalmy światło gwiazd” Adama Fabera sięgnęłam z myślą o książce świątecznej - takiej, która otuli, da chwilę wytchnienia i pozwoli poczuć zimowy klimat. Szybko jednak okazało się, że to nie jest typowa „świąteczna historia”, a raczej emocjonalna opowieść o stracie, żałobie i próbie odnalezienia się w codzienności po bardzo trudnych doświadczeniach.
Głównym bohaterem jest Jonasz - mężczyzna naznaczony cierpieniem, który mierzy się z konsekwencjami wydarzeń z przeszłości. Najbardziej poruszyła mnie właśnie jego historia i to, jak autor pokazuje, że trauma nie kończy się w jednym momencie, ale potrafi ciągnąć się latami, wpływając na relacje, decyzje i sposób patrzenia na świat. Choć jego losy są ciężkie, zaskakująco łatwo było mi go polubić i mu współczuć. Czułam, że to bohater bardzo ludzki, nieidealny, ale prawdziwy.
Dużą rolę odgrywają tu także inni bohaterowie i ich przeżycia - każdy z nich dźwiga swój własny bagaż emocji. Szczególnie ciekawy był dla mnie moment, w którym zaczynamy lepiej rozumieć, skąd biorą się trudne doświadczenia Jonasza i jak wpłynęły na całe jego życie. To właśnie ta warstwa psychologiczna i emocjonalna była dla mnie najmocniejsza.
Styl autora oceniam bardzo dobrze - książkę czyta się płynnie i lekko, mimo poruszanych trudnych tematów. To proza przystępna, wciągająca i idealna na zimowe wieczory, choć muszę przyznać, że samego świątecznego klimatu było tu mniej, niż początkowo oczekiwałam. Nie przeszkodziło mi to jednak w odbiorze historii, bo emocje i refleksje, jakie ze sobą niesie, zdecydowanie to rekompensują.
„Rozpalmy światło gwiazd” to książka dla osób, które szukają nie tyle świątecznej opowieści, co spokojnej, emocjonalnej historii o stracie, nadziei i próbie odnalezienia światła w bardzo trudnym momencie życia.
Po „Rozpalmy światło gwiazd” Adama Fabera sięgnęłam z myślą o książce świątecznej - takiej, która otuli, da chwilę wytchnienia i pozwoli poczuć zimowy klimat. Szybko jednak okazało się, że to nie jest typowa „świąteczna historia”, a raczej emocjonalna opowieść o stracie, żałobie i próbie odnalezienia się w codzienności po bardzo trudnych doświadczeniach.
Głównym bohaterem...
2025-12-04
2025-11-30
„Ocalona” Sylwii Winnik okazała się zupełnie inną książką, niż zakładałam na początku. Sięgnęłam po nią z myślą o historii mocno osadzonej w wojennej rzeczywistości, bo takie obyczajowe powieści z tłem historycznym szczególnie do mnie przemawiają. Tymczasem autorka zabrała mnie w coś znacznie bardziej intymnego - w emocjonalną opowieść o pamięci, o życiu po traumie i o wyborach, które zostawiają ślad na całe życie.
Najmocniejszym punktem tej książki okazały się dla mnie rozterki Letycji. Nie te wojenne, choć są ważne, ale te, które pojawiły się po wojnie - jej dylematy miłosne, decyzje, których musiała dokonać i konsekwencje, które niosła przez lata. Bardzo jej współczułam, bo już jako starsza kobieta nadal nosiła ciężar przeszłości, a jednocześnie miała w sobie ogrom ciepła. Greta była dla mnie trudniejsza do polubienia, nie znalazłam z nią wspólnego języka, ale obie łączył jeden piękny element: miłość do koni, która sprawiała, że ich historie łączyły się w subtelny, poruszający sposób.
Choć początkowo spodziewałam się większej ilości wątków typowo wojennych, finalnie wciągnęłam się właśnie w tę obyczajową część - w codzienność Letycji i jej powolne otwieranie się przed Gretą. To była książka pełna czułości, refleksji i emocji, które zostają z czytelnikiem na dłużej. Polecam, bo choć nie była tym, czego oczekiwałam, to i tak okazała się wartościową i zapadającą w pamięć lekturą.
„Ocalona” Sylwii Winnik okazała się zupełnie inną książką, niż zakładałam na początku. Sięgnęłam po nią z myślą o historii mocno osadzonej w wojennej rzeczywistości, bo takie obyczajowe powieści z tłem historycznym szczególnie do mnie przemawiają. Tymczasem autorka zabrała mnie w coś znacznie bardziej intymnego - w emocjonalną opowieść o pamięci, o życiu po traumie i o...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-11-26
2025-11-20
Drugi tom „Zakonu Drzewa Pomarańczy” sięgnęłam z nadzieją, że wreszcie zrozumiem, skąd bierze się fenomen tej serii. Liczyłam, że finał tej ogromnej historii pozwoli mi docenić to, co w pierwszej części kompletnie mnie nie porwało.
Muszę przyznać, że tempo akcji jest tu zdecydowanie lepsze. W tomie pierwszym autorka musiała wprowadzić nas w gigantyczny, dopracowany świat, natomiast w tomie drugim w końcu przechodzimy do konkretów i finalizacji wątków. Mimo tego nie mogłam wyjść z zaskoczenia, że około 1100 stron budowania legendy Bezimiennego kończy się walką, która trwa… 3–5 stron. To zostawiło we mnie duży niedosyt.
Wciąż jestem zdecydowanie team Tane, a dodatkowo polubiłam Niclaysa Roosa, którego wątek okazał się bardziej angażujący, niż początkowo zakładałam. Z kolei Kalyba - jej pojawienia się i motywacje - były dla mnie jedną z najciekawszych części tej historii. Świetnie wypada również intryga związana z Przeoryszą.
Nie zmienia to jednak faktu, że zbyt powolna fabuła mocno utrudniała mi lekturę. Doceniam ogrom pracy autorki i to, jak monumentalny, dopracowany i szczegółowy świat stworzyła - naprawdę robi to wrażenie. Ale dla mnie stało się to przykładem przerostu formy nad treścią. Finał w części drugiej zdecydowanie bardziej mi się podobał, bo w końcu „coś się działo”, ale droga do tego była dla mnie męcząca.
Nie jestem pewna, czy będę próbowała innych książek Samanty Shannon - skoro ta, najbardziej wychwalana, była dla mnie tak trudna do przebrnięcia.
Drugi tom „Zakonu Drzewa Pomarańczy” sięgnęłam z nadzieją, że wreszcie zrozumiem, skąd bierze się fenomen tej serii. Liczyłam, że finał tej ogromnej historii pozwoli mi docenić to, co w pierwszej części kompletnie mnie nie porwało.
Muszę przyznać, że tempo akcji jest tu zdecydowanie lepsze. W tomie pierwszym autorka musiała wprowadzić nas w gigantyczny, dopracowany świat,...
2025-11-05
2025-11-12
2025-11-08
Po bardzo udanych spotkaniach z twórczością Alice Feeney sięgnęłam po jej debiut. I muszę przyznać, że już tutaj było widać, jak dobrze potrafi budować psychologiczne napięcie i atmosferę tajemnicy.
Książka zaczyna się mocno: główna bohaterka, Amber, budzi się w szpitalu uwięziona we własnym ciele. Słyszy wszystko, ale nie może dać żadnego znaku. Od tego momentu historia toczy się dwutorowo - przez jej myśli, wspomnienia i fragmenty dziennika zaczynamy odkrywać, co doprowadziło do wypadku oraz kim tak naprawdę są ludzie wokół niej. I jak to u Feeney bywa, nic nie jest takie, jak początkowo się wydaje.
Moje czytanie było falą - początek od razu mnie wciągnął, potem na chwilę straciłam zainteresowanie, ale po powrocie dosłownie „łyknęłam” resztę za jednym razem. Było psychologicznie, trochę niepokojąco i z poczuciem, że za każdym rogiem kryje się kolejna mała manipulacja.
Najmocniej zapadł mi w pamięć wątek „dawnego przyjaciela” Amber - pełen niejednoznaczności, toksyczności i takiego dziwnego ciężaru, który czuć jeszcze długo po przeczytaniu. Zaskoczyło mnie również to, jak autorka poprowadziła prawdziwe oblicze niektórych bohaterów oraz całą sytuację w szpitalu.
Amber jako postać była dla mnie… różna. Czasem mnie irytowała, czasem ją rozumiałam, a czasem nie wiedziałam, co myśleć - ale to działało na korzyść historii, bo świetnie pasowało do klimatu niepewności.
Choć „Czasami kłamię” nie zrobiło na mnie aż takiego wrażenia jak „Papier, kamień, nożyce” czy „Piękna brzydota”, to i tak uważam, że to solidny, mroczny debiut. Feeney już tutaj pokazała, że potrafi pisać tak, by czytelnik czuł niepokój i do końca nie był pewny, komu wierzyć.
Po bardzo udanych spotkaniach z twórczością Alice Feeney sięgnęłam po jej debiut. I muszę przyznać, że już tutaj było widać, jak dobrze potrafi budować psychologiczne napięcie i atmosferę tajemnicy.
Książka zaczyna się mocno: główna bohaterka, Amber, budzi się w szpitalu uwięziona we własnym ciele. Słyszy wszystko, ale nie może dać żadnego znaku. Od tego momentu historia...
2025-11-01
2025-10-20
„Dom zła” to książka, po którą sięgnęłam głównie z ciekawości - tytuł był intrygujący, opis zapowiadał coś naprawdę gęstego, a dodatkowo mogłam ją przeczytać w akcji CzytajPL. Nie spodziewałam się jednak, że aż tak mnie wciągnie. To jeden z tych thrillerów, które zaczynają się mocnym uderzeniem i później praktycznie nie zwalniają.
Rutka zabiera czytelnika do miejsca, gdzie dochodzi do brutalnej rodzinnej tragedii. Ojciec zabija żonę i dzieci, zostawiając po sobie więcej pytań niż odpowiedzi. Miejsce zbrodni, dom pełen niedopowiedzeń, tajemnice sprzed lat - wszystko to tworzy klimat, który zdecydowanie bliżej ma do horroru niż klasycznego thrillera. Jest mrocznie, duszno, niepokojąco, a w powietrzu cały czas wisi coś, czego nie sposób uchwycić.
Najbardziej wciągający okazał się dla mnie wątek tajemniczych telefonów, które pewnego dnia zaczyna otrzymywać Jacek. Informator, który wie „za dużo”, prowadzi go tropami odsłaniającymi kolejne warstwy sprawy. Każdy taki telefon podkręca napięcie i sprawia, że chce się przewrócić jeszcze jeden rozdział. I następny. I jeszcze jeden.
Polubiłam Jacka. Kibicowałam mu nie dlatego, że jest idealny, ale dlatego, że sama chciałam poznać prawdę, wejść z nim w ten labirynt wydarzeń i znaleźć wyjście. Podobało mi się również to, że w książce nie ma niepotrzebnych dłużyzn. Fabuła jest zwarta, a każdy element ma swoje miejsce - nic nie jest wrzucone przypadkowo. Jedynie wątek romantyczny na minus…
„Dom zła” to thriller, który zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Mroczny, intensywny, z świetnie budowanym napięciem i atmosferą, która momentami naprawdę potrafi wejść pod skórę. Jeśli ktoś lubi historie z pogranicza thrillera i horroru - bardzo warto.
„Dom zła” to książka, po którą sięgnęłam głównie z ciekawości - tytuł był intrygujący, opis zapowiadał coś naprawdę gęstego, a dodatkowo mogłam ją przeczytać w akcji CzytajPL. Nie spodziewałam się jednak, że aż tak mnie wciągnie. To jeden z tych thrillerów, które zaczynają się mocnym uderzeniem i później praktycznie nie zwalniają.
Rutka zabiera czytelnika do miejsca, gdzie...
2025-10-24
2025-10-29
Po tę książkę sięgnęłam, bo była dostępna za darmo w akcji czytaj_pl na woblinkcom a do tego miała intrygującą okładkę i temat, który od razu mnie zaciekawił. I muszę przyznać – wciągnęła mnie szybko. Z jednej strony miałam wrażenie, że czytam o sobie („wow, to o mnie”), a z drugiej – było to momentami naprawdę przerażające.
Autor pokazuje, jak internet przenika każdą sferę naszego życia – od relacji, przez pracę, po prywatne myśli. Najbardziej poruszyły mnie fragmenty dotyczące hejtu wobec nastolatków i tego, jak bardzo potrafi ich to zniszczyć. Trudno się czyta o dzieciach, które nie potrafią udźwignąć presji, oczekiwań i okrucieństwa internetu. Smutne były też historie o oszustwach – jak łatwo dziś ktoś może włamać się na konto czy wyłudzić pieniądze, wykorzystując naszą ufność.
Mimo że staram się żyć świadomie i nie siedzieć cały czas w telefonie, to wiele przykładów uświadomiło mi, jak „normalne” stało się to, że ktoś rozmawia z nami, jednocześnie scrollując ekran. To trochę śmieszne… a trochę smutne, że uznaliśmy to już za standard.
Styl autora jest bardzo przystępny – lekki, luźny, nieprzegadany, więc książkę czyta się szybko i bez problemu. Nie ze wszystkim jednak się zgadzam. Autor twierdzi, że przez dezinformację ludzie przestają chcieć pomagać innym, ale myślę, że czasami wynika to z osobistych, trudnych doświadczeń, a nie tylko wpływu internetu. I warto to rozdzielić.
Najbardziej doceniam w tej książce to, że otwiera oczy – zwłaszcza jeśli chodzi o bezpieczeństwo dzieci. Autor zwraca uwagę, jak łatwo rodzice mogą nieświadomie narazić swoje dziecko, publikując zdjęcia z lokalizacją, nazwą szkoły czy innymi szczegółami. To daje do myślenia.
Uważam, że to książka, którą naprawdę warto przeczytać. Nie po to, żeby bać się internetu, ale żeby korzystać z niego mądrzej. Żeby chronić siebie, swoje dzieci… i czasem po prostu odłożyć telefon.
Po tę książkę sięgnęłam, bo była dostępna za darmo w akcji czytaj_pl na woblinkcom a do tego miała intrygującą okładkę i temat, który od razu mnie zaciekawił. I muszę przyznać – wciągnęła mnie szybko. Z jednej strony miałam wrażenie, że czytam o sobie („wow, to o mnie”), a z drugiej – było to momentami naprawdę przerażające.
Autor pokazuje, jak internet przenika każdą...
2025-10-23
2025-10-21
Pierwsze opowiadanie od razu mnie wciągnęło - było dokładnie takie, jak lubię: mroczne, trochę absurdalne i z tym charakterystycznym klimatem du Maurier. Już wtedy pomyślałam, że to będzie świetny zbiór. Niestety, kolejne opowiadania okazały się nierówne - jedne bardzo mi się podobały, inne po prostu przeszły obok mnie bez większych emocji.
Najbardziej wciągnęły mnie te dłuższe: „Ptaki”, „Monte Verita” i „Jabłonka”. „Ptaki” miały w sobie tę prawdziwą, gęstą grozę, „Monte Verita” porwało mnie klimatem i tajemnicą, a „Jabłonka” zachwyciła metaforą - prostą, ale bardzo trafną.
Styl autorki był dokładnie taki, jakiego się spodziewałam - piękny, dopracowany i bardzo charakterystyczny. To nie jest książka, którą się pochłania w jeden wieczór, raczej taka, którą warto czytać powoli i dać sobie czas na przemyślenie tego, co się przeczytało.
Niektóre krótsze opowiadania nie zrobiły na mnie większego wrażenia - może ich nie do końca zrozumiałam, a może po prostu zabrakło im tego „czegoś”. Ale całościowo to zbiór, który ma klimat - mrok, niepokój i taki subtelny chłód, który zostaje z człowiekiem na dłużej.
I muszę to napisać - wydanie jest przepiękne 😍 Obwoluta, kolory, cała seria butikowa od Albatrosa wygląda cudownie. To jedna z tych książek, które cieszą nie tylko treścią, ale też samym patrzeniem na nie na półce.
Pierwsze opowiadanie od razu mnie wciągnęło - było dokładnie takie, jak lubię: mroczne, trochę absurdalne i z tym charakterystycznym klimatem du Maurier. Już wtedy pomyślałam, że to będzie świetny zbiór. Niestety, kolejne opowiadania okazały się nierówne - jedne bardzo mi się podobały, inne po prostu przeszły obok mnie bez większych emocji.
Najbardziej wciągnęły mnie te...
2025-10-15
2025-10-14
O tej książce słyszałam mnóstwo dobrego, więc moje oczekiwania były naprawdę wysokie. I co? Nie zawiodłam się ani trochę! Wciągnęła mnie od pierwszych stron i nie pozwoliła odłożyć się na bok – to był dokładnie ten typ thrillera, który nie daje spokoju, póki nie poznasz prawdy.
Atmosfera była ciężka, gęsta i niepokojąca – takie książki lubię najbardziej. Cały czas miałam wrażenie, że coś czai się tuż za rogiem. Autorka potrafi genialnie budować napięcie, a do tego tak zmanipulowała fabułą, że do samego końca nie domyśliłam się, co naprawdę się dzieje. Plot twist na końcu? Totalnie mnie rozwalił.
Polubiłam główną bohaterkę, Millie – była prawdziwa, nieidealna, ale właśnie przez to autentyczna. Ciekawym zaskoczeniem był też Enzo, postać, która wydawała się drugoplanowa, a jednak finalnie bardzo ważna
Najmocniej zapadł mi w pamięć wątek „tej złej” postaci i słowa jednego z rodziców do niej – to był moment, który naprawdę mnie uderzył. Autorka świetnie pokazuje, jak dzieciństwo potrafi wpłynąć na całe dorosłe życie - jak rodzić może ‚zryć’ głowę dziecku
Dla mnie to książka bezbłędna – świetne tempo, napięcie, które nie siada ani na moment, i zakończenie, które zostaje w głowie. Po przeczytaniu od razu sięgnęłam po drugą część, bo po prostu musiałam wiedzieć, co dalej!
O tej książce słyszałam mnóstwo dobrego, więc moje oczekiwania były naprawdę wysokie. I co? Nie zawiodłam się ani trochę! Wciągnęła mnie od pierwszych stron i nie pozwoliła odłożyć się na bok – to był dokładnie ten typ thrillera, który nie daje spokoju, póki nie poznasz prawdy.
Atmosfera była ciężka, gęsta i niepokojąca – takie książki lubię najbardziej. Cały czas miałam...
„Podziękuję za święta” to historia Ady, która ma dość bożonarodzeniowej presji, oczekiwań rodziny i udawania, że wszystko jest w porządku tylko dlatego, że „tak wypada”. Gdy podejmuje decyzję, że w tym roku zrobi święta po swojemu - albo nie zrobi ich wcale - musi zmierzyć się z niezrozumieniem bliskich, wtrącającą się byłą teściową i relacją z matką, która wciąż pozostaje nierozliczona.
Sięgnęłam po tę książkę, bo widziałam ją wszędzie i czułam, że to może być inne, niż moje spojrzenie na święta - takie, które dopuszcza zmęczenie, niechęć i potrzebę odpuszczenia. To lekka, rozrywkowa historia, ale z momentami, które naprawdę trafiają - szczególnie wątek chęci rozliczenia się z matką. Bohaterów odebrałam pozytywnie, choć Maria i jej irytujące „Adooo” działały mi na nerwy. Najbardziej spodobało mi się to, że książka pokazuje, iż mamy prawo nie chcieć, zmienić zdanie i postawić granice - a główna bohaterka naprawdę zaimponowała mi konsekwencją w trzymaniu się swojego postanowienia mimo „cudownych” rad teściowej. Lekka forma, a przekaz bardzo na plus ❤️
„Podziękuję za święta” to historia Ady, która ma dość bożonarodzeniowej presji, oczekiwań rodziny i udawania, że wszystko jest w porządku tylko dlatego, że „tak wypada”. Gdy podejmuje decyzję, że w tym roku zrobi święta po swojemu - albo nie zrobi ich wcale - musi zmierzyć się z niezrozumieniem bliskich, wtrącającą się byłą teściową i relacją z matką, która wciąż pozostaje...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to