-
Artykuły
Dlaczego poziom czytelnictwa w Polsce nie rośnie? Raport Biblioteki Narodowej
Iza Sadowska13 -
Artykuły
Wakacje pełne magii - weź udział w akcji recenzenckiej i przenieś się do magicznego świata
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Czytamy w święta. 3 kwietnia 2026
LubimyCzytać378 -
Artykuły
Weź udział w konkursie i wygraj pakiet książek Callie Hart!
LubimyCzytać42
Biblioteczka
Książka przedstawia genezę i ocenę "postępu", centralnego elementu nowoczesności, który pojmuje siebie jako "projekt", w przeciwieństwie do "zadania". Ten drugi termin, sięgający starożytności, implikuje odpowiedzialność i wzajemność, podejmowane w ramach ustalonego porządku. Natomiast projekt, pojęcie wyłaniające się wraz z tzw. Oświeceniem, rodzi się z poczucia nagłej potrzeby, mającej na celu zaradzenie niedociągnięciom poprzez natychmiastowe działanie. Etymologicznie rzecz biorąc, projekt to coś rzuconego do przodu, ucieleśniającego agresję i ambicję militarną. Brague przeciwstawia to biblijnemu zadaniu danemu Adamowi i Ewie - panowaniu i sprawowaniu opieki nad przyrodą. Podmiot zadania podejmuje się go ufając, że wykonanie zlecenia podtrzyma, przynoszącą obopólną korzyść, relację.
O projekcie jednak autor pisze, że implikuje on ideę nowego początku i wymaga zapomnienia wszystkiego, co go poprzedziło. Nie jest też partnerskim przedsięwzięciem angażującym kilka chętnych osób, ale raczej zakrojonym na szeroką skalę, rozciągniętym w czasie zleceniem, które wymaga "nośnego środowiska, które przedłuża działanie i zapewnia jego skuteczność". Dzięki temu może zjednoczyć społeczeństwo, tak jak projekt niesławnej wieży Nimroda. Pobór idzie w parze z projektem - Nimrod nigdy nikogo nie pytał, czy podoła zadaniu. Ten epizod ilustruje inną cechę projektu: zaczyna się od urazy (w tym przypadku ostatecznej urazy do Boga) i stara się dorównać lub prześcignąć obiekt swojej zazdrości.
Nowożytny projekt, w jego literackich i teoretycznych manifestacjach z początku XVII wieku, Brague wiąże z rodzajem teologicznego resentymentu. Ponieważ Bóg stworzył człowieka z niedoskonałościami musi on się samodoskonalić. Projekt nowożytny dąży do zniesienia tradycyjnych instytucji i przekształcenia człowieka w coś lepszego. Nieprzypadkowo idea nowoczesności powstała w tym samym czasie, co etykieta "średniowieczny", która od początku miała pejoratywne znaczenie. Ten nurt, widoczny np. u Francisa Bacona, przesuwa nacisk z rozumu na wyobraźnię, stawiając potencjał ponad odziedziczoną mądrość. Jego "Nowa Atlantyda" przewiduje technokratyczną utopię, którą Jonathan Swift później satyryzuje w "Podróżach Guliwera". Pomimo odrzucenia autorytetu religijnego, nowoczesność zapożycza motywy teologiczne takie jak mesjanizm, gnoza i przebóstwienie, jednocześnie zniekształcając je, aby pasowały do jej narracji o samouwielbieniu.
Klasyczna i chrześcijańska cywilizacja postrzegała człowieka jako odosobnionego wśród gatunków, niejako hołubionego przez bogów lub Boga. Jako że ten status był darem, człowiek nie mógł przypisywać sobie za niego zasług. Mógł za to starać się dorównać do tej idei, do czego namawiały go stoicyzm, neoplatonizm czy chrześcijaństwo. W pojęciu nowoczesnym wyższość człowieka musi być osiągnięta poprzez panowanie nad naturą. Ten, swego rodzaju, mesjanizm wywodzi się z proroctwa w Księdze Daniela o nowym porządku wprowadzonym przez syna człowieczego, ale zamiast istnieć poza czasem, nowożytne rozumienie wciąga jego rozwój w historię.
Kolejnym teologicznym zapożyczeniem jest gnostycyzm, który odrzucał świat materialny jako wadliwy i poszukiwał tajemnej wiedzy, aby ponad niego wyrosnąć. Podobnie jak nowoczesność, jest napędzany urazą, postrzegając rzeczywistość jako błąd, który należy naprawić poprzez unicestwienie. Ta mentalność powraca we współczesnej myśli apokaliptycznej, od utopijnych rewolucji po totalitarne reżimy XX wieku. Ten szeroko rozpowszechniony gnostyczny impuls łączy się z trzecim z symptomatycznych motywów Brague’a – przebóstwieniem. Myśliciele renesansowi, tacy jak Pico della Mirandola, ożywili idee hermetyczne, promując pogląd, że człowiek może zdefiniować siebie na nowo i stać się boskim poprzez panowanie nad naturą. To odzwierciedla współczesną wiarę w nieograniczone samostanowienie i odrzucenie jakiejkolwiek wyższej władzy. Poprzez ćwiczenie się w technice (czy to mechanicznej, czy magicznej), człowiek osiąga auto-teoze; czyni siebie bogiem i w ten sposób przejmuje władzę nad kosmosem.
Na początku XVII wieku wszystkie podstawowe elementy projektu nowożytnego znalazły się na swoim miejscu, a "Królestwo człowieka" Bacona zastąpiło "Królestwo boże". Wizja Bacona miała na celu naprawę Upadku poprzez ludzką pomysłowość, a nie łaskę boską, ale ironicznie odzwierciedlała Atlantydę Platona, której duma i technologiczne osiągnięcia doprowadziły do jej zniszczenia. W następnym wieku projekt nowożytny zakorzenił się w instytucjach, definiując postęp jako jedyną akceptowalną drogę naprzód. Myśliciele oświeceniowi ogłosili człowieka jedynym panem stworzenia, co wymagało odrzucenia Boga i historycznej ciągłości. Dążenie do dominacji nasiliło się, prowadząc do sprzeczności, takich jak współistnienie retoryki praw człowieka z kolonialnym niewolnictwem i wojną przemysłową.
Sprzeczności nowoczesności mnożą się: głosi pokój, a jednocześnie podsyca przemoc; promuje godność człowieka, jednocześnie rozpatrując jego zagładę. W XIX wieku pojawiły się apokaliptyczne spekulacje, a myśliciele tacy jak Arthur de Gobineau przewidywali rasowy i cywilizacyjny upadek. Literatura odzwierciedlała te niepokoje, od "Ostatniego człowieka" Mary Shelley po "Wojnę światów" H.G. Wellsa, która metaforycznie bada przetrwanie bardziej rozwiniętej rasy kosztem ludzkości. Idea, że "człowiek jest czymś, co pokonanym być powinno", sformułowana przez Nietzschego, uzasadnia masową likwidację. Nowoczesny impuls do przekroczenia człowieczeństwa ironicznie prowadzi do jego możliwej zagłady, jak widać we współczesnych ruchach ekologicznych i transhumanistycznych, które kwestionują samą wartość ludzkiej egzystencji. Projekt nowożytny mający na celu ustanowienie dominacji ludzkości nad naturą, ostatecznie wymazuje samą ludzkość. Odrzucenie historycznej mądrości prowadzi do kulturowej pustki wypełnionej powierzchowną rozrywką i polityczną histerią. Mimo to Brague pozostaje ostrożnie optymistyczny, wskazując na tradycje intelektualne, które kwestionują autodestrukcyjną trajektorię nowoczesności.
Książka przedstawia genezę i ocenę "postępu", centralnego elementu nowoczesności, który pojmuje siebie jako "projekt", w przeciwieństwie do "zadania". Ten drugi termin, sięgający starożytności, implikuje odpowiedzialność i wzajemność, podejmowane w ramach ustalonego porządku. Natomiast projekt, pojęcie wyłaniające się wraz z tzw. Oświeceniem, rodzi się z poczucia nagłej...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
"Oko na niebie" to ciekawe studium subiektywności ludzkiej percepcji. Jest to podróż przez cztery, a może nawet pięć różnych fantastycznych światów, które istnieją jedynie w wyobraźni niektórych postaci. Jednak historia ma swoją podstawę osadzoną w rzeczywistym świecie Stanów Zjednoczonych połowy XX wieku. Czytelnik śledzi losy Jacka Hamiltona, który wraz z kilkoma osobami zostaje porażony promieniem laserowym (naukowe szczegóły nie są istotne – w końcu to powieść Dicka). Ofiary tego zdarzenia wkrótce odkryją, że nie znajdują się już w swojej rzeczywistości. Fabuła kręci się wokół próby zrozumienia, co się właściwie stało i jak wrócić do domu. Czemu te alternatywne rzeczywistości wydają się być kształtowane przez wyobraźnię i poglądy niektórych bohaterów?
Możliwość spojrzenia na świat oczami kogoś innego to kusząca perspektywa. Pomysł ten pozwala Dickowi analizować różne punkty widzenia, a jednocześnie zwracać uwagę na subiektywną naturę naszego postrzegania rzeczywistości. Nie chodzi mu o to, że którekolwiek z przedstawionych realiów byłyby idealnym miejscem do życia. Pierwszy świat, do którego postacie trafią rządzony jest na sposób teokratyczny – społeczeństwo oparte jest na systemie, który nagradza wiarę zamiast cnoty i dobrych uczynków. Jest on również przepełniony uprzedzeniami, rasizmem, mizoginią i antyintelektualizmem.
Następnie przenosimy się do świata, który jest skrajnie progresywny kulturowo – zupełne przeciwieństwo pierwszego. Tutaj uprzedzenia zniknęły, a rządu nad społeczeństwem nikt nie sprawuje, ponieważ wszyscy zajmują się wyłącznie docenianiem sztuki. Autor sam był artystą, więc nie potępia tego świata tak, jak potępia bigoterię, jednak pokazuje jego pustkę i jałowość. Nie ma tam miejsca na jakikolwiek konflikt między ludźmi, ale również jakąkolwiek głębszą interakcję, bo brak jest realnego rozumienia świata.
Trzecią alternatywną rzeczywistością jest paranoiczne państwo policyjne, gdzie każdy człowiek i każda czynność są nieustannie monitorowane przez władzę w imię zapewnienia wszystkim bezpieczeństwa. To rzeczywistość stworzona przez kobietę, która widzi świat jako miejsce z natury niebezpieczne, pełne drapieżnego okrucieństwa. Gdzie mężczyźni są z natury agresywni i przerażający. Dzięki inwigilacji wszystkich zachowuje swoje poczucie bezpieczeństwa. Ostatni świat to autorytarna dystopia marksistowska, zaprojektowana by chronić amerykańskich robotników przed drapieżnymi kapitalistami i bankierami. Jest to świat, w którym zwykli ludzie są zabezpieczeni przed wyzyskiem ekonomicznym za cenę ograniczenia ich wolności i ochrony systemu przemocą.
Skoro Dick odrzuca każdą ćwiartkę politycznego spektrum, to jaki jest sens tej historii? Czego mamy się nauczyć o ideologii politycznej z tej książki? Autor krytykuje ideologiczne fantazje i zwraca uwagę na to, że są to jedynie sny na jawie. Bohaterowie, doświadczywszy tych fantastycznych rzeczywistości, zostali zmotywowani do podjęcia realnych działań w swoim prawdziwym życiu. Jeśli czytelnik jest niezadowolony z czegoś w swojej społeczności, mówi nam autor, powinien przestać marzyć i narzekać, a zamiast tego zrobić coś konkretnego, nawet jeśli to tylko mały krok. Ale Dick nie zatrzymuje się na tym i pyta czy naprawdę chcielibyśmy żyć w naszych własnych fantazjach. Pomysł na którym opiera się powieść jest największą jej wartością, ponieważ jak to u Dicka, nie ma co liczyć na wyszukany styl i literacką finezję. Ale też czyta się ją szybko i łatwo, więc choć "Oko na niebie" nie należy do jego najlepszych książek, to jednak czas z nią spędzony nie jest stracony.
"Oko na niebie" to ciekawe studium subiektywności ludzkiej percepcji. Jest to podróż przez cztery, a może nawet pięć różnych fantastycznych światów, które istnieją jedynie w wyobraźni niektórych postaci. Jednak historia ma swoją podstawę osadzoną w rzeczywistym świecie Stanów Zjednoczonych połowy XX wieku. Czytelnik śledzi losy Jacka Hamiltona, który wraz z kilkoma osobami...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Powieść ta zrodziła się z intrygującego pytania: czy ogólna teoria względności mogłaby być odkryta przez cywilizację przedindustrialną? Taką która nie zna radia, elektryczności czy silnika porowego. A zaszalejmy - nawet astronomii! Trudno to sobie wyobrazić. W naszej kulturze dzisiejsze zrozumienie grawitacji jest wynikiem wielowiekowych, skrupulatnych obserwacji astronomicznych. Kepler odkrył, że ruchy planet na nieboskłonie można wytłumaczyć ich ruchem wokół Słońca po eliptycznych orbitach. Newton następnie wykazał, że taki ruch powstałby dzięki powszechnemu przyciąganiu pomiędzy ciałami.
Teoria ta była na tyle dokładnym przybliżeniem rzeczywistości, że przetrwała trzy wieki. Jednak kiedy Einstein w końcu poprawił Newtona, zrobił to nie tyle dzięki astronomicznym faktom, które jego teoria mogła wyjaśnić (np. dziwne przemieszczania się peryhelium Merkurego), ile elektromagnetyzmowi Maxwella. Zunifikował on oddziaływania elektryczne z magnetycznymi, ale równocześnie jego równania postulowały tylko jedną wartość dla prędkości światła, niezależnie od ruchu dokonującego pomiaru obserwatora. Uświadomienie sobie tego doprowadziło Einsteina wpierw do szczególnej, a później do ogólnej teorii względności, wg której krzywizna czasoprzestrzeni odpowiada za swobodny ruch obiektów w przestrzeni.
Wszystko to było niezbędne w sformułowaniu teorii względności. Jak więc hipotetyczna cywilizacja mogłaby osiągnąć takie same wyniki nie posiadając tych niezbędników? Na szczęście autor wpadła na genialny pomysł: taka cywilizacja musiałaby zamieszkiwać odpowiednie środowisko. Jakie? Tego lepiej nie zdradzać, ale nie jest to najbezpieczniejsze miejsce we wszechświecie. Dzięki temu bohaterowie powieści szybko stają przed groźbą zagłady całej ich cywilizacji, a jedynym ratunkiem jest szybkie sformułowanie teorii względności.
Powieść jednak nie jest bez wad. Czytając teksty tego autora ma się wrażenie jakby obce cywilizacje oprócz eksploracji galaktyki i prowadzenia badań nie miały nic innego do roboty. Jest wielu autorów sf lepszych w pisaniu swoich postaci, choć nie dorównują oni Eganowi w twardości naukowej swoich fantazji. W przeciwieństwie też do niektórych innych jego powieści, "Incandescence" nie olśniewa nowymi i niezwykłymi konceptami. Co nie znaczy, że nie jest świetną wyżymaczką dla mózgu. Jest to właściwie sfabularyzowane sprawozdanie z historii odkrywania fundamentalnych teorii fizycznych. Do pełnego rozkoszowania się tą "anatomią odkrycia naukowego" niezbędna jest spora doza wyobraźni abstrakcyjnej, więc to pozycja jedynie dla fanów hard sf.
Powieść ta zrodziła się z intrygującego pytania: czy ogólna teoria względności mogłaby być odkryta przez cywilizację przedindustrialną? Taką która nie zna radia, elektryczności czy silnika porowego. A zaszalejmy - nawet astronomii! Trudno to sobie wyobrazić. W naszej kulturze dzisiejsze zrozumienie grawitacji jest wynikiem wielowiekowych, skrupulatnych obserwacji...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
W umyśle każdego artysty istnieje coś w rodzaju wzorca. To coś przypominającego krajobrazy jego marzeń; świat po którym chciałby wędrować; rzeczy, o których lubi myśleć. Ta ogólna struktura rządzi wszystkimi jego dziełami, bez względu na ich różnorodność. Opowiadania Poego przenika atmosfera, która sprawia, że czujemy wszechobecny rozkład. Ciemne wino, gasnące lampy, oszałamiające zapachy, uczucie duszenia się w kotarach z czarnego aksamitu – wszystko to niesie ze sobą poczucie nieokreślonego rozkładu.
W opowiadaniu "Zagłada domu Usherów" czytelnik doświadcza upadku niegdyś wielkiego rodu, odzwierciedlonego w kruszących się murach ich rodowej siedziby. Budynek pokryty grzybem od zewnątrz, który wysysa z niego życie, odbija się w zastygłych sadzawkach, przypominających jeziora trucizny. Ta wszechobecna zgnilizna idzie w parze z upiornym, niemal odurzającym przepychem. W "Masce czerwonego moru" bogactwo pałacu księcia Prospero staje się aksamitną pułapką, wciągającą jego mieszkańców w powolny wir zagłady. Bogate tkaniny, intensywne kolory i oszałamiające perfumy ociekają dekadencją, maskując rozkład. Talent Poego polega na uczynieniu tego luksus wspólnikiem grozy – jego uwodzicielska natura staje się zapowiedzią zniszczenia.
Nawet struktura opowiadań Poego czasami odzwierciedla jego obsesje. Wciągają one do wnętrza, niczym powolny wir bagna, nieuchronnie prowadząc do mrocznego finału. W "Sercu oskarżycielem" obłąkańcza narracja odzwierciedla rozpad umysłu, gdzie każde słowo zaciska pętlę wokół kruchej psychiki bohatera. Podobnie w opowiadaniu "Czarny kot", które jest jak duszące zanurzenie się w otchłań szaleństwa, gdzie każda chwila przemocy, każdy akt okrucieństwa wciąga narratora głębiej w ruinę własną ręką przywiedzioną. Rytm opowieści naśladuje stały, nieubłagany postęp degeneracji, aż do ostatecznego momentu, kiedy tajemnica, podobnie jak wszystkie ukryte okropności, zostaje odkryta.
Jego opowieści są zarówno przerażające, jak i hipnotyzujące, wciągając nas coraz głębiej w ich aksamitne cienie, nawet jeśli boimy się tego, co tam znajdziemy. Dzięki przedniemu operowaniu językiem, obrazowości i psychologicznej głębi, Poe nawiedza i hipnotyzuje. Jego styl jest wyszukany; pełen powtórzeń, aliteracji i muzycznego rytmu, które wzmacniają upiorną atmosferę. Nie tyle opowiada historie, co tworzy nastroje i chwile.
W umyśle każdego artysty istnieje coś w rodzaju wzorca. To coś przypominającego krajobrazy jego marzeń; świat po którym chciałby wędrować; rzeczy, o których lubi myśleć. Ta ogólna struktura rządzi wszystkimi jego dziełami, bez względu na ich różnorodność. Opowiadania Poego przenika atmosfera, która sprawia, że czujemy wszechobecny rozkład. Ciemne wino, gasnące lampy,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
"Broń i męża opiewam, co z Troi wybrzeża
Do Italii, gnan losem, pierwszy na brzeg zmierza
[...] skąd plemię urasta
Latynów, ojce Alby i wielkiej gród Romy."
Wraz z "Iliadą" i "Odyseją" dzieło to jest jednym z trzech epickich filarów, na których opiera się gmach literatury zachodniej. Swoje istnienie zawdzięcza eposom Homera, zwłaszcza księdze XX "Iliady", w której trojański bohater Eneasz zostaje ocalony przed śmiercią z rąk Achillesa dzięki interwencji bogów, ponieważ Posejdon oświadcza, że przeznaczone jest, by Eneasz i jego potomkowie byli panami Trojan. Rzymska tradycja, z której Wergiliusz czerpie, rozwija to boskie proroctwo, wyobrażając sobie, że Eneasz i jego dziedzice nie tylko przetrwają, ale i powołani są założyć potężne imperium Rzymu, które niczym feniks powstanie z popiołów Troi, by rządzić nad swoimi dawnymi greckimi zdobywcami.
Podczas gdy Homer rozpoczął swoje dzieła od prośby do Muzy, by pomogła mu opiewać gniew Achillesa, oraz tułaczki króla Itaki, Wergiliusz proklamuje jedynie: "Broń i męża opiewam". Mimo to i tu widać inspiracje wielkim poprzednikiem: pierwsze sześć ksiąg, opiewające męża, inspirowane są "Odyseją", a kolejne sześć opisujące wojnę inspirowane są "Iliadą". Epos często odzwierciedla motywy poruszane przez Homera, prowadząc jednocześnie jakby zabawę z oczekiwaniami czytelników. Weźmy pod uwagę relację między Eneaszem i jego boską protektorką, Wenus, a relacją Ateny z Odyseuszem. W przeciwieństwie do bliskiej relacji z "Odysei", relacja Wenus z jej synem nie ma głębi emocjonalnej i współczucia.
Pod rzymskim sztandarem imperialnym Wergiliusz zniesławia Greków w swojej wersji opowieści o upadku Troi. Dowiadujemy się, że nie dorównywali Trojańczykom w walce i że mogli odnieść zwycięstwo jedynie dzięki kłamstwom i podstępom. A jednak pomimo tych skłonności, Wergiliusz dorównuje Homerowi w czułości, z jaką ukazuje miłość rodzinną. Jego opis Eneasza niosącego starego ojca i trzymającego za rękę małego syna podczas ucieczki z Troi, to słynny obraz życia rodzinnego, przypominający opis Homera o Hektorze z żoną i synem. Ukazuje to najważniejszą cechę Eneasza, "pietas", czyli odpowiedzialność lub lojalność; szacunek dla przeszłości i odpowiedzialność za przyszłość.
Podobna czułość i empatia widoczne są w opowieści Wergiliusza o Eneaszu i Dydonie, którzy tak bardzo ulegają swojemu uczuciu, że zaniedbują obowiązki wobec swoich narodów. Dopiero bezpośrednia interwencja boska przywraca Eneaszowi rozsądek, przypominając mu o konieczności stawiania obowiązku ponad pragnieniami. Metaforyczne użycie przez Wergiliusza obrazu dębu, aby ukazać niewzruszoną i niezłomną wolę Eneasza przeciwstawiającego się wichrom namiętności, świadczy o poetyckim geniuszu autora. Z kolei Dydona nie potrafi opanować swoich uczuć; jej miłość do Eneasza przekształca się w nienawiść, co samo w sobie stanowi proroczą metaforę wojen punickich między Rzymem, który Eneasz ma założyć, a Kartaginą, której królową jest Dydona.
Opis podróży Eneasza do podziemi w ujęciu Wergiliusza jest bogaty w znaczenie teologiczne oraz bardziej barwny i złożony niż przedstawienie zejścia Odyseusza do świata zmarłych w "Odysei" Homera. Nic dziwnego, że bogata wizja życia pozagrobowego Wergiliusza okazała się tak inspirująca dla wyobraźni Dantego. Spotkanie Eneasza ze swoim ojcem, Anchizesem, w krainie zmarłych staje się momentem duchowego oświecenia, podczas którego bohater poznaje przyszłość swojego rodu i misję jaką ma wypełnić. Ten element zawiera głęboką refleksją nad sensem ludzkiego życia i przeznaczenia.
Ostatecznie jednak przemówienie Anchizesa sprowadza nas z powrotem do Rzymu, który "potęgą świat obejmie, cnotą sięgnie nieba". To właśnie do założenia tego "wiecznego" miasta prowadzi nas Wergiliusz, choć nigdy ostatecznie nas tam nie doprowadza, ponieważ dzieło pozostaje niedokończone w chwili jego śmierci. Jest to, bez wątpienia, frustrujące, pozostawiając nas z pytaniami bez odpowiedzi. Choćby z tego powodu epopeja Wergiliusza nie dorównuje dwóm dziełom Homera, na których się opiera i którym zawdzięcza swoje istnienie. Paradoks polega na tym, że "Eneida" nie byłaby możliwa, ani nawet do pomyślenia, gdyby Homer, Grek, nie był nosicielem wielkich darów. Stawia to na głowie powiedzeni o Grekach i ich darach.
"Broń i męża opiewam, co z Troi wybrzeża
Do Italii, gnan losem, pierwszy na brzeg zmierza
[...] skąd plemię urasta
Latynów, ojce Alby i wielkiej gród Romy."
Wraz z "Iliadą" i "Odyseją" dzieło to jest jednym z trzech epickich filarów, na których opiera się gmach literatury zachodniej. Swoje istnienie zawdzięcza eposom Homera, zwłaszcza księdze XX "Iliady", w której...
Książka jest próbą przedstawienia teorii ewolucji religii. Autor, znany filozof, proponuje naukowe podejście do badań nad tym fenomenem i sugeruje reformy porządku publicznego oparte na swoich wnioskach. Choć pozycja wywołała swego czasu niemałą reakcję zarówno ze strony wierzących jak i ateistów, zasługuje raczej na obojętność niż poważną debatę. Opiera się na słabych argumentach i ma poważne wady metodologiczne. Brakuje jej strukturalnej spójności; nieudolnie się rozpoczyna i zmierza ku rozczarowującemu końcowi.
Wyliczanka zarzutów względem książki mogłaby być długa, choć bez wątpienia wiele byłoby błahych. Zdarzają się żenujące momenty łudzenia samego siebie, gdy np. autor twierdzi, że ateiści (w przeciwieństwie do teistów) z radością przyjmują krytykę swoich przekonań. Albo udawanie głupiego i twierdzenie, że koncepcja Boga posiada zbyt wiele wariantów, aby mógł je zanalizować. Czy choćby historyczne nieścisłości, takie jak twierdzenie, że pierwsi chrześcijanie uważali apostazję za przestępstwo zasługujące na karę śmierci. Większym problemem jest chochoł jaki Dennett postawił w miejscu gdzie powinny być argumenty i sposób myślenie osoby wierzącej. Duża część książki to jego dyskusja, często bardzo protekcjonalna, z tymi uproszczonymi banałami, które wg niego są typowe dla dyskursu religijnego.
Jednak podstawowa słabość książki leży w poleganiu autora na metaforach, zwłaszcza w jego przedstawieniu religii jako pasożytniczego memu. Nie jest on z pewnością zwolennikiem funkcjonalizmu w socjologii, który twierdzi, że artefakty kulturowe, w tym religia, ewoluowały ze względu na korzyści, jakie przynoszą ludzkiemu przetrwaniu. Zamiast tego, czerpiąc z koncepcji memów Dawkinsa, postrzega religię jako pasożytniczy byt, który rozprzestrzenia się sam, potencjalnie ze szkodą dla swojego nosiciela. Istot ludzkich, wyposażonych w refleksyjną świadomość i rozważną wolę nie można w pełni wyjaśnić za pomocą tej uproszczonej analogii. Zastosowanie teorii memów pozwala Dennettowi uniknąć zajmowania się istotną treścią przekonań religijnych, skupiając się zamiast tego na zjawisku religii jako typie kulturowym. To podejście, oparte bardziej na metaforze niż na rygorystycznej nauce, podważa jego wiarygodność.
Narracja o genezie religii, choć zajmująca, oparta jest na spekulacjach, a nie faktach. Od pierwotnego animizmu i personifikacji sił natury, Dennett wyobraża sobie ewolucję ku wszechmocnym bogom, na modłę dziecka wyolbrzymiającego moc swoich rodziców. Sugeruje również, że podatność na hipnozę i efekt placebo przyczyniły się do przetrwania wczesnych ludzi, tworząc podatne środowisko dla memu boga. W ten sposób z przekonaniem twierdzi, że udało mu się wyjaśnić pochodzenie wiary, co oczywiście nie jest prawdą. Są to jego domysły spięte razem wątłą tasiemką teorii memetycznej.
Niestety, wszystkie ewolucyjne podejścia do kultury cierpią na pewne wrodzone problemy. Biologia ewolucyjna jest nauką, która bada łańcuchy przyczynowości fizycznej i rozwój życia organicznego i jest to wszystko, co może badać z jakąkolwiek pewnością. Wychodząc poza te ramy wkracza na obszar spekulatywny, dlatego zastosowanie jej zasad do złożonych zjawisk kulturowych, takich jak religia, sztuka i moralność, skutkuje impresjonistyczną mitologią, a nie weryfikowalną nauką. Zjawiska kulturowe nie mają sekwencji genomowych, które biologia ewolucyjna może analizować, co sprawia, że takie wyjaśnienia są niezadowalające.
Głównym celem Dennetta wydaje się być wzbudzanie wątpliwości u czytelników, a nie autentyczne zgłębianie kwestii religijnych, w celu zaproponowanie pewnych zmian społecznych o wyraźnie dyktatorskim charakterze. To, jak sądzę, częściowo wyjaśnia jego przywiązanie do koncepcji memów. Jeśli w końcu jedynymi beneficjentami memów są same memy, a te religijne są szczególnie toksycznego rodzaju, to z pewnością dążenie do eksterminacji tych pasożytów, najlepiej za pomocą środków zapobiegawczych, jest przecież przejawem troski i rozwagi. I nie ma znaczenia, że argument, za pomocą którego Dennett dochodzi do swoich wniosków, jest absurdalny. Jego krótkie potraktowanie wiary w Boga nie porusza istotnych powodów, dla których ludzie wierzą, ani nie nawiązuje dialogu z najważniejszymi filozofiami religijnymi. Zamiast tego zbywa je za pomocą nadmiernie uproszczonych argumentów, wykazując intelektualne lenistwo.
Wszystko to prawdopodobnie ma niewielkie znaczenie, ponieważ najistotniejszą wadą książki jest jej ostateczna bezsensowność. Nie jest niczym kontrowersyjnym stwierdzenie, że religia jest zjawiskiem naturalnym, głęboko osadzonym w ludzkiej kulturze i ewolucji społecznej. Jeśli Dennett uważa, że jego teza jest prowokacyjna lub nowatorska, to widać nie słyszał o takich nowinkach teologicznych jakimi są pisma Ojców Kościoła czy choćby "Summa" Akwinaty. To, że religia jest zjawiskiem naturalnym nie wyklucza, że jest nośnikiem boskiej prawdy. Nawet gdyby poprawnie wyjaśnił kwestię pochodzenia religii, nie jest to tożsame ze zrozumieniem jej istoty i wartości.
Poza tym, nikt nie wierzy w religię. Chrześcijanie na przykład wierzą, że Jezus z Nazaretu, ukrzyżowany pod Poncjuszem Piłatem, zmartwychwstał i siedzi teraz po prawicy Ojca. Dlatego pytanie Dennetta, czy religia zasługuje na lojalność, jest bezsensowne. Jedynym istotnym pytaniem dla chrześcijan jest to, czy Chrystus jest godny lojalności. Objawienie Dennetta, że "naturalne pragnienie Boga" jest naturalne, nie wnosi niczego nowego do dyskusji. Zajmowanie się nauką o religii nigdy nie da istotnej odpowiedzi na to, czy należy wierzyć w Boga. Dla chrześcijan naturalne pochodzenie religii nie podważa ich wiary, ponieważ cała natura jest postrzegana jako stworzona przez Boga i kierująca ku Niemu.
Książka jest próbą przedstawienia teorii ewolucji religii. Autor, znany filozof, proponuje naukowe podejście do badań nad tym fenomenem i sugeruje reformy porządku publicznego oparte na swoich wnioskach. Choć pozycja wywołała swego czasu niemałą reakcję zarówno ze strony wierzących jak i ateistów, zasługuje raczej na obojętność niż poważną debatę. Opiera się na słabych...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Statek zostaje wysłany z Ziemi w celu kolonizacji planety. Przemierzając kosmos przez setki lat, pasażerowie są utrzymywani w stanie kriogenicznego snu. Jednak, do czego przyzwyczaiły nas liczne powieści sf, gdy załoga smacznie sobie spała statek uległ poważnemu zniszczeniu, a do upragnionego końca podróży jeszcze daleko. Fabułę powieści poznajemy z perspektywy bezimiennego bohatera, który zdezorientowany po obudzeniu nie wie kim jest. Nazywany jest przez innych Nauczycielem ze względu na funkcję, jaką miał pełnić pod dotarciu na planetę. Szybko odkrywa, że znalazł się w śmiertelnie niebezpiecznym labiryncie i aby przeżyć, musi rozwikłać tajemnicę statku.
Autor rzuca czytelnika na głęboką wodę już od pierwszej strony i pozwala swobodnie pływać w swojej wizji, aż do utraty orientacji. Powieść hipnotyzuje gęstą, klaustrofobiczną atmosferą. Oszalały statek i zamieszkujące go monstra robią wszystko by zabić bohatera i jego towarzyszy, podczas gdy za ścianami rozciąga się mroźna, wroga wszelkiemu życiu pustka kosmosu.
Niestety, Bear miejscami zbyt mocno skupia się na technicznych aspektach przetrwania, kosztem rozwijania intrygującej tajemnicy statku. Rozwiązanie której również budzi lekki zawód, zwłaszcza że pojawia się nagle, niezapowiedzianie. Rekompensują to przemyślenia autora. Kreśli on wizję ciemnej strony nauki i postępu, pokazując niebezpieczeństwa manipulacji biologią i pamięcią. Nauczyciel nieustannie zastanawia się nad tym, co sprawia, że człowiek jest tym kim jest. Czy wpływa na to sposób, w jaki postępuje tu i teraz, czy może to, co zrobił wcześniej w życiu, kontekst który wpływa na teraźniejszość. Nie są to może najbardziej oryginalne przemyślenia, ale i tak warto dla nich oraz gęstej atmosfery powieści zapoznać się tą książką.
Statek zostaje wysłany z Ziemi w celu kolonizacji planety. Przemierzając kosmos przez setki lat, pasażerowie są utrzymywani w stanie kriogenicznego snu. Jednak, do czego przyzwyczaiły nas liczne powieści sf, gdy załoga smacznie sobie spała statek uległ poważnemu zniszczeniu, a do upragnionego końca podróży jeszcze daleko. Fabułę powieści poznajemy z perspektywy bezimiennego...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
"Że też to na karb niebian człowiek wszystko kładzie,
Co dozna złego; chociaż sam swoją głupotą,
Idąc wbrew Przeznaczeniu, ugrzęza w to błoto!"
Te kilka słów, wypowiedzianych przez ojca bogów i ludzi, uwydatnia sedno opowieści o powrocie Odyseusza do domu. Choć możemy próbować obwiniać Boga lub bogów za cierpienia w naszym życiu, trzeźwiącym faktem jest, że większość naszych cierpień wynika z naszej własnej lekkomyślności lub błędów innych. Mimo to Homer dostrzega, że niektóre cierpienia mają, można by rzec, "naturalne przyczyny", które nie są rezultatem ludzkich działań. To cierpienie jest boleścią która, według Zeusa, jest nam dana - będąca w pewnym sensie darem. "Odyseja" jest zatem refleksją nad tajemnicą cierpienia, ale też czymś więcej: rozważaniem nad mądrością, jaką można zdobyć poprzez doświadczenie cierpienia. Dlatego właśnie niektóre cierpienia są nam dane, bo umożliwiają cierpiącej duszy wzrastanie w mądrości i cnocie.
Jeśli tematem eposu jest cierpienie, to jego formą jest podróż. Podróż Odyseusza, jego odyseja, jest nie tylko przygodą, ale wyprawą w celu powrotu do domu. Zostaje opóźniona przez jego własną lekkomyślność oraz lekkomyślność jego towarzyszy. Pierwotnym grzechem Odyseusza jest pycha, która ściąga gniew Posejdona. Dzięki swojej legendarnej przebiegłości, uciekł z rąk cyklopa Polifema, twierdząc, że nazywa się "Nikt". Jednak po ucieczce chełpliwie wykrzyknął Polifemowi swoje imię, dzięki czemu cyklop wybłagał wyklęcie Odyseusza i jego ludzi u swojego ojca, Posejdona. Gdyby Odyseusz pokornie zadowolił się byciem nikim, on i jego towarzysze uniknęliby wielu tragedii. Podobnie lekkomyślność jego towarzyszy, którzy zjedli bydło Heliosa wbrew wielokrotnym ostrzeżeniom o konsekwencjach, prowadzi do ich zguby.
Pozbawiony towarzyszy i statku, Odyseusz zostaje wyrzucony na wyspę nimfy Kalipso, która oferuje mu nieśmiertelność jeśli ją poślubi. W obliczu tej bardzo realnej pokusy Odyseusz wybiera śmiertelność. Akceptuje także niebezpieczeństwa i cierpienia, które wiążą się z kontynuacją jego wyprawy powrotnej do żony, syna i ojczyzny. Wybierając śmiertelne życie oraz śmiertelną i dojrzałą żonę zamiast nieśmiertelności i małżeństwa z wiecznie młodą i piękną boginią, Odyseusz wykazuje ofiarną miłość, która jest nierozerwalnie związana z pokorą. Najwyraźniej wyciągnął naukę ze swoich przygód.
Po ostatecznym przybyciu na Itakę Atena informuje go, że nie może powrócić w chwale, lecz musi przebrać się za żebraka i znieść upokorzenia, jakie jego ubogi wygląd sprowadzi na niego wśród aroganckich zalotników oblegających Penelopę, jego żonę. Taka sytuacja dostarcza wybornej ironii: żebrakowi odmawiają jego własnego jedzenia nieproszeni goście, lekceważąc wolę zarówno jego żony jak i syna. Na głębszym poziomie obnaża to jednak złamanie przez zalotników świętego prawa "xenia", ustanowionego przez Zeusa, które wymaga od gospodarza gościnności, ale także zobowiązuje gościa do szanowania gospodarza, nie nadużywając jego łaski. Prawo to zostaje złamane przez zalotników w ich aroganckim traktowaniu żebraka, ale także w ich lekceważeniu Penelopy i Telemacha, ich bezsilnych gospodarzy. Nic dziwnego, że Zeus, znany jako bóg gościnności, ukarze taką lekkomyślność.
Nie tylko Odyseusz wzrasta w mądrości i cnocie poprzez swoje cierpienia; epos pokazuje również podobną ścieżkę w przypadku jego żony i syna. Wątek Telemacha pokazuje przejścia z chłopięctwa w dorosłość. Początkowo widzimy go zirytowanego obecnością niechcianych zalotników i pragnącego chronić matkę przed ich nachalnością. Jest jednak bezsilny. Jego dziecięca frustracja ujawnia się w momencie, gdy rzuca berłem - symbolem władzy, której nie może sprawować. Po odbyciu własnej odysei w poszukiwaniu wieści o ojcu, wraca do domu mądrzejszy i silniejszy. Pod koniec eposu ma fizyczną siłę, by napiąć łuk ojca, czego nie potrafili zalotnicy, ale także pokorę, by powstrzymać się od tego w ostatnim momencie, słuchając ojca, stając się mężczyzną w pełnym tego słowa znaczeniu.
Ostatnia, choć nie mniej ważna, jest Penelopa, której obecność ma subtelną moc, a głos wyraża niezłomną cnotę. Wierna bogom i miłości do męża, jest ikoną silnej i nieprzejednanej kobiecości, dorównującą największym literackim bohaterkom. Nic dziwnego, że dusza Agamemnona, zamordowanego przez własną zdradliwą żonę, podziwia "szlachetność Ikariosowej córy" i "niezrównane duszy jej przymioty", ogłaszając, że "na jej cześć niebianie natchną pieśni i cześć jej nigdy nie ustanie".
"Że też to na karb niebian człowiek wszystko kładzie,
Co dozna złego; chociaż sam swoją głupotą,
Idąc wbrew Przeznaczeniu, ugrzęza w to błoto!"
Te kilka słów, wypowiedzianych przez ojca bogów i ludzi, uwydatnia sedno opowieści o powrocie Odyseusza do domu. Choć możemy próbować obwiniać Boga lub bogów za cierpienia w naszym życiu, trzeźwiącym faktem jest, że większość...
Czymś osobliwym jest przeczytać ponownie dawno zapomniane historie, które się kiedyś ceniło. Stare przygody nie ją już takie same, czy to na dobre czy na złe. Źle jest gdy oczy, które stały się cyniczne z wiekiem, dostrzegają tylko tandetę i błyskotki tam, gdzie dawniej błyszczała magia świeża i pełna obietnic niczym poranek w Edenie. I przeciwnie – dobrze gdy odkrywa się dodatkowe warstwy zachwytu lub myśli głębsze, niż był w stanie pomieścić młodzieńczy umysł. Piracka opowieść Stevensona zdecydowanie zalicza się do tej drugiej kategorii, ujawniając nie tylko porywającą opowieść o morskich przygodach i ukrytym złocie, ale także kunsztowne mistrzostwo autora, który potrafił posługiwać się językiem z niezwykłą precyzją.
Od samego początku powieść tętni duchem przygody. Stevenson otwiera ją tajemniczą śmiercią kapitana w gospodzie – mrocznym zwiastunem niebezpieczeństwa. Scena rozwija się z energią, która pobudza wyobraźnię czytelnika: morskie szanty o skocznych refrenach, tajemnicza mapa i narastający niepokój, gdy pojawia się czarna plama. Te elementy nie są jedynie ozdobami opowieści o piratach; stanowią one integralną część fabuły, w której suspens i odkrycia przeplatają się ze sobą. Styl autora jest zwięzły i w pewien sposób liryczny, co nadaje powieści tempo, podobne cięciom kordelasa i hukowi wystrzałów armatnich. Autor nie marnuje ani jednego słowa czy przecinka. Dialogi, nasycone marynarską gwarą i żywym rytmem, brzmią autentycznie, wzmacniając poczucie miejsca i czasu akcji (może też dlatego, że w dużej mierze Stevenson sam ukształtował nasze wyobrażenie o piratach).
Jego znakomity warsztat ujawnia się również w postaciach, którym nadaje życie, a szczególnie w osobie Długiego Johna Silvera. Ten przebiegły pirat emanuje zarówno charyzmą, jak i grozą, kryjąc w jednym uśmiechu przyjaźń i wrogość. Jest to jedna z bardziej fascynujących kreacji literackich; pirat o niezwykłej inteligencji i przebiegłości, który manipuluje i uwodzi słowem, zdobywając przychylność i zaufanie, które może bez skrupułów złamać. Pozostali piraci, chciwi i nieobliczalni, stanowią nie mniej barwne tło na którym Stevenson maluje ludzką naturę w całej jej brutalności i żarliwości.
Czytając "Wyspę skarbów", trudno nie cieszyć się tym, jak Stevenson nadał gatunkowi przygodowemu nowy, wyjątkowy wymiar. Dziedzictwo tej książki, podtrzymywane przez pokolenia, jest świadectwem niezrównanego kunsztu jej twórcy. Autor nie opowiadał jedynie o piratach i skarbach; zaprosił czytelników do zawiłego świata lojalności, zdrad oraz nieprzemożnego pragnienia wolności i fortuny. Powieść ta jest przypomnieniem o tym jaka niezrównana przyjemność płynie z dobrze opowiedzianej historii; a geniusz Stevensona zasadza się na umiejętności wywarcia na naszej sztywnej wyobraźni takiego wpływu, jaki każda książka wywiera na chłonną wyobraźnię dziecka.
Czymś osobliwym jest przeczytać ponownie dawno zapomniane historie, które się kiedyś ceniło. Stare przygody nie ją już takie same, czy to na dobre czy na złe. Źle jest gdy oczy, które stały się cyniczne z wiekiem, dostrzegają tylko tandetę i błyskotki tam, gdzie dawniej błyszczała magia świeża i pełna obietnic niczym poranek w Edenie. I przeciwnie – dobrze gdy odkrywa się...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
W znakomitej "Księdze krótkiego słońca" Gene'a Wolfe'a bohater czyta zdanie z tzw. pism chrasmologicznych (to jest proroczych) mówiące o tym, że mity nie są jedynie nieodpowiedzialną fantazją, ale czymś zupełnie innym na co trzeba spojrzeć z otwartym umysłem. Jak się okazało jest to cytat z "Młynu Hamleta" - książki będącej ambitną analizą starożytnych mitów i ich związku ze zjawiskami astronomicznymi. Autorzy sugerują, że starożytne cywilizacje posługiwały się mitami, aby przekazywać złożoną wiedzę astronomiczną, w szczególności dotyczącą precesji równonocy, czyli powolnego przesuwania się gwiazd (w cyklach trwających prawie 26 000 lat) z zachodu na wschód. Do odkrycia tego ruchu w ciągu jednego życia potrzeba precyzyjnych, nowożytnych instrumentów. Według autorów jednak starożytni dokonywali tego za pomocą tradycji i linii horyzontu.
Jednym z centralnych mitów omawianych w książce jest ten o księciu imieniem Amleth, postaci będącej inspiracją dla szekspirowskiego Hamleta. Był on właścicielem potężnego młyna, który początkowo mieli pokój i dobrobyt, ale z biegiem lat zaczął mielić sól, a ostatecznie, po opadnięciu na dno morza - piasek i skały. Transformacja młyna symbolizuje cykle astronomiczne, które rządzą epokami świata. Te zmiany, związane z precesją równonocy, oznaczają upadek starych struktur i nadejście nowych epok, gdy słońce przesuwa się przez znaki zodiaku.
Rozważmy dla przykładu mit o Kronosie. Jego rodzicami byli Ziemia i Niebo, Gaia i Uranos, który był jej ciemiężcą i został wykastrowany przez swojego syna. Wg autorów "Młynu Hamleta" mit ten w taki sposób powinniśmy odczytać z firmamentu: spoglądając w górę widzimy Oriona z wyciągniętą ręką ku Drodze Mlecznej. Pierwotnie był on Kronosem z sierpem, a Droga Mleczna sięgająca z nieba ku ziemi jest penisem nieba zniewalający ziemię, który Kronos kastruje, uwalniając niebo i umożliwiając jego przemieszanie się. Następuje nowa epoka i mamy Hermesa, wnuka Kronosa, który za pomocą sierpa zabija Argosa - olbrzyma o wiecznie czuwających oczach. Argos jest niebem któremu głowę ucina Hermes swoim zakrzywionym mieczem. Gwiazdy ponownie się przesuwają, nastaje nowa epoka i Hermes przekazuje swój zakrzywiony miecz Perseuszowi, który zabija nim Meduzę. Historia znów się powtarza.
Gdy ten sposób myślenia zadomowi się w czyimś umyśle można go zastosować niemal wszędzie. Wspomniany Gene Wolfe z pewnością został zainspirowany przez tę książkę i wielu jego dziełach widoczne jest piętno tego podejścia. W jego "Wojnie pod choinką" nowe zabawki walczą ze starymi i, zwyciężywszy, zajmują ich miejsce. Można to odczytać jako odwołanie do Ragnaroku i innych mitologicznych cyklów śmierci i odrodzenia, jakie opisane są w "Młynie Hamleta". Taka metoda rozumowania jest mocno kusząca, potrafi przekształcić sposób, w jaki człowiek postrzega nieboskłon czy czyta starożytne mity.
Książka jednak nie podporządkowuje się regułom klasycznej pracy naukowej. Bo choć trudno zaprzeczyć astrologicznemu wpływowi na archaiczne mity, to przydałoby się bardziej pewne wykazanie tej zależności. Skądinąd trzeba też się zastanowić czy takie dowiedzenie jest nawet możliwe. Zamiast tego autorzy prezentują luźną serię analogii między mitami z różnych kultur, sugerując, że wszystkie te opowieści mają wspólne źródło w historiach przekazywanych przez pokolenia neolitycznych kapłanów. Pachnie to trochę pseudohistorycznymi spekulacjami i ta część książki wypada najsłabiej. Niemniej przemyślenia autorów o naturze mitologicznego języka i jego związku z astronomią do mnie przemawiają, nawet jeśli wierzę, że mity są zapowiedzią czegoś większego; wskazują na "prawdziwy mit", jakby to ujął Tolkien.
"Młyn Hamleta" to nieco oniryczny traktat starający się odtworzyć archaiczny sposób myślenia w dziwnej mieszance poetyckiej oraz naukowej wrażliwości. Prawdę mówiąc czytałem go trochę na modłę fantastyki spekulatywnej, bo fantastyczne koncepcje także mogą rzucić światło na pewne problemy i skłonić do refleksji, zwłaszcza jeśli są tak fascynujące. Podchodząc więc do książki w taki sposób zostałem oczarowany jej ambicjami i brakiem skrupułów, a nawet pobudzany do nietuzinkowych przemyśleń przez jej sugestywny gobelin mitycznych obrazów. Myślę, że taki sposób czytania tej książki najlepiej się dla niej nadaje i z tego podejścia pochodzi moja ocena, a nie jej stricte naukowej analizy.
W znakomitej "Księdze krótkiego słońca" Gene'a Wolfe'a bohater czyta zdanie z tzw. pism chrasmologicznych (to jest proroczych) mówiące o tym, że mity nie są jedynie nieodpowiedzialną fantazją, ale czymś zupełnie innym na co trzeba spojrzeć z otwartym umysłem. Jak się okazało jest to cytat z "Młynu Hamleta" - książki będącej ambitną analizą starożytnych mitów i ich związku...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
"Gniew Achilla, bogini, głoś, obfity w szkody,
Który ściągnął klęsk tyle na greckie narody,
[...]
Tak Zeusa wielkiego spełniała się wola"
Te początkowe wersy "Iliady" odsłaniają jej najgłębsze przesłanie. Prawda, którą poeta zamierza przekazać z pomocą muzy nie jest prawdą historyczną, ponieważ opowiada o legendarnych wydarzeniach, które miały miejsce setki lat wcześniej. Prawda, którą chce przedstawić to prawda moralna. Homer stawia lustro przed ludzkością, by dać jej ważną lekcję, co jak zauważa Tolkien, jest jednym z głównych celów baśni.
Lekcja Homera głosi, że gniew (ten zgniły owoc pychy) ma katastrofalne konsekwencje, nie tylko dla Achillesa, ale także dla niezliczonych innych ludzi, niewinnych ofiar jego grzechu. Działania mają konsekwencje, a złe działania mają złe konsekwencje. To jest lekcja Homera, ale nie jedyna. Zapominamy na nasze nieszczęście, że związek między niemoralnym zachowaniem a zniszczeniem jest nie tyle fatalistyczny, co raczej opatrznościowy. Homer przecież podkreśla, że w ten sposób "Zeusa wielkiego spełniała się wola".
Gdy gniew Achillesa wpędza go w obłęd, w którym depcze nie tylko własny rozum, ale i bliźnich (przyjaciół oraz wrogów), ściąga na siebie gniew Boga. Podążając za swoją pysznie zapalczywą żądzą zemsty, zamiast ścieżką cnoty, Achilles sprowadza na siebie sąd Zeusa. Jego zniszczenie jest więc nie tyle dziełem ślepego losu, ale boskiej opatrzności.
W przedostatniej księdze eposu poeta używa wymownej metafory, by ukazać swoją nadrzędną lekcję moralną w wydarzeniach wokół spornego wyniku wyścigu rydwanów. Rozwiązanie tej kłótni ukazuje wielkoduszność ducha, której wyraźnie brakowało w działaniach wojennych. Spory wokół rzekomej niesprawiedliwości w trakcie wyścigu są analogiczne do niemoralnych działań kluczowych postaci w całym eposie, a sam wyścig jest swoistym mikrokosmosem całej wojny. Gdyby Parys, Helena, Agamemnon, Achilles i inni wykazali się taką samą uczciwością i wielkodusznością wojna mogłaby być uniknięta, a niesprawiedliwości rozwiązane bez nienawiści i rozlewu krwi.
Ciekawe jest, że "Iliada" nie kończy się skupieniem uwagi na Achillesie i jego niszczycielskim gniewie, choć takie zamknięcie byłoby ładną symetrią. Odejście od tej harmonii sugeruje, że Homer pragnie umniejszyć dumę Achillesa, kończąc swój epos litanią pochwał dla Hektora. To bohaterstwo niewinnej ofiary grzechów innych (ucieczki Parysa z Heleną i gniewu Achillesa) jest uwieczniane w zakończeniu. Homer nie gloryfikuje grzechu, który doprowadził do wojny, ani dumy i gniewu, które ją podsycały. Chwali człowieka odważnego, który choć nie pozbawiony wad i słabości, to jednak oddaje życie za swoją rodzinę oraz lud.
"Gniew Achilla, bogini, głoś, obfity w szkody,
Który ściągnął klęsk tyle na greckie narody,
[...]
Tak Zeusa wielkiego spełniała się wola"
Te początkowe wersy "Iliady" odsłaniają jej najgłębsze przesłanie. Prawda, którą poeta zamierza przekazać z pomocą muzy nie jest prawdą historyczną, ponieważ opowiada o legendarnych wydarzeniach, które miały miejsce setki lat wcześniej....
Powieść ta porusza motywy śmierci, pokusy i życia wiecznego. Połączenie tych tematów stworzyło mieszankę, która była przerażająca dla pierwotnych, XIX-wiecznych, czytelników. Dziś jednak opowieści o wampirach nie należą do najbardziej strasznych. Monstra te są równie często przedstawiane jako przyjaciele, co przeciwnicy. Często najgorszą rzeczą, jaką mogą wyrządzić bohaterom, jest ich zabicie; nie jest to nic czego nie mogliby zrobić im ludzcy przeciwnicy.
Dlaczego więc opowieści o wampirach utraciły zdolność przerażania nas w sposób, w jaki kiedyś to robiły? Dziś, dla wielu czytelników, religijny wymiar tego dzieła nie ma już tej samej wagi. Kiedy powieść Stokera została pierwotnie opublikowana większość osób czytających ją była pod silnym wpływem chrześcijaństwa, które wpoiło myśl, że powinny pokładać wiarę i nadzieję w życiu wiecznym, które zostało zdobyte przez śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. Powiedział On: "Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle".
Każdemu kto zważa na swoje życie wieczne transakcja, którą oferuje Dracula, byłaby przerażająca, ponieważ jest to wypaczenie tego, co oferuje Chrystus. Dracula nie jest autorem życia, więc nie może dać tego, czego nie ma - taka jest natura zła. W pewnym sensie jest anty-Chrystusem który, może zabić twoje ciało, ale też potępić cię na życie wieczne. Przeklęte życie bez miłości i tego co dobre, a co można osiągnąć w tym życiu. W powieści jest wiele biblijnych paraleli, które sygnalizują, że walka z Draculą jest głęboko duchowa.
Choćby przypadek Renfielda, który pragnie nieśmiertelności. Dlatego czcił Draculę i uznawał go za swego pana. Pragnął życia i pragnął go w obfitości. Co przywodzi na myśl słowa Jezusa po cudownym rozmnożeniu chleba i ryb: "Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne [...] trwa we Mnie, a Ja w nim". Trudno nie skojarzyć tego z piciem krwi przez Draculę. Podobnie w przypadku Lucy, która zamiast karmić dziecko, wysysa z niego krew i odbiera mu życie, zamiast mu je dawać. Wampiryzm oferuje nieśmiertelność jak chrześcijaństwo, ale oferuje nieśmiertelność wypaczoną.
Chrystus umarł za ludzi i zmartwychwstał. Ten, kto pije jego krew ma w sobie nowe życie i jest wolny. Dracula nie umiera za nikogo. On zabija ludzi i ich wskrzesza. Pije ich krew i zaraża swoim nieżyciem, by stali się jego niewolnikami. Tak jak Lucy po swojej śmierci jest wypaczeniem matczynej miłości, tak Dracula jest wypaczeniem miłości samego Jezusa. Istnieje więcej takich anty-paraleli. Zarówno Jezus jak i Dracula znajdowali się na łodzi na morzu. Ale jaka jest różnica? Jezus uspokoił burzę, a Dracula ją wywołał. Jezus chodził po wodzie, a Dracula nie mógł jej przekroczyć. Nawet gdy Lucy opisując jak została po raz pierwszy ugryziona, przyrównuje to wydarzenie do tonięcia. To perwersyjna metafora chrztu.
Jest także Van Helsing używający hostii do zapieczętowania grobu Lucy i skrzyń z ziemią Draculi, uniemożliwiając im wejście do środka. Również krucyfiks służy odstraszaniu wampira. To, co łączy te dwa przypadki, to fakt, że oba zawierają ciało Chrystusa. Dlatego Van Helsing nie wziął hostii z pobliskiego kościoła anglikańskiego, ale udał się do kościoła katolickiego w swojej ojczyźnie, ponieważ protestanci nie wierzą, że hostia staje się dosłownie ciałem Chrystusa. I dlatego nasi bohaterowie nie używają krzyży, ale krucyfiksów, ponieważ wampiry nie są uczulone na pewne kształty geometryczne, jakby tego chcieli niektórzy autorzy sf. I z pewnością nie chodzi o mgliście rozumianą wiarę. To samego ukrzyżowanego Chrystusa, przelewającego swoją krew, aby inni mogli mieć życie wieczne, obawia się Dracula. To, co go odrzuca to Ten, którego czyn sam parodiuje.
Powieść ta porusza motywy śmierci, pokusy i życia wiecznego. Połączenie tych tematów stworzyło mieszankę, która była przerażająca dla pierwotnych, XIX-wiecznych, czytelników. Dziś jednak opowieści o wampirach nie należą do najbardziej strasznych. Monstra te są równie często przedstawiane jako przyjaciele, co przeciwnicy. Często najgorszą rzeczą, jaką mogą wyrządzić...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
C.S. Lewis był ateistą, dopóki nie przeczytał tej książki, co skłoniło go do spostrzeżenia, że młody człowiek, który poważnie podchodzi do swojego ateizmu, nie może być zbyt ostrożny w tym, co czyta. Ze wszystkich dzieł Chestertona to jest chyba jego "największym", w tym sensie, że elokwentnie i zwięźle upycha całą historię ludzkości pomiędzy okładki jednej książki. Dzieło powstało jako odpowiedź na "Historię świata" H.G. Wellsa, której autor - zdaniem Chestertona - nie znosił głównego bohatera swojej książki, a to dlatego, że zbagatelizował dwa najważniejsze zagadnienia historii. Pierwsze to wyjątkowość stworzenia zwanego człowiekiem, a drugie to wyjątkowość człowieka zwanego Chrystusem.
Autor zaczyna od wskazania, że głównym problemem krytyków Kościoła jest to, że znajdują się zbyt blisko, aby go właściwie zobaczyć. Nie dostrzegają całości zjawiska, a jedynie ten mały fragment, który bezpośrednio ich dotyczy. Muszą więc cofnąć się wystarczająco daleko, aby zobaczyć Kościół w całym jego zdumiewającym pięknie i nieoczekiwanej prawdzie. Członków Kościoła natomiast zachęca do spojrzenia na nowo na swoją wiarę, braną do tej pory za pewnik; by odnowili ją dzięki nowej perspektywie i docenili całe te piękno, które było ciągle pod ich nosem. Chesterton bierze to, co znane i czyni to nieznanym, by uczynić to prawdziwie naszym.
Czytam tę książkę co kilka lat, nie tylko dlatego, że ciągle znajduję w niej nowe rzeczy. Zalety tej książki nawet nie tyle leżą w sile jej argumentów, co raczej stylu jej autora. Chesterton nie stara się przekonać czytelnika, co go raczej podejść. Podobnie jak w jednej z jego opowieści detektywistycznych, czytelnik śledzi tok rozumowania, by ostatecznie zostać zaskoczony rozwiązaniem. A przecież odpowiedź cały czas była pod jego nosem! Kiedy Chesterton już odsłoni karty, a może zrobić to za pomocą jednego cytatu czy dygresji, to prawda uderza czytelnika z siłą nie do odparcia. W jego rękach to, co oczywiste, staje się szokujące. To książka, która zmusza do myślenia, zaskakuje i porusza, pozostawiając czytelnika z przekonaniem, że właśnie doświadczył czegoś wyjątkowego.
C.S. Lewis był ateistą, dopóki nie przeczytał tej książki, co skłoniło go do spostrzeżenia, że młody człowiek, który poważnie podchodzi do swojego ateizmu, nie może być zbyt ostrożny w tym, co czyta. Ze wszystkich dzieł Chestertona to jest chyba jego "największym", w tym sensie, że elokwentnie i zwięźle upycha całą historię ludzkości pomiędzy okładki jednej książki....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Jedną z cech wyróżniających twórczość Tolkiena od większości autorów fantasy jest mitologiczno-legendarny wymiar jego dzieł. Przesiąknięte są one tą samą wagą i złożonością, co starożytne podania; głębia historyczna jego narracji daje czytelnikowi poczucie niezwykłego realizmu. Wpływ ten jest widoczny też w heroicznym etosie jego bohaterów. Dzięki zawartym w tym tomie poematom możemy zapoznać się z jego własnymi wersjami starożytnych legend i łatwiej przez to zrozumieć tę unikalność. Dzieło to podkreśla kunszt Tolkiena nie tylko jako pisarza fantasy, ale także poety, filologa i gawędziarza, na którego głęboko wpłynęły pradawne opowieści.
Tolkien powiedział kiedyś, że jego pierwszą reakcją na przeczytanie jakiejś średniowiecznej opowieści była chęć napisania podobnej do niej. I tak też zrobił. Jego podejście nie było zwykłą imitacją, ale celową i intuicyjną adaptacją, odzwierciedlającą metody średniowiecznych autorów i poetów. Jest to szczególnie fascynujące, ponieważ rzuca światło na jego proces twórczy, który polegał na wypełnianiu luk w fragmentarycznych narracjach jego własną wyobraźnią. W ten sposób połączył różne rozproszone tradycje w spójną fabułę sprawiając, że dzieło przystępne jest nawet dla osób niezaznajomionych z mitologią. W "Legendzie o Sigurdzie i Gudrun" autor wskrzesił starożytny nordyjski mit o Niflungach. W przeciwieństwie do wielu mitów, w których dominują bogowie, ta historia jest głęboko zakorzeniona w ludzkich doświadczeniach, emocjach i czynach. Opowieść o Sigurdzie, jego ojcu i jego żonach stanowi serce staronordyjskiej mitologii, kładąc nacisk na ludzkie zmagania i heroizm.
Tematy poruszane w tych legendach są mroczne i złożone, zogniskowane intensywnie na zemście i rozlewie krwi. Mimo to, czytelnik szybko może zostać pochłonięty przez narrację dzięki zwięzłości tych poematów. Co prawda książka zawiera również obszerne komentarze i eseje (same w sobie fascynujące), jednak nie są one niezbędne do zrozumienia poezji Tolkiena i można je zostawić sobie na koniec by nie przerywały płynności narracji. Wielką zaletą wydania jest uwzględnienie angielskiej wersji poematów. Przekład, co zrozumiałe, znacznie różni się od oryginału, napisanego w staroislandzkim metrum aliteracyjnym. Tłumaczki starały się oddać jak najwierniej rytm utworu, by czytelnik mógł choć "usłyszeć odległe echo staroislandzkiego poematu", niemniej jednak zapoznanie się z oryginałem jest najlepszym rozwiązaniem.
Pomimo tego, że Tolkien zaprzeczał jakoby mity nordyjskie lub opery Wagnera miały bezpośredni wpływ na jego twórczość, to trudno nie zauważyć pewnych podobieństw. Na przykład przeklęty pierścień Andvariego, który przynosi nieszczęście swoim właścicielom, przypomina Jedyny Pierścień. Fafnir, mężczyzna, który stał się smokiem, przypomina Smauga, zwłaszcza jeśli uwzględni się wyprawy Sigurda i Bilba do ich legowisk w poszukiwaniu skarbów. Istnieją podobieństwa pomiędzy przeklętym skarbem Doriathu z "Księgi zaginionych opowieści", a złotem Andvariego. Brynhilda, której przepowiedziane jest poślubić wybrańca, mówi Sygurdowi, że wyjdzie za niego dopiero wtedy, gdy zdobędzie królestwo, co przywodzi na myśl związek Aragorna i Arweny.
Oczywiście Tolkien nie kopiował jedynie starożytnych mitów, ale przede wszystkim przeobrażał i kreatywnie łączył różne elementy. Ta artystyczna adaptacja widoczna jest w szczególnie gdy wprowadza nowe koncepcje, których nie ma w oryginalnych legendach. Przykładem niech będzie udział Sigurda w Ragnaroku, mogący zapewnić zwycięstwo Odyna - koncept bliźniaczy do przepowiedzianej kluczowej roli Turina w ostatecznej bitwie z Morgorthem. „Legenda o Sigurdzie i Gudrun” to dzieło, które w pełni ukazuje wszechstronne talenty Tolkiena. Zarówno dla samych pasjonatów północnych legend jak i dla miłośników twórczości autora "Hobbita" będzie to przednia lektura. Oferuje bogatą i wciągającą podróż do serca mitologii nordyjskiej widzianej oczami jednego z największych twórców mitów współczesnych czasów.
Jedną z cech wyróżniających twórczość Tolkiena od większości autorów fantasy jest mitologiczno-legendarny wymiar jego dzieł. Przesiąknięte są one tą samą wagą i złożonością, co starożytne podania; głębia historyczna jego narracji daje czytelnikowi poczucie niezwykłego realizmu. Wpływ ten jest widoczny też w heroicznym etosie jego bohaterów. Dzięki zawartym w tym tomie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Jest to ujmująca powieść, która wymaga cierpliwej i uważnej lektury ze względu na sposób w jaki jest skonstruowana. Pomaga czytelnikowi rozmyślać nad tematami żalu, pamięci i niezabliźnionych ran. Narratorką jest Etsuko, która zmaga się z samobójstwem swojej najstarszej córki. Wizyta jej młodszej córki skłania ją do opowiedzenia o krótkiej przyjaźni z 1950 roku w Nagasaki, mieście wciąż podnoszącym się po zniszczeniu bomby atomowej. Autor przedstawia to wszystko i ujmuje w ramy żalu i bólu Etsuko, a może raczej próbach ich unikania. Ta technika może nie przypaść do gustu niektórym czytelnikom, ponieważ jest to powieść, której istota ujawnia się bardziej w nieobecnościach i przemilczeniach, niż w tym co jest powiedziane.
Tak więc, zamiast przedstawiać prostą relację, powieść zagłębia się w złożoność pamięci i sposób, w jaki ludzie rekonstruują swoją przeszłość. Technika narracyjna użyta przez Ishiguro polega na tym, że Etsuko by móc mówić o rzeczach i wydarzeniach, z którymi nie może się zmierzyć bezpośrednio, opowiada o nich poprzez historię samotnej matki, którą znała z Nagasaki. Jej wspomnienia naznaczone są pomieszaniem i scalaniem się różnych faktów, co uwydatniane jest przez to jakie aspekty podkreśla, a jakie ignoruje. Ta niewiarygodna narracja odzwierciedla powszechną ludzką tendencję do modyfikowania własnej historii, nawet gdy nie jest wynikiem tragedii. Zmieniamy nasze własne życiorysy, zmieniamy sposób w jaki pamiętamy siebie i nasze motywacje. Ishiguro używa tej techniki, aby przemyśleć, jak ludzie radzą sobie z bolesnymi wspomnieniami, sugerując, że to co jest niewypowiedziane lub zapomniane, może tak samo wpływać na nas, jak to co jest pamiętane.
Ostatecznie, powieść ta jest nad wyraz dobrze oddanym portretem emocjonalnej złożoności i ludzkiego pragnienia zrozumienia i nadziei. Ishiguro uchwycił wirujące widma pamięci i rozbieżne rezultaty życia Etsuko, malując żywy obraz jej wewnętrznych zmagań. Głębia powieści leży w jej subtelności, wymagającej od czytelników wejrzenia pod jej powierzchnię, aby uchwycić prawdziwy wpływ jaki doświadczenia mają na postać. Jej siła widoczna jest w eksploracji tego, jak jednostki radzą sobie ze swoim żalem i wspomnieniami, oferując głęboką refleksję nad naturą ludzkiego doświadczenia.
Jest to ujmująca powieść, która wymaga cierpliwej i uważnej lektury ze względu na sposób w jaki jest skonstruowana. Pomaga czytelnikowi rozmyślać nad tematami żalu, pamięci i niezabliźnionych ran. Narratorką jest Etsuko, która zmaga się z samobójstwem swojej najstarszej córki. Wizyta jej młodszej córki skłania ją do opowiedzenia o krótkiej przyjaźni z 1950 roku w Nagasaki,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Rozpoczynając lekturę tej książki należy zdawać sobie sprawę, że Jonathan Swift to nie Guliwer i że bohater jego satyry nie występuje w roli rzecznika jego własnego punktu widzenia. Swift, który był pastorem anglikańskim w epoce coraz szybszego parcia na nowoczesność, zdecydowanie opowiadał się po stronie tradycji. Książka ta jest satyryczną reakcję na scjentolatrię (idealizację nauki jako posiadającej wszystkie niezbędne odpowiedzi dla społeczeństwa) i snobizm chronologiczny (wyniosłe i aroganckie lekceważenie przeszłości jako nieuchronnie gorszej od teraźniejszości), które są definiującymi cechami tzw. Oświecenia. Sam Guliwer jest karykaturą stereotypowego nowożytnego człowieka. Komentując ten krytyczny dystans między autorem a jego fikcyjnym bohaterem, Dutton Kearney we wstępie do angielskiego wydania stwierdza, że Swift jest "ostatnim z humanistów renesansu", podczas gdy Guliwer jest "pierwszym z nowożytnych".
Samo dzieło podzielone jest na cztery części, z których każda przedstawia odrębne podróże, jakie podejmuje Guliwer: najpierw do krainy Liliputów, później do Brobdingnag, następnie do krain Laputa, Balnibarbi, Glubbdubdrib, Luggnagg i do Japonii, by w końcu trafić do kraju Houyhnhnmów. Ogólnie rzecz biorąc, część pierwsza jest satyrą na politykę i religię; część druga to satyra na spór między zwolennikami twórczości starożytnej a miłośnikami dzieł nowożytnych (który to tak bardzo rozpalał umysły ówczesnych elit) a także krytyka mizantropi Thomasa Hobbesa; część trzecia to satyra na naukę, scjentyzm i pojęcie "postępu"; a część czwarta jest satyrą na filozofię Oświecenia. W gruncie rzeczy, Swift kpi z dumy w relacjach międzyludzkich i politycznych oraz podkreśla ograniczenia ludzkiego rozumu oraz to, jak sam rozum może zostać zatruty przez dumę. W odniesieniu do tego ostatniego podział istot racjonalnych na dwa typy: irracjonalnych, kierowanych emocjami Jahusów i racjonalnych, pozbawionych emocji Houyhnhnmów, służy Swiftowi jako młot zarówno na cyniczny materializm Hobbesa, jak i radykalny idealizm Kartezjusza.
Pod koniec swoich podróży w umyśle Guliwera rodzi się mizantropijny zamęt spowodowany jego łatwowiernym przyjęciem filozofii oświeceniowych. Z cyniczną pogardą traktuje Jahusów i ubóstwia pozbawiony emocji idealizm Houyhnhnmów. Po powrocie do domu traktuje własną żonę i rodzinę z obrzydzeniem, postrzegając je jako podobne do Jahusów, które spotkał podczas swoich podróży - bestialskich niewolników apetytu. W szaleństwo spowodowane naiwnością Guliwera, Swift zręcznie sprowadza zdrowy rozsądek pod postacią Don Pedra, który ratuje Guliwera i po raz ostatni sprowadza go do ojczystego kraju. Don Pedro, chrześcijanin, reprezentuje prawdziwą osobę ludzką, a zatem jest antidotum na skrajności hobbesowskiego i kartezjańskiego rozumienia człowieka, które tak zwiodły Guliwera.
To właśnie zdrowy rozsądek i chrześcijańską miłość tego przedstawiciela ludzkości Guliwer powinien starać się naśladować, a nie teoretyczny i abstrakcyjny idealizm Houyhnhnmów. Guliwer nie wyciągnął lekcji z przykładu Don Pedra, ale z pewnością czytelnik powinien to zrobić. Powinien on być w stanie spojrzeć na podróże Guliwera oczyma jego przenikliwego twórcy, a nie samego podróżnika, by zdobywać mądrość, jaką oferuje ta powieść. Jest ona równie ważna dla naszych czasów jak była ważna dla czasów w których została napisana. Nie jest książką swoich czasów, ale książką dla wszystkich czasów.
Rozpoczynając lekturę tej książki należy zdawać sobie sprawę, że Jonathan Swift to nie Guliwer i że bohater jego satyry nie występuje w roli rzecznika jego własnego punktu widzenia. Swift, który był pastorem anglikańskim w epoce coraz szybszego parcia na nowoczesność, zdecydowanie opowiadał się po stronie tradycji. Książka ta jest satyryczną reakcję na scjentolatrię...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Jest to szalony, okultystyczny thriller pełen erudycji. Arturiańskie legendy, jungowskie archetypy, teoria chaosu, symbolika tarota ukryta w talii pokerowych kart, postacie cytujące z poezji T. S. Eliota. A to tylko pierwsze rozdanie w grze, której areną jest Las Vegas, a stawką życie wieczne. Powieść ta, podobnie jak większość dzieł tego autora, ma charakter literacki w tym sensie, że pełna jest intertekstualnych odniesień do klasyków literatury. Styl pisania Powersa, który łączy poetycką wrażliwość z precyzją słowa, maluje niezapomniane obrazy, które urzekają czytelnika już od pierwszych stron.
"Ostatnia odzywka" to historia jednookiego Scotta Crane'a (znanego też jako Smith Strach na Wróble) adoptowanego przez jednego z najlepszych graczy w pokera, jaki kiedykolwiek przemierzał amerykańskie kasyna i turnieje pokerowe na początku XX wieku, niejakiego Ozziego Smitha. Ozzie, przesądny facet, ostrzega Scotta przed graniem w różnych dziwnych sytuacjach, np. nad wodą. Ale syn nie zawsze słucha ojca, zwłaszcza w wieku dwudziestu sześciu lat, więc Crane, zaintrygowany stawkami oferowanymi na łodzi mieszkalnej na jeziorze, postanawia wziąć udział w podejrzanej rozgrywce nazywanej Wniebowzięciem. Choć wydaje mu się, że jest zwycięzcą, minie trochę czasu, zanim odkryje, jak wiele przegrał. Powoli świat Crane'a pęka w szwach, gdy w jego życiu ujawniają się większe siły. Okazuje się, że w pokerze można zagrać o coś więcej niż tylko pieniądze.
Jest to w istocie opowieść o kolosalnych, tajemniczych siłach rządzących wszechświatem i sposobach, za pomocą jakich manifestują się one w naszym życiu. Czemu tragedia omija złoczyńcę, a zabiera ojca mającego rodzinę na utrzymaniu? Życie czasem wydaje się być chaotyczne i bezcelowe, ale może istnieją także siły przeznaczenia, działające aktywnie i celowo? Starzy bogowie istniejący poza zwykłym miejskim życiem, których można na różne sposoby ubłagać, czy nawet zmanipulować? Magia otula fabułę i przenika postacie na każdym kroku, ale znajduje się tuż poza wizją zwykłego świata. Jest jednocześnie nieuchwytna i wszechobecna w narracji. Autor wplótł ją w materię swojej powieści w popisowy sposób.
Powers, niczym mistrz żonglerki, nieustannie dorzuca nowe elementy i w cudowny sposób utrzymuje je w ruchu. Mamy tu pełen wachlarz niedoskonałych bohaterów i fascynujących antagonistów. Liczne wątki, zaskakująco splatają się w jednym punkcie, tworząc spójną całość pomimo narastającej ekscentryczności. Postacie historyczne, mniej lub bardziej znane, których luki i sprzeczności w biografiach autor wypełnia nadnaturalnymi zjawiskami. Ma on unikalny talent do wynajdywania dziwnych zbiegów okoliczności w prawdziwej historii i reinterpretowania ich za pomocą fantastycznych, ale z natury logicznych wyjaśnień.
Nietrudno znaleźć fantastyczne książki z mitologicznymi wątkami. Tima Powersa cenię głównie za to, że regularnie opowiada o najgłębszych wymiarach ludzkiej duszy; zarówno o tragedii grzechu, jak i enigmie zbawienia, o których przecież nie można mówić bezpośrednio, bo nie da się ich opisać słowami. A tym co szczególnie napędza tę konkretną powieść jest przejmująca historia tragedii ojców i synów. Powers posiada mistrzowską umiejętność sprawienia by Scott Crane i jego ojciec wydali się czytelnikowi pełnokrwistymi postaciami, będących jednocześnie pewnymi typami. Ich miłość, strata i upadek, rezonują w sercu czytelnika. Ta ludzka autentyczność równoważy szaleństwo świata, w którym karty tarota mogą cię zabić.
Jest to szalony, okultystyczny thriller pełen erudycji. Arturiańskie legendy, jungowskie archetypy, teoria chaosu, symbolika tarota ukryta w talii pokerowych kart, postacie cytujące z poezji T. S. Eliota. A to tylko pierwsze rozdanie w grze, której areną jest Las Vegas, a stawką życie wieczne. Powieść ta, podobnie jak większość dzieł tego autora, ma charakter literacki w...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Biedny Nietzsche! Nieczytany za życia, wygłaszający swoje tezy przed audytorium bez publiczności i tak bardzo wplątujący się w sprzeczności gordyjskiej zawiłości, że ich rozplątanie wymagałoby nie tyle miecza, ile porządnej siekiery i siły do rąbania. A jednak, pomimo licznych pomyłek, często też miał rację, nawet gdy miał ją wbrew sobie. Proroczo przemawia do naszych czasów z przeszłości; przemawia do bagna ludzkiego obłąkania, w którym tonie współczesny świat. Porusza kwestię fałszywego moralizmu stada, złudzeń samozwańczego postępu, który nieustannie gratuluje sobie dopełnienia historii. Najsłynniejsza książka filozofa, "Tako rzecze Zaratustra", stawia starożytnego proroka Persów i Medów w roli rzecznika autora, który przyjmuje urząd natchnionego proroka. Paul Kriwaczek pisze, że program Nietzschego miał na celu naprawienie szkód wyrządzonych ludzkości przez oryginalne nauki Zaratustry, które uczynił wynajdując moralność. Dlatego też wg Nietzschego to do samego Zaratustry należało naprawienie tego błędu.
Dwie pierwsze księgi czyta się znacznie lepiej niż dwie pozostałe, które wkrótce stają się dość uciążliwe. Sekcja Księgi I, zatytułowana "O nowym bożku", jest przykładem twórczości Nietzschego w jego najbardziej trafnym wydaniu. Odnosi się on tu do konkretnego idola, tego ziarna ideologii - państwa. Przedstawia państwo jako zrównującego Molocha demokracji w najbardziej pejoratywnym sensie. Zaratustra zwraca się do motłochu: "Państwem zwie się najzimniejszy ze wszystkich zimnych potworów". Jego chłód oznacza martwotę, jego demoniczny, przeciwny życiu charakter. Państwo jest puste, wszystkie jego proklamacje brzmią pusto; to kłamstwa. "Ten ci znak daję ja wam" - powiada Zaratustra - "każdy naród mówi swoim językiem dobra i zła: nie rozumie sąsiad mowy tej." Mentalność etatystyczna pojmuje siebie, w metaforze Nietzschego, jako "palec Boga rządzący". Prawdziwe aspiracje człowieka zaczynają się dopiero na granicy państwa. Aby móc oddychać czystym powietrzem musi uchodzić "od oparu tych ofiar ludzkich". Ta holokaustyczna aluzja nawiązuje do wspomnianego Molocha, fałszywego bóstwa, którego wyznawcy niszczyli życie w hołdzie swemu idolowi.
Co mnie trochę zaskoczyło podczas tej lektury to podobieństwa Nietzschego do sabaudzkiego konserwatysty Josepha de Maistre, który przecież miał przeciwne niemieckiemu myślicielowi przekonania religijne. De Maistre, podobnie jak Nietzsche, traktował nowoczesność ze skrajnym sceptycyzmem i niemałą pogardą; i on także w słowie "demokracja" dostrzegał fantazyjną nazwę rządów tłumu i gilotyny. Rozważmy fragment II księgi Zaratustry zatytułowany "O tarantulach". Owłosiony, jadowity pająk służy Nietzschemu za figurę złośliwej zawiści, tego krwiobiegu demokracji. "Zemsta tkwi w twojej duszy" - oznajmia jednemu z pająków - "jadem twoim o kołowaciznę zemsty przyprawiasz ty duszę". Ta kołowacizna odnosi się do mimetycznej ponęty motywu zemsty jak i do żądzy krwi motłochu. Zaratustra utożsamia tarantule z "kaznodziejami równości", którzy swą mściwość nazywają sprawiedliwością. Pokłada wielką nadzieję, że człowiek zostanie uwolniony z więzów zemsty. Choć posiadaczy tego poglądu jest niewielu, to przecież egalitaryści nie mogą pozwolić na żadną odmienną mniejszość, bez względu na to, jak małą. "Darzmy zemstą i spotwarzaniem tych wszystkich, którzy nie są nam równi". Trudno nie pomyśleć o współczesnej "cancel culture". "W każdej ich skardze brzmi zemsta, w każdej pochwale dokuczliwość; a być sędzią zda im się snadnie najwyższą błogością". Tako rzecze Zaratustra.
Biedny Nietzsche! Nieczytany za życia, wygłaszający swoje tezy przed audytorium bez publiczności i tak bardzo wplątujący się w sprzeczności gordyjskiej zawiłości, że ich rozplątanie wymagałoby nie tyle miecza, ile porządnej siekiery i siły do rąbania. A jednak, pomimo licznych pomyłek, często też miał rację, nawet gdy miał ją wbrew sobie. Proroczo przemawia do naszych...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Oryginalny tytuł tej powieści z drugiego wieku naszej ery nie jest nam znany. Obecny został jej nadany ponieważ bohater, o imieniu Lucjusz, pragnie zostać przemieniony przez swoją kochankę, piękną Fotis, w ptaka. Ta jednak myli się i zamienia go w osła. W tej formie Lucjusz zaznaje różnorodnych przygód. "Metamorfozy" Apulejusza były przez wieki cenione głównie jako nieco groteskowa, a miejscami nawet sprośna burleska, niemniej jednak, tekst ten w największym stopniu uświadamia nam duchowe niepokoje i aspiracje późnego antyku. W ostatnich rozdziałach, pod absurdalną powierzchnią opowieści kryje się dziwnie poruszająca alegoria religijna. Sam punkt kulminacyjny tej historii zawiera jeden z pobożniejszych i piękniejszych przejawów wiary w życzliwe i opatrznościowe bóstwo, jaki zachował się z tamtych czasów, nie wyłączając literatury chrześcijańskiej.
Po prawie roku udręk w oślej postaci, Lucjusz budzi się pewnej nocy w Koryncie i widząc nad sobą księżyc w pełni dokonuje oczyszczenia w morzu, a następnie modli się do tej lśniącej "bogini" o wybawienie od niedoli. Nazywa ją Niebios królową, a także Cererą odwieczną, Wenerą niebiańską i Prozerpiną straszliwą, a jej prawdziwe imię to królowa Izyda. Potem zasypia, a bogini odwiedza go we śnie, wynurzając się z morza w całej swej nieziemskiej urodzie.
"Oto prośby twymi, Lucjuszu, ubłagana, przychodzę ja, macierz wszechświata, pani żywiołów wszystkich, praźródło wszechwieków, ja z bóstw największa, ja, cieni podziemnych królowa, spośród niebian pierwsza, ja, której twarz obliczem jest pospólnym bogów i bogiń wszystkich, której skinienie rządzi świetlistymi sklepieniami nieba, uzdrawiającymi tchnieniami oceanów, rozpaczliwym piekieł milczeniem, ja, której jedno jedyne bóstwo cały czci świat we wielorakim kształcie, w różnym obrządku i pod różnorakim imieniem."
Obiecuje mu, że następnego dnia przywróci go do ludzkiej postaci za pośrednictwem jednego ze swoich kapłanów, którego w tej chwili również odwiedza we śnie. Następnie poucza Lucjusza, aby pamiętał, że odtąd jest oddany jej służbie aż do dnia swojej śmierci. Zapewnia jednak, że pod jej przewodnictwem jego życie będzie błogosławione i chwalebne, i że kiedy jego dni dobiegną wyznaczonego terminu i zstąpi w zaświaty, ujrzy ją jaśniejącą wśród mroku acherontowego i panującą w dolinach styksowych, oraz zaprowadzi go na Pola Elizejskie, gdzie będzie wdzięcznym beneficjentem jej darów.
Następnego dnia podczas publicznych uroczystości obchodzonych na jej cześć, obietnica zostaje spełniona. Poruszony Lucjusz pada przed wizerunkiem bogini i odmawia jedną z najbardziej żarliwych modlitw, jakie można znaleźć w literaturze starożytnej. Przywołuje w niej potęgę i błogosławieństwa bogini, co przywodzić może na myśl czytelnikowi modlitwę chrześcijanina do Boga: Izyda tworzy i żywi, opieką otacza i kocha. Śmierć i Tartar pokonuje oraz dłoń zbawczą podaje. Lucjusz dowiaduje się tego wszystkiego w chwili objawienia i osobistego nawrócenia, doświadczając najgłębszej wewnętrznej przemiany, której zewnętrzna metamorfoza ze zwierzęcia w człowieka jest komicznym symbolem.
Niektórzy te podobieństwa do starożytnego pogaństwa traktują jako dowód na to, że powstanie chrześcijaństwa było po prostu przypadkową ewolucyjną konsekwencją sił kulturowych tamtego okresu i niczym więcej. Wytworem epoki w której panował niepokój i ferment duchowy; czasów gdy religie misteryjne, kulty orfickie, gnostycyzmy i niezliczone sekty religijne mnożyły się w sposób niekontrolowany w całym cesarstwie. Chrześcijaństwo było jednym z nich i tylko przypadkowo zdobyło popularność. Ja to widzę jednak w ten sposób, że chrześcijaństwo przetrwało, rozprzestrzeniło się i ostatecznie odniosło sukces w dużej mierze dzięki temu, że dostarczyło odpowiedzi na pozornie nierozwiązywalne dylematy kulturowe i duchowe oraz zajęło się pewnymi odwiecznymi ludzkimi tęsknotami z być może niezrównaną mocą.
Oryginalny tytuł tej powieści z drugiego wieku naszej ery nie jest nam znany. Obecny został jej nadany ponieważ bohater, o imieniu Lucjusz, pragnie zostać przemieniony przez swoją kochankę, piękną Fotis, w ptaka. Ta jednak myli się i zamienia go w osła. W tej formie Lucjusz zaznaje różnorodnych przygód. "Metamorfozy" Apulejusza były przez wieki cenione głównie jako nieco...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Akcja powieści rozgrywa się w XIX wieku, podczas zmierzchu niezależnych państw włoskich, gdy rewolucyjny zapał, by po raz pierwszy od upadku Cesarstwa Rzymskiego zjednoczyć cały półwysep, ogarniał Italię. Jest to świat w okresie przejściowym i schyłkowym: starożytne i spalone słońcem pola, stare dynastie zastępowane nowymi republikańskimi elitami, rodzinne dziedzictwo wymieniane na "na kobietki lekkich obyczajów, bardziej przelotne niż ich róż", młodzi przejmują pałeczkę po starych, a protagonista książki don Fabrizio (głowa rodu Salina, Lampart, i ostatni prawdziwy Salina) umiera, a wraz z nim włoska arystokracja.
Zanim jednak to nastąpi czytelnik śledzi jego intrygi i wspomnienia, jego cierpienie z powodu tumultu czasów, obawy o losy jego rodziny i interesów. Jego czas się kończy: jego era, jego ród i ostatecznie jego życie. A przez jego nostalgię i dumę widzimy, co sprawiło, że jego życie było warte przeżycia, co było w nim tak centralne, czym było samo życie: młodość i piękno oraz jego bliskość i podbój. W miarę gdy przemija czas, wraz z jego władzą i statusem, tak samo przemija jego panowanie nad młodością i pięknem. Radość, nadzieja, charyzma, a nawet prawdziwa władza należą do młodych; starzy są nękani nudą, rozczarowaniami, stępionymi smutkami. Na koniec zostaje im już tylko "wydobyć z olbrzymiego kopca popiołu pasywów złote słomki szczęśliwych chwil".
Książka nie jest ogromną kroniką historyczną, lecz składa się z ośmiu dużych impresjonistycznych obrazów umieszczonych obok siebie. Ale ta impresjonistyczność nie pozbawia powieść szczegółowości, która nadaje jej realizmu. Właśnie te szczegóły są siłą powieści: opisy pałacu i posiadłości księcia, codziennych zwyczajów rodziny, społecznych i kulturowych zmian w zamęcie epoki oraz samego krajobrazu Sycylii. Sycylii, która gdy Włochy zmierzały ku unifikacji, pozostawała ostrożna i oporna. Jak zauważa don Fabrizio: "Sycylijczycy nigdy nie będą chcieli się zmienić z tej prostej przyczyny, że uważają się za doskonałych".
Akcja powieści rozgrywa się w XIX wieku, podczas zmierzchu niezależnych państw włoskich, gdy rewolucyjny zapał, by po raz pierwszy od upadku Cesarstwa Rzymskiego zjednoczyć cały półwysep, ogarniał Italię. Jest to świat w okresie przejściowym i schyłkowym: starożytne i spalone słońcem pola, stare dynastie zastępowane nowymi republikańskimi elitami, rodzinne dziedzictwo...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to